fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:

Tekst sprzed 3,5 roku, ale czasem nawet do niego wracam. Uzupe??nienie historii z okresu Wojny o Pier??cie??.
Zielone Grzbiety


Kamienie były zimne pod moimi palcami, a może palce były zimne, sam już nie wiedziałem. Wyszedłem z baszty przewietrzyć się, odpocząć od duchoty i - przyznajmy szczerze - także natłoku obowiązków, ale ciężki, nieprzyjemny wiatr ze Wschodu nie przynosił żadnej ulgi.
Świt musiał już nadchodzić, chociaż z powodu gęstej powłoki chmur na niebie i duszności w powietrzu wcale się tego nie czuło. Oparłem łokcie na murze i wytężyłem zmęczone oczy, usiłując przebić wzrokiem tumany mgły zalegające na niskich brzegach rzeki. Gdzieś tam, w strażnicy na Grobli, w Osgiliath, na Cair Andros, stacjonowały jeszcze nasze wojska, trwali jeszcze nasi ludzie. Trwali bądź zaczynali cofać się przed Cieniem.
Na Białej Wieży zatrąbiono na wschód słońca, choć nie było go widać przez ciemną chmurę ciągnącą nad Gondor znad Czarnego Kraju. Trąby grały wysoko i donośnie, ale ich głos był jakby przytłumiony i nie przynosił otuchy, jakiej bym potrzebował.
Spojrzałem na miasto w dole. Byłem tu tylko raz, jako pacholę, z ojcem na targu. Zapamiętałem Miasto Królów jako gwarne, zatłoczone i jasne, niezwykle jasne. Teraz... nadchodził już czas, gdy powinno się obudzić, ale na ulicach widziałem tylko kilka rozmazanych w brunatnym powietrzu sylwetek żołnierzy i jeden wóz, ciągnięty z mozołem przez muły pod górkę, do bramy piątego kręgu. Woźnica kiwał się sennie na koźle. Płachta przykrywająca ładunek zsunęła się nieco, ukazując zapieczętowane beczki, najpewniej z solonym mięsem lub rybami z Anduiny. Ostatni transport z opustoszałych Pól Pelennoru - jakiś gospodarz pewnie się zapijaczył i spóźnił. Kwatermistrz go objedzie jak nic...
Zaraz zmiana warty... już słyszałem kroki. Rzuciłem okiem przez ramię.
Mężczyzna w uskrzydlonym hełmie i stroju gwardzisty kierował się do chyba do baszty, ale nagle zmarszczył brwi i przystanął, po czym podszedł do mnie. Zamaskowałem westchnienie.
- Pan Hirluin z Pinnath Gelin? - zapytał zgoła retorycznie.
- Tak jest.
Brwi gwardzisty opadły jeszcze niżej. Najpewniej wydałem mu się zbyt młody jak na dowódcę. Jak zwykle.
- Rozkazy z Białej Wieży - zameldował obojętnym głosem. - Władca Miasta rozkazuje, by każdy dowódca wysłał czwartą część swych żołnierzy do pierwszego pierścienia Miasta i do obrony Rammas Echor.
Zbladłem.
- Czyżbyśmy spodziewali się ataku?
- Tutaj spodziewamy się ataku od lata - wyjaśnił minastiritczyk uprzejmie, lecz z nutką wyższości w głosie, jakby życie w sąsiedztwie Cienia upoważniało go do lekceważenia ludzi z prowincji. - Rozkaz ma być wykonany do wieczora. Ludzie mają się stawić przy Wielkiej Bramie w pełnym rynsztunku.
- Tak się stanie. Dziękuję.
- I ja także.
Schylił głowę w geście pożegnania i odszedł, dzwoniąc obcasami na kamiennych płytach wyściełających grzbiet muru, tak szybko, że nawet nie zdążyłem się odkłonić.
Nie zwlekając, pospieszyłem więc do baszty. Głowę miałem pustą po całej nocy na nogach, tylko kilka ociężałych, przyćmionych zmęczeniem myśli kołatało się po niej jak pijany po kantynie.
Kazałem wszystkim, prócz wartowników, stawić się w głównej kwaterze naszego oddziału - dwóch rozległych, połączonych ze sobą kamienicach, zdolnych pomieścić trzy setki ludzi przy niewielkim ścisku. Pozbierałem dokumenty i mapy porozkładane na stole, a po chwili namysłu jeszcze golnąłem sobie z gąsiorka wina. Zarzuciłem na plecy płaszcz z godłem Pinnath Gelin i wyszedłem z baszty, cicho zamykając za sobą drzwi.
Po drodze do drabiny minąłem dwóch żołnierzy: Gorniona, którego rozpoznałem po kołpaku i jednego z młodszych wojaków, szczupłego, opartego o blanki przy długiej, migdałowatej tarczy pomalowanej na ciemną zieleń. Gornion ziewał rozgłośnie i pocierał swój czerwony nos, nie przerywając właściwego sobie potoku wymowy, a młodzik zdawał się go słuchać uważnie, ale jego oczy wędrowały. Dopiero gdy ich minąłem, zorientowałem się, że spod jego hełmu wystawał długi, czarny warkocz.
Rzuciłem Tír spojrzenie przez ramię. Czujna, pochwyciła je, ale nie okazała tego po sobie, słuchając paplaniny Gorniona o tym, jak to jedną włócznią załatwił trzech rzezimieszków. Pewnie jeszcze za jednym zamachem.
Schodząc ostrożnie po drabinie przymocowanej do muru, nie mogłem powstrzymać się od myśli, że bandy rzezimieszków, watahy głodnych wilków, dzikich psów, niedobitki piratów, złodzieje i nieuczciwi kupcy to wszystko, z czym moi ludzie dotąd się zetknęli. Nie widzieli na oczu orków, trolli, ciemnoskórych z Południa, ich przeogromnych bestii, a z tym, jak niosła wieść, będzie nam dane walczyć. Jako piechota pójdziemy na rzeź, w trzy setki... trzy setki? Jeśli połowa z tego wyjdzie na pole bitwy, to nie będzie źle...
Ja sam nie byłem przygotowany do wezwania Władcy Miasta. Nie chciałem wcale tu przyjeżdżać, opuszczać domu, ojczyzny, odbierać gospodarstwom mężczyzn, a pani Ivriniel jej ostatniej córki.
Prawdę mówiąc, ta decyzja do mnie nie należała. Tíriniel zwykła sama decydować o swoim losie i tak było tym razem. Po prostu na zbiórce ujrzałem ją w pełnym żołnierskim rynsztunku, opierającą się na tarczy jak gdyby nigdy nic. Próbowałem jej to wyperswadować - wielcy Valarowie, w końcu jest kobietą, a kobiety nie chadzają na wojnę, nawet, jeśli nie brakuje im siły, odwagi i stanowczości! - ale jej upór jest godzien uwiecznienia w księgach. Powiedziała mi potem, że robi to z miłości. Wszak nie szuka chwały, bowiem chwale towarzyszy rozgłos, którego unika. Nie potrafię jej do końca zrozumieć, chociaż od lat próbuję. Jest jak studnia, której wieko częściowo zasunięto przed trzema laty.
To już trzy lata...
Jak na złość, but ześliznął mi się akurat z ostatniego stopnia. Nie miałem siły się denerwować. Przyjąłem to spokojnie. Odzyskałem fason, wygładziłem tunikę, poprawiłem płaszcz i przeszedłem szeroką ulicę na skos, do kamienicy, nad której portalem powiewał zielony proporzec Pinnath Gelin. Tam przystanąłem, oparty o framugę, wyczekując schodzących się powoli ludzi.
Ostatnia zeszła Tír. Niemal ześliznęła się po drabinie i przemaszerowała przez ulicę, pewna siebie jak zazwyczaj, z tarczą na plecach. Wiedziałem, iż otrzymała ją w spadku po swym zmarłym tragicznie ojcu. Jak zmarłym? Tragicznie. Po prostu.
- Nie masz już warty? - zapytałem szeptem, przecierając twarz dłonią.
- Właśnie się skończyła. Czego chciał od ciebie ten gwardzista? - zapytała cicho. Była mi równa wzrostem dzięki pokrewieństwu z dumnym rodem z Dol Amroth. Czasem nosiła się nawet z taką godnością, jak Lord Imrahil.
Powtórzyłem jej, co mówił posłaniec z Białej Wieży. Zastygła w milczeniu, patrząc na niebo zasnuwające się ciemnymi chmurami. Twarz miała jak wykutą z kamienia, podobnego do tych, z których zbudowano tutejsze domy i mury.
- Proszę, powiedz mi, na kogo mam wydać wyrok? Na starszych? Tych, co nie mają rodziny? Może po prostu wejść do kantyny i powiedzieć, że ci, co tu siedzą i stoją za godzinę mają być przy Wielkiej Bramie? Spytać, kto chce umierać za ojczyznę? Może nikt nie chce.
- Hirluinie, ty tu jesteś dowódcą i ty tu decydujesz - powiedziała po chwili i wyciągnąwszy rękę, poprawiła mi kołnierz. - Bo, na Moce Światła, ja nie mam pojęcia. Co z posterunkami na Wschodzie?
- Cofną się bądź padną.
- Tam jest Lord Faramir. Jeśli on nie wróci, padnie ostatnia nadzieja.
- Nadzieja? Za co my mamy w ogóle ginąć? - zapytałem gniewnie.
- Za Gondor - odparła pewnie.
- Jeśli polegniemy, ale odniesiemy zwycięstwo, Gondor i tak się nam nie będzie widział.
- A jeśli żywi doświadczymy zwycięstwa?
- Nie sądzę, by tak było. A jeśli padniemy, a Cień odniesie triumf?
- Wtedy ci, co przeżyli, będą nam zazdrościć.
Pokręciłem głową. Wątpliwości i zmęczenie mnie przytłaczały. Nigdy do końca nie pojmowałem, czemu uznawano mnie godnym przydomku "Piękny" i nie przywiązywałem do tego wagi. Nie byłem pewien już niczego, oprócz własnego imienia i tej dziewczyny, co przede mną stała.
Tír, Tír. Zamiast sterczeć na nocnych wartach i dzielić los pospolitego wojaka, mogłaby mieszkać wygodnie w Cytadeli. Wystarczyłoby, żeby się powołała na swe pochodzenie. Wystarczyłoby, żebym ja to zrobił. Jednak wiedziałem, że wyrządziłbym tym jej krzywdę większą, niźli wraży oręż. Od czasu, gdy trzy dni przesiedziała przy swej umierającej na płuca siostrze w jednej i tej samej komnacie, nie lubiła być zamkniętą w czterech ścianach.
Od tego czasu także zdawała się być zaledwie połową siebie. Od trzech lat.
- Hirluinie - podjęła Tíriniel, a w głębi jej szarych oczu tańczyły dziwne ogniki. - Musisz zachować przynajmniej pozory wiary w to, dlaczego tu jesteśmy. Że czeka nas lepszy los. Że warto. Ludzie muszą to widzieć, inaczej się załamią.
Czasem jej rozsądek mnie zdumiewał. Tak było i tym razem.
- Nie zapomnę więc okazywać mnóstwa entuzjazmu - odparłem kwaśno.
- Do twarzy ci z entuzjazmem, nieważne jak fałszywym - powiedziała z małym uśmieszkiem na ustach. Nie mogłem zrobić nic innego, jak potraktować to jak komplement, kolejne posunięcie w grze, jaką toczyliśmy od lat.
Pomiędzy nami nic nigdy nie było oczywiste.
Przepuściłem ją w drzwiach kamienicy i odwróciłem się przed przestąpieniem progu. Chmury wisiały nisko nad miastem.

***

Jak przez mgłę widziałem...
A przynajmniej wydawało mi się, że widziałem.
...Tíriniel stojącą bez ruchu nad odciętą głową Gorniona ze znakiem Czerwonego Oka wypalonym na czole. Zginął. Zginął na Rammas Echor, bo go tam wysłałem.
Byłem bliski szaleństwa. Wmawiałem sobie, że muszę się ruszyć, by nie zginąć w szalejącej pożodze. Że nie jestem bezbronny i przerażony. Że jako dowódca muszę dawać przykład i nie uginać się, choć wrzaski skrzydlatego upiora rozdzierają przestworza i serca. Lecz coś we mnie krzyczało. Jakiś zwierzęcy instynkt kazał mi uciec, skryć się w pierwszej napotkanej dziurze, zwinąć w kłębek i przeczekać zawieruchę.
Tíriniel drgnęła.
Oby się nie załamała, bo wtedy runąłbym ja, a za mną moi ludzie. Moja podpora. Mój ratunek w tym szaleństwie. Ukochana, którą oddałem bez słowa ogniowi i stali.
Skrzydlaty Cień odleciał. Ognisty pocisk przeszył powietrze, uderzył w ścianę wyniosłej baszty za moimi plecami. Coś upadło na ulicę i potoczyło się po niej, pozostawiając krwawy ślad. Ktoś padł na kolana i rozszlochał się jak dziecko, upuściwszy łuk i włócznię.
- Do mnie, Pinnath Gelin! - krzyknąłem na cały głos, wybijając się nad wrzawę. Zerwałem z pleców płaszcz i zamachałem nim jak proporcem.- Nie złamią nas! Ratujmy Miasto! Pinnath Gelin, do mnie, wiara!
Przez smugi brudu, popiołu i krwi trudno mi było rozpoznać twarze własnych rodaków. Było ich o wielu mniej, niż wyruszyło. O wielu.
- Łucznicy! - kilkadziesiąt ramion z łukami uniosło się w górę, część rozdygotana jak gałęzie osiki. - Na mury! Na wieże! Ostrzał! Pozostali gasić pożary! Za Gondor!
Tíriniel, usmolona jak nieboskie stworzenie, odbiegła wraz z łucznikami; otrzymałem od niej tylko spojrzenie przez ramię. Chciałem ją zatrzymać - Valarowie! - gdy ujrzałem starca w białych szatach oraz lorda Imrahila nadchodzących z wyższych kręgów. Przywołałem swych przybocznych, gdyż panowie kierowali się w naszą stronę.
Starcem musiał być ów osławiony czarodziej, co przybył ratować Miasto z niziołkiem na łęku siodła. Podpierał się na lasce, ale wejrzenie miał szalenie przenikliwe i bystre. Roztaczał wokół siebie aurę respektu i dostojeństwa jak sam Władca Minas Tirith. Mogłem mieć tylko nadzieję, iż nie ujrzy mojej słabości.
Schyliłem głowę przed lordem i czarodziejem. Ich twarze nie nosiły śladu trwogi, chociaż ostrzał trwał, wokół padały kule, a domy stały w ogniu.
- Witaj, Hirluinie z Pinnath Gelin. Jak się trzymasz? - zagadnął Imrahil, podczas gdy starzec podniósł płaczącego mężczyznę z klęczek i powiedział mu kilka pokrzepiających słów.
- Dobrze, Lordzie. Wysłałem tylu łuczników, ilu miałem i... pożar...
- Rozumiem. Doskonale - książę Dol Amroth pokiwał głową i uśmiechnął się, ujmując mnie za ramię. Zdradą wydawało mi się, że wiedziałem, iż jego siostrzenica jest w Mieście wśród moich ludzi, a trzymam to w tajemnicy. Zdrada. Ale inaczej nie można było. Nie zrozumieliby nas i tak.
- Co z Lordem Faramirem? Czy Rohan przybędzie na pomoc?
- O Rohanie nic nie wiadomo, lecz może się jeszcze zjawić. Faramir zaś powrócił żywy, choć położyła go strzała - rzekł Imrahil. Cień przemknął mu przez twarz. - Valarowie mają go w opiece. I ciebie także niech mają, Piękny z Pinnath Gelin!
Odeszli, a wraz z nimi część nadziei.
Uniosłem twarz. Ani powiew wiatru nie poruszał stojącego powietrza, a Upiór ze Skrzydłami, kołujący gdzieś wysoko, tchnął nieokreśloną grozą.
Wraz z przybocznymi ruszyłem przez chaos i zniszczenie, resztką sił po drodze stawiając ludzi na nogi i wysyłając na pomoc bądź do walki. Nie wiedziałem, czy ma to sens, ale wydawało się słuszne w tej chwili. Nauczono mnie postępować tak, jak wydaje się słuszne, wbito mi to do głowy w dzieciństwie.
Czarne czeredy Nieprzyjaciela zgromadzone i okopane pod murami Minas Tirith wznosiły chrapliwe, niezrozumiałe, lecz brzmiące zwycięsko i triumfalnie okrzyki.
- Chwalą dzień przed świtem! - ozwał się za mną Danmir, jakby mu to także wpadło w ucho.
- Być może - odparł Muinhor burkliwie i zawtórowało mu buczenie rogów oznajmiające zapewne, że przybyły posiłki z Czarnej Bramy albo Doliny Morgulu. - Ale czy dotrzymamy kolejnego dnia, nawet bez świtu? Może powinniśmy się upić i pójść w ostatni bój, żeby nie oglądać klęski.
- Niezbyt wyrafinowana metoda - parsknął Danmir. - Ale całkiem niezła, jeśli się zastanowić. Wszystko lepsze od tego napięcia, niepewności i widma głodu. Chyba nie zdzierżyłbyś pustego żołądka?
- Najadłbym się przed walką.
- O ile by ci dali się najeść.
Rozmowa się urwała. Zatrzymaliśmy się przed wejściem na mur. Znieczuliłem już uszy na huk, okrzyki, łoskot i granie bębnów, ale nie potrafiłem nie patrzeć na zwłoki porozrzucane na ulicach i spiętrzone pod ścianami. Jak porzucone przez rozkapryszone dziecko-olbrzyma kukiełki.
- Poruszcie wszelkie zasoby nadziei, moi panowie - zwróciłem się do przybocznych - musi nam starczyć do rana. Bez niej, głodni i zmęczeni, padniemy jeszcze wcześniej.
Pokiereszowana twarz Muinhora ściągnęła się w grymasie.
- Prędzej czy później, z nadzieją czy bez niej, mój panie.
Pokiwałem głową i wszedłem na drabinę. Nie mogłem opędzić się od myśli, że być może mój ojciec bardziej nadawałby się na to miejsce, z tą jego brzydką, nalaną twarzą, ostrym głosem, nieczułością, zupełnym brakiem wrażliwości. Miewałem czasem wrażenie, że nie jestem jego synem, bo nie odziedziczyłem po nim niczego. Ale...
I tak nie powrócimy do Zielonych Wzgórz.
Ni ja, ni wy, żołnierze, ni ty, Tír. Grunt, by był w tym sens. Wtedy można umierać.

***

Potężne uderzenie, wstrząsające fundamentami Miasta.
Bębny.
Głos paraliżujący umysł i ciało. Strach nad wszelkie wyobrażenie.
Trzy uderzenia, jedno po drugim.
Jęk metalu, błyskawica i przedśmiertelny dygot Wielkiej Bramy.
Padła.
Zginiemy.
Nagle setki ludzi znieruchomiały. Ustał ostatecznie świst strzał i włóczni. Ustał brzęk i zgrzyt zbroi. Zamilkły nawoływania. Serca skurczyły się ze zgrozy.
Z ciemności i pożogi wyłonił się Cień. Nie zdzierżyłem nań patrzeć; skulony przy ziemi, pod tarczą, zwróciłem wzrok na starca promieniującego oślepiającą jasnością, stojącego naprzeciw Cienia.
Słowa potężne i czyste. Głos z najciemniejszych głębin ziemi.
I, na Wielkich Valarów, panie koguta, potem dźwięk rogów, rogów Rohirrimów.
Ocalenie.
Z nagła wszystko ruszyło. Cień się wycofał, ludzie podnieśli na nogi, a okrzyki powydzierały się z ich gardeł. Zakrzyknąłem i ja, bowiem niemal widziałem świt i czułem świeży wiatr. Rohirrimowie przybyli z odsieczą! Minas Tirith nie padnie! Ocalimy Gondor!
- Do mnie, Gondorczycy! - w miejscu białego czarodzieja pojawił się Imrahil na siwym rumaku i wniósł wysoko miecz. - Kto może unieść klingę, za mną!
Gwar, gwar, gwar... gdzieś przewijały się wierzchowce, ktoś klął, ktoś darł się jak opętany, ktoś płakał; pchałem się przez ludzką ciżbę, wykrzykując: "Pinnath Gelin!" i nadaremno wypatrując zielonych płaszczy i tarczy.
- Pinnath Gelin!!! Zielone Grzbiety!!! Rohan przybył z odsieczą! Wypad na Pola!!!
Wkrótce szarpnięto mnie za rękaw, za pas, za płaszcz. Moi ludzie, byli tu jeszcze. Sześćdziesięciu tarczowników, na oko. Niewielu. Zwołałem ich i dołączyłem do oddziału zbieranego pospiesznie przez księcia Imrahila.
Ostatecznie zatraciłem siebie. Wyrwany przedwcześnie ze swobody młodości przez śmierć ojca, przygnieciony obowiązkami, jakie niosła ze sobą ojcowizna, zabrany zdruzgotanej przez odejście męża matce i powołany na wojnę, której nie znałem, dla chwały, której nie pragnąłem, w jednej chwili o tym wszystkim zapomniałem.
Ujrzałem Tíriniel ściągającą z gniadosza rannego, półprzytomnego minastiritczyka, w ostatniej linii konnego pocztu złożonego z przypadkowych posiadaczy wierzchowców i rycerzy księcia, tuż przed ludźmi Golasgila z Anfalas. Tír postawiła mężczyznę na ziemi i wsiadła na jego gniadosza, osłaniając się tarczą i nadstawiając pikę otrzymaną od owego nieszczęśnika.
- Pinnath Gelin, za mną! - zawołałem i ze chrzęstem zacząłem się przepychać w jej kierunku przez rozszalały, podniecony tłum.
W tej chwili zagrzmiały trąby, a Imrahil dał znak i oddział ruszył.
Utonąłem w morzu ludzi biegnących przez zrujnowaną Wielką Bramę na Pola Pelennoru, by stawić czoła czarnej fali armii Mordoru.
Konny hufiec znacznie nas wyprzedził i, najeżony włóczniami, wpadł na czoło oddziału orków eskortujących taran, który posłużył do zburzenia Bramy. Wojska zbiły się z ogłuszającym trzaskiem, rykiem i chrzęstem. Nad skłębioną ciżbą jak ogromne kamienie wyrastały trolle i bestie z Południa zwane mumakilami, przywiązane linami do metalowego trzonu tarana.
Był taki moment, tuż przed starciem, gdy wszelki strach, napięcie, ból, zmęczenie i wątpliwości umknęły, zastąpione niemal spokojnym oczekiwaniem na nieuniknione. Był bieg ramię w ramię z towarzyszami broni, był chrzęst zbroi i jakby daleki łoskot bitwy, i głos srebrnych trąb, i buczenie rogów, i łomotanie bębnów, i tupot tysięcy stóp, aż raptem wszystko zamarło...
Pierwszy szereg.
Czarne, wykrzywione gęby orków.
...i nastąpiło zderzenie, z łoskotem, wrzaskiem, hukiem. Ludzie z Pinnath Gelin, Anfalas, Ringló, Dol Amroth, rodowici minastiritczycy i Valarowie wiedzą, kto jeszcze zbili się z armią Czarnego Kraju.
Cisnąłem włócznią w trolla. Ból rozdarł mi łopatkę i bark, ale żeleźce trafiło w oko, a bestia padła, grzebiąc pod swym cielskiem dziesiątki orków.
Zawrzasnąłem jednym głosem z żołnierzami i rzuciłem się w wir walki, siekąc, tnąc, rąbiąc, odrzucając tarczą.
Ziemia drżała od tętentu kopyt rohirrimskiej konnicy i stąpania rozwścieczonych mumakili tratujących i naszych, i wrogów. Ktoś szył do nich z łuków, nad głowami szumiały włócznie.
Jestem w bitwie!
Straszliwy huk oznajmił wszem wobec, że Rohan wbił się w czarną masę orków wokół Miasta i na Polach.
- Naprzód, Pinnath Gelin! - wydarło mi się ze zdławionego gardła. Aż dziw, że dałem radę krzyczeć. - Za Gondor! Gondor, Gondor!! Zań mamy umrzeć!!
Dobiliśmy do tylnych linii konnego hufca. Na moich oczach potężny cios bojowego topora zwalił z kulbaki rycerza z Łabędziem na płaszczu. Chorągiew ze statkiem Dol Amroth spadła pod kopyta koni i nogi orków.
- Za mną, Pinnath Gelin!
Obejrzałem się na swoich ludzi. Parli do przodu, osłaniając murem z tarczy siebie nawzajem, z determinacją i zacięciem godnym najwyższego podziwu. Wywinąłem mieczem młyńca, czując wreszcie chęć czynu i gorąco we krwi, dając tarczownikom znak do natarcia. W ostatniej chwili cofnąłem się do szeregu i nadstawiłem tarczę.
Wbiliśmy się w orków atakujących tyły konnego zagonu niczym opancerzona pięść i wyrąbaliśmy dość miejsca, bym dał radę dosiąść i opanować wierzchowca rycerza.
Bitwa rozpościerała się wokół mnie jak ptak rozkładający szerokie skrzydła. Na północy, wśród czerni armii orków i spalonej ziemi biegły zielone rzeki - Rohirrimowie. Jedna uderzyła w pierścień oblegający Minas Tirith, druga w orków nadciągających od Osgiliath, a trzecia kierowała się w naszą stronę, prąc z całych sił, lśniąca ostrzami włóczni, z chorągwiami Białego Konia powiewającymi wysoko nad głowami.
Wysoko nad nami kołował uskrzydlony Cień. W pewnym momencie zniknął, musiał spikować w dół, a po wojskach przeszedł szmer niczym powiew wiatru w gęstym lesie. Nie patrzyłem w tamtą stronę. Nie było już myślenia, zastanawiania się, wątpliwości, tylko zatracenie w walce i jedna natrętna myśl - przeżyć, przeżyć, przeżyć.
Uniosłem się w kulbace, zawinąłem mieczem i ściąłem najbliższego wroga, aż bluznęła czarna posoka. Rohirrimowie byli już przed nami. Przebili się jak jasna klinga sztyletu przez ciemne ciało i uderzali na Południowców. Widziałem Imrahila, kierującego konny poczt na pomoc Jeźdźcom Rohanu. Rykiem zwołałem swoich rodaków, część dosiadła wierzchowców, którym zabito jeźdźców. Z tętentem ruszyliśmy na Południe, wiodąc za sobą pieszych.
Rohirrimowie rozbili już część konnicy Południowców, ale ich konie cofały się przed mumakilami. Imrahil posłał więc mój oddział i władcę Lossarnach z jego ludźmi na natarcie od flanki, tak, by ominąć ogromne bestie.
Mając w odwodzie pieszych, popędziliśmy strzemię w strzemię z konnymi wojami z Lossarnach. Uderzenie na Południowców w pełni by się powiodło, gdybym nie ujrzał czegoś, co kazało mi odbić w kierunku najbliższego mumakila.
Tíriniel ledwie utrzymywała swego rozszalałego konia i celowała włócznią w gigantyczną bestię, otoczona niewielkim wianuszkiem górali w szubach, potrząsających dzidami.
Szaleństwo!
Spiąłem wierzchowca. W tej chwili nie było już we mnie strachu, nie było niczego. Moi ludzie rzucili się za mną, lojalni do ostatka, albo oszaleli w zamęcie i okrucieństwie bitwy, komu to wiedzieć?
Wryłem konia tuż przy Tíriniel. Słyszałem ochrypłe wrzaski Południowców i świst strzał, szum opierzonych lotek, deszcz grotów. Część odbiła się od zbroi i tarcz, ale reszta była celna. Mój koń zakwiczał, ugodzony w kłąb, ktoś z tyłu spadł z wierzchowca, wyjąc nieludzko, licho uzbrojeni piesi padali jak muchy, zaś Tír... została trafiona w szyję, tuż ponad kolczugą, i spadła bez życia pod końskie kopyta.
Rzuciłem miecz, przy wtórze panicznych krzyków ludzi zeskoczyłem z konia i przypadłem do Tíriniel. Zdjąłem jej hełm. Czarne włosy rozsypały się z odciętego krzywo tuż pod hełmem warkocza. Nie żyła już. Jej twarz zastygła w wyrazie całkowitego spokoju, tylko z ust ciekła cieniutka strużka krwi. W dłoni wciąż ściskała drzewce włóczni.
Walka jakby ścichła.
Okryłem Tíriniel jej tarczą i powoli uniosłem się na nogi. Przepełniony kipiącą nienawiścią, pokłoniłem się mej pani w wyrazie szacunku dla odwagi, jakiej nigdy nie posiadałem i wiary, którą mi dała tak niedawno.
Wyjąłem włócznię z zimnej ręki Tír, uniosłem mokrą od łez twarz do słońca i poczułem zapach, jak zwykł nieść się od wzgórz po wiosennym deszczu. Zapach domu. Zapach Pinnath Gelin.
Nade mną ciemniała sylwetka mumaka. Jego ogromny łeb pochylał się w moją stronę. Ktoś z tyłu krzyczał, chyba Muinhor, że łucznicy z Morthondu przybyli, że mam się cofnąć...
Podniosłem włócznię w ostatnim geście męstwa.
Usłyszałem świst strzał.
I wiatr pośród wzgórz.

Nilcamiel
20:55 05.02.2003

"Nie wrócił Hirluin do swych wzgórz nadmorskich..."
Powrót Króla, Bitwa na Polach Pelennoru, O Kurhanach Mundburga
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.