fanfiki tolkienowskie
Palant?r - autor: Ominous
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Palantír
Mrok nocy rozwiewał się nad światem, jednak do spopielonej ziemi Krainy Cieni nigdy nie docierało światło słońca. Gęste opary, dymy i czarne chmury kryły Mordor przed blaskiem dnia. Powietrza nie mącił żaden szmer, tu - na sam szczyt Czarnej Wieży - nie dochodziły odgłosy z niższych poziomów. Do sali tronowej nie docierał stukot setek młotów z głębin licznych kuźni Barad-dûr, jęki i krzyki jeńców więzionych w mrokach lochów, tupot tysięcy ciężko obutych stóp, szczęk stali, skrzypienie kół wozów przybywających znad Nûrnen. Jedynie co jakiś czas z bliższej lub dalszej odległości dochodził ryk skrzydlatych Bestii i mrożące krew w żyłach krzyki dosiadających ich Nazgûli. Dla Saurona jednak były to miłe dla uszu dźwięki, głosy jego wiernych poddanych.
W komnacie, wśród najgłębszej ciemności majaczyła sylwetka Czarnego Tronu. Monumentalny, połyskliwy, wykuty i wyrzeźbiony niegdyś przez wiele sprawnych rąk kowali i kamieniarzy z metalu i czarnego kamienia, pokryty runami i podobiznami bestii. Wielki Tron Władcy Mordoru. Na tle wysokiego oparcia dało się dostrzec ogromną postać. Lekko pochylona, zdawała się drzemać; przygasło i skurczyło się czerwone oko, ledwo tliło się w nim krwawe światło, przebłyskujące pośród czarnych włosów, które teraz opadły luźno na twarz.
Gorthaur Okrutny jednak nie pamiętał już, co to sen, nie zaznał go od wieków, ciągle palony żądzą odzyskania swojego Jedynego Skarbu. Teraz jednak pogrążył się w rozmyślaniach nad poczynaniami swego najnowszego poddanego. Curunír nadal nie nawiązał kontaktu… Sauron wiedział, że wysłał on armię Isengardu na twierdzę Théodena. Wiedział też, że w bitwie o Helmowy Jar Uruk-hai poniosły klęskę. Wieśniacy z Rohanu okazali się silniejsi niż się spodziewał, w dodatku pomógł im Olórin. Czarny Władca nawiązał wprawdzie niedawno łączność za pośrednictwem palantíru, ujrzał w krysztale Niziołka, więźnia Sarumana. Śmiał się wtedy, zadając ból ofierze. Z pewnością Curunír wymyślił te tortury, Biały Czarodziej szybko uczył się od swojego mistrza. Teraz jednak powierzchnia kamienia widzenia była jednolicie czarna.
Wtem, wśród cieni komnaty zapalił się blady, nikły blask. Wewnątrz palantíru zaczęło się jarzyć światło.Z początku słabe, teraz rosło na sile. W tej chwili zgrzytnęła stal korony, nagłym ruchem wyprostowała się sylwetka Władcy, czarna sieć włosów odsłoniła twarz. W szkarłatnym Oku, teraz szeroko otwartym, zapłonął żywy ogień. Kryształ zaczął powoli obracać się w uścisku podtrzymujących go czarnych kamiennych szponów, kierowany wolą właściciela. Saruman nareszcie raczył się odezwać, za chwilę Czarny Pan oświadczy mu, że Skrzydlaty Goniec Mordoru niebawem przybędzie po jeńca, by zabrać go na przesłuchanie do Barad-dûr, Czarnej Wieży rozpaczy.
Wstał, podszedł powoli do kuli, a jego ciężkie kroki zmąciły ciszę. Podniósł zakute w czarny metal ramię, wyciągnął przed siebie dłoń, w której brakowało jednego palca… Kryształ zatrzymał się, blask przyblakł, ukazał się mglisty obraz postaci spowitej w światło szarego brzasku. „Zbyt długo kazałeś na siebie czekać, Curunírze. Wiedz, że Khamûl już do Ciebie leci, o tak, słyszysz? Lada godzina dotrze do Isengardu i zapuka do bram Orthanku. Odbierze ci mojego jeńca, a także to cacko, teraz już…”
Obraz zaczął się wyostrzać, jednak Sauron nie ujrzał spodziewanego widoku czarnych, wysokich ścian Wieży Czarodzieja oraz jego porytej zmarszczkami twarzy. Zamiast tego pojawiła się komnata z szarego kamienia, na jej środku zaś nie stał siwy starzec, lecz ciemnowłosy mężczyzna w zbroi, posępny, milczący… „Kim jesteś?!” spytał Sauron, nie mogąc pojąć, co się dzieje. Mężczyzna milczał jednak, wpatrzony szarymi oczami w twarz swego przeciwnika, z oczu tych zaś bił niesamowity, jakby skrywany przez długi czas blask, którego Majar nigdy nie zapomniał - chwała utraconego Númenoru. Przed nim stał właśnie ostatni z potomków władców Królestw na Wygnaniu.
Poranne słońce powoli rozświetlało zamgloną komnatę, Sauron teraz mógł lepiej przyjrzeć się postaci, otoczonej jasną poświatą, opromienionej dawną chwałą przodków, gotowej na starcie z samym Władcą Czarnego Kraju. „Kim jesteś?! Ja, Sauron Wielki, władca Śródziemia rozkazuję ci, mów!” Nie usłyszał jednak odpowiedzi. Czerwone Oko rozbłysło, ręka zadrżała, ledwo wyczuwalny dreszcz przeszedł wzdłuż ścian Mrocznej Wieży. Dym w sali zawirował, z ukrytych pod stropem pochodni wystrzelił ogień, zrobiło się parno, powietrze poczęło drżeć z gorąca. Czarnego Władcę ogarniała furia. Zaczynał rozumieć, iż spogląda na tego, który – jak myślał – dawno nie żyje. Był pewien, że linia królów Północy wygasła, jednak teraz stał przed nim ich potomek, spadkobierca tronu Gondoru i Arnoru.
Wtem w palantírze zaczęły ukazywać się inne obrazy, niezwykle szybko, jednak Pan Krainy Cienia zdążył wszystko dobrze zapamiętać. Ukazały się ruiny miasta, położonego w górach północy, nagle widok przeniósł się nad zimne wody wielkiego jeziora, by po chwili zatrzymać się i wznieść ponad chmury, gdzieś w dole widać było wędrujących ludzi, wszystkich skromnie odzianych, jednak o podobnych rysach, surowych, lecz władczych, pełnych ukrytej i zapomnianej chwały. Wtedy obraz wyostrzył się na jednym z nich, a Władca Pierścienia poznał, iż jest to ten sam człowiek, który stoi teraz gdzieś z drugim palantírem. Strzelił ogień z rozpalanego ogniska, kryształ wypełnił się blaskiem płomieni, obraz przeszłości znikł. Nagle wysoka fala zalała wielką wyspę, wciągając ją w głębiny, słychać było krzyki ludzi, wśród wrzawy wznosił się głośny triumfalny śmiech…Wtem jednak pośród nawałnicy, na horyzoncie wyłoniły się białe żagle. Wszystko zgasło, obrazy przyśpieszały. Sauron nie mógł nad tym zapanować. Mignęło srebrne berło, ukryte wśród górskich jarów. Następnie ukazała się wielotysięczna armia, sceny z wielkiej bitwy pomiędzy żołnierzami Ostatniego Sojuszu, a wojskami Krain Cienia. Wtem ziemia zadrżała, ukazała się wielka ognista góra wznosząca się nad polem bitwy. Znów wszystko znikło, buchnęły płomienie i dymy, poprzez które Pan Mordoru dostrzegł samego siebie walczącego z Elendilem na stokach Orodruiny. Ujrzał złamany miecz - miecz, którym to Isildur odebrał mu jego Jedyny Pierścień. Olbrzym zadrżał na wspomnienie porażki, przez którą stracił tak wiele, jednak widok przeniósł się już w teraźniejszość, obraz przesuwał się ponad wodami wielkiej rzeki, po chwili wśród fal pojawiły się kamienne ruiny, szczątki wspaniałego mostu. Władca Barad-dûr ujrzał wielkie miasto leżące w gruzach, przez środek płynęła szeroka rzeka, poznał od razu Osgiliath. Nagle obraz cofnął się do czasów świetności Gondoru, ukazała się Kopuła Gwiazd, a także dwa trony królów.
Wtedy wizje znikły, przed nim stał znów ten sam władczy mężczyzna. Teraz już wiedział, z kim ma do czynienia… Wtem rycerz odrzucił połę zniszczonego płaszcza i dobył z pochwy długi miecz. Uniósł go w górę, klinga rozbłysła w świetle dnia, na jej powierzchni lśniły zimnym blaskiem runy elfów, zapisane pomiędzy promiennym słońcem, a księżycem w nowiu. Tak oto Władca Pierścienia ujrzał Andúrila, Płomień Zachodu, ukuty ze szczątków Narsila. Przeklęty miecz, który kiedyś pozbawił już go tronu, złamane ostrze, teraz przekute na nowo. Wzdrygnął się na widok klingi, szybko jednak stłumił gniew, nie chcąc okazać swego wielkiego zaskoczenia ani ujawnić skrywanych rozterek.
„Wiem, kim jesteś, Aragornie, synu Arathorna, Elessarze. Twój miecz na nic się zda, nie myślisz chyba, że możesz wyzwać samego Saurona Wielkiego, mnie, Największego Mocarza tego Świata?” Wybuchnął basowym śmiechem; człowiek milczał niewzruszony. „Władam potężnym państwem kilkunastotysięczną armią, strachem i rozpaczą, a Ty? Ach, tak… król na wygnaniu, król samozwaniec, bez korony, tytułów, pałaców, wojsk, bez niczego. Słyszysz? Niczego! Nic nie znaczysz, Elessarze, nic! ” Wtedy jednak palantír przybladł, obraz zawirował, zadrżał, zgasł, kamień znów stał się gładki i ciemny jak noc. Aragorn już nie słuchał zatrutych słów Saurona, własną wolą zwracając kryształ Orthanku w pożądanym przez niego kierunku.
Mistrz kłamstwa z początku dumny z siebie, że tak sprytnie ukrył swój strach, teraz znów miał wątpliwości. Niezmiernie go też zdenerwowało to, iż ów wygnaniec zdołał przerwać połączenie dwóch magicznych kamieni. Odwrócił się plecami do czarnej kuli, w myślach rzucił niemy rozkaz. Jeden z krążących dookoła wieży Nazgûli ubódł ostrogami skrzydlatą Bestię. Ta złożyła błoniaste skrzydła i zanurkowała poprzez opary i wyziewy ku bramom Barad-dûr. Pan Mordoru, wzburzony tym, co ujrzał, wiedział, że nie może już zwlekać. Nie liczyło się teraz czy wszystkie oddziały Krain Cienia są gotowe, lecz pośpiech. Olbrzym opadł ciężko na kamienny tron, znów pogrążył się w rozmyślaniach, układał nowy plan wojny, byle by tylko jak najszybciej uderzyć na Gondor.
Mijały długie minuty, powietrze drżało od gorąca. Sauron znieruchomiał, niebawem gdzieś daleko, pod salą tronową dało się słyszeć głośne zbliżające się kroki, rozbrzmiewające na szerokich stopniach krętych schodów, okalających najwyższą wieżę. W końcu przybysz zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami komnaty swego Pana. Zawiasy skrzypnęły. Czarna postać wsunęła się do wnętrza, stanęła przed palantírem, zachowując dystans, przyklękła na jedno kolano, kłaniając się swemu stworzycielowi. Czarny płaszcz zamiótł podłogę. Był to sam Czarnoksiężnik z Angmaru, Wódz Upiorów Pierścienia, jednakże teraz, przy swym władcy, Gorthaurze Okrutnym zdawał się ledwie nikłym cieniem jego straszliwego majestatu. Nagle znikła groza roztaczana przez Nazgûla, ustępując potężnej sile Saurona i choć obie sylwetki spowijała czerń szat, i cień komnaty, to postać Czarnoksiężnika, jakby wyblakła na tle upadłego Majara. Nikt nie mógł równać się z potęgą Pana Mordoru. Czarny wasal podniósł głowę, pod kapturem zaległ mrok, niewidzialna twarz spuściła wzrok, nie ważył się spojrzeć przed siebie. Choć nie padło ani jedno słowo, oni prowadzili rozmowę, używając jedynie myśli:
– Wzywałeś, Panie, oto i jestem – zapadła chwila milczenia.
– Jak przygotowania do bitwy? Mów, ile czasu trzeba by pchnąć nasze pułki na teren wroga? – padło wreszcie pytanie.
– Tydzień, Panie Mój, przy komplikacjach najwyżej dwa tygodnie, gdy wszystko będzie go…
– Milcz! – przerwał stanowych głosem Mroczny Władca. Wstał, ogromny, potężny, górował teraz jeszcze bardziej nad swym podkomendnym, który jakby skurczył się i zmalał. – Masz cztery dni…
– Panie, ale…
– Nie pytałem cię o zdanie! Jak mówiłem, czwartego dnia od dzisiejszego świtu ruszysz na czele mojej Armii, powiedziesz ją ku zwycięstwu. – Usiadł, przeniósł wzrok na kryształ.
Upiór wreszcie odważył się wstać i spojrzeć w palantír Ithilu. Wtem ukazały się niezliczone chmary orków, wielkie obozy, ogniska, słupy dymu – to armia Saurona, zbierająca się na równinie Gorgoroth. Potem ukazała się wysoka, mroczna wieża w górach, spowita bladym światłem, następnie szare wody Anduiny, obmywające gruzy Osgiliath, pierwszego celu Mordoru, w końcu pośród traw Pelennoru obraz wzniósł się wysoko ukazując w całej okazałości Białe Miasto, Minas Tirith, wizja zgasła. Władca przemówił:
– Widziałeś swój cel, mój najwierniejszy wasalu, Wodzu Sępów. Jako Wódz Rozpaczy zdobędziesz Biały Gród Gondoru i zrównasz go z ziemią. Po wieży Anoru ma nie zostać nic prócz gruzów, pyłu i ognia. Złam w obrońcach ducha, rozmieć w proch Wielką Bramę, spal Białe Drzewo, zburz Wieżę Ectheliona. Zniszcz Gondor, wymorduj wszystkich, spal ziemię, wymaż królestwo południa z kart historii! – Płomienie pochodni buchnęły żywszym ogniem, z zewnątrz dobiegły krzyki Nazgûli. Úlairi słyszeli rozkazy.
– Tak, Panie, wszystko pójdzie po twej myśli – odparł Wódz, szykując się do wyjścia.
– Ruszaj teraz, spiesz po zwycięstwo w imię Mordoru, w imię Władcy Ciemności i całego Śródziemia! Na wojnę!
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.