fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 11] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
Imiona postaci, wyst?puj?cych w tej opowie??ci, nie zosta??y wymienione w kategorii przy streszczeniu, by nie psu? czytelnikom niespodzianki.
Gwoli wyjaśnienia – historia ta jest zapisem wielce realistycznego snu, który nawiedził autorkę pewnej jesiennej nocy. Sen ów był tak wyrazisty i niezwykły, że aż zdecydowałam się go spisać, nieznacznie tylko dodając kolorytu. Sen urywał się w miejscu, w którym kończy się ten odcinek, niemniej jednak historia ta tak mnie zaciekawiła, że postanowiłam ją kontynuować. Następne odcinki w przygotowaniu.


Rozległ się trzask i wśród rozprysków iskier polano osunęło się w dogasające płomienie.
Zgarbiony nad stołem elf poniósł wzrok i niechętnie odłożył na bok dłuto. Wstał, poszturchał węgle pogrzebaczem i dołożył drew, a potem smętnie zerknął na niknące zapasy chrustu. Jeśli dalej będą się spalać w takim tempie, będzie musiał wyjść na zewnątrz, chciał nie chciał. Wcale mu się to nie uśmiechało. Od kilku dni lało jak z cebra, a dojmujący ziąb przeszywał na wskroś.
Nie lubił zimna. Odkąd nastały chłody spędzał całe dnie w swoich jaskiniach, nie wystawiając nosa na zewnątrz. Jego zapasy żywności też już się w związku z tym kończyły. Nic to, akurat bez jedzenia potrafił się obywać dość długo. Bez drew na opał natomiast - nie.
Przemierzył skalny korytarz, odsunął ciężką kotarę z pozszywanych skór jelenich i uchylił drzwi. Powitał go widok zamglonego, ponurego lasu, w którym świerki o pociemniałych od deszczu pniach zdawały się gniewnie na siebie nacierać. Pod ich konarami panował wieczny półmrok, a mchy połyskiwały wprost od wody. Elf skrzywił się. Nieprędko drewno wyschnie i będzie nadawać się na opał. Trzeba je będzie podsuszyć przy palenisku. Podniósł wzrok. Sądząc z pojaśniałego nieba i siąpiącej mżawki w miejsce ulewy, szło na poprawę pogody. Doskonale, niedługo będzie mógł wyjść, nie narażając się na przemoknięcie. Starannie zamknął drzwi, szparę pod nimi na powrót zapchał pledem i poprawił kotarę. Wylot jaskini zwężał się tu do niewielkiego prostokąta, wstawienie drzwi z pozbijanych razem pni drzewek było prostym zadaniem. Dzięki temu miał imitację domu i czuł się w miarę bezpieczny. No i nocne stwory nie wykradały mu już jedzenia.
Zmierzając korytarzem do swojej Komnaty Ognia, jak zwał największą z ciągu trzech połączonych jaskiń, zajrzał po drodze do bocznej odnogi. Mimo że zatkał szczelinę w sklepieniu mchem i drwami, woda wciąż ściekała mu do środka. Podstawiony w strategicznym miejscu cebrzyk zapełnił się już do połowy. Tym niemniej przerwy między skapującymi kroplami były coraz dłuższe. Pomału przestawało padać. Wrócił do swego warsztatu i stanął nad stołem, przeciągając się i rozmasowując kark. Krytycznie przyjrzał się niedokończonemu dziełu. Teraz, po chwili przerwy, końska szyja wydała mu się koszmarnie krzywa. Wypadałoby to poprawić, pogłębić wcięcie tu i tu. Nogą przysunął sobie stołek bliżej ognia i zasiadł z dłutem w ręku i figurką konia w drugiej. Gdyby mu ktoś kiedyś powiedział, że będzie rzeźbił zabawki dla dzieci –on! – wyśmiałby go z miejsca. Niestety tu nie miał narzędzi ni warunków, żeby założyć sobie kuźnię z prawdziwego zdarzenia, czy choćby nawet imitację kuźni. Dostał za to w prezencie od Elfów Leśnych dwa dłuta i z nudów zaczął ich używać. Kiedy okazało się, że jego nieudolne rzeźbki podobają się gościom, zabrał się do intensywnej pracy. Przynajmniej teraz mógł się jakoś odwdzięczyć za pomoc i jedzenie. Nikt, rzecz jasna, nie wymagał od niego wyrazów wdzięczności. Elfowie z odległej osady nad potokiem chętnie dzielili się z nim ubraniami i sprzętem z dobrego serca. To dzięki nim zdołał wyposażyć jakoś tę jaskinię. I dzięki nim miał co jeść. Duma jednakże nie pozwalała mu przyjmować tych darów bez rewanżu. Może i upadł nisko, ale żebrakiem nie był. W zamian za pomoc ofiarowywał im rzeźby i ozdabiał naczynia, tkaniny i łuki rozmaitymi ornamentami. Najbardziej podobały im się zawiłe roślinne, więc wyspecjalizował się w nich tak, że mógł je robić z zamkniętymi oczami. On sam najbardziej lubił motywy stylizowane, geometryczne o skomplikowanym jak pajęczyna wzorze, ale nie robił ich z obawy, że ktoś go po nich rozpozna. Nigdy nie wiadomo, gdzie jakiś przedmiot może zawędrować. Nie, lepiej się nie narażać na odkrycie. Tutejsi elfowie nie stanowili zagrożenia – nie opuszczali swoich dzikich lasów i nie przeszkadzał im samotny zdziwaczały elf, a już zwłaszcza taki, który prawie nie wychodził ze swojej jaskini. Ofiarowali mu pomoc i poza sporadycznymi wizytami w celu wymiany dóbr nie narzucali mu się i o nic nie pytali. Był to układ, który bardzo odpowiadał obu stronom.
Niewielki konik zyskał wreszcie szyję o wdzięcznym łuku i dołączył do innych figurek na stole, a elf sięgnął po kolejny kawałek drewna - miał kształt w sam raz dla śpiącego, zwiniętego w kłębek psa.
Początkowo zaczynał od prostych przycupniętych ptaszków i zajęcy. W miarę jak nabierał wprawy, zaczął rzeźbić konie, elfów, ludzi i krasnoludów, dodając coraz więcej szczegółów. Po pewnym wahaniu zaczął też robić figurki smoków, które, o dziwo, spotkały się z wielkim zainteresowaniem i wzięciem. Teraz rzeźbił już niemal wszystko ( z wyjątkiem orków), w tym różne własne fantazyjne stwory. Rozdał już z kilkaset figurek, o ile nie więcej. W osadzie, z tego co mu było wiadomo, mieszkało niespełna trzystu elfów i około czterdziestki dzieci. Czasami zastanawiał się co robią z tymi wszystkimi rzeźbami, skoro na każdego mieszkańca przypada już po kilkanaście figurek. Palą nimi w piecach? Rozdają krewnym i znajomym w innych osadach? W sumie było mu wszystko jedno, grunt, że wciąż byli nimi zainteresowani, a on miał dzięki temu zajęcie. Następna pokaźna kolekcja czekała już na gości na stole i półkach. Jeśli dobrze wyliczył, niebawem, może nawet już jutro, czekają go odwiedziny kogoś z osady. Podniósł głowę i rozejrzał się po komnacie. Przydało by się trochę tu ogarnąć i wymieść wióry. Planował zrobić jeszcze jednego psa, tym razem siedzącego, ale chyba lepiej będzie najpierw tu posprzątać i mieć to z głowy. Wstał więc, otrzepał ręce o spodnie i ruszył do wyjścia. Od pewnego czasu nie słyszał już miarowego plusku kropli wody w cebrzyku. Rzeczywiście, sufit już nie przeciekał. Elf ochlapał ręce w cebrzyku i wyniósł go na zewnątrz, żeby wylać wodę. Przez chwilę stał na progu. Nadal było wściekle zimno, ale deszcz ustał wreszcie i po raz pierwszy od wielu dni las ożył odgłosami ptaków. Sikorki, czy inne gołębie hałasowały tak, jakby chciały nadrobić długotrwałe milczenie. Coś dużego i ciemnego przeleciało nad lasem, kracząc ochryple. Głos brzmiał podobnie do gargulca uszatego, tyle, że gargulców raczej nie widywało się za dnia. Czyli było to coś nowego, coś, co wymagało nadania mu nazwy. Elf uśmiechnął się pod nosem. Przyroda jako taka nigdy go specjalnie nie interesowała, nawet kiedy mieszkał jeszcze w -… nieważne. Nigdy nie miał głowy do nazw, odgłosów, tropów. Oczywiście odróżniał jelenia od lisa, ale ogólnie zwierzynę dzielił na jadalną i niejadalną. Od dzieciństwa przyswoił też sobie prosty schemat rozpoznawania ptaków: te małe to były sikorki, te średniej wielkości – gołębie, a te duże – orły. Wprawdzie kiedyś w przypływie ambicji dodał jeszcze podział na drapieżne i nie drapieżne, oparty na kryterium zakrzywionego dzioba, ale zraził się do niego, kiedy pewnego dnia ujrzał rude sikorki z zakrzywionymi dziobami, żywiące się jodłowymi szyszkami. Tak było kiedyś. Teraz jednak pod wpływem dojmującej nudy zaczął się zabawiać nadawaniem nieznanym stworzeniom i roślinom wymyślonych nazw. Wśród gałęzi świergotały więc czubaczki zgniłopiórki, w jamie szurał ponurak cichomruk, a wieczorami odzywał się zgrzytacz bolesny.
Elf wzdrygnął się z zimna i ocknął z zamyślenia. Z ust biły mu kłęby pary. Nie, jeszcze za wcześnie na spacery. Wyjdzie po drewno za czas jakiś. Teraz – porządki. Wrócił więc do Komnaty Ognia i przesunął stół na jego zwyczajowe miejsce pod ścianą. Figurki przeniósł na wolną półkę, a resztki okorowanego drewna złożył oddzielnie pod ławą. Był bardzo dumny ze swej nowej techniki – łączenia różnych gatunków drewna. W przemyślny sposób, dzięki małym bolcom, składał nogi z tułowiami i głowy z szyjami. Konie miały ciemniejsze grzywy, smoki skrzydła, a elfowie zbroje w różnych odcieniach. Drewno damy kostropatej było najjaśniejsze, zaś wielolistnik smukły miał miły dla oka odcień ciemnego miodu. W połączeniu z kolorem drewna srebrnogładzi rzeźby nabierały życia. O, tu leżało jeszcze kawałki konarów drzewa, którego nie zdążył jeszcze nazwać. Miało gładki, szarawy pień i równe, jak drabina rozstawione gałęzie. Drabinia siwokora? Brzmi nieźle.
Ta jego mania nadawania wszystkiemu nowych nazw była nie tylko zabawą, ale i próbą stworzenia własnego, bezpiecznego świata, który w niczym nie przypominałby…
Elf gniewnie potrząsnął głową.
Od trzydziestu ośmiu lat, dwóch miesięcy i siedemnastu dni, czyli od czasu swego przebudzenia się w Lorien, ze wszystkich sił starał się nie myśleć o przeszłości.
W związku z tym – oczywiście – myślał o niej bez przerwy.
Powiadają, że odrodzony elf nie zna udręki wspomnień. Wszystkie złe zdarzenia mają się ponoć stać odległą, nieistotną i niewyraźną wizją. Jeśli tak, to jego odrodzenie było pomyłką.
Podobnie jak całe jego poprzednie życie.
Jedno wielkie nieporozumienie.
Od pierwszych chwil przebudzenia towarzyszyło mu wspomnienie własnej śmierci, bólu, zawodu, grozy – tak żywe, jakby wszystko to wydarzyło się ledwie chwilę temu. Twarz matki, skurczona w agonii, twarz ojca wykrzywiona w furii, krzyk chłopca, ogień i krew. Straszliwe oczy wbite w niego jak sztylety, niweczące, szydercze. Myślał o tym za dnia i śnił o tym w nocy.
Może na tym miała polegać jego kara. Ma pamiętać. Pamiętać wszystko i wszystkich.
Powiadają, że Iluvatar jest miłosierny.
Nie jest.
Gdyby bowiem miał litość wysłuchałby jego prośby i wymazał go na zawsze z historii Ardy. Wezwany wbrew własnej woli przed trony Valarów elf błagał o śmierć ostateczną z całą żarliwością na jaką było go stać, błagał o odebranie życia jego feä. Jednak zamiast zostać unicestwionym, co powitałby z ulgą i wdzięcznością, obudził się w swoim młodym ciele, w dziwnym lesie – ogrodzie?- zbyt kolorowym, zbyt jasnym, zbyt spokojnym.
Aman. Błogosławiona kraina wytchnienia.
Nie dla niego.
Przerażony, umknął z tego boleśnie pięknego ogrodu tak jak stał – na bosaka, w śnieżnobiałych szatach Odrodzonego. Raz tylko złowił wzrokiem blask białych wież miasta, piękniejszego niż wszystko, co do tej pory widział. Widok ten napełnił go grozą i spotęgował tylko chęć ucieczki. Unikał spotkań z innymi elfami, kryjąc się za dnia i przemykając nocami jak białe widmo. Uciekał tak przez wiele tygodni, znacząc swą drogę krwawymi śladami poranionych stóp. Pił wodę ze strumieni, jadł zebrane po drodze owoce. W końcu dotarł do tego mrocznego, swojskiego lasu i przez przypadek znalazł tę jaskinię. Podczas jednego obchodu okolicy spotkał Elfy Leśne. Ku jego zaskoczeniu byli bardzo przyjaźni. Dopiero potem uświadomił sobie, że to przecież nie Śródziemie. Tu nie ma Morgotha ani wrogich plemion. Nie ma powodu, by być ostrożnym.
Chyba.
Od sąsiadów dostał normalne ubrania i sprzęty. Zaopatrywali go też w jedzenie, pożywne słodkawe suchary, suszone owoce i mięsa. Dzięki temu nie musiał polować i był im szalenie wdzięczny, bo łowów nie cierpiał. A zwłaszcza obdzierania zwierzyny ze skóry, patroszenia i ćwiartowania mięsa. Zawsze robił to jego ojciec i słudzy. Nie! Nie może myśleć o ojcu. On nie ma ojca. Nie ma rodziny. Jest tylko ta jaskinia i jeszcze figurka do zrobienia. Tak na tym trzeba się skupić. Swoją drogą, ciekawe kto z nich wrócił już z sal Mandosa. Co do matki nie wątpił, ale ojciec…
Krzyknął wściekle, rozpaczliwie i cisnął trzymaną w dłoni miotełką w ścianę. To mu nie wystarczyło, więc z pasją kopnął jeszcze stołek. A potem syknął, boleśnie uraziwszy sobie palec stopy.
- Idiota, dureń, dureń. I głupiec po trzykroć – powiedział na głos, dziwnie chrypiącym i obcym głosem. Zaraz, kiedy to ostatnio się odzywał? Jakieś trzy tygodnie temu, kiedy zwymyślał cichomruka za odchody pozostawione na progu jaskini.
- Poćwicz trochę, żebyś mógł się z gośćmi przywitać, nieszczęsny – oznajmił, podnosząc miotełkę. – Może oswój sobie jakiegoś zwierzaka albo coś, bo inaczej w ogóle zapomnisz, jak się mówi.
Strofując się i rozmawiając ze sobą na głos, zamiótł podłogę, usypując wióry i odpryski drewna w jeden stosik obok paleniska. Tam go zostawił, bo na razie nie chciało mu się go wynosić. Poprawił pledy i futra na posłaniu, a potem zajrzał do środkowej jaskini, którą zwał Skarbcem. Zatrzymał się na progu i uśmiechnął lekko. Tu znajdowały się jego ulubione figurki, jego skarby, których nikt poza nim nie miał prawa widzieć. Poblask ognia wydobywał z mroku podobizny wojowników, kowali, łowców, strażników. Najpierw rzeźbił postaci anonimowe, potem, jakby chciał sobie dołożyć tortur, zaczął z pamięci rzeźbić konkretne sylwetki i twarze. Pierwszą wyrzeźbił matkę. Zrobił kilkadziesiąt różnych wersji, mniej lub bardziej udanych – matka zamyślona, tańcząca, gniewna, śpiąca, jadąca konno. Potem zabrał się za towarzyszy. W końcu nieśmiało wyrzeźbił podobiznę wuja. I dalszej rodziny, znanej mu z opowieści.
Wyrzeźbił już wszystkich, z wyjątkiem ojca.
I jej.
W ten sposób od sześciu lat Skarbiec coraz bardziej się zaludniał: dworzanie i słudzy, gwardziści i bardowie, damy i panowie. Od niedawna zaczął się parać architekturą. Pod wpływem impulsu zrobił kiedyś niewielką kolumnadę jako oprawę dla przechadzających się par. Postaci z miejsca nabrały życia. To go zachwyciło. Postanowił więc, że zbuduje całe miasto. Z taką dokładnością, na jaką tylko pozwoli mu pamięć. Jaskinia była spora, a on miał czas. A kiedy już wszystko będzie gotowe, wtedy…
- Wtedy je spalę – oznajmił na głos i zaśmiał się do siebie. – Żeby tradycji stało się zadość. I zacznę budować od początku. - Znowu wybuchnął śmiechem, tak sztucznym i wymuszonym, że zamilkł. Gardło mu się ścisnęło.
- Tak! – oznajmił z mocą, otrząsając się z sentymentów i odwracając na pięcie. Zgarnął futro z klepiska i poszedł je wytrzepać na zewnątrz. Wracając, odgarnął kotarę na bok i zabrał wilgotny pled spod drzwi. Dołożył resztki chrustu do ognia i przebrał się w swoją drugą, obszerniejszą koszulę z ciemnobrązowego, grubszego płótna. Sprawdził zawartość stągwi – woda też mu się już kończyła. Czas przejść się nad strumień i po drwa. Właśnie sięgał po długie, skórzane buty, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Drgnął zaskoczony. W ferworze porządków nie zorientował się, że ktoś nadchodzi. Zazwyczaj wyczuwał, kiedy obcy pojawiał się na jego terenie. Wyglądało na to, że elfowie z osady się pospieszyli. Albo to jemu coś się pomyliło w rachubie dni.
Pukanie zabrzmiało z większą siłą.
- Idę! – zawołał, kopniakiem usuwając pusty cebrzyk z drogi. Odgarnął włosy za uszy i ujął klamkę.- Dlaczego po prostu nie wejdzie.... - zaczął, otwierając drzwi energicznym szarpnięciem i w tej samej chwili urwał, kamieniejąc z grozy. Serce zatrzymało swój bieg, oddech zamarł, a oczy otworzyły się szeroko.
- Witaj, Maeglinie – powiedział jego wuj, król Turgon, władca Gondolinu.
W dole, za nim stał skarogniady, ogromny wierzchowiec. Jeden. Poza tym w zasięgu wzroku nie było nikogo.
Serce Maeglina w bolesnym skurczu powróciło do życia i zaczęło tłuc się jak oszalałe. Nie zdołał nic odpowiedzieć. Miał w głowię pustkę, absolutną czerń.
Turgon tutaj. Znalazł go. Wszystko na nic. Wszystko przepadło. Znaleźli go…
Nigdy dotąd nie zaznał takiej grozy – ani, gdy ojciec spróbował go zabić na oczach tłumu, ani nawet przed obliczem Morgotha. Jego dłoń nadal ściskała klamkę i dzięki temu nie osunął się na ziemię. Półprzytomnie przesunął wzrokiem po wilgotnych od deszczu, długich włosach wuja, ciemnoniebieskim płaszczu, po pięknej, ozdobnej zapince z godłem Gondolinu.
Gondolin…
Pod Maeglinem ugięły się kolana.
Turgon patrzył na niego z napięciem, marszcząc lekko brwi. Wyglądał… wyglądał tak jak zawsze. Dostojny i królewski. Tylko w jego oczach zamiast zwykłego ciepła była stal.
- Nie zaprosisz mnie do środka, mój drogi siostrzeńcze? – zapytał Turgon z przekąsem, nie spuszczając zeń bacznego wzroku.
Maeglin przełknął ślinę i nie odpowiedział. Sparaliżowany z przerażenia, nie był w stanie zareagować. Jedyne co przychodziło mu na myśl to uciekać – natychmiast, jak najdalej - tyle, że jedyna droga ratunku była zablokowana. Turgon, widząc, że nie doczeka się zaproszenia, postąpił krok do przodu. Nogi Maeglina bez udziału świadomości ruszyły odruchowo wstecz. Zaczął się niezdarnie cofać, szorując ramieniem o belki drzwi. Dłoń oderwała się od klamki i poszukała oparcia o skalną ścianę. Turgon wszedł za nim do korytarza i starannie zamknął drzwi.
- Dokąd teraz? – zapytał kpiąco.
Maeglin w panice cofał się dalej, wzdłuż korytarza, aż do Komnaty Ognia. W końcu uderzył plecami w ścianę i tam już został, między stołem, a paleniskiem. Turgon powoli wkroczył do komnaty, stanął na środku i rozejrzał się bacznie. Wydawał się ogromny, jego obecność przytłaczała. W końcu jego wzrok spoczął na siostrzeńcu. Przez chwilę dłuższą niż wieczność przyglądali się sobie w milczeniu. Potem Turgon przeniósł wzrok na półkę zastawioną drewnianymi rzeźbami. Podszedł, wziął jedną z nich – łucznika - i przez chwilę obracał go w palcach. Maeglin ze swojego miejsca pod ściana śledził każdy jego ruch szeroko otwartymi oczami, tak jak mysz zagoniona w kąt obserwuje węża.
- Nie zapytasz mnie, w jaki sposób cię znalazłem?- Turgon odstawił łucznika i wziął do ręki smoka.- Nie jesteś ciekaw?
Maeglin milczał.
- Mmm?- Turgon spojrzał na niego swymi przeszywającymi oczami, odkładając smoka na belkę nad paleniskiem. Maeglin ledwie ośmielał się oddychać. Turgon uśmiechnął się lekko i sięgnął do niewielkiej sakiewki u pasa i wydobył zawartość. Oczy Maeglina rozszerzyły się jeszcze bardziej. To był jeden z jego drewnianych elfich wojowników.
- Ponad pół roku temu wpadł mi w oko u jednego z przyjezdnych dzieci, podczas Święta Darów – ciągnął Turgon. - Nie było łatwo ustalić skąd pochodzi, chłopiec dostał go w prezencie od ciotki, a ona od swojej kuzynki. W końcu, krok po kroku dotarłem do kogoś, kto słyszał o twórcy. O tajemniczym rzeźbiarzu, który prostym, drewnianym figurkom daje gondolińskie tarcze i hełmy.
Maeglin przełknął ślinę.
- Popełniłeś błąd, mój drogi. Nasze tarcze są… były zbyt charakterystyczne, żeby je przeoczyć. Nie pomyślałeś o tym, prawda?
Maeglin nie odrywał wzroku od drewnianego wojownika. Nie, nie pomyślał. Zupełnie nie wziął tego pod uwagę.
- Pół roku cię szukałem – ciągnął Turgon strasznym, spokojnym głosem.- Pół roku. Chciałem być pierwszym, który spojrzy ci w twarz.
Maeglin oddychał z trudem, na czoło wystąpiły mu krople potu. Serce tłukło się tak, jakby zaraz miało pęknąć.
Niech pęknie, błagam Cię, Iluvatarze, niech pęknie…
Turgon skrzywił się i cisnął drewnianą figurkę w płomienie. Na ten widok Maeglin jeszcze mocniej wparł się plecami w ścianę. Wuj zmierzył go uważnym spojrzeniem, od stóp do głów.
- Dobry obyczaj gospodarza wymaga, by zdrożonego wędrowca nakarmić i napoić – rzekł, odpinając płaszcz i niedbałym ruchem rzucając go na krzesło przy palenisku. Nosił długą, aksamitną tunikę. Srebrne hafty na rękawach i pod szyją rozbłysły w świetle ognia. Za pasem tkwił ozdobny sztylet. Miecza nie miał.
Maeglin otworzył usta, ale nie zdołał dobyć z siebie dźwięku. Półprzytomnym wzrokiem poszukał dzbana z wodą, ale nigdzie nie mógł go wypatrzyć. Na półce stał tylko jego niedopity puchar, w drugim rozpuścił niestety barwniki do drewna. Więcej naczyń nie posiadał.
- Dostanę coś do jedzenia? – Turgon patrzył na niego wyczekująco.
Maeglin przełknął ślinę i ponownie spróbował się odezwać.
- Mmmam…suchary – zdołał wychrypieć. Język z trudem formował na wpół zapomniane dźwięki - po raz pierwszy od przebudzenia odezwał się w Quenyi. W jego uszach brzmiało to jak świętokradztwo.
Jego wuj uniósł brew, sceptycznie przyglądając się zawartości niewielkiego półmiska, straszącego na kufrze. Maeglin podążył wzrokiem za spojrzeniem Turgona. Dzban! Stał nieopodal pod ścianą.
- Mam też… wodę – dodał z wysiłkiem i oderwał się od ściany. W chaosie myśli gorączkowo uczepił się tego zadania. Woda, nalać wody. Sięgnął po puchar na półce. Ręce mu dygotały. Bezmyślnie zajrzał do środka. Jego umysł odnotował tępo, że w resztce wody na dnie utopił się pająk. Trzeba to wylać, tylko gdzie? Odwrócił się w poszukiwaniu cebrzyka, kompletnie bezradny i w tym momencie złowił kątem oka ruch. W trzech krokach Turgon był przy nim, tak blisko, że niemal się dotykali. Maeglin, zdjęty grozą, upuścił puchar na ziemię i cofnął się znowu pod samą ścianę. Tym razem Turgon nie odstąpił. Zbliżył się i nachylony nad nim oparł ręce o ścianę po obu jego stronach. Maeglin znalazł się w pułapce.
- Dlaczego? – zapytał Turgon strasznym głosem, jego oczy płonęły.

cdn
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.