fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 11] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
Maeglin nie odpowiedział.
Bo niby co mógł powiedzieć? Zresztą i tak nie był w stanie mówić ani myśleć. Ani oddychać.
- Dlaczego? – powtórzył Turgon.
Maeglin zamknął oczy, nie mogąc znieść tego przeszywającego na wskroś spojrzenia i w tej samej chwili wyrwał mu się skowyt, kiedy potężne dłonie chwyciły go za ramiona.
- Odpowiedz mi! – Turgon potrząsnął nim z pasją.
Maeglin otworzył usta, ale nie wyrzekł ani słowa, bo nagle pociemniało mu w oczach i zawirowało w głowie. Otwarła się przed nim czarna czeluść i Maeglin osunął się w nią z ogromną ulgą.
Następne, co pamiętał, to dziwny ucisk na karku i głos wuja, ostro nakazujący mu się uspokoić i oddychać. Minęła chwila i czerń zaczęła rozwiewać się z wolna. Maeglin zorientował się, że siedzi na podłodze, podpierając się oburącz, a wuj klęczy przed nim.
- Oddychaj! Głęboko – padały chłodne rozkazy. Ucisk na karku przemieścił się nieco, przyginając mu głowę jeszcze niżej i Maeglin zrozumiał, że to dłoń wuja go przytrzymuje.
- Nie próbuj mi tu mdleć – ciągnął bezlitosny głos.- To nic ci nie pomoże. Wdech!
Maeglin zagryzł zęby i spróbował odetchnąć głębiej. Jeszcze nie mógł, ale za to zawroty głowy zaczęły ustępować. Był nawet wdzięczny, za tę rękę przytrzymującą go za kark, bo dzięki temu nie musiał patrzyć Turgonowi w twarz. W polu widzenia miał jedynie skraj tuniki i czubek wujowskiego buta. I ozdobne zakończenie długiego pasa, spoczywające na podłodze. Maeglin skupił wzrok na tej ozdobie – przedstawiała głowę łabędzia wpisaną w okrągły medalion, twórca zadbał o najdrobniejsze szczegóły, zaznaczył nawet powiekę i piórka okalające nozdrza ptaka. Maeglin miał wielką ochotę przesunąć po nim palcami, ale nie ośmielał się ruszyć.
Wreszcie Turgon puścił go i Maeglin, niechętnie i powoli podniósł głowę.
- Przyjechałem tu po odpowiedzi na moje pytania – powiedział Turgon spokojnie.- Mam wiele pytań, czekałem na ciebie w salach Mandosa, by je zadać. Czekałem kilkaset lat, na próżno. Nie zjawiłeś się, mimo, iż z tego co się dowiedziałem, zginąłeś owego dnia wkrótce po mnie. Można wiedzieć, gdzie się podziewałeś?
- Zostałem w… Gondolinie – odrzekł Maeglin z trudem.
- Na jego zgliszczach, chciałeś powiedzieć – poprawił go Turgon z ogniem w oczach.
Maeglin skinął głową i ponownie wbił wzrok w srebrnego łabędzia.
- A potem? – Turgon wyciągnął rękę i ujmując go za podbródek obcesowo podniósł mu głowę, dając do zrozumienia, że siostrzeniec ma patrzyć na niego.
- A potem błąkałem się po Śródziemiu – szepnął Maeglin w odpowiedzi.
- Nie wzywano cię do Mandosa?
- Wzywano, ale nie odpowiadałem.
- Więc jak to się stało, że wróciłeś? – Turgon zmarszczył brwi.
- Nie wiem! – Maeglin spojrzał na niego żałośnie.- Nie wiem. Nagle przyszło wezwanie, któremu nie mogłem się oprzeć, stanąłem przed Valarami, a oni odesłali mnie tutaj. Ja …
- Uprosiłeś sobie przebaczenie – stwierdził Turgon domyślnie, uśmiechając się krzywo.- Ciekawym jak.
Uśmiech ten i ton sprawiły, że Maeglin nagle odczuł gniew.
- O nic nie prosiłem! – rzekł nieco mocniejszym głosem. – O nic! Nie chciałem wracać. Valarowie zrobili to wbrew mej woli!
- Valarowie nie robią niczego wbrew woli Dzieci Iluvatara – upomniał go Turgon.
- Najwyraźniej zrobili dla mnie wyjątek!
- O, tak. Niewątpliwie jesteś wyjątkowy. Tu się zgadzam – wycedził Turgon, patrząc mu prosto w oczy. – Bardzo wyjątkowy.
Maeglin zmieszał się i odwrócił wzrok.
- Kiedy się przebudziłeś? – dociekał Turgon.
- Czas jakiś temu – odrzekł Maeglin cicho.
- Kiedy? Dokładnie.
- Jakieś trzydzieści osiem lat.
- Mieszkałeś tutaj przez cały ten czas?
Maeglin pokiwał głową.
- Jesteś szczęśliwy? – zapytał Turgon swobodnie, sadowiąc się wygodniej na podłodze.
Maeglin spojrzał na niego z niedowierzaniem, sądząc, że to żart. Twarz wuja jednak była poważna.
- Pytam, czy jesteś szczęśliwy.
Maeglin stłumił chęć, by parsknąć gorzkim śmiechem i przeniósł wzrok na palenisko, nie odpowiadając. Siedzieli tak przez chwilę, naprzeciw siebie, Maeglin ze wzrokiem wbitym w dogasające płomienie, Turgon studiując go uważnie. Milczenie przeciągało się, a napięcie zaczęło znów rosnąć.
- Kochałem cię jak syna – rzekł Turgon nieoczekiwanie, a Maeglina przeszył dreszcz, jak lodowate ostrze.
-…traktowałem jak własne dziecko – ciągnął władca Gondolinu. – Dałem ci wszystko, co tylko mogłem. Książęcy tytuł, władzę i bogactwo. Nigdy nie powiedziałem złego słowa.
Maeglin zerknął ku wylotowi korytarza. Palące pragnienie ucieczki powróciło z nieprzemożną siłą.
- Czy zdarzyło się kiedykolwiek, że byłem niesprawiedliwy względem ciebie, albo cię skrzywdziłem?
Maeglin pokręcił przecząco głową.
- Chcę usłyszeć twoją odpowiedź. Mam dosyć tego wiecznego milczenia.
- Nie – rozległ się bardzo cichy szept.
Turgon odczekał chwilę, a potem rzekł:
- To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
Maeglin poruszył ustami i opuścił głowę. Chciał powiedzieć: „Ja też cię kochałem”, ale z jakiś przyczyn nie potrafił. Kiedy zaryzykował zerknięcie na Turgona, wuj wciąż patrzył na niego wyczekująco i Maeglin zrozumiał, że nie wykręci się od odpowiedzi.
- Zawsze… byłeś dla mnie bardzo dobry – powiedział z trudem.
- Można zatem wiedzieć, czym zasłużyłem sobie na zdradę? – oczy Turgon rozbłysły. Szybkim ruchem wyciągnął rękę i chwycił siostrzeńca za kark, uniemożliwiając mu odwrócenie głowy, a sam nachylił się do przodu.
- Czym. Zasłużyłem. Sobie. Na. Zdradę? – cedząc dobitnie każde słowo Turgon zbliżył się tak, że jego oddech owionął twarz Maeglina. Młodszy elf spróbował się odsunąć, ale palce na jego karku boleśnie wzmocniły chwyt. Zamknął więc oczy w dziecinnej, rozpaczliwej próbie ucieczki.
- Tym, że miałem tron, który zamierzałeś przejąć?
Maeglin jeszcze mocniej zacisnął powieki i nie odpowiedział.
- Czy tym, że miałem córkę, której pożądałeś?
Słysząc to, Maeglin otworzył oczy.
- Zdziwiony, że wiem? – Turgon przymrużył oczy i ciągnął bezlitośnie. – Idril powtórzyła mi, co mówiłeś wtedy na murach. Zastanawiam się jedynie, czy szaleństwo przyszło wraz z Morgothem, czy też zawsze byłeś wynaturzony. Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego, że syn mojej Aredheli okaże się zboczeńcem…!
Maeglin wbił wzrok w posadzkę, kątem oka łowiąc błysk głowni wujowego sztyletu. Był tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Kusząco blisko, wystarczy jeden szybki ruch.
…- jak można pożądać własnej siostry? Toć to obraza naszych praw i obyczajów, to chore i…
Maeglin podjął decyzję. Nie zamierzał dłużej tego słuchać.
Dość.
Lepiej to skończyć tu i teraz, jak najszybciej, korzystając z tego, że są sami. Poderwał się i chwycił za rękojeść sztyletu, dobywając go jednym wprawnym ruchem. Turgon zareagował błyskawicznie, zwalniając uchwyt na jego karku i usiłując chwycić go za przegub, żeby zablokować cios, ale ich dłonie się rozminęły.
Bo Maeglin, ku jego zaskoczeniu, nie mierzył w niego, tylko we własną pierś.
Król dawnego Gondolinu był jednak na tyle szybki, że w ostatniej chwili zdołał podbić mu rękę, tak, że ostrze godzące w serce, straciło nieco ze swego impetu i zamiast wbić się w ciało, zrobiło długą poziomą szramę ześlizgując się poniżej obojczyka. Maeglin mimowolnie skrzywił się z bólu i spróbował w desperacji ponowić cios, ale tym razem wuj nie dał się zaskoczyć i chwycił go za rękę.
- Puść! – warknął Turgon, wzmacniając chwyt. - Rzuć to!
Maeglin zagryzł zęby i spróbował się wyswobodzić szarpnięciem. W odpowiedzi Turgon bezlitośnie wykręcił mu przegub i młodszy elf z sykiem bólu rozwarł palce. Sztylet stuknął o posadzkę, a Maeglin, bardziej już z uporu, sięgnął po niego lewą ręką - po to tylko, by ujrzeć jak wuj kopnięciem posyła broń pod przeciwległą ścianę.
- Głupcze! Durny szczeniaku! – wybuchnął Turgon, widząc jak na koszuli siostrzeńca szybko rośnie bura plama. Rana, choć płytka, była rozległa i krwawiła obficie. Maeglin czuł jak pierwszy strumyczek krwi, łaskocząc, spływa mu po żebrach. A po nim następny. Turgon rozejrzał się, sięgnął po koszulę, która leżała na krześle i zwiniętą przycisnął do rany. Maeglin miał ochotę powiedzieć, że to właśnie jest jego najlepsze wyjściowe ubranie, ale zamiast tego zwiesił tylko głowę. Wściekle piekący ból rany pomału zmieniał się w nieprzyjemne pulsowanie. Siedzieli tak przez dłuższą chwilę.
- To nie jest wyjście – zauważył wreszcie Turgon, wciąż przyciskając koszulę do rany.
Nie widzę innego – pomyślał Maeglin.
Zawsze można prosić o przebaczenie – głos Turgona zabrzmiał w jego myślach.
- Nie! – rzekł na to Maeglin zdecydowanie.
- Nie? – zaskoczony Turgon zmarszczył brwi.
- O wybaczenie można prosić jeśli się kogoś obraziło, albo zraniło, albo wyrządziło przykrość – Maeglin, po raz pierwszy zdecydował się spojrzeć wujowi w oczy. - Są jednak czyny, których odkupić nie sposób. Przecież nie stanę przed tymi wszystkimi, którzy zginęli przeze mnie i nie powiem: „przepraszam”, bo tylko ich obrażę. Są granice w przepraszaniu i ja je przekroczyłem. Straciłem prawo, by prosić o wybaczenie. Istnieje bowiem zło, którego nie da się naprawić ani za nie wynagrodzić. Co się stało, to się nie odstanie i moje przeprosiny nie mają sensu.
Starał się mówić z mocą, przywołując echo dawnej siły swego głosu, kiedy to potrafił nagiąć do swej woli każdego niemal słuchacza. Przez moment wydawało mu się, że zrobił na Turgonie wrażenie. Ale tylko przez moment.
- Jak rozumiem cierpisz tu na nadmiar wolnego czasu – skwitował wuj - i dla zabicia nudy wymyślasz rozmaite bzdurne teorie. Nie myślałeś, żeby się zająć czymś pożytecznym?
Maeglin zaciął usta w wąską kreskę i nie odpowiedział.
- Powiadasz, że nie możesz stanąć przed ludem Gondolinu i powiedzieć; „przepraszam”, a ja zapytam – dlaczego nie? To bardzo dobre słowo na początek. I nie w nim tkwi problem, tylko w tobie, Maeglinie. W tobie. I w tym, że jesteś tchórzem.
Młodszy elf aż się zatchnął z oburzenia.
- Nie jestem tchórzem!
- Cóż za spojrzenie. Nie jesteś tchórzem, powiadasz? To, co tu robisz, w tej norze, z dala od świata, gdy twym obowiązkiem jest stanąć przed twoim własnym ludem?
- Wątpię, by ten lud uważał mnie nadal za swego.
- A nie korci cię, żeby to sprawdzić?
- Nie – odparł Maeglin szczerze. Bo i po co miał sprawdzać, skoro znał odpowiedź.
Turgon odjął koszulę od rany i rzucił ją na podłogę.
- Daruj ciekawość – odezwał się z przekąsem – ale co zamierzasz dalej robić? Spędzić tu wieczność?
- Wrócę do Mandosa – odparł Maeglin z przekonaniem. W tej właśnie chwili bowiem podjął decyzję.
- Słucham?
- Będę tam tkwił, dopóki mnie nie wysłuchają. Od razu powinienem tak uczynić, a nie dać się im się tu odesłać – z każdą chwilą nabierał pewności, że to jedyna słuszna droga i dziwił się, że do tej pory o tym nie pomyślał.
- O cóż to chcesz prosić Valarów? – Turgon zmarszczył brwi.
O śmierć wiekuistą. Ale, z całym szacunkiem, to nie twoja sprawa, wuju.
- Jeśli dobrze zrozumiałem postanowiłeś umrzeć, czy tak? – Turgon nie spuszczał z niego wzroku.
Maeglin nie odpowiedział.
- A będziesz miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby pożegnać się z matką? – rzucił z pasją król Gondolinu.
Maeglin zatrząsł się cały. Mimo iż można się było spodziewać pojawienia tego tematu, był nań kompletnie nieprzygotowany.
- Która oczy wypłakuje z tęsknoty za swym jedynym, ukochanym synem?!
Maeglin z całej siły zacisnął szczęki i zamknął oczy, by je czym prędzej otworzyć – w wyobraźni ujrzał bowiem twarz Aredheli.
- Nawet o nią nie spytałeś! – wuj patrzył na niego ze, jak się Maeglinowi zdało, skrajną pogardą.
Wystarczy, że o niej myślę, dzień i noc.
- Lepiej jej będzie beze mnie. Wszystkim wam będzie lepiej – szepnął, wbijając wzrok w podłogę.
- To miej odwagę powiedzieć jej to w twarz, ty samolubny tchórzu!
Maeglin poderwał głowę. Miał dość. Absolutnie dosyć.
- Nie będę tego słuchał! – syknął, zrywając się.
- Ależ będziesz! – wuj złapał go za przedramię i przemocą ściągnął z powrotem na podłogę.
I w tym momencie coś w Maeglinie pękło.
- Zostaw mnie w spokoju! – krzyknął, usiłując się wyrwać.- Nie waż się mnie dotykać! – w tym momencie świat rozmazał mu się w oczach, gdy potężne pchnięcie posłało go prosto na ścianę. Wuj przyparł go do muru z zapierającą dech siłą.
- Ty mi śmiesz mówić, co mam robić, a czego nie? Ty? Boli cię, słuchać o matce, prawda? Bardzo boli.
Maeglin zamknął oczy.
- To dobrze – ciągnął Turgon, uspokajając się nieco. – To znak, że zostały w tobie jeszcze jakieś normalne uczucia. – Widząc, że Maeglin już się nie wyrywa, puścił go i odsunął się nieco. – Wiedz, że twoja matka dzień w dzień wstawia się za tobą u tronu Manwego. Dzień w dzień błaga o zlitowanie i wyczekuje twojego powrotu! Nie wiedząc, że przebudziłeś się niemal czterdzieści lat temu!!! Maeglinie, jak mogłeś? Na co ty czekasz? Aż jej serce pęknie?!
- Przestań! – zawył Maeglin, zakrywając uszy dłońmi.
Dzień w dzień, od sześciu wieków, staje przed tronem Manwego błagając o zmiłowanie dla ciebie – głos wuja rozległ się w jego myślach. – Ona... i twój ojciec.
- Mój...? – osłupienie było tak wielkie, że Maeglin opuścił ręce i szeroko otworzył oczy. – On...wrócił?
- Wrócił, Maeglinie. Sześć wieków temu. I w przeciwieństwie do ciebie, miał odwagę stanąć przed twoją matką i przede mną i prosić o wybaczenie.
- Są... razem? – Maeglin szepnął w niedowierzaniu.
- Od dwóch wieków, tak.
- Czy on...- Maeglin wciąż nie potrafił wymówić imienia ojca ani ubrać obaw w słowa. Przeszył go nagły, dojmujący i niemal paniczny strach o matkę. O jej bezpieczeństwo i wolność. Dobrze znany paskudny lęk, któremu towarzyszyło poczucie własnej bezradności i rozpaczy.
- Eol bardzo się zmienił – odrzekł spokojnie Turgon, zdając się wychwytywać ten jego niepokój.- Ale nie będę ci opowiadał jego historii, którą teraz już znam. W przeciwieństwie do ciebie. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, spytaj go sam.
Maeglin zagryzł zęby. Problem polegał na tym, że on wcale nie chciał wiedzieć. Ani tym bardziej pytać. Nie chciał mieć z tym... z nim nic wspólnego.
Znowu zapadła pełna napięcia, przedłużająca się cisza.
- Milczy – rzekł wreszcie Turgon z westchnieniem. – Nic, tylko milczy. Nie odezwał się słowem, kiedy ginęła jego matka, milczał, kiedy ginął jego ojciec, milczał, kiedy łuna zapłonęła nad miastem. Cisza, wieczna cisza. Powiedz mi, o czym teraz myślisz, Maeglinie?
- Że nie powinienem się był urodzić – odrzekł Maeglin bez zastanowienia i zaraz tego pożałował, bo słowa zabrzmiały wyjątkowo dziecinnie.
Zaryzykował zerknięcie na wuja. Turgon kiwał z wolna głową, jakby usłyszał coś, czego się spodziewał i co potwierdziło jego domysły.
- Powiedz mi – rzekł król. – Co Morgoth ci obiecał w zamian za zdradę? I czy w ogóle ci coś obiecał?
Maeglin zagryzł zęby i nie odpowiedział. Nie mógł.
- A może zrobiłeś to z czystej nienawiści, na przekór wszystkim?
Maeglin milczał.
- To było wtedy, tuż po przesileniu wiosennym, czy tak? Wtedy, gdy zniknąłeś na tydzień? Szukaliśmy cię w kopalniach, w obawie, że zawalił się jeden z tuneli, a ty w tym czasie poszedłeś do niego...
- Nie poszedłem! – Maeglin poderwał głowę.
- Nie?
- Złapali mnie! – Maeglin dał się ponieść oburzeniu. Co oni sobie myśleli, że sam z siebie poszedł paktować z ...Tamtym ?! – W górach. Walczyłem, ale w końcu mnie pokonali i... i...
- Mów dalej – Turgon patrzył na niego uważnie.
- Zabrali mnie do... zabrali mnie tam... – Słowa: „Morgoth” i „Angband” nie chciały mu przejść przez usta.
- Schwytali cię w górach, powiadasz. Gdzie dokładnie?
- Poniżej Przełęczy Echa – szepnął Maeglin.
- *Poniżej* przełęczy. Tak z ciekawości, kiedy pierwszy raz złamałeś mój zakaz wychodzenia poza obręcz gór? – zagadnął Turgon takim tonem, jakby pytał kiedy pierwszy raz wsiadł na konia.
- Dwa lata po moim przyjeździe – odrzekł Maeglin.
Chce prawdy, to niech ją ma.
- I często wychodziłeś?
- Kilka, kilkanaście razy w roku.
- Jestem pod wrażeniem – Turgon uśmiechnął zimno. – A ja, naiwny, miałem cię za wzór posłuszeństwa. Powiedz, nie korciło cię, żeby odejść?
O, tak. Zwłaszcza, kiedy pojawił się śmiertelnik. Ale miasto trzymało mnie na uwięzi. Nie mogłem bez niego żyć, nie mogłem żyć... bez niej.
Nawet, kiedy patrzyłeś jak jest z innym? - zaszeptał głos Turgona w jego głowie i Maeglin poderwał się w popłochu, z bijącym sercem. Jakim cudem wuj mógł słyszeć jego myśli?! Umysł Maeglina zawsze był twierdzą i tylko jedna istota w historii zdołała przekroczyć jej próg, wyłamując przemocą bramy. Poza Tamtym nikt go nigdy nie mógł usłyszeć i Maeglin był z tego szalenie dumny. Czy teraz tak się odsłaniał, bo był słaby, a z wuja promieniowała moc? Nawet oczy miał Turgon bardziej świetliste.
Muszę się bardziej strzec, muszę...-
- To byli orkowie? – Turgon patrzył mu w oczy.- Czy Easterlingowie? Kto cię schwytał?
- Orkowie – odszepnął.
- Szliście do Angbandu na piechotę?
Pokiwał głową.
- Jak długo?
- Dwa dni. Prawie.
- Bili cię?
Nie! Dawali mi smakołyki i nieśli w lektyce!
Maeglin czuł, jak narasta w nim zimna furia. Bunt przeciwko temu, że zmusza się go do powracania myślami do koszmaru, o którym ze wszystkich sił starał się zapomnieć. Znienawidzone, niechciane obrazy ożyły i tłumnie zaczęły szturmować jego umysł. Sylwetki orków pochylających się nad nim, ciemne na tle szarego nieba, słupy dymu, błysk Anguirela w szponiastych łapskach. Im bardziej te wspomnienia odpierał, tym bardziej napierały i nagle, w porywie gniewu, gwałtownie podniósł głowę i wbił roziskrzony wzrok w oczy wuja. Skoro i tak nie mógł się od tych obrazów uwolnić...
Chcesz tego?! Tak bardzo tego chcesz?! To masz! Patrz! Napawaj się!
I otworzył tamy wspomnieniom.

Lodowaty wiatr, przeszywający na wskroś. Grafitowe chmury przewalające się po zasnutym szarością niebie i odległe grzmoty błyskawic, jakby sami Valarowie poruszeni byli jego schwytaniem. Przez moment łudził się, że może nadlecą orły, że Manwe go ocali, ale nic takiego się nie stało. Był przeklęty, czyż nie? Wyrodny syn, niegodny ocalenia. Początki niewoli przypominały zły sen, wlekli go w pośpiechu, a on się nie opierał, na wpół ogłuszony potężnym uderzeniem w skroń i przyduszony pętlą zaciśniętą na szyi (ciągnęli go jak psa na postronku). Kilka razy poślizgnął się na mokrych kamieniach i osunął na kolana, natychmiast podrywali go w górę i popychali, zmuszając niemal do biegu. Był w szoku, nie do końca rozumiał co się dzieje. Nie chciał rozumieć. Nie zabili go. Był pewien, że go zabiją. Zwłaszcza po tym, kiedy kilkunastu posłał z powrotem do piekieł w kawałkach. Kiedy pod ciężarem dwóch orków, którzy skoczyli na niego z góry, upadł na ziemię, a reszta rzuciła się na niego, był pewien, że rozszarpią go na strzępy. Zamiast tego znalazł się nagle na brzuchu, z twarzą wciśniętą w żwir i wykręconymi do tyłu rękami. Kiedy poczuł ucisk liny na nadgarstkach zawył dziko – pierwszy odgłos jaki wydał od początku walki - i zaczął się szarpać w ostatnim paroksyzmie siły. Wtedy to któryś z nich uderzył go w skroń, tak, że na moment pociemniało mu w oczach i poleciał gdzieś w dół, pod ziemię. Kiedy się ocknął, klęczał już, związany i podtrzymywany przez dwóch goblinów, a trzeci zakładał mu na szyję obrożę.
Najgorsze przyszło potem, na pierwszym krótkim postoju u stóp gór - kiedy minął pierwszy szok i Maeglin zrozumiał, że jest zgubiony. Że nikt mu nie pomoże i nikt się o jego losie nie dowie. Nikt nie wiedział, dokąd poszedł. Nie raz znikał na całe dnie. Nie zaczną go szukać przed upływem tygodnia. Nie będzie żadnej odsieczy, ni pościgu, jest zdany sam na siebie. Ale to poczucie było niczym w porównaniu z palącą wściekłością, dziką furią, że sam, z własnej woli tak się urządził. Wpadł tak głupio, dał się podejść i złapać. Nie dano mu jednak dużo czasu na rozmyślania. Dwóch orków zawlekło go na środek polanki i rzuciło tam jak łachman. Z trudem dźwignął się na kolana. Cała banda otoczyła go ciasnym kręgiem, szwargocząc z ożywieniem. Nie rozumiał słowa z tego, co mówili. Wyprostował się na ile mógł i dumnie uniósł głowę. Jest dziedzicem Turgona Już nie – podszepnął mu znienawidzony głos, który nawet w niewoli nie chciał mu dać wytchnienia. – Teraz dzieciak nim jest. Syn śmiertelnika. Maeglin zacisnął zęby i uniósł głowę jeszcze wyżej. Jest synem Białej Księżniczki Noldorów, prawnukiem samego Finwego! Nie ulęknie się tego motłochu. Nie boi się ich!
Ale to nie była prawda. Bał się. Potwornie się bał, a serce tłukło mi się w piersi jak szalone. Zobaczył swoją sakwę w łapskach jednego z nich, ork szarpnięciem rozerwał troczki i wysypał zawartość na ziemię. Maeglin patrzył bezradnie jak jego bukłak toczy się pod nogi dwóch innych goblinów, a lembasy, próbki skał, szkicownik i narzędzia rozsypują w nieładzie. Orkowie wyraźnie byli zaskoczeni. Przewrócili nawet sakwę na drugą stronę, żeby sprawdzić, czy to już wszystko. Potem zabrali się za niego. Maeglin zatrząsł się z obrzydzenia, gdy wstrętne łapska zaczęły obszukiwać mu kieszenie, klepać po pasie i cholewach butów. Z całej siły tłumił mdłości. Smród, jaki wydzielali orkowie był nie do opisania. I nie do zniesienia. Zwłaszcza z tak bliska. Dawno temu w Nan Elmoth znalazł padłego dzika, na wpół już rozłożonego. Toczyło go robactwo, a ziemia wokół była pociemniała. I ten straszny smród. Trupi zaduch, który zdawał się przenikać wszystko wokół. Tak właśnie śmierdzieli orkowie, zepsutym mięsem, śmiercią. Jeden z nich rozerwał mu kaftan, a potem koszulę na piersi i wsunął pod nią łapę w poszukiwaniu naszyjnika, którego obecność zdradzał błysk łańcuszka na szyi. Maeglin z trudem powstrzymał syk odrazy, kiedy poczuł palce orka na gołej skórze. Goblin wydobył medalion i nachylił się, żeby go obejrzeć. Na szczęście Maeglin nie miał przy sobie nic, co by wskazywało na jego pochodzenie z Gondolinu. Przez moment z niepokojem pomyślał o szkicowniku, ale nie – zrządzeniem losu zabrał ze sobą ten, w którym były tylko projekty nowych hełmów, różne wersje ozdobnych zawiasów do wrót Anghabaru oraz nic nie znaczące drobiazgi (zawsze nosił przy sobie szkicownik, na wypadek, gdyby naszedł go nieoczekiwany pomysł wart uwiecznienia). Map nie miał. Nigdy nie nosił ich ze sobą, nie było takiej potrzeby - wystarczyło, że raz przeszedł jakimś szlakiem. Miał je w głowie. Na medalionie znajdował się znak Kreciej Kompanii, wygrawerowany w galvornie – on też niczego orkom nie podpowie. Podobnie jak strój Maeglina – zwykły, podróżny, czarno-szary i bez ozdób. Ork warknął i ku zaskoczeniu Maeglina nie zerwał mu medalionu z szyi, tylko wsunął go z powrotem za koszulę. Parę kroków dalej wielki i łysy goblin ze znudzeniem przerzucał kartki jego szkicownika, a potem cisnął go na ziemię. Inni starannie pozbierali skały, kamienie i narzędzia (jedynie lembasy z obrzydzeniem wdeptali w ziemię) i zasznurowali sakwy, szykując się do dalszej drogi. I kiedy już myślał, że nic złego mu nie zrobią, przynajmniej na razie, jeden z nich, ten wielki i łysy - dowódca chyba, podszedł i bez ostrzeżenia, z marszu kopnął go potężnie w brzuch. Prosto w żołądek. Maeglin zgiął się w pół i ku uciesze goblinów zwymiotował. Kiedy torsje ustały i chciał się wyprostować, na jego karku stanął podkuty żelazem zabłocony but i Maeglin wciśnięty został twarzą we własne wymiociny. Poprzez szum krwi tętniącej w uszach słyszał jak orkowie wyją ze śmiechu. Pomyślał wtedy, że nic gorszego i bardziej upokarzającego nie może go już spotkać.
Oczywiście był w błędzie.
Na skraj mokradeł Serech, u progu Anfauglith dotarli późnym wieczorem. Orkowie, mimo zmęczenia, wprost tryskali zadowoleniem, widocznie przestali się obawiać pościgu i tego, że ktoś spróbuje odbić więźnia. Rozpalili ognisko, wystawili dwóch strażników. Maeglin, skulony przy swoim miejscu pod wielkim głazem porośniętym trupiobladym mchem, pochylił głowę i obserwował orkową krzątaninę spod opuszczonych rzęs. Starał się wtopić w otoczenie, nie prowokować, nie przypominać im o sobie. Serce tłukło mu się w piersi odkąd ponad szarym pasem rozległej równiny ujrzał cień gór i – jak mu podpowiedziała wyobraźnia – zarys złowrogich potrójnych szczytów.
Thangorodrim.
Słabnący wiatr rozwiewał pył i popioły Anfauglith, wszystko było tu szaro – czarne, martwe. Od Serech dochodził zapach zgnilizny i bagniska. Zaledwie dzień drogi od Echoriath. Jeden dzień. Na myśl o zielonej jak klejnot dolinie Gondolinu, której już nigdy nie zobaczy, serce mu się ścisnęło. W tej samej chwili silna dłoń chwyciła go za włosy i pociągnęła do góry. Zasyczał z bólu i wstał, podążając za orkiem, który powlókł go w stronę wielkiego powalonego pnia i tam cisnął na ziemię. Maeglin zatoczył się i ciężko upadł na bok. Rozległy się charkotliwe śmiechy i głosy, z brzmienia sądząc, podjudzające kamrata do działania. Ork błysnął ślepiami, nachylił się nad jeńcem na szeroko rozkraczonych nogach i splunął na niego. Celował w twarz, ale Maeglin uchylił się i plwocina rozbryzgnęła mu się na ramieniu. Ork wyszczerzył zęby w uśmiechu i sięgnął do pasa, ale cokolwiek zamierzał zrobić – nie zdążył. Maeglin miał związane za plecami ręce, ale nogi wolne. Nie wahał się, noldorski temperament wziął górę nad sindarskim rozsądkiem i Maeglin, rozwścieczony i upokorzony, zwinął się na ziemi jak wąż i z całej siły kopnął prześladowcę w krocze, wkładając w kopniak całą swą nienawiść, furię i gniew.
Nie była to najmądrzejsza rzecz, jaką zrobił w życiu.
Ork wprawdzie zawył i zwinął się w kłębek, dając mu na moment poczucie dzikiej satysfakcji, ale kara jaką musiał za to zapłacić była do tej satysfakcji niewspółmierna. Najpierw go pobili i skopali, potem podnieśli i rozpięli pośród rosochatych korzeni zwalonego drzewa, jak muchę w sieci pająka. Zaświstały bicze. Orkowie posługiwali się nimi z wielką wprawą. Potrafili precyzyjnie, kilka razy z rzędu, uderzyć w to samo miejsce. Bili zaciekle, tym zacieklej, że Maeglin nie krzyczał. Nigdy nie podnosił głosu, a już na pewno nie z powodu bólu, teraz więc też nie zamierzał dać się złamać. Zaciskał jedynie zęby i oczy i wstrzymywał oddech. I milczał. To zdawało się doprowadzać ich do szału. To dobrze, miał nadzieję, że go zabiją w tym zapamiętaniu. Teraz, gdy groza Thangorodrimu stała się realna, musiał zrobić wszystko, żeby im uciec. Nawet, jeśli miało to oznaczać ucieczkę do sal Mandosa. Przemknęło mu przez myśl, czy widok jego męczarni napełniłby współczuciem kamienne serce Idril. Nie łudź się. Nigdy jej na tobie nie zależało. Nikomu na tobie nie zależało.
To nieprawda! Matka, Turgon...
Grad ciosów ustąpił równie nagle jak się pojawił. Maeglin przez chwilę trwał nieruchomo, ze wstrzymanym oddechem, cały spięty w oczekiwaniu na kolejną eksplozję bólu. Nie nastąpiła. Zaryzykował zerknięcie przez ramię. Orkowie sadowili się na ziemi, wyciągali jedzenie i bukłaki. Powoli rozluźnił mięśnie, obwisając w pętach. Przez krótką chwilę z ulga powitał odmianę – cały dzień miał ręce skrępowane za plecami, boleśnie wykręcone do tyłu, zaczynał już w nich tracić czucie. Teraz były przywiązane - jedna do gałęzi wysoko nad jego głową, druga do ułamanego konaru po przeciwnej stronie, więc wydało mu się to wytchnieniem. Na krótko. Po pewnym czasie i ta wymuszona pozycja zaczęła być nie do zniesienia. Zaczął się więc nieznacznie ruszać. Wspinał się na palce, stawał na śliskim konarze nad ziemią, dźwigając się odrobinę, żeby złagodzić napięcie w omdlewających rękach. Tak spędził wieczór. Nastała noc i nieprzeniknione ciemności zakryły Anfauglith. Kiedy wykręcał głowę w prawo, widział coś jakby punkciki odległych ognisk, rozsianych po równinie. Nad Thangorodrimem jaśniała krwawa łuna. Ból doskwierał mu coraz bardziej, tak bardzo, że sen, mimo wyczerpania, był niemożliwy.
Jeśli zaraz coś się nie zmieni, zacznę krzyczeć...
Spróbował podciągnąć się wyżej. Jeszcze gorzej. Może zatem w bok. Uschnięte konary zaczęły trzeszczeć i niechcący ściągnął na siebie uwagę orków. Padł na niego cień, znak, że któryś z nich stanął między ogniskiem a pniem. Twarz Maeglina owionął smród. Zamarł. Ork coś powiedział i w obozie zapanowała krzątanina. Odwiązali go od drzewa, nie szczędząc szturchańców na powrót skrępowali mu ręce za plecami i ruszyli dziarsko w noc. Byli u siebie. Tempo narzucili wolniejsze. Im głębiej zapuszczali się w Anfauglith tym więcej ognisk dostrzegali. Zaczęli też spotykać patrole i inne oddziały. Spotkaniom tym towarzyszył hałas, przekleństwa i przepychanki. Jeniec budził zainteresowanie, orkowie, którzy go schwytali nieraz musieli swą zdobycz osłaniać. Nie tylko przed innymi goblinami, ale i wilkami i stworami, jakich Maeglin nigdy jeszcze nie widział. Strach ustąpił miejsca grozie. To się działo naprawdę. Był więźniem Angbandu. Ostatkiem sił woli starał nie poddawać się rozpaczy. Może zawloką go do prosto kopalni? Udowodni im, że jest dobrym kowalem i zna swój fach. Ponoć najlepsi rzemieślnicy byli oszczędzani, pracowali w lepszych warunkach i czasami nawet udawało się im uciec. Może nie zabiorą go przed oblicze Morgotha...
Skupił się na drodze. Każdy krok wzbijał tumany pyłu, jego nogi aż po kolana pokryte były szarym popiołem. Wszystko go bolało, zwłaszcza plecy. Najdrobniejszy ruch przeszywał go bólem, gardło wyschło mu na wiór, był potwornie spragniony i kręciło mu się w głowie. Potrójny szczyt Thangorodrimu coraz wyraźniej rysował się na tle zakrwawionego nieba. Równina, do tej pory milcząca, ożyła odgłosami orków i innych bestii. Wycie, zawodzenie, ryki, jęki. Włos się na głowie jeżył.
Mijali coraz więcej dziur w ziemi – szybów? – z których biły gęste dymy. Opary snuły się nad ziemią, coraz bardziej ograniczając widoczność. Raptem z każdą chwilą zaczęły się zagęszczać i kłębić wokół nich. Wyglądało to na wywołaną czarami mgłę, wycia i krzyki zaczęły dobiegać zewsząd, przytłumione, jakby wydobywały się ze studni. Nie minęła chwila, a dosłownie wpadli na inny oddział, wyłaniający się z mgieł niczym zastęp duchów. Dowódcy najwyraźniej się znali, bo powitali się z hałaśliwym entuzjazmem i rykami. Oddziały przemieszały się i Maeglin wykorzystał okazję, by osunąć się na kolano. Nie dane mu jednak było odpocząć. Dowódca „jego” oddziału, ten wyjątkowo szkaradny łysy goblin z twarzą pooraną bliznami, przepchnął się ku niemu, chwycił za postronek zwisający z obroży jeńca i potężnym szarpnięciem poderwał go na nogi. Maeglin zacharczał i, zataczając się, podążył za oprawcą. Ork niespodziewanie zatrzymał się i podciął go zręcznie, tak, że Maeglin runął na kolana i byłby padł na twarz, gdyby tamten nie trzymał za postronek. Zaczął kasłać, na wpół uduszony, i dopiero po chwili dotarło do niego co się dzieje.
Prezentacja zdobyczy.
Ork chwycił go za włosy i odgiął mu głowę do tyłu, tak by wszyscy zebrani mogli ujrzeć twarz jeńca. Gobliny zaczęły hałasować, wielu z nich spluwało na znak jawnej odrazy do elfa, inni obrazowymi gestami sugerowali co z nim zrobić. Nikt jednak nie ośmielił się go tknąć. Ork puścił Maeglina, a potem kopniakiem posłał go na ziemię i postawił mu stopę na karku, niczym myśliwy na swym trofeum. Maeglin nie próbował walczyć, wykręcił tylko głowę, żeby nie nawdychać się pyłu i tym samym jego wzrok padł na jasny kształt widniejący między stopami orków. Serce mu mocniej zabiło. Patrzył w przerażone oczy dziewczyny. Tak jak on leżała na brzuchu i podobnie miała skrępowane ręce. Za nią majaczył kształt jeszcze jednego jeńca. Chłopak? Maeglin zagryzł zęby. To byli śmiertelnicy. Ludzie. Współczucie rozwiało się jak dym.
Pomiot Morgotha. To wasze miejsce. W pętach i brudzie – to przez nich tak cierpiał. Przez jednego z nich. Przemknął mu przez myśl obraz Idril w ramionach Tuora. Była noc, więc pewnie sobie teraz dogadzali. Tacy zakochani, tacy w siebie zapatrzeni. Do mdłości. Oni tam się gzili, a on cierpiał męki w niewoli. To Tuor powinien tu leżeć. Niewolnik, syn niewolnika. To Tuor powinien...
Nacisk na jego karku ustąpił i Maeglin przekręcił się na bok. Wyglądało na to, że orkowie zdecydowali się na postój. Dowódca usadowił się nieopodal. Wciąż trzymał postronek, ale poza tym nie zwracał już uwagi na jeńca. Maeglin podparł się łokciem, dźwignął się i usiadł, szykując do skoku na goblina. Rzuci się na niego i rozszarpie go zębami, nie zdołają...-
Nagle zamarł i ostrożnie, powolnym ruchem znów osunął się na ziemię. Idril, Tuor, orkowie, wszystko poszło w niepamięć. Nagły poryw furii wywołany wspomnieniem Idril w objęciach śmiertelnika, rozwiał się równie nagle jak się pojawił.
Pęta!
Pęta się rozluźniły. Lina opasująca jego lewy nadgarstek zsunęła się ze srebrnej bransolety na gołe ciało. Dzięki temu zyskał nieco luzu. Mógł poruszyć dłonią. Rzucił okiem przez ramię. Z tyłu miał jedynie dwóch orków, zajętych rozpijaniem bukłaka. Wyczekał, aż się odwrócą i powoli przekręcił się na plecy, by zasłonić sobą ręce. Skroń oparł na ziemi i przymknął oczy, pozorując sen z wyczerpania. Wykręcił prawą dłoń, zacisnął palce na linie, przytrzymując ją i jednocześnie zaczął uwalniać lewy nadgarstek.
Miał bardzo wąskie dłonie. Smukłe, o długich palcach, przypominały raczej ręce artysty niż kowala. Matka powiedziała mu kiedyś, że Feanor miał takie właśnie ręce, kształtne, piękne jak doskonała rzeźba. Maeglin poczuł się wtedy szalenie dumny. Teraz jego dłonie, ów powód do dumy, mogły pomóc mu się uwolnić. Kiedy zginał do środka kciuk, jego dłoń była niewiele szersza od nadgarstka. Lina ślizgała się na mokrej od potu i krwi skórze ułatwiając zadanie. Po chwili wytężonej pracy, Maeglin, wstrzymując oddech, zdołał przecisnąć dłoń przez pętlę. Serce tłukło mu się w piersi tak, jakby ją miało rozsadzić. Udało się! Otworzył oczy i rozejrzał się. Orkowie zdawali się nie zwracać na niego uwagi. Dowódca rechotał hałaśliwie, plując jakimś jedzeniem. Postronek leżał luźno przerzucony przez jego udo. Maeglin podniósł wzrok. Mgła była równie gęsta, może nawet gęstsza niż przed chwilą. A może jednak Valarowie mu sprzyjali. Rozejrzał się ukradkiem. Dwaj dowódcy pogrążeni byli w hałaśliwej rozmowie, która coraz bardziej przypominała kłótnię. Gwar chrapliwych głosów wzmagał się, na prawo trzech orków zaczęło się poszturchiwać, czwarty, wyjąc, wydobył sztylet. W tej samej chwili trzech innych orków nachyliło się nad dziewczyną i podniosło ją z ziemi. Zaczęła krzyczeć.
Teraz, albo nigdy!
Maeglin zerwał się raptownie, chwycił znienacka za postronek, przyciągając go do siebie, tak by ork nie zdążył go złapać i dał nura we mgłę, pomiędzy siedzącymi na ziemi goblinami. Buchnęły dzikie wrzaski. Maeglin zignorował ból i zawroty głowy i zmusił obolałe ciało do biegu, nie zważając na protest mięśni. Z mgły po lewej podniósł się jakiś ork i szczupakiem rzucił mu się pod nogi, usiłując go za nie chwycić i podciąć. Maeglin przeskoczył nad nim zwinnie, unikiem wywinął się następnemu i przyspieszył. Kiedy pokonał pierwszą słabość było mu już łatwiej. Rzucili się za nim w pościg, ale żaden ork nie mógł się mierzyć z synem Aredheli, Białej Księżniczki, która z samym Oromem stawała do wyścigu. Maeglin był jednym z najszybszych i najzwinniejszych młodych elfów w Gondolinie i tu, na płaskiej i rozległej równinie Anfauglith pokazał co potrafi. Ciemności i mgła mu nie przeszkadzały. Orientował się w nich doskonale. W końcu nie na darmo nosił imię Bystrooki. Biegł najszybciej jak potrafił, przed siebie, licząc na łut szczęścia. I szczęście zdawało mu się dopisywać, bo zdołał wyminąć dwa ogniska i nie wpadł na żaden oddział. Kiedy w końcu zaczęło mu brakować tchu, zatrzymał się i przyklęknął, nasłuchując. Mgła tłumiła odgłosy pogoni, okrzyki orków wydawały się odległe, choć w rzeczywistości musieli być znacznie bliżej. Skoncentrował się na swojej wewnętrznej mapie. Do tej pory biegł na ślepo, byle dalej od nich, teraz musiał odnaleźć drogę powrotną. Uspokoił oddech, wsłuchał się w siebie, szukając właściwego kierunku. Obrócił głowę najpierw w lewo, potem w prawo. Tam! Wstał i pobiegł w bok. Nie pędził już jak szalony, poruszał się ostrożniej. Narzucił sobie równe tempo, wytężył wzrok i słuch. Euforia i nadzieja dodały mu sił. Nie da im się złapać. Wróci do domu. I kiedyś, po latach może opowie o tym Turgonowi. A może nie. Opowie Kretom. I trzeba skończyć z tymi wyprawami poza obręcz gór – zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Po dłuższej chwili znów się zatrzymał, oddychając głęboko, pochylając się i opierając dłonie na kolanach. Zwój liny wciąż dyndał mu z prawego nadgarstka. Spróbował go ściągnąć, ale zbyt mocno był zasupłany. Będzie potrzebował noża, by się go pozbyć. Sięgnął do obroży i po chwili szarpaniny zdołał ją zdjąć. Krzywiąc się, odrzucił ją razem z postronkiem precz od siebie, jak najdalej w mgły. Nagle gdzieś z prawej dobiegły dwa głośne wrzaski. Orkowie! Byli blisko, zbyt blisko. Rzucił się do biegu. Było tu mniej wyrw i kolein, mógł przyspieszyć. Bez obroży oddychał pełną piersią, uczucie swobody go uskrzydliło. Wkrótce głosy zostały daleko za nim.
Atak zaskoczył go kompletnie. Usłyszał głuche warknięcie i w tym samej chwili potężne uderzenie w bok ścięło go z nóg, zawirował w locie jak szmaciana lalka i siłą rozpędu potoczył się po ziemi, koziołkując. Oszołomiony upadkiem nie zdołał się podnieść. Ciemny kształt przysłonił mgły i przygniótł go do ziemi. Maeglin uniósł ręce w odruchowym, obronnym geście i...
...jego palce natrafiły na futro.
Olbrzymi wilk wparł łapę w pierś Maeglina, nachylił się rozwierając paszczę i błyskawicznym ruchem chwycił go za gardło. Kły zacisnęły się, gorący i mokry dech owiał skórę.
Nie! Nieeeee! Nie chcę tak umierać!
Maeglin szarpnął się w popłochu, chwytając oburącz pełne garście futra i usiłując odepchnąć bestię. Owładnął nim pierwotny lęk, tłumiąc ostatnią przytomną myśl i zdrowy rozsądek. Zaczął krzyczeć dziko i wyrywać się, wierzgając nogami. W odpowiedzi wilk zawarczał chrapliwie i znieruchomiał, mocniej przyciskając ofiarę do ziemi. Pełen paniki krzyk Maeglina urwał się nagle, przechodząc w jękliwy skowyt. Kły bowiem nie zagłębiały się bardziej, nie rozdzierały ciała. Wilk jedynie poprawił chwyt, znacząco zaciskając szczęki i dając tym do zrozumienia, że zbieg ma się nie szamotać. Maeglin, usiłując zwalczyć panikę, jakiej nigdy jeszcze nie zaznał, wyplątał drżące palce z wilczej sierści i powoli położył ręce po obu stronach głowy w geście poddania. Gdyby wilk chciał rozszarpać mu gardło, już dawno by to zrobił. Maeglin najwyższym wysiłkiem woli nakazał więc sobie spokój i znieruchomiał. Gorąca ślina spływała mu z wolna po szyi, mocząc włosy na karku. Warczenie ścichło. Wilk przez chwilę trzymał go jeszcze za gardło, jakby walczyły w nim dwa sprzeczne nakazy – mordu i schwytania zbiega żywcem, a potem podniósł łeb, oblizał się i spojrzał na niego z góry.
A Maeglin zatrząsł się cały, na nowo bliski utraty zmysłów z grozy. Bo oczy, które na niego spoglądały nie były oczami zwierzęcia. Moc, inteligencja, złośliwość, dzika uciecha i satysfakcja wprost biły z tego spojrzenia. To była pradawna istota, demon w skórze wilka, zło wcielone.
Wilkołak przez czas jakiś mu się przyglądał, napawając się jego przerażeniem, a potem zadarł łeb do góry i zawył przeciągle, raz, przyzywając orków.
Nie! Nie! Nienienienie....
To się nie mogło tak skończyć. Nie po tym, jak się uwolnił i uciekł. Wszystko tylko nie to!
Gdzieś z daleka dobiegły ożywione głosy.
Bestia zawyła raz jeszcze, odpowiedział jej długi orkowy wrzask triumfu.
A Maeglin, bojąc się poruszyć, czy chociaż odetchnąć głębiej, zrobił jedyną rzecz jaką mógł w tej sytuacji: dał się ponieść rozpaczy. Groza, zawód, bezsilność, wyczerpanie – wszystko to znalazło nagle ujście we łzach i Maeglin, ku swojemu własnemu przerażeniu, zaczął płakać. Nie panował już nad sobą i nad własnym strachem. Rozciągnięty na wznak, leżał tak z zamkniętymi oczami i szlochał bezgłośnie i bezradnie. Wilkołak obserwował go z wyraźnym rozbawieniem, obnażając zęby i rozciągając wargi w niby-uśmiechu. A potem pochylił łeb i psim zwyczajem polizał go po policzku swym gorącym, śmierdzącym jęzorem, jakby chciał posmakować łez. Maeglin zakrztusił się własnym szlochem i zamilkł, kamieniejąc z grozy i obrzydzenia. Zacisnął powieki z całych sił, zagryzł zęby i odwrócił nieznacznie głowę. Parzący oddech owionął mu ucho, a potem szyję. Obrzydliwie mokry jęzor raz jeszcze powoli przesunął się po jego policzku w tej koszmarnej parodii czułego psiego gestu, a potem wzdłuż szczęki. Okrzyki we mgle nasiliły się i wilkołak podniósł łeb.
Orkowie nadbiegli tuż po tym.
Odrętwiały, wyczerpany Maeglin nie stawiał oporu. Kiedy go podnieśli z ziemi, zobaczył, że wilkołak zniknął, tak jakby wtopił się w mgłę. Spodziewał się bicia, jeszcze gorszego niż to ubiegłego wieczora, ale orkowie mieli dla niego inną karę. Zawlekli go z powrotem w miejsce, z którego uciekł. Po tamtym oddziale i dwójce jeńców nie było już śladu. Tam orkowie związali go wymyślnie, w taki sposób, że klęcząc musiał zginać się niemal w pół, żeby chwytać oddech. Kiedy próbował się prostować pętla z liny biegnącej wzdłuż kręgosłupa do jego kostek, zaciskała mu się na szyi. Kiedy zaś się pochylał, omdlewały mu mięśnie ud, a plecy płonęły z bólu. Tortura prosta i piekielna zarazem. Po paru chwilach ta nienaturalna pozycja stawała się nie do zniesienia. W rozpaczy próbował sam się udusić, prostując się i pozwalając, by pętla zrobiła swoje, ale jego udręczone ciało, wbrew jego woli, wciąż walczyło o oddech.
Tak spędził resztę nocy.
To, co wydarzyło się potem pamiętał jak strzępki obrazów z koszmarów sennych. Czarny gościniec wiodący do bramy, nierealnie wielkiej. Ogień i dymy. Bezimienne stwory, puste martwe twarze niewolników Angbandu, trupy i niekończące się schody, wiodące w dół, zawsze w dół. A potem wielki sklepiony korytarz, demony ognia po obu stronach żelaznych wrót. Komnata tronowa, olbrzymia i gwarna, rogaty wąż o złotych oczach owinięty wokół kolumny. Stopy Maeglina po kostki zanurzone we krwi. A może to tylko złudzenie...
Patrzył pod nogi, z dziecięcym uporem. Nie podnosił wzroku. Wiedział, gdzie On jest. Tak jak z zamkniętymi oczami można wskazać słońce, tak Maeglin czuł, gdzie bije czarne serce tej twierdzy.
Pchnęli go na kolana. Z całych sił zamknął oczy i pochylił głowę. Nic nie powie, nie dowiedzą się kim jest, niczego nie zdradzi...
- Witaj Maeglinie, synu Eola – zagrzmiał głęboki głos, pełen jadu, a mimo to przerażająco piękny i czysty. - Rad jestem z naszego spotkania.
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.