fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
- Czy to bolało? – zapytałem.
Mój brat przestał ciskać kamienie do morza i przyjrzał mi się.
- Co miało boleć?
- Umieranie, oczywiście – odparłem ostro. – O co innego mógłbym cię zapytać?
Czasem mój brat udawał niezbyt bystrego, by uniknąć odpowiedzi. Zamyślił się przez chwilę.
- Nie, nie bolało – powiedział i uśmiechnął się do mnie szeroko. – Ale strzały tak.
Potem się zaśmiał, a ja dołączyłem do niego, potrząsając głową.
Przez jakiś czas siedzieliśmy pogrążenie w przyjemnej ciszy, ciesząc się letnim słońcem i obserwując fale muskające wybrzeże zatoki osłaniającej Dol Amroth. Piasek był ciepły i suchy w dotyku, a ponad nami krążyły mewy, choć nie słyszałem ich głosów. Powietrze smakowało solą. Był to dom brata naszej matki, gdzie często przyjeżdżaliśmy jako dzieci, by odwiedzić krewnych, i byliśmy tu szczęśliwi. Wojna nie pozwalała nam tu odpoczywać, kiedy już dorośliśmy. Nie sądziłem, że będę z nim tak siedział, zanim Nieprzyjaciel nie zostanie pokonany.
Morze było tak gładkie, a widok tak uspokajający, że mógłbym tak trwać przez wieki. Jednak mój brat wstał z krótkim westchnięciem i otrzepał się z piasku. Mój wzrok spoczął na dziwnym pasie z połączonych złotych liści i już otwierałem usta, by go o to zapytać, lecz mnie uprzedził.
- Czas już iść, bracie – powiedział, wyciągając do mnie rękę. chwyciłem ją, a on bez trudu podciągnął mnie swoim silnym ramieniem. Potem pogładził lekko mój policzek, a ja poczułem pieczenie w skaleczeniu, mimo łagodności jego dotyku. Przez chwilę wyglądał na zasmuconego, lecz położył mi ręce na ramionach i uśmiechnął się do mnie; mój brat, jakiego go zapamiętałem, silny i przystojny prawy i mężny; mój najdroższy, ukochany przyjaciel. Również się uśmiechnąłem, a on popatrzył mi w oczy.
- Żegnaj, Faramirze – powiedział z tkliwością. Wtedy się obudziłem, zimnego dnia pod koniec lutego, w mieście pogrążonym w żałobie.
Jeden ze służących ojca pochylał się nade mną.
- Panie Faramirze – powiedział. – Pan Namiestnik żąda, byś dołączył do niego i Rady w przeciągu godziny.
Wyglądało na to, że przespałem południe. Nie mogłem zaprzeczyć, że czułem się lepiej dzięki temu i wciąż odczuwalnemu spokojowi, jakim napełnił mnie sen. Pospiesznie wstałem, umyłem się i ubrałem, po czym udałem się do Wieży, gdzie zbierała się Rada. Jej członkowie zdążyli już się przyzwyczaić do widoku synów Denethora rannych w walce, poza tym wszyscy już wiedzieli o moim przybyciu do miasta. Podszedłem do ojca i ucałowałem jego pierścień, jak tego po mnie oczekiwano.
On również mnie pozdrowił i jeśli jego bystre spojrzenie spoczęło na mojej twarzy, to tylko przez moment.
- Dzień dobry, Panie Faramirze. Ufam, że odpocząłeś po swojej podróży?
- Dziękuję, panie – powiedziałem miękko. – Tak, odpocząłem.
- Zatem usiądź z nami, gdyż mamy wiele do omówienia z powodu utraty drogiego nam dowódcy.
Tak też dyskutowaliśmy aż do późna, niewiele jednak zmieniła się nasza sytuacja, poza tym, że teraz bardziej odczuwaliśmy utratę. Dopiero na krótko przed północą mogłem odjechać ku Osgiliath. Kiedy czekałem, aż mi przygotują konia, zauważyłem, że zaczyna padać rzadka, lecz jednostajna mżawka, przez którą przemókłbym doszczętnie, zanim dotarłbym do rzeki. Skrzywiłem się i cieszyłem się, póki mogłem, ciepłą stajnią.
- Wspaniała noc na podróż, mój panie – powiedział stajenny z krzywym uśmiechem.
- Jeśli chcesz, możesz mnie zastąpić, Galdorze – odparłem łagodnie.
Zachichotał cicho, po czym wyraz jego twarzy uległ zmianie i nagle skupił się na swojej pracy. Odwróciłem się, by zobaczyć tego przyczynę, i ze zdumieniem ujrzałem ojca stojącego w wejściu. Nie mogłem przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni wyszedł, by popatrzyć, jak wyruszam, jeśli w ogóle kiedykolwiek tak się stało. Jego włosy były wilgotne i gdyby jego twarz wyrażała jakiekolwiek emocje, uznałbym, że był równie zaskoczony, co ja, tym, że znalazł się w takim miejscu. Stojąc z nim twarzą w twarz, czując się nieco niezręcznie, nagle zdałem sobie sprawę, że nie mamy wprawy w okazywaniu sobie uczuć. Uśmiechnąłem się z powodu absurdalności tej sytuacji, a on zmarszczył czoło – był to znak, że go rozbroiłem.
- Złą pogodę wybrałeś na przechadzkę, panie – powiedziałem.
- No, cóż – odparł i wzrokiem wskazał na Galdora, który starał się nie narzucać się swoją obecnością. Rozumiałem niezręczność, jaką obaj odczuwali, i szukałem sposobu, by temu zaradzić.
- Wyprowadzę ją, dziękuję – wymamrotałem do stajennego, który podał mi wodze i z wdzięcznością zniknął w głębi stajni.
Ojciec podążył za mną na zewnątrz, w deszcz. Poklepałem Aryn, która drobiła i prychała, jakby niecierpliwiąc się, by wyruszyć, skoro już musieliśmy podróżować w taką pogodę.
- Powinieneś wrócić do środka, panie. Wydaje mi się, że jest coraz gorzej.
Popatrzył na ciemne niebo i kiedy już miałem dosiąść wierzchowca, położył mi rękę na ramieniu. Zatrzymałem się i odwróciłem, by spojrzeć mu w twarz. Przez krótką chwilę pomyślałem, że mnie obejmie, lecz on tylko przesunął po mojej twarzy spojrzeniem takimi samymi ciemnymi oczyma jak te, które spoglądały na mnie z lustra.
Potem się odezwał:
- Teraz ty jesteś moim dziedzicem – powiedział po prostu i wtedy poczułem ciężar tej odpowiedzialności, którą mnie obarczył, ale też najczystszą radość, jaką wywołała ta uwaga. Skinąłem głową i wskoczyłem na grzbiet Aryn.
- Jedź bezpiecznie –powiedział. – I, Faramirze?
Spojrzałem na niego.
- Tak, ojcze?
- Uczyń mnie dumnym.
Jeszcze raz popatrzyliśmy na siebie, szarość w szarość, po czym skłoniłem mu się na pożegnanie i ruszyłem w dół z szóstego poziomu miasta.
Kiedy wyjeżdżałem na Pelennor, deszcz zamienił się w prawdziwą ulewę, a wiatr chlustał mi wodą w twarz. Odgarnąłem włosy z twarzy i ukłułem Aryn ostrogami. Przede mną leżało Osgiliath i smutek mężczyzn, kiedy usłyszą wieści o swoim dowódcy, a dalej Ithilien i tylko Valarowie wiedzieli, co tam zastanę. Przez jakiś czasem byłem pogrążony w myślach, by potem, wiedziony impulsem, obejrzeć się na Minas Tirith okryte ciemnością, choć na szczycie wieży jaśniało blade światło.
I kiedy deszcz stawał się coraz cięższy, rozmyślałem o Númenorze i o tym, jak coraz częściej i wyraźniej śniłem o jego dumie i pogrążaniu się, aż wreszcie upadku. Potem pomyślałem o ojcu, o jego stanowczej woli skłaniającej się na wszystkie strony i pragnieniu, by w rządach kierować się dobrem Gondoru – i lękałem się o Gondor, o mnie samego, a najbardziej o tego dumnego człowieka, który nie tolerował żadnego zawodu, jakkolwiek by nie został usprawiedliwiony, i który poświęciłby wszystko w obronie kraju.
Nadchodzi dzień przeznaczenia…
Gondor tonął za mną w ciemności, a przede mną był tylko cień Mordoru. W deszczu jechałem dalej na wschód.
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.