fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
W następnych tygodniach pogrążyłem się w ciemności; grozie i wycieńczeniu połączonymi z niekończącymi się rzeziami i powolnym, lecz nieustającym przypływem rozpaczy. Nic jednak w moim dotychczasowym życiu nie mogło się równać z ponurym spotkaniem z mym ojcem, które wtedy nastąpiło. Odprawił służących machnięciem ręki i spojrzał na mnie chłodno.
- Cóż takiego odciągnęło cię od twych obowiązków w Osgiliath, panie Faramirze? Czyżby ta stanica upadła?
- Nic tak ważnego dla obrony Minas Tirith, mój panie – odrzekłem, wciąż próbując złapać oddech po mojej szaleńczej jeździe. – Tym nie mniej złe są to wieści. – Popatrzyłem na szczątki na jego kolanach.
Podniósł je.
- Przynosisz może wieści o tym?
- Tak, ojcze.
- Jakże to?
Powiedziałem mu zatem o tym, co ujrzałem niespełna dwie godziny wcześniej, o mym bracie i o dziwnej łodzi, w której go złożono. Kiedy mówiłem, ojciec wstał i zaczął spacerować przed piedestałem. Potem odłożył kawałki rogu na swoje siedzisko i mówił mi o tym, jak je odnaleziono i przywieziono do miasta zaledwie pół godziny przed moim przybyciem.
- Nieszczęście to wielkie – powiedziałem. – Mój drogi brat… Nie wiemy nic o tym, jak odszedł, lecz wygląda na to, że poległ w walce, jak zawsze tego pragnął, a jego twarz była spokojna i piękna jak za życia. Możemy być nawet wdzięczni moim wizjom, że obudziły mnie, gdyż w przeciwnym razie nie byłbym zszedł na brzeg rzeki i byłbym go nie ujrzał, a nam pozostałby tylko strzaskany róg oraz wielki lęk i niepewność.
Ojciec zatrzymał się przede mną.
- Wizje, powiadasz? – Zmrużył oczy, a ja przekląłem swoją nieuwagę.
- Tak, panie – powiedziałem ostrożnie. – Śniłem…
- Twoje wizje! – zawołał, przerywając mi. – Tak, znam je dobrze i przeklinam cię za nie. Czyż to nie twój sen odebrał mi ukochanego syna, zabił go? Bądź przeklęty, ty i twoje wizje! – Łzy lśniły w jego oczach i z trudem mógł je powstrzymać.
Jeszcze nigdy nie byłem na niego aż tak wściekły; zawsze kiedy doszukiwał się winy, udawało mi się powstrzymać gwałtowne słowa i słuchałem jego opinii bez żadnej skargi, gdyż był moim panem, a ja podlegałem jego rozkazom. Ten jednak żal był zbyt gorzki, a ja utraciłem brata nie mniej, niż on utracił syna. Po prawdzie, jego słowa zraniły mnie głęboko, gdyż jadąc do miasta, płakałem na myśl, że wizje wpierw nawiedziły mnie i to ja powinienem był wyruszyć w podróż, a mój brat może by dzięki temu żył.
- Jesteś niesprawiedliwy, panie! – odparłem głosem stłumionym moimi własnymi łzami.
Popatrzył na mnie w zdumieniu.
- Niesprawiedliwy! – zakrzyknął.
- W rzeczywistości! Wizja ta nie nawiedziła tylko mnie, a ja podjąłbym się wyprawy, gdyby Pan Namiestnik mi przyzwolił. Nie tylko ja w tym domu mam dar jasnowidzenia, mój panie, lecz jakkolwiek dalekowzroczny byś nie był, nie widzisz wszystkiego!
Przeszył mnie ostrym spojrzeniem, ciemnymi oczyma studiując moją twarz. Znalazł wtedy to, czego szukał, a jego źrenice rozszerzyły się, kiedy pojął, że znam źródło jego wielkiej wiedzy i niebezpieczeństwo z tym związane, a przy tym dobrze odgadłem, jak bardzo na tym polegał w swoich osądach – we wszystkich sprawach, nie tylko w zdecydowaniu, który syn ma podążyć za głosem z wizji.
Podniósł lewą rękę i uderzył mnie jej wierzchem w twarz, zadziwiająco silnie jak na swój wiek. Poczułem, że pierścień, który nosił na małym palcu tej dłoni, rozciął mi skórę tuż poniżej oka, i zatoczyłem się do tyłu.
Przyłożyłem prawą rękę do twarzy i zauważyłem, że rozcięcie krwawiło. Osłoniłem twarz dłonią, oddychając urywanie, by nie zacząć łkać i w ten sposób się poniżyć.
Odezwał się już ciszej:
- Opuść rękę.
Nie byłem w stanie się poruszyć.
- Rób, co mówię, Faramirze. Opuść rękę.
Zatem usłuchałem.
- Spójrz na mnie.
Podniosłem głowę. Wyciągnął rękę, a ja, mimo że instynkt nakazywał mi się cofnąć, powstrzymałem się od tego. Chwycił mnie za brodę i obrócił moją twarz, nie okrutnie, lecz też bez delikatności, by przyjrzeć się swemu dziełu.
- Nie jest głębokie – powiedział. – Szybko się zagoi. – I ku mojej ogromnej uldze puścił mnie i się odwrócił. – Odejdź – polecił, potrząsając głową – gdyż moja żałoba jest wielka – tak właśnie mnie przeprosił.
Pochyliłem głowę.
- Ojcze – wyszeptałem wbrew rozsądkowi, gdyż gorąco pragnąłem go pocieszyć i dzielić z nim żałobę.
Odwrócił się do mnie tyłem i uniósł rękę, by mnie uciszyć.
- Idź odpocząć. Opatrz to skaleczenie i się połóż. Porozmawiamy ponownie jutro. Teraz pragnę zostać sam, by opłakiwać mego syna.
Skłoniłem się i odwróciłem, by spełnić polecenie. Udałem się do mojej komnaty pozostawiając go samego, jak tego pragnął. Posłałem po gorącą wodę i spojrzałem w lustro. Jak powiedział, rozcięcie nie było głębokie i bez trudu bym je oczyścił, gdyby nie ciche łzy spływające mi po policzkach. Wreszcie zatamowałem krwawienie, umyłem się i jeszcze raz spojrzałem na swoje odbicie. Byłem zmęczony, lecz sen nie mógł mi przynieść ukojenia. Kilka siniaków zniknęłoby po paru dniach, a skaleczenie, jak powiedział mój ojciec, też szybko by się zagoiło, nie pozostawiając żadnej blizny. Znacznie gorsze rany odnosiłem w walce, lecz nigdy nie były one aż tak bolesne.
Jako chłopiec, często odczuwałem ciężką rękę ojca, lecz kiedy podrosłem i nabrałem sił, nie był już tak skory, by mnie uderzać. Zbędna to była ostrożność z jego strony. Nie podniósłbym ręki na władcę Gondoru, nawet w obronie. Po raz ostatni uderzył mnie, gdy byłem młodzieńcem w wieku lat szesnastu i mogłem z łatwością go odepchnąć. Nie pomnę, co wtedy wywołało jego wściekłość; w rzeczywistości już dawno zaprzestałem prób spamiętania, czym mógłbym go zagniewać, gdyż było to nieprzewidywalne. Jedynym wspólnym czynnikiem, jakiego się doszukałem, był fakt, że żyję, a to czasami wystarczyło, bo rozwścieczyć go niewyobrażalnie.
Raz chwycił mnie za ramiona i cisnął o ścianę z taką siłą, że z powodu uderzania w głowę na chwilę wszystko pochłonęła ciemność. Jedyne, co słyszałem, to krzyk ojca i prośby mego brata. To pokazywało, jak straszliwa była ta sytuacja, gdy Boromir, który z powodu swojej pozycji pozostawał bezstronny w naszych kłótniach, był teraz zmuszony, by interweniować, odciągając naszego ojca, dopóki ten mnie nie puścił, i wlokąc mnie, oszołomionego, do mojej komnaty, by mnie opatrzyć. Od tamtej pory ojciec zachowywał dystans i podejrzewałem, że między nim a Boromirem padły ostre słowa w tej sprawie, mimo że mój brat o tym nie wspomniał ani ja o to nie pytałem. Przykro mi jednak było, że stałem się powodem spięcia między ojcem i synem, których serdeczna miłość do tej pory pozostawała bez skazy. Tym bardziej się teraz smuciłem, gdyż mój ojciec stracił nie tylko żonę, ale i dziedzica, którego ukochał ponad wszystko inne.
Kiedy tak stałem, patrząc na odbicie swojej zranionej twarzy, starszy o dwadzieścia lat, przypomniałem sobie, czego jeszcze nauczyło mnie tamto zdarzenie – skoro nie mogłem być tym, kogo mój ojciec pragnął (a nie wiedziałem nawet, jakim mógłby się stać), mogłem przynajmniej być szczery z sobą samym i w sercu zachować swój niesplamiony honor i miłość do niego, zarówno jako ojca, jak i władcy ostatniego z królestw númenorejskich. I jak w dzieciństwie odnajdowałem spokój, tak teraz go odnalazłem, by uszanować ojca, pozostać prawym i uczynić to hołdem dla niego, czy tego chciał, czy też nie, gdyż było to wszystko, co mógłbym mu ofiarować i w ten sposób okazać swoją miłość. Oto poczułem w głębi serca, że w tej czarnej godzinie rozpacz i smutek mogą zachwiać rozsądek mojego ojca, a ja bym go przed tym chronił, gdybym tylko zdołał, nawet gdybym ściągnął przez to na siebie gniew większy od tego, jakiego doświadczyłem. Ogarnięty tym kruchym spokojem, zasnąłem.
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.