fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 11] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
*
Ponoć dzielnie stawałeś w bitwie u boku Turgona. Widzę w tobie siłę i gniew twego ojca i pasję matki. Pół Noldor, pół Sindar, białe lico, czarne serce i skryty płomień. Idealna krzyżówka, materiał w sam raz na mojego wysłannika i dowódcę. Lub na zabawkę, jeśli materiał nie będzie współpracować. Nim zadam ci pytanie, pytanie o Gondolin, moi słudzy oprowadzą cię po komnatach tortur. Dobrze się tam zastanów, nim odpowiesz Panu Ardy, zabaweczko.

Dźwignie, śruby, klamry i łańcuchy. Kolce, haki i ostrza. Liny i kleszcze.
Przeraźliwe krzyki i monotonne jęki, zawodzenia torturowanych istot, elfów, ludzi, a nawet orków. Jeńcy porozpinani na wymyślnych machinach, obdzierani ze skóry, przypalani, chłostani, pożerani żywcem przez bestie i robactwo, miażdżeni.
Mężczyźni i kobiety.
I dzieci.
Wszyscy nadzy, wszyscy upodleni, umysły i ciała zastygłe w agonii i grozie.
Korytarze bez końca, spowite w dym od kopcących pochodni.
Straszliwy smród, odór gnijącego mięsa i krwi, wilki walczące między sobą o ochłapy, pijące z ciemnych kałuż na posadzkach.
Próbował się od tego odciąć, nie patrzeć, wmawiać sobie, że to koszmarny sen, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę, ale jego oprawcy mu na to nie pozwolili. Jakby wyczuwając, czego boi się najbardziej, pokazali mu z bliska oślepienie i kastrowanie. Ofiarą był jakiś wysoki jasnowłosy elf - na szczęście w trakcie kaźni szybko stracił przytomność i już jej nie odzyskał, mimo wysiłków oprawców. A potem były machiny i tortury, których sam widok groził szaleństwem. Maeglin, do tej pory dający się prowadzić w otępieniu i szoku, zaczął się wyrywać i opierać. Dalej więc był wleczony siłą. Przy machinie zwanej, jak mu powiedzieli, „kołyską Balroga”, w której wyła bezwłosa elfka – czy raczej to co z niej zostało, ścięły go torsje, choć już od dawna nie miał czym wymiotować. Trzymali go, nie pozwalając, by odwrócił głowę, pilnowali, żeby nie zemdlał.
A potem nastąpiło najgorsze. Wymyślne, przypominające tron urządzenie, z uchwytami na ręce, nogi i szyję, najeżone kolcami, hakami – Maeglin starał się mu nie przyglądać, choć przyciągało wzrok z chorobliwą, nieodpartą siłą. Było puste, na szczęście. Jego eskorta zatrzymała się na środku komnaty, dwaj orkowie, którzy go przytrzymywali, odsunęli się. Wszyscy patrzyli na okute wrota, czekając na coś. Po chwili rozległ się odgłos wielu kroków i szamotaniny, otworzyły się oba skrzydła drzwi, do środka wprowadzano kolejno jeńców – pięciu. Młodzi elfowie, widocznie niedawno schwytani, bo nie skatowani, nie noszący jeszcze śladów długiej niewoli, maskujący strach pod tarczą dumy, jedni opierający się, gniewni, inni spokojni i godni. Orkowie, którzy z nimi przybyli, ustawili ich w rzędzie, zmusili, by wszyscy poklękali.
- Wybierz jednego, „mój panie” – wódz eskorty, ni to ork, ni człowiek o sadystycznej twarzy i pejczu u pasa, szyderczo zwrócił się do Maeglina .
Maeglin spojrzał na niego z osłupieniem, a potem odruchowo, zupełnie bezwiednie, przesunął wzrokiem po jeńcach. Trzeci z lewej, czarnowłosy chłopak, Sindar na oko sądząc, przypominał do złudzenia jednego z Kretów, nawet uczesany był podobnie. Maeglin zatrzymał wzrok na jego twarzy.
O mgnienie oka za długo.
-Ten? – Potwór, który uważnie go obserwował, wyszczerzył zęby. – Dobry wybór. Jest silny i rosły, wytrzyma długo.
I skinął ręką, opancerzoną stalą.
- Nie!!! – wyrwało się Maeglinowi w zgrozie, jego głos zlał się z okrzykiem ”wybranego” chłopaka, podrywanego na nogi.- Nikogo nie wybrałem! I nie wybiorę!
Ale było już za późno, odzierany z ubrania młody elf rzucił mu spojrzenie, w którym lęk mieszał się z nienawiścią. W tle dwaj orkowie ustawiali jakieś uchwyty i wajchy piekielnej machiny.
Maeglin bezradnie zacisnął pięści i spojrzał w bok, na bestię, która wprost napawała się tą sceną. Podobnie jak wtedy, w obozie orków, tak i teraz, zdjął go ślepy gniew i bunt. Nie myślał o konsekwencjach. Książę Noldorów nie pozwoli się tak traktować, nie zastraszą go. Jak atakujący wąż, bez ostrzeżenia, rzucił się na rechoczącego z uciechy stwora. Liczył na zaskoczenie, swoją siłę i szybkość. Jeden sprawny chwyt i skręci bydlakowi kark. A potem niech się dzieje co chce. Nawet nie zdążył się zdziwić, kiedy jego zamach zagarnął tylko powietrze, a prawa ręka została pochwycona i zablokowana. Bestia, która musiała spodziewać się ataku, zareagowała z wprawą kogoś, kto uczynił sztukę z poskramiania więźniów. Maeglin, szarpnięty za rękę, stracił równowagę i tej samej chwili oberwał potężnie czymś twardym prosto w pierś, poderwało go w powietrze, komnata zawirowała, a on sam wyrżnął plecami w posadzkę, tracąc dech.
- Jeszcze raz? – zapytał pobłażliwie dowódca, nachylając się nad nim. W ręku trzymał coś na podobieństwo pałki lub pręta, dobytego nie wiadomo skąd i kiedy.
Maeglin natychmiast spróbował się podnieść, ale dziwnie odrętwiałe ciało nie było mu posłuszne. Uderzenie o kamienie posadzki okazało się nad wyraz silne, paraliżujące niemal. Wciąż brakowało mu tchu, nawet kasłanie przychodziło z trudem. A jeszcze trudniej było pogodzić się z faktem, że ten szatański pomiot rozprawił się z nim jak z nieposłusznym szczeniakiem.
- Elfie ścierwo, już ja cię nauczę – obok dowódcy wyrósł mniejszy ork i rozwinął bicz.
- Jeszcze nie teraz, taki rozkaz – potwór odepchnął go niecierpliwie. – Podnieście go. I dopilnujcie, żeby nie uronił żadnego szczegółu przedstawienia na jego cześć.

*

Gdzie jest Ukryte Miasto, Gondolin?
Powiesz mi to, wcześniej czy później. Wiesz o tym. Wiesz, że nie wytrzymasz tego bólu, że wyznasz, ba, wykrzyczysz mi wszystko w nadziei na wytchnienie. Ale wtedy będzie już za późno. Nie będziesz już wtedy widział ani czuł.

Maeglin, bystrooki syn Eola i Aredheli. Zastanawiasz się, skąd tyle o tobie wiem. Ja cię znam, elfiątko. To ja cię stworzyłem. Nie wierzysz mi? Twój ojciec był moim sługą. To w moich kuźniach nauczył się wszystkiego. Nawet nie wiesz, że za jego pośrednictwem uprawiasz moją sztukę, powielasz moje zamysły. Sądzisz, że twoja matka trafiła prosto w jego objęcia z przypadku? To ja pognałem precz jej eskortę, to ja rozsnułem mgły, to ja kazałem pająkom ją przepuścić. Zaplanowałem cię. Dzięki mnie istniejesz. Nie zmienisz tego, kim jesteś. Nie odmienisz przeznaczenia.
Jesteś mój.

…wrota twego umysłu otwierają się przede mną, twoje myśli są moją własnością…

W głębi serca wiesz, że miasto musi upaść. Moi drodzy bracia, Valarowie, sami to wam przepowiedzieli. Ja wyjawię ci sekret: Gondolin nie musi upadać. Jego los zależy od ciebie. Jeśli nie zdradzisz mi jego położenia teraz, zrobi to niebawem kto inny, a wtedy nie okażę już litości i nie pozostawię kamienia na kamieniu. Moja oferta przeznaczona jest tylko dla ciebie, mojego wybrańca, tu i teraz. Jeśli zgodzisz się zasiąść na tronie jako mój wasal, oszczędzę miasto i jego mieszkańców. Dzięki tobie przetrwają. Będziesz bohaterem, będziesz powszechnie podziwiany. Czyż nie tego chcesz?

Turgon? Będziesz mieć skrupuły wobec tego, kto zabił twego ojca? I matkę? Tak, matkę. Dlaczego w porę nie zareagował? Dlaczego nie podał jej odtrutki? Dlaczego tak szybko usunął jedynego świadka, który mógł coś wiedzieć o truciźnie? Chcesz poznać prawdę? Nie było żadnej trucizny, Turgon nie mógł ścierpieć, że jego siostra splamiła się związkiem z Ciemnym Elfem. Więc ją usunął. Bratobójca, objęty Klątwą Noldorów. Ty ocalałeś tylko ze względu na swoją wiedzę i talent. Wiedz, że niewolnicy nie pracują tak ciężko w moich kopalniach, jak ty trudziłeś się w Gondolinie. I jaka była twoja nagroda? Pogarda i odtrącenie. Śmiali się z ciebie za twoimi plecami, nie wiedziałeś? Kpili sobie z ciebie. I bali się.

Twe myśli płoną nazbyt jasno. Kochasz, lecz nie jesteś kochany. Pragniesz, lecz bez nadziei spełnienia. Doznałeś w życiu wielu krzywd – czy dasz się okaleczyć dla tych, którzy cię lekceważą, którzy za plecami nazywają cię Ciemnym Elfem, którzy skąpią ci światła i należnych tobie praw? Którzy skąpią ci… uczucia? Jesteś im coś winien?
Czy to miasto, którego tajemnicy tak gorliwie strzeżesz, odpłaciło ci choć w części za poświęcenie? Jesteś pewien, że warto dla niego umierać w mękach? Byłeś tam szczęśliwy?

Pragniesz jej. Pożądasz. Nie wzdragaj się, w miłości nie ma niczego złego. Chcesz jej, to naturalne. Jest dla ciebie stworzona. Księżniczka dla księcia. Królowa dla króla. Mój wasal powinien mieć godną siebie żonę. Pasujecie do siebie. Twoje bohaterstwo odmieni jej serce, spojrzy na ciebie innymi oczami, masz na to moje słowo. Dasz jej szczęście o jakim nie marzyła. Ocalisz ją. Przed śmiercią. I przed nią samą. Ktoś musi to zrobić, skoro innym odebrało zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości. Królewska krew nie powinna mieszać się z krwią śmiertelników. Ale to jeszcze można naprawić. Na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno.
Możesz mieć wszystko czego pragniesz.

Idril…

Dosyć! Wystarczy!
Znajomy głos wdarł się między wspomnienia. Ktoś Maeglinem potrząsnął, raz i drugi. Obraz sali tronowej zaczął się rozwiewać, jako ostatnie zniknęły oczy Władcy Ciemności, odbijające blask Silmarili.
Patrzył na Turgona, bladego i zdenerwowanego. Byli w jego jaskini. Ile czasu – nie potrafił powiedzieć.
- Już dość – powtórzył Turgon, usiłując zapanować nad drżeniem głosu. – Pokazałeś mi to co chciałem i mam już moją odpowiedź.
Maeglin powolnym ruchem dotknął czoła i raz jeszcze powiódł wzrokiem po wnętrzu swego domu. Siła wspomnień przywołanych w gniewie była tak duża, że wciąż spodziewał się widoku orka lub wilka, wyłaniających się z któregoś z zakamarków. Nagle zrobiło mu się bardzo zimno.
Rozległ się szelest i przykryło go coś miękkiego i ciepłego. Otworzył oczy – to Turgon narzucił mu na ramiona swój płaszcz. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa, a potem król rzekł krótko:
- Zaczekaj tu – i z tymi słowy wyszedł. Maeglin został na podłodze i ograniczył się jedynie do szczelniejszego otulenia płaszczem. Czuł się dziwnie otumaniony i spowolniony, jak wtedy, kiedy w kopalni pod Anghabarem wybuchł gaz i spowodował zatrucie kilku elfów pracujących najbliżej, w tym i jego.
Po chwili znów rozległy się kroki.
- Wstańże już z tej podłogi! – rzekł Turgon rozkazującym głosem, a kiedy nie doczekał się reakcji, ze zniecierpliwieniem ujął Maeglina pod ramię, podniósł i pokierował w stronę łóżka. Siostrzeniec posłusznie przysiadł na brzegu, ponownie ciasno owijając się płaszczem.
- Pij! – Turgon podał mu ozdobny bukłak.
Maeglin wziął go, bo w tonie wuja było coś, co sugerowało, że lepiej się nie sprzeciwiać. Ostrożnie pociągnął pierwszy łyk.
Miruvor!
Nie pił tego… od czasów swych wypraw w góry. I od czasu Nirnaeth Arnoediad. Napój smakował jak zawsze i rozjaśniał w głowie, miłe ciepło rozlało się po ciele.
Zastukał przysuwany stołek – to Turgon usadowił się naprzeciwko, przy swym wzroście i królewskiej tunice wyglądając nieco komicznie na tak małym, topornym zydelku. Maeglin nieśmiało wysunął rękę z bukłakiem, chcąc go oddać, ale wuj skinął przecząco ręką, więc trzymał go dalej, oburącz, by powstrzymać się od nerwowego splatania dłoni. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że odruchowo wodzi palcami po ornamentach i bada zatyczkę, sposób jej zamocowania, spaw przy uchwycie. Dawne nawyki twórcy i pasjonata sztuki kowalstwa i zdobnictwa nie zanikały tak łatwo.
- A więc to tak się odbyło – zamruczał Turgon w zadumie, a Maeglin zwiesił głowę. Przypływ gniewu wywołany dopytywaniem się wuja minął bezpowrotnie, teraz zostało tylko dojmujące zmęczenie. I strach. – Pewną pociechą jest dla mnie, że jednak byłeś też ofiarą Morgotha, a nie tylko katem Gondolinu. Poddano cię ciężkiej próbie i w pewnym sensie nie winię cię, żeś uległ.
Maeglin, zaskoczony, zaryzykował rzut oka na wuja. Jak zwykle wyraz twarzy Turgona był nieodgadniony.
- Tego, czego nie mogę jednak nijak zrozumieć – ciągnął niespiesznie król - to to, żeś nas nie ostrzegł po powrocie. Powiedz, dlaczego milczałeś i taki spokojny, taki radosny, czekałeś aż nadejdzie zagłada, mmm?
- Nie mogłem.- odszepnął.
- Ale dlaczego? – Turgon podniósł nieco głos.
- Po prostu nie mogłem.
- Lojalność wobec Morgotha nade lojalność wobec twego króla i wuja? – Zakpił Turgon.- Czy ty naprawdę uwierzyłeś, że on ci odda nietknięty Gondolin z całym jego ludem i bogactwami? Że będziesz sobie w nim beztrosko panował? Że Idril zgodzi się zasiąść u twego boku, po tym jak za twoją wiedzą wymordują jej najbliższych? Racz też zaspokoić moją ciekawość – jaki los zaplanowaliście dla mnie? Na tronie wszak było miejsce tylko dla jednego króla…
Maeglin przygryzł wargę i nie odpowiedział.
- Naprawdę chciałeś cisnąć Earendila z murów, prosto w płomienie?
- Nie pamiętam. – Odrzekł Maeglin zduszonym głosem, zgodnie z prawdą. Wydarzenia na murach zlały mu się w jeden, chaotyczny obraz. Była tam krzycząca Idril, nadbiegający Tuor i … dzieciak też. Ale co dokładnie się działo w tych ostatnich chwilach, litościwie zakryła mgła. Pamiętał wszystko dokładnie do momentu, w którym odnalazł Idril z prośbą, by się ratowała. Potem – były już tylko strzępki zdarzeń.
- Jakże wygodnie – skomentował Turgon. - Nie zmienia to jednak faktu, że chciałeś posiąść kuzynkę, siostrę można rzec, uprzednio zrzuciwszy w przepaść jej dziecko. Przed tobą wiele pracy, by odzyskać dobre imię i zaufanie nas wszystkich, mój siostrzeńcze.
- Moje imię jest zhańbione na wieki i nie za…
- I tak możemy w nieskończoność, każdy swoje – Turgon przerwał mu obcesowo. – No, dobrze – oznajmił, rozglądając się po jaskini. – Weź co najpotrzebniejsze, nie chcę zbytnio obciążać konia. Po resztę rzeczy, które zdecydujesz się zabrać, przyślemy później.
- Co?- Maeglin pobladł.
- Pakuj się - wyjaśnił spokojnie Turgon. - Wracamy do mojego pałacu. Mam względem ciebie plany i nie zamierzam z nich rezygnować.
Maeglin, nie znajdując słów, zaczął kręcić głową. Wcześniej założył, że nie ma powodu do paniki, bo wuj przecież nie może wymusić na nim powrotu siłą. Teraz, patrząc w te nieugięte władcze oczy, nie był już wcale taki pewien i na samą myśl oblał go zimny pot, a serce zaczęło tłuc się jak oszalałe.
- Cóż tak patrzysz? Chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci tu zostać, skoro już cię znalazłem. Co, według ciebie, miałbym powiedzieć Aredheli i Eolowi? „Tak, tkwi w tej swojej jamie i nie życzy sobie was widzieć”?.
Maeglin coraz szybciej kręcił głową. Eru, miej litość, to wszystko nie tak. Jak w krzywym zwierciadle…
- Nie. Nie mogę. Nie pojadę.
- Nie pytam cię o zdanie. Pozwól, że przypomnę ci dzień w Gondolinie, w którym ślubowałeś mi posłuszeństwo. Miałeś swobodę wyboru i wybrałeś mnie, a nie Eola, dorośnij więc wreszcie do własnej decyzji. Od owego czasu jestem twoim władcą i do mnie należy sąd nad twoim losem, tak jak kiedyś osądziłem twojego ojca. Należysz do mnie, z własnego wyboru. I przypominam ci o tym po raz ostatni.
- To było kiedyś, w innym życiu – Maeglin zaprotestował słabo.
- Przysięga to przysięga! – zagrzmiał Turgon, a oczy mu zalśniły – My, Eldarowie, nie mamy takich wykrętów jak śmiertelnicy. Nie odchodzimy poza kręgi świata, nasze słowo jest wieczne. A ja nie przypominam sobie, bym cię z twojego zwalniał! Wybrałeś służbę u mnie, więc mi służ. Wracasz ze mną, to rozkaz.
- Zlituj się – zaszeptał Maeglin.
- Opacznie rozumiesz litość. Okazuję ci ją właśnie zabierając cię z tej nory. I wyjaśnijmy sobie coś jeszcze, Maeglinie, masz wielki dług do spłacenia. Dług u swej rodziny i u swego ludu. Odmawiając powrotu, pozbawiasz ich prawa do konfrontacji, do oskarżeń, do stawiania pytań. Tak, i choćby do naplucia ci w twarz, dlaczego nie. Lecz przede wszystkim do przebaczenia. Czy tego chcesz, czy nie, czy będziesz chować się w ciemności jaskini, czy odważysz się wyjść, twoje czyny zaważyły na losach tysięcy. Twe piętno nadal spoczywa na ludu Gondolinu. Bez twojej prośby o przebaczenie i bez odmowy bądź udzielenia ci tej łaski, życie Idril jest niepełne, a jej spokój zachwiany, zrozum to wreszcie, głupi mały samolubie! Aredhela nie zazna szczęścia ni radości, dopóki nie weźmie cię w ramiona! Twój ojciec nie stanie się w pełni sobą bez waszego pojednania. Odważ się spojrzeć w twarz Earendilowi i zobacz co znajdziesz w jego oczach. Stań przed twoją Krecią Chorągwią z podniesionym czołem. Daj im szansę, by mogli ocenić i wybrać, przyjąć lub odrzucić.
I stań przede mną.
Nie mogę.
Maeglin przez chwilę trwał nieruchomo, a potem powolnym ruchem ściągnął płaszcz i odłożył go, wraz z bukłakiem, na łóżko. A potem osunął się przed Turgonem na kolano.
- Wybacz mi, królu. - Powiedział jedynie.
I nim wuj zdążył zareagować, wstał i skoczył w mrok korytarza. Turgon krzyknął coś za nim, ale Maeglin puścił to mimo uszu. Przez mgnienie oka motał się w kotarze, zerwał ją w końcu, szarpnął za drzwi i stanął w oślepiającym świetle słonecznego dnia. Piękny długogrzywy rumak, pasący się nieopodal, poderwał gwałtownie łeb i parsknął, nastawiając uszu. Maeglin minął go i pobiegł ku tej części lasu, gdzie panował największy mrok, a drzewa rosły tak gęsto, że nie sposób było wjechać tam konno. Miał nadzieję, że Turgon zrezygnuje z pościgu, jednak rzut oka wstecz pokazał, że wuj biegnie za nim. Już się więc nie oglądał, tylko skupił całkowicie na biegu, jak to miał w zwyczaju. Teren był trudny i pod górę, co i rusz trzeba było skakać przez zwalone kłody i przedzierać przez chaszcze. Omszałe drwa były śliskie od deszczu, cierniste pnącza chwytały za ubranie. Maeglin biegł przed siebie, byle dalej od Turgona, byle tylko uciec.
Ku swemu przerażeniu jednak, zamiast się coraz bardziej oddalać, słabł z każdą chwilą, tracąc tempo. W uszach miał przerażający, chrapliwy odgłos własnego ciężkiego oddechu. Jego dawna zwinność zniknęła. Zaczął się potykać, w końcu źle ocenił odległość między wykrotem a pniem i runął jak długi. Kiedy się niezdarnie podnosił, zobaczył plamę błękitu między drzewami. Turgon wciąż biegł za nim, nie udało się go zgubić. W przypływie paniki Maeglin wykrzesał z siebie jeszcze trochę sił, ale wuj i tak stopniowo i nieubłaganie skracał dystans.
„Co się dzieje?!” – pomyślał w rozpaczy. Dawniej Turgon nigdy by go nie dogonił. NIKT by go nie dogonił. Nawet niedościgłej Aredheli potrafił uciec w lasach Nan Elmoth, a był jeszcze wtedy chłopcem. Coś z nim było nie tak.
Od powrotu z sal Mandosa był wyraźnie słabszy. Szybko się męczył, musiał robić częste przerwy w pracy, potrzebował zaskakująco dużo snu, który zresztą nie przynosił mu wytchnienia. Jadł mało i rzadko, bo miał wstręt do wszelkiego jadła, a jego ciało źle to znosiło. Normalny elf nawet by takiego postu nie odczuł - Maeglin nie potrzebował lustra, by wiedzieć, że jest przeraźliwie chudy. Nie dbał o swój wygląd, więc nie zaprzątał sobie tym głowy. Teraz jednak, kiedy niemalże rzęził z wysiłku, wspinając się pod górę i grzęznąc w nasączonych wodą mchach, przemknęło mu przez głowę, czy to nie jego fea, udręczona ponad miarę, odpowiada za to wycieńczenie. Skoro bowiem jego dusza jest w opłakanym stanie to jakże ma wspierać ciało? W tym momencie zahaczył stopą o zdradziecką plątaninę gałęzi i przewrócił się ponownie. Pozbierał się z trudem, podnosząc na rozdygotanych rękach i ujrzał Turgona, lekko i pewnie pokonującego wzniesienie. Jego sylwetka rosła w oczach. Jeszcze chwila i go dogoni. Maeglin z jękiem ruszył przed siebie, przedzierając się bez wdzięku przez zasłonę gałęzi, nie bacząc na to, że kaleczy sobie twarz i ręce.
Nagle wyrwał się na otwartą przestrzeń i owiało go zimne, rześkie powietrze. Z rozpędu pobiegł jeszcze parę kroków i ledwo wyhamował, machając rozpaczliwie ramionami, bo u jego stóp rozpostarło się urwisko. Zdołał utrzymać równowagę i cofnąć się, nim uderzył w niego kolejny mocny podmuch wiatru, grożąc zepchnięciem ze skały.
Pamiętał to miejsce, kiedyś tu był. Las kończył się jak ucięty nożem, a ze szczytu urwiska rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok. Maeglin jednak, ignorując zielone wzgórza, parujące w słońcu po deszczu, patrzył jedynie w dół, gdzie spienione wody kotłowały się wśród zębatych skał. Korony dorodnych drzew porastających brzegi rzeki wyglądały z tej wysokości jak kulki mchu.
W tyle zatrzeszczały gałęzie - Turgon wydostał się z gęstwiny i stanął jak wryty na widok Maeglina, balansującego na skraju przepaści. Syn Eola i Aredheli spojrzał na niego, a potem znowu w dół. Nagle wyprostował się i odetchnął głęboko, bo spłynął na niego niezwykły, kojący niemal spokój. Wszystkie kawałki układanki wskoczyły na miejsce, by stać się miało to, co musiało się stać. Przeznaczenie go tu przywiodło. Rozwiązanie było tak proste i słuszne – aż dziw, że wcześniej na to nie wpadł.
- Nie! – Zawołał Turgon, przeczuwając co jego siostrzeniec chce zrobić.
Maeglin odwrócił ku niemu głowę, stając pewnie na samym brzegu urwiska. Spod jego stopy posypały się w dół drobne kamyki i grudki ziemi. Nagle zrobiło się przejmująco cicho, nawet wiatr przycichł, jakby i on chciał podkreślić grozę chwili.
- Nie rób tego – pobladły Turgon postąpił krok do przodu i bezradnie zatrzymał się natychmiast, bo Maeglin ostrzegawczo przesunął się jeszcze dalej – stał teraz tak, że jeden niebaczny ruch, a runie w dół wprost na skały. Wuj uniósł obie dłonie w uspokajającym geście, ale nic więcej nie mógł zrobić – nie było mowy, by zdołał pochwycić straceńca i odciągnąć go od przepaści - stali zbyt daleko od siebie.
Maeglin spojrzał mu prosto w oczy, a Turgon zdumiał się, widząc po raz pierwszy tak szczere i gorące uczucie.
Kocham cię. Pokochałem cię od pierwszych chwil i służyłem ci najlepiej jak umiałem. Nie potrafię wytłumaczyć tego, co stało się po moim powrocie z niewoli. I nie umiem żyć z moją hańbą. Wiedz, że nie ma chwili, bym nie tęsknił za matką aż do bólu serca. Lecz nie wrócę. Właśnie dlatego, że was kocham. Nie rozumiecie? Boję się, że znowu wyrządzę wam krzywdę. Jestem przeklęty. Jestem wybrykiem natury, pomyłką Iluvatara. Nie chcę was skazić moją ciemnością. To jest Aman i nie ma tu dla mnie miejsca. Nigdzie go nie ma, poza nicością. Nie powinienem był istnieć i zamierzam to właśnie naprawić. Żegnaj, mój królu.
Maeglin uśmiechnął się smutno, piękniejszy niż kiedykolwiek i odwrócił. Rozpostarł ramiona i…
- Manwe i Vardo, oto wzywam was na świadków mojej przysięgi! – Zagrzmiał za jego plecami głos tak potężny, że wzbudził liczne echa. Zaskoczony Maeglin obejrzał się za siebie, opuszczając ręce. Z oczu Turgona, przerażająco dzikich, bił blask przywodzący na myśl Silmarile w komnacie tronowej Morgotha. – Jeśli skoczysz – król zniżył nieco głos, przez co zabrzmiał on jeszcze dobitniej – jeśli skoczysz – powtórzył, paląc Maeglina wzrokiem – to Valarowie świadkami, przysięgam jednako na Światłość i na Nieprzeniknione Ciemności, że skoczę za tobą. Stało się! Nasze losy splątały się, kiedy mi się pokłoniłeś, a ja cię przyjąłem jak syna. I splątanymi pozostaną. Manwe mi świadkiem – nie chcę umierać, ale jeśli mnie do tego zmusisz to podążę za tobą i do Mandosa. Raz już miałeś moje życie w swym ręku, teraz oddaję ci je po raz drugi. Jeśli skoczysz, zabijesz nas obu. Kochasz mnie, powiadasz. Zatem decyduj o moim losie raz jeszcze. Wiedz jednak, że się ode mnie nie uwolnisz, ni w życiu ni w śmierci.
Maeglin zamarł jak rażony gromem, jego czarne oczy rozszerzały się ze zgrozy, w miarę jak znaczenie słów Turgona w pełni do niego docierało. Poruszył ustami, ale nie był w stanie dobyć głosu. Przez chwilę, długą jak wieczność, patrzyli na siebie bez słowa.
Aż wreszcie Maeglin odstąpił od przepaści, runął na kolana i kryjąc twarz w dłoniach zaczął przeraźliwie krzyczeć, głosem istoty pokonanej i udręczonej ponad miarę. Turgon pospiesznie pokonał dystans między nimi, schylił się i chwycił go za ramiona.
- Przestań! Opanuj się! – spróbował nim lekko potrząsnąć, ale bez rezultatu. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że uderzenie w twarz przerwie tę histerię, ale Turgon wzdragał się przed takim rozwiązaniem.
- Przestań! – powtórzył, z błagalną nutą w głosie, kładąc mu rękę na głowie, ale Maeglin nadal krzyczał bezrozumnie, w mrożący krew w żyłach sposób. W desperacji Turgon uklęknął i nieco nieporadnie zagarnął siostrzeńca w ramiona. Maeglin zachłysnął się i ścichł, spazmatycznie, jękliwie chwytając powietrze. W tym samym momencie Turgon z niejakim zaskoczeniem uświadomił sobie, że obejmuje go po raz pierwszy, w Gondolinie nigdy przedtem tego nie zrobił i nie odczuwał takiej potrzeby. Zdarzało się, że położył siostrzeńcowi dłoń na ramieniu, i owszem, nie szczędził mu też słów pochwały i aprobaty– ale przytulić – nigdy.
„Właściwie dlaczego?” – zdumiał się. Wydawać by się mogło, że Maeglin, dojrzały ponad wiek, też tego nie potrzebował. Ale czy aby na pewno?
Turgon zmarszczył brwi i odruchowo wzmocnił chwyt, jednocześnie z przerażeniem wyczuwając pod palcami same kości obleczone skórą. Z niedowierzaniem przesunął dłonią po plecach i prawym boku siostrzeńca - każdy krąg i każde żebro rysowało się pod koszulą ostrym łukiem. Gniew, który po długich poszukiwaniach, przywiódł króla do jaskini, topniał z każdą chwilą, ustępując miejsca ściskającej za gardło litości.
- Dziecko, coś ty ze sobą zrobił? – szepnął, drugą dłonią usiłując, bez skutku, rozplątać mu zmierzwione, mokre od potu włosy.
Maeglin nie odpowiedział. Wciąż dygotał, a jego płytki, szybki oddech przeszedł w łkanie. Turgon dotknął jego policzka, ale łez nie wyczuł. Ostrożnie spróbował rozmasować mu kark i plecy, ale Maeglin był tak spięty, że nie miało to sensu. Turgon więc ograniczył się do trzymania go w objęciach. Po chwili zniżył głowę i szepnął mu prosto w ucho, bielejące wśród czarnych, splątanych włosów:
- Niespełna pięć dni drogi od Tirionu jest dolina w obręczy gór. Skryta jak perła w muszli, zielona jak klejnot. Można się tam dostać bardzo wąskim wąwozem, który kończy się skalną ścianą. Da się po niej wspiąć i wtedy z góry rozpościera się przejmująco znajomy widok…
Maeglin znieruchomiał i Turgon poczuł, że zaczął go słuchać całym sobą.
- Znaleźliśmy ją trzy lata temu, twoja matka, ojciec i ja. Pokazaliśmy wybranym.
Zwołałem Radę Gondolinu, jak za dawnych lat. Wszyscy byli zgodni. – Ciągnął, nie zdając sobie sprawy z narastającego, dziecięcego niemal, podekscytowania w głosie - Nadszedł czas. Odbudujemy Gondolin, wieża po wieży, fontanna po fontannie, kamień po kamieniu. Golodhrimowie tego chcą, są gotowi opuścić dotychczasowe domostwa i zamieszkać wszyscy razem, jak dawniej. Valarowie udzielili nam zgody. Na nowo zawiązują się chorągwie i bractwa.
Maeglin wyczuwalnie wstrzymał oddech.
- Tak – odpowiedział Turgon – Krecia Chorągiew też. Wiedz, że na Radzie były głosy sprzeciwu, ale ostateczna decyzja należała do mnie. A moją wolą jest, by wszystko było jak dawniej. Nie ma sensu w taki sposób uciekać przed przeszłością. Po pierwszych wahaniach zaczęli się zgłaszać twoi elfowie, na początek niewielu było dostatecznie śmiałych, ale dobre i to. Przekonanie pozostałych to już nie moje zadanie.
Maeglin wciąż milczał.
- Ecthelion zwołuje straże bram. Domyślam się, że nawet w tej chwili architekci pracują, odtwarzając plany miasta. Przed nami dużo ciężkiej pracy. Mamy jednak czas. I będziemy mieć Gondolin w całej jego krasie. Tyle, że nie będzie to już Ukryte Miasto lecz Miasto Gościnne. O siedmiu otwartych bramach. A mówię ci to wszystko, Maeglinie, bo twórców pierwszych sześciu już mam, brak mi jedynie Bramy ze Stali… - to rzekłszy Turgon znacząco zamilkł, czekając na reakcję. I choć Maeglin, co było do przewidzenia, nadal się nie odzywał, jego ręce po chwili drgnęły i powoli objęły plecy wuja, odwzajemniając nieśmiało uścisk. Turgonowi zabiło serce.
- Twój talent i pomoc będą bezcenne – rzekł cicho.- Pytanie tylko, czy zechcesz ich nam użyczyć. Mogę ci to rozkazać, ale nie tego nie zrobię. Odbudowa Gondolinu nie będzie dla nikogo przymusem, nawet dla ciebie. Odpowiedz mi.
- Ja… - stłumiony, słaby głos się łamał -…ja nie mam sił…
- To widzę. – odparł Turgon spokojnie. – I trzeba będzie temu zaradzić, choć nie jest to w tej chwili najważniejsze. Ja nie o siły cię pytam, lecz o to czy chcesz? – I uśmiechnął się kiedy po dłuższej chwili usłyszał w odpowiedzi szept, niewiele głośniejszy od szmeru wiatru:
- Chcę…
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.