fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 2] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Widzący daleko

... ciemna, kryształowa kula przeświecająca płomiennym jądrem...

* * *


Izba kiedyś musiała być pogrążona w ciemności. Solidne okiennice zasłaniały cztery okienka, skierowane w cztery strony świata, a wybite na różnych wysokościach, tak jak pozwalały na to przechodzące poza izbą schody. Czas jednak, upalne lata, mgły i zimowe deszcze zrobiły swoje. Drewno niegdyś szczelnych przesłon wypaczyło się, pokryło spękaniami i teraz zza niego przesączało się do wnętrza światło, wydobywając z mroku kamienny stół i otaczającą go niską ławę, które zajmowały niemal całą komnatkę, pozostawiając ledwie tyle miejsca, by mogły się otworzyć niewielkie drzwi. Przez szczeliny przedostał sie też miękki pył, kurz poderwany przez wiatr z odległych pól czy też miejskich uliczek i pokrywał teraz wnętrze puszystą pierzynką, uformowaną pod okiennicami w wąskie kopczyki.
Drzwi prowadzące do izby kryły się we wnęce muru. Schody, których stopnie były tak wąskie, że ledwie starczało by przeszedł nimi jeden człowiek i wytarte przez lata przez stopy wędrujących na szczyt wieży, łamały się tu w niewielki podest, bardziej szerszy stopień, niż rzeczywiste piętro. Oświetlające go okienko było raczej strzelnicą i każdy, kto spieszył na górę, zazwyczaj zgrzany i z obolałymi po wspinaczce nogami, mógł nawet nie dostrzec niewielkich drzwiczek w ciemnym kącie.
Ale one tam były. Szerokie deski z ciemnego drewna, zszarzałego po latach ze starości, masywne okucia z żelaza, którego czarna barwa już dawno ustąpiła miejsca rdzy, potężna antaba i rygiel... wszystko to ukrywało się w półmroku, osłonięte warstwą kurzu i pajęczyn przed oczyma przechodzących. A za nimi – izba.
Aż jednego dnia...

* * *


Drzwi zgrzytnęły i zaczęły się otwierać. Powoli i opornie, protestując przeraźliwym piskiem zawiasów i trzaskiem starych desek. Czarno odziany mężczyzna przecisnął się przez nie, schylając głowę przed rzeźbionym kamieniem nadproża i z trudem zamknął je za sobą. Przesunął jeszcze dłonią po szorstkim żelazie okuć, kreśląc w kurzu zarys stylizowanej gałęzi, opadającej w dół łagodnym łukiem i potrząsnął z niesmakiem palcami, próbując oczyścić je z pyłu, jaki do nich przywarł. Potem wychylił się nad ławą i szarpnął najbliższą okiennicę. Zaprotestowała skrzypnięciem, ale gdy przybysz zaczął podważać ją sztyletem, rozeschnięte drewno ustąpiło z ostrym trzaskiem. Izba pojaśniała, choć niewiele, bo mur był tu gruby, a samo okienko wychodziło na zachód, na zbocze nieodległej góry.
Wraz ze światłem wpadł także lekki wiatr i pył zalegający na ławie i stole wzbił się w powietrze. Mężczyzna kichnął. Osłonił twarz rękawem, by uniknąć nowych obłoków pyłu, ale po chwili zrezygnował i zabrał się za otwieranie pozostałych okien. Jego ubranie pokryło się już szarymi plamami. Wreszcie, gdy ostatnia z okiennic opadła na podłogę, odsłaniając widok na odległą rzekę i ruiny powoli pogrążające się w zmierzchu, przybysz zwrócił swą uwagę na stół i to, co leżało na jego blacie. Zmiótł pył. Najpierw z obrzeży blatu, szerokimi, niecierpliwymi gestami. Potem z jego centrum, wolniej i ostrożniej, już nie rękawem, a kawałkiem płótna trzymanym w osłoniętej rękawicą dłoni. Wreszcie zapalił świecę, usiadł, oparł się plecami o ścianę i spojrzał uważniej na to, co leżało w centrum stołu.
Czarna kula spoczywała w niewielkim zagłębieniu. W blasku świecy zalśniła szkliście, jednak wyglądało na to, że światło nie może przeniknąć do jej wnętrza i coś w jej wyglądzie przywodziło na myśl bardziej kamień niż szkło. Człowiek przyglądał się jej dłuższy czas z nieodgadnionym wyrazem twarzy, aż wreszcie poprawił się na kamiennym siedzisku i zsunął z dłoni rękawicę. Przez moment zdawał się wahać i zastanawiać, lecz odetchnął głębiej, przechylił do przodu i z determinacją oparł obie dłonie na powierzchni.
Dłuższą chwilę nic się nie działo. Kula pozostawała czarna, jedynie jej powierzchnia odrobinę zmatowiała wokół dłoni mężczyzny, a on sam wpatrywał się w nią z coraz większą koncentracją. Później w pozornie nieprzejrzystym wnętrzu zjawiła się iskra, a czerń kamienia zaczęła ustępować czerwieni. Iskra urosła szybko, z okrucha w węgielek, w płomyk, w żagiew... Przez mgnienie oka można było dostrzec oświetlone wnętrza dłoni spoczywających na kuli. Lecz żar narastał szybko, płomyk świecy zbladł i znikł w zalewającym izbę stokroć silniejszym czerwonym blasku, wciąż wirujący w powietrzu kurz stał się lawiną iskierek, a cień człowieka na ścianie przywodził bardziej na myśl czarny tunel.
Gdy kula zalśniła, mężczyzna zadygotał, nie odwrócił jednak od niej wzroku, a jego twarz w czerwonym blasku stała się zastygłą w wysiłku maską płaszczyzn i cieni.
I żar ustąpił.
Głęboka czerwień zbladła, stała się wpierw złocista, a potem biała. Światło łagodniało, przygasało, aż wreszcie pod dłońmi człowieka spoczywał miękko lśniący biały kryształ, nadal jaśniejszy niż płomień stojącej obok świecy, ale nieporównanie bardziej delikatniejszy niż wcześniejszy żar.
Mężczyzna też odetchnął. Teraz przyglądał się kuli z uwagą i w skupieniu. Jednak, choć nadal czynił to z pewnym trudem, nie było w tym tak morderczego wysiłku jak z początku. Przypominało to bardziej mozolną niż ciężką pracę, gdyż pochylał się co jakiś czas i przesiadał, by lepiej przyjrzeć kamieniowi, obojętny na pot wciąż ściekający mu po twarzy. Wreszcie blask kamienia osłabł, skurczył się do słabego lśnienia a całą izbę wypełniało żółtawe, pełgające światełko płomienia świecy. Cienie urosły, zafalowały na ścianach. Człowiek zdjął dłonie z kuli i odetchnął głęboko, prostując zesztywniałe plecy. Przetarł dłonią twarz i spojrzał triumfu na ciemną teraz kulę.
Siedział jeszcze dłuższy czas, zamyślony, patrząc na kamień, nim w końcu odważył się wstać. Poruszał się wolno, opierając się o ławę i stół, jak ktoś chory lub wyczerpany. Przed odejściem musnął jeszcze kulę palcami, a ona zalśniła słabym, białym światełkiem w odpowiedzi na ten dotyk. Uśmiechnął się na ten widok z zadowoleniem posiadacza, ignorując fakt, że w wypukłej powierzchni kamienia jego odbicie przypomina twarz posiwiałego starca, poznaczoną bruzdami bólu i rozpaczy, z głęboko zapadłymi oczyma.
Wyszedł i zamknął za sobą drzwi, zmierzając na dół, do miasta i oczekujących na niego ludzi.

* * *


Warstwa kurzu i rdzy zniknęła z niewielkich drzwi w załomie schodów. Oczyszczono także zawiasy, a nowy zamek połyskiwał matowym złotem brązu i gdy mężczyzna przekręcił w nim klucz, drzwi uchyliły się bezszelestnie. W izbie za nimi też zaszły zmiany – z podłogi zniknęły warstwy pyłu, a w okienkach zawieszono nowe okiennice. Na kamiennym blacie stołu, wokół kryształu, rozlewały się plamy zakrzepłego wosku i stał niewielki świecznik.
Człowiek usiadł na ławie i zapalił świeczkę. Osadził ją wśród resztek poprzedniczek, obok położył kilka skrawków pergaminu i rysik. Przez chwilę siedział nieruchomo, wspierając brodę na dłoni i wpatrując się z namysłem w kulę. Widać było, że jest zmęczony czy przygnębiony. Siateczka delikatnych rys w kącikach oczu pogłębiła się, na czole i wokół ust pojawiły się głębokie bruzdy, a pojedyncze srebrne nitki na skroniach zamieniły się w szerokie pasma.
Wreszcie, z westchnieniem, mężczyzna oparł dłonie na kuli.
Pod jego dotykiem rozjarzyła się natychmiast, miękkim, ciepłym blaskiem, nieco tylko jaśniejszym niż płomyk stojącej obok świeczki. Wpatrywał się w nią, co jakiś czas robiąc sobie krótką przerwę i notując coś szybko na skrawkach, nim obudzony kryształ znów przygasł. Jego ruchy były tak pewne, wręcz rutynowe.
W pewnej chwili kryształ rozjarzył się jaśniej. Mężczyzna drgnął, wyraźnie zaskoczony i nachylił się nad kamieniem, wpatrując uważnie w coś, co tylko on mógł widzieć. Na jego twarzy wpierw pojawiło się niedowierzanie, by zaraz ustąpić miejsca przedziwnej mieszaninie miłości, tęsknoty i bólu. Surowe rysy zmiękły i gdy patrzył zachłannie w świetlistą kulę, po policzkach pociekły mu łzy.
I wtedy kryształ się zmienił.
Rozbłysł nagle jeszcze jaśniej, lecz ten blask nie był już biały, a szkarłatny. Twarz człowieka wykrzywiło przerażenie, gdy pod jego dłońmi miejsce łagodnie lśniącej kuli zajął żar jakby wyrwany z paleniska kuźni. Otworzył usta, jak do krzyku i szarpnął się w tył, uderzając plecami o ścianę i odrywając dłonie od kryształu.
Kamień zgasł.
W zapadłym nagle półmroku mężczyzna odetchnął głęboko, a przerażenie na jego twarzy, ustąpiło miejsca wpierw zrozumieniu, a następnie wrogości. Spoglądał teraz na kamień i na swoje drżące dłonie jak ktoś, kto właśnie uświadomił sobie zasadzkę, w jaką go wprowadzono i niebezpieczeństwo, jakie w niej czyhało. Wreszcie wstał i wyszedł z izby, pozostawiając płonącą świeczkę.
Świeca wypaliła się i zgasła, krople wosku zastygły na kamieniu, kryształ pozostał ciemny i spokojny w mroku izby.

Na żółtawych zaciekach wosku, świeczniku i krysztale zebrała się już cieniuteńka warstewka kurzu, gdy drzwi do izby uchyliły się znowu. Mężczyzna usiadł ciężko na ławie i spojrzał na kamień z nieukrywaną nienawiścią, później oparł brodę na splecionych palcach i zapatrzył się w odbicie płomyka świecy w szklistej powierzchni kuli. Wyglądał, jakby jeszcze raz musiał rozważyć swoją decyzję, by wrócić do tej izby.
Noc była już głęboka, świeca zaczęła kopcić i na knocie uformował się grzyb, a ściekający wosk zaczął formować kolejne jeziorko, gdy człowiek się poruszył. Wyprostował się, oparł dłonie na blacie stołu przymykając oczy i odetchnął głęboko, jakby zbierając siły i wolę, jak ktoś, kto właśnie staje do pojedynku z niebezpiecznym przeciwnikiem.
Oparł dłonie na krysztale. Kula zajaśniała pod jego dotykiem, znów miękko i łagodnie. Człowiek uśmiechnął się na ten widok ponuro, jakby właśnie takiej się reakcji spodziewał i nie ufał już jej pozornej uległości. Na moment oderwał od niej wzrok i przesunął się na ławie, tak, by spojrzeć w okienko skierowane na wschód, a w jego uśmiechu, gdy zwracał wzrok na kulę, było już wyzwanie.
I kula odpowiedziała.
Jasne światło znikło jak zdmuchnięty płomyk świecy, a kryształ przez moment stał się nieprzejrzystą bryłą czerni, która niemal natychmiast zmieniła się w kulę żywego ognia, tak jaskrawego, że zdawała się przepalać oparte na niej dłonie, stokroć bardziej jasnego i groźnego niż poprzednim razem.
Tym razem jednak człowiek nie cofnął rąk. Kropelki potu lśniące na jego czole zmieniły się w krople ściekające po policzkach, włosy zlepiły w strąki. Dłonie, prześwietlone żarem, zakrzywiły się w szpony, oddech zaczął się rwać, niczym u zgonionego zwierzęcia, ale mężczyzna nie odwracał wzroku. Dygotał. Niepohamowane drżenie ogarniało go całego, wysiłek woli przekładał się na wysiłek całego ciała, na stopy zaparte o kolumnę wspierającą blat, na plecy wciśnięte w bloki ściany, na dłonie próbujące zmiażdżyć rozżarzoną kulę...
Otworzył usta, jak do krzyku, ale wyrwało mu sie tylko jedno słowo.
- Nie!
Blask zdawał się wylewać z kuli, zmieniając powietrze w izbie w płynny płomień, prześwietlając każdą szczelinę, każdą rysę na kamieniach, grożąc człowiekowi spłonięciem. Mężczyzna powtórzył jednak, bardziej z furią niż strachem, głosem, który przywodził na myśl warknięcie.
- Nie!!
Światło znikło. Teraz miejsce ognia zajęła czerń. Ciemność wydawała się wylewać z kamienia, zagarniając wszystko. Stół, ławę, ściany, człowieka... Nawet płomyk świeczki zbladł i zanikł. A po chwili, w sercu tego mroku pojawiła iskra. Miękkie, białe światełko znów wypełniło kamień, rozświetlając swym ciepłym blaskiem wyczerpaną twarz człowieka.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę trwał nachylony, obojętny na krew kapiącą z nosa, skupiając całą swoją uwagę na kamieniu, ale gdy światło pozostawało wciąż tak samo jasne i miękkie, z westchnieniem ulgi cofnął sie i oparł o ścianę. Uśmiechnął się triumfalnie i nagle jego ściągnięte rysy rozluźniły się, ręce opadły bezwładnie, a on sam osunął się, nieprzytomny czy pogrążony we śnie, na bok.
Świeca wypaliła się i zgasła, izba pogrążyła w ciemnościach, one zaś znacznie, znacznie później ustąpiły miejsca blademu światłu poranka i słonecznej smudze, jaka przedostała się przez wschodnie okienko. Poza wieżą słońce musiało być już wysoko, gdy mężczyzna ocknął się z jękiem i rozejrzał się półprzytomnie, jakby próbując ustalić, co się wydarzyło i gdzie właściwie się znajduje. Skrzywił się widząc plamy krwi, rozmazane po blacie stołu, ale niesmak na jego twarzy ustąpił miejsca spokojowi zwycięzcy, kiedy spojrzał na kulę i na widoczny przez okienko odległy górski łańcuch. Wyciągnął rękę i ostrożnie musnął palcami kamień, a gdy ten odpowiedział mu rozbłyskiem miękkiego, białego światła, człowiek zmrużył z niedowierzaniem oczy i skrzywił usta w ponurym uśmiechu, jakby chcąc powiedzieć, że drugi raz nie pozwoli się zwieść.
Podniósł się i wyszedł, pewny siebie i dumny, mimo wyczerpania.
Wysoko ponad siedmioma kręgami miasta, w ciszy i półmroku, we wnętrzu kuli zalśniło blade światełko. Ściemniało powoli, aż jego miejsce zajął czerwonawy ognik. Widmowe światło na moment rozświetliło pokój i znów przygasło, aż pozostała tylko iskra, skryta głęboko we wnętrzu kamienia.
Kamień czekał.

* * *


Za okienkami izby była ciemność. Zdawała się wlewać przez nie do wnętrza na podobieństwo brunatnej mgły o gorzkim, drapiącym gardło zapachu. W tym mroku płomyk świeczki migotał słabo, wydobywając z ciemności ledwie zarysy ścian.
Kryształ na stole lśnił ponura czerwienią dogasających węgli, chwilami rozbłyskując silniej, a chwilami niemal gasnąc. Mężczyzna, siwowłosy starzec o wychudzonej, posępnej twarzy, obserwował te rozbłyski. Wreszcie delikatnie, ale pewnie ujął kulę w dłonie i podniósł ją z wyżłobienia w blacie. Przez moment, gdy unosił ją na wysokość twarzy, lśniła ostro i jasno, a człowiek w tym blasku wyprostował się dumnie i władczo. Z dziwnym, ponurym uśmiechem zawinął kryształ w tkaninę i ukrył pod płaszczem, nim schylił się, by przejść przez drzwi.

* * *


Denethor wskoczył na stół; stojąc tak w ognistym wieńcu podniósł swoje namiestnikowskie berło i złamał je na kolanie. Rzucił je w ogień, a sam położył się na stole, oburącz przyciskając palantir do piersi. Wieść głosi, że odtąd ktokolwiek spojrzał w kryształ, jeśli nie miał dość potężnej woli, by go do swoich celów nakłonić, widział w nim tylko dwie starcze dłonie trawione żarem płomieni.

Koniec

Tici, 16-22.10.2006
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.