fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
Raczej metaforyczne lub zdawkowe, ale jednak: opisy cierpiania, walk, tortur etc. si? mog? pojawi?.

       To pasuje, myślał Celebrimbor (to tak naprawdę nie były myśli, a majaki, ból, powtórzenia za powtórzeniem, strzępki dawnych pieśni, strzępki obrazów, można je było znienawidzić za to bezustanne powtórzenie, niepowstrzymane, gdyby miał siły nienawidzić, nienawidziłby, ale nie miał i umierał z gorączki i wiedziałby, że umiera, gdyby ból pozwał mu cokolwiek wiedzieć, nie tylko czuć na najbardziej prymitywnym z poziomów, tak prymitywnym jak zwierzęta, jak kamienie, jak trawa, jak chmury, niczym się nie różnicie od much i od gnoju, wy, ukochane dzieci Valarów, powtarzał głos, głos Saurona i tylko Saurona, żadnych innych imion, tak samo głucho, jak wtedy), to tak bardzo pasuje, żebym jednak zginął przez zdradę i żebym sam zdradził. Żebym się pomylił w ocenie sojuszników, zaufał nie tym, co należało.
       Strzępki, majaki, powtórzenia. Curufin, Curufin, Curufin – próbował, wcześniej, kiedy jeszcze mógł zebrać myśli (ale nawet teraz to bolało, teraz tylko mniej rozumiał, czemu), próbował rozpaczliwie znaleźć to inne słowo – mój... I ono uciekało, ktoś ze śmiechem rozsypywał zgłoski i sensy, zmieniał w ogniste bicze, w rwane paznokcie, w wyłamane i miażdżone stawy, w kości starte prawie na proszek.
       „Mój, mój, mój! mój Jedyny, mój Pierścień, moje błyskotki – a cóż takiego, mój przyjacielu, cóż takiego jest twoje? Już nawet nie informacje, już one nie one, już są moje, pamiętasz?".
       Tylko jeszcze nie wszystkie i koniec końców w swoim upadku okazuje się taki, jak oni, zdrajca wszystkich, poza jedną sprawą – zdradził nawet krasnoludy, mimo przyjaźni, jaką go darzyły (tu było imię, ale nie mógł go sobie przypomnieć, bał się sobie przypomnieć), zdradził tych, którzy mu zaufali, nie zdradził w końcu tylko własnej krwi... Tylko, że ją zdradził właśnie na samym początku, zawsze, zawsze nie dość wierny, nie dość wierny Valarom, by powstrzymać dłoń w przystani, nie dość wierny kuzynom, by ocalić okręty, nie dość wierny, by przysiąc, nie dość wierny, by odejść, nie dość wierny, by milczeć...
       „Wiesz, czego potrzebuję. Wiesz, co musisz powiedzieć, żebym mógł to skończyć, żebym mógł przestać cię krzywdzić, wiesz, że nie chcę – to tylko kilka słów, kilka zdań, dasz radę, oczywiście, że dasz radę, nawet bez warg; nadal jesteś silniejszy, najsilniejszy, najpiękniejszy, najlepszy i najmądrzejszy, najdoskonalszy kowal Śródziemia; czyż nie jesteś ostatnim z rodu Feanora, czyż to nie mówi samo za siebie? Miałbyś nie dać rady?".
       Ognisty Duch. To imię przestało już w głowie Celebrimbora znaczyć cokolwiek poza torturą, poza tym, który zadawał mu cierpienie, nie mógł znaleźć innego oparcia – i wizja, uczucie bycia dziedzicem ognia, dzieckiem rozżarzonych węgli, żelaza rozpalonego do białości, drwiącego z przerażonych oczu, płynnego metalu lanego wprost na ciało („och, powinieneś docenić, przyjacielu, że ty, który kułeś, teraz jesteś wykuwanym"), wszystko to wydarło mu tylko głuchy, głuchy jęk z ust, bo nie sądził, by mógł mówić, by był w stanie...
        „Och, mój przyjacielu, ależ pamiętasz nadal i nadal możesz mówić, nie dałeś się szaleństwu, nie dałeś się szaleństwu, tak samo, jak wtedy w Nargothrondzie, gdzie jako jedyny zachowałeś przytomność wobec obłędu. Pamiętasz tamto i pamiętasz, gdzie ukryłeś swoje ostatnie dzieła – podaj mi miejsce, podaj mi imiona, a będę mógł wreszcie przerwać to wszystko, skończyć, dam ci ukojenie, spokój, dam ci ciemność tak łagodną, jak nigdy dotąd nie czułeś, sen tak pewny, jak jeszcze nie śniłeś, dam ci brak bólu, który uczyni ci świat wspanialszym niż kiedykolwiek, bo teraz wiesz, mój przyjacielu, ogniste duszątko, że brak bólu jest najjaśniejszą rzeczą na tym świecie, że nie ma nic prócz bólu i krótkich sekund wytchnienia".
        Silmarile, szepcze coś nagle – i to jest przytomna myśl, prawdziwa myśl, przebiega przez duszę i ciało, jak dreszcz, tak zimna aż parzy – silmarile są najjaśniejsze, silmarile, które ledwo pamięta, zawsze zamknięte w skarbcu, ale one są najjaśniejsze, bo inaczej wszystko, co uczyniono – co było trzeba uczynić – byłoby na próżno i bez sensu, i głupio.
Celebr – nie, Tyelperinquar, tak i tylko tak myślał, myśli o sobie, kiedy myśli naprawdę – mógłby znieść, że wszystko tamto było zbrodnią, może znieść zbrodnię i potępienie, choćby niezasłużone, nie może znieść braku sensu, pomyłki, głupoty, nie u tych ludzi.
        Nie powiem ci, nie powiem, nie powiem, oto kolejna repetycja, wzmocniona tamtym dotknięciem myśli, nakładana na inne. I oto się wycofuje cudzy głos, z sykiem – „więc jednak się nie wyrzekłeś obłędu, jesteś równie szalony, jak tamci, równie splamiony, nie doznasz ukojenia, nigdy i nigdzie, dla ciebie także nie ma litości" – wraca ból, nieskończenie wiele bólu.
Znów wszystko pierzcha. Ale tym razem cierpienie przekracza granicę – znika, nagle jest tylko magma wrażeń, przeładowanie uczuć, mętne bagno, gdzie się już nie odróżni przyjemności od tortur, wszystko jest jednakie i jakieś dobre, miłe, kojące w tej jednakowości – nagle, przez parę sekund, elf jest szczęśliwy, tym szczęśliwszy, że tamten głos klnie.
       A potem wszystko niknie, tym razem ostatecznie.

Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.