fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 1] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
Prezent ??wi?teczno-noworoczny dla Niuchaczaus ;-)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jechali już od wielu godzin, lecz otoczenie niewiele się zmieniło przez ten czas. Las był nie mniej ponury niż na początku. Czarne, bezlistne gałęzie wyciągały swe sękate palce w stronę jeźdźców. Te bliższe błotnistej drogi jawiły się wyraźniej niż te bardziej oddalone, niknące we mgle. Wilgoć przesiąkała nawet przez najgrubsze płaszcze; jeźdźcy byli zziębnięci i zmęczeni. Zbroje zdjęli jeszcze przed odjazdem, niepomni niebezpieczeństw, jakie mogły na nich czyhać po drodze.
Kanafinwë otulił Eleronda szczelniej połą swojego płaszcza, podbitego grubym futrem. Chłopiec drżał cały, przyciskając się plecami do księcia, by choć trochę się ogrzać. Głowę miał spuszczoną na piersi. Syn Feänára nie wiedział, czy dziecko drzemało niespokojnie, czy też rozmyślało nad czymś usilnie. Od czasu do czasu gwałtownie się podrywało i rozglądało dookoła w poszukiwaniu swojego brata. Upewniwszy się, że nie dzieje mu się żadna krzywda, znów pochylało się nad grzywą deresza srebrzystego jak mgła wokół nich.
Nagle z prawej strony dobiegł ich tłumiony szloch, rozbrzmiewający niepokojąco głośno w otaczającej ich ciszy. Kanafinwë obserwował, jak Elerondo odwraca się w tamtym kierunku i wykonuje ruch, jakby chciał zeskoczyć z konia, po czym sam spojrzał na jadącego w odległości dwóch czy trzech stóp od niego Nelyafinwego. Elerossë, skryty pod jego płaszczem, trząsł się nieopanowanie, łkając cicho. Pierworodny syn Feänára poruszył się niezręcznie; chłopiec zakrztusił się łzami i ucichł jakby spłoszony.
Chłopcy się nas boją, mój bracie, a przecież nie chcemy ich skrzywdzić.
Elerondo przeniósł na Kanafinwego błyszczące w półmroku, duże oczęta. Popatrzył na księcia błagalnie, lecz się nie odezwał, jakby bał się przerwać panujące od początku podróży milczenie.
Wiem, o co mnie prosisz, synu Eärendila; ja także pragnę pomóc swojemu bratu.
Feänárion pchnął wierzchowca łydkami. Jechał teraz tuż obok Nelyafinwego – tak blisko, że ich strzemiona zahaczały o siebie w rytmie końskich kroków. Elerondo wyciągnął rączkę i musnął ramię swojego bliźniaczego brata; ten podniósł głowę. Przez jakiś czas patrzyli sobie w oczy. To wystarczyło, by Elerossë wyrównał oddech i odzyskał pozorny spokój. Drugi syn Eärendila skinął głową na znak, że zrobił, co chciał. Kanafinwë skierował więc konia odrobinę w bok. Wyczuł, że dziecko nad czymś się waha.
Milczenie trwało jeszcze jakiś czas. Wreszcie Elerondo obejrzał się z obawą na twarz syna Feänára. Ten zmusił się do sympatycznego uśmiechu, chcąc tym samym dodać chłopcu odwagi.
- Tak? – zapytał w sindarinie. Jego akcent wciąż brzmiał odrobinę obco, lecz mimo to pięknie.
- Dziękuję wam – szepnął chłopiec.
Książę uśmiechnął się szerzej, lecz spoważniał, kiedy tylko dziecko odwróciło wzrok.
Nie dziękuj. Nie dziękuj mi za nic.
Był zmęczony i to bardzo. Zmęczony dłużącą się jazdą, zmęczony walką, a przede wszystkim… Przysięgą. Próbując odciągnąć swe myśli od klątwy ciążącej nad jego rodem, wyszperał w jukach przytroczonych do siodła paczuszkę sucharów. Rozwinął płótno i wyjął jeden. Po chwilowym namyśle przełamał go na pół i podsunął Elerondowi.
- Zjedz. Musisz być głodny, jedziemy już od wielu godzin. – Chłopiec popatrzył na niego pytająco, a po części z przestrachem. – No, śmiało…
- Panie, a czy mój braciszek też mógłby… - urwał, a może to Kanafinwë nie dosłyszał końca zdania wypowiedzianego słabiutkim dziecięcym szeptem.
Bez słowa skierował konia ponownie na prawo. Elerondo podał bratu pół swojej porcji i, jak uprzednio, skinął głową. Tym razem obejrzał się na księcia, kiedy tylko wierzchowce oddaliły się od siebie, nie powiedział jednak ani słowa.
Czujesz, że nie chcę podziękowań, prawda? Wiesz to…
- Chcesz jeszcze trochę sucharów? – zapytał Kanafinwë, próbując nakłonić chłopca do nawiązania z nim kontaktu. Ten pokręcił przecząco głową. – Napij się. – Podał mu bukłak z miruvórë. Elerondo, raczej przez ustępstwo nieporównywalnie silniejszemu od siebie niż z pragnienia, pociągnął kilka łyków. To go otrzeźwiło i rozbudziło. Usadowił się wygodniej i rozejrzał dookoła.
Kanafinwë tymczasem pogrążył się w ponurych rozmyślaniach. Nie zwracał zbytniej uwagi na dziecko, które mimo to nadal otaczał silnym ramieniem. Chłopiec w końcu odwrócił się do niego i spojrzał mu przenikliwie w oczy. Wzrok syna Feänára był jakby przyćmiony, lecz Noldo dostrzegł niezwykłą głębię dziecięcego spojrzenia. Książę odwrócił głowę.
- Panie?
- Tak, Elrondzie? – zapytał z lekkim roztargnieniem
- Czy wy… dobrze się czujecie?
- Jestem po prostu zmęczony.
Zmęczony klątwą, zmęczony trwaniem tutaj.
- Dlaczego nie zatrzymacie się i nie odpoczniecie? – indagował uparcie chłopiec.
- Musimy odjechać jak najdalej. To nie jest przyjazna okolica. A ty, synu Eärendila, nie jesteś znużony?
- Nie, panie, ten napój…
- Dodaje sił, wiem. – Przez chwilę mierzył chłopca spojrzeniem.
- Dlaczego więc wy się nie napijecie?
- Ty i twój brat potrzebujecie go bardziej, niż my. Nie przejmuj się mną – odparł, lecz głos mu się załamał. Elerondo ponownie obejrzał się na niego i ze zdumieniem zauważył łzy w jego siwych oczach.
- Żałujecie, czegoście zrobili? – chłopiec odważył się na kolejne pytanie, tym razem bardziej ryzykowne.
Książę patrzył mu w oczy, dopóki ten nie odwrócił wzroku.
Nie uraziłeś mnie tym pytaniem, nie obawiaj się…
Wtedy Kanafinwë odwrócił się do brata i oświadczył:
- Pojadę na koniec kolumny; sprawdzę, czy wszystko w porządku.
Nie chcę, byś tego słuchał, bracie… Boję się twojej reakcji.
Nelyafinwë skinął głową. Minstrel zjechał na pobocze i przeczekał, aż milczący Elfowie go miną. W zamyśleniu patrzył na zgarbioną sylwetkę starszego brata. Wkrótce inni jeźdźcy go przesłonili; było ich około tuzina. Kiedy Kanafinwë dołączył z powrotem do kolumny, ostatni z jego podkomendnych skinęli mu głowami. Odpowiedział im tym samym i przeniósł spojrzenie na Eleronda. Chłopiec skulił się, spodziewając się zapewne ostrych słów i co jakiś czas zerkając tęsknie w stronę, gdzie zniknął jego brat.
- Nie bój się, wkrótce wrócimy na czoło kolumny – odezwał się syn Feänára. – Jeśli chodzi o twoje pytanie, odpowiedź brzmi: tak, żałuję. Jednak nie pytaj, jak bardzo, gdyż nawet ja – minstrel i poeta – nie jestem w stanie tego wyrazić.
- Nie chcieliście tego zrobić?
- Nie… i tak. Nie chciałem, jednak…
Teraz mnie nie rozumiesz, lecz z czasem może… Teraz ci tego nie wytłumaczę, ale proszę, kiedyś, nieważne, kiedy, zrozum to…
- Dlaczego więc to zrobiliście?
Kanafinwë westchnął.
- Kochasz swojego brata, Elrondzie? – zapytał wreszcie.
- Tak, panie.
- I nie chcesz, by stała mu się jakakolwiek krzywda, prawda?
Wyczuwam twój lęk, niezbyt jasny, że zagrożę krzywdą twojego brata, by wymusić na tobie posłuszeństwo. Nie… Przysięgam ci, nie skrzywdzimy was. Zbyt wiele bólu i łez już spowodowaliśmy w Śródziemiu.
- Tak, panie, nie chcę.
- Pragnąłem to zrobić, by być przy moich braciach, by ich chronić, zwłaszcza… Maedhrosa. Pięciu braci już straciłem...
Szóstego, najukochańszego ze wszystkich, też. To tylko złudzenie…
- Ja nie wiem, co bym zrobił, gdyby mnie rozdzielono z Elrosem – oświadczył cicho chłopiec.
- Nikt was nie rozdzieli, obiecuję wam to.
Bystry jesteś, synu Eärendila. Nie pozwól, by cokolwiek zaćmiło twój wzrok, sprowadziło cię na błędną drogę.
Kiedy wrócili na czoło kolumny, Nelyafinwë powiedział ponuro:
- Szybko się sprawiłeś.
- Zatęskniłem za tobą, synu mojej matki.
Zatęskniłem za takim bratem, jakiego ukochałem.
Pierworodny syn Feänára nie zareagował, chłodny i nieosiągalny jak zawsze. Młodszy brat przez czas jakiś szukał czegoś w jego twarzy. I nie mógł znaleźć. Z rozedrganym westchnieniem zwiesił głowę na piersi.
Czy nawet teraz, kiedy już tylko my dwaj pozostaliśmy w Endórë, nie okażesz mi choćby odrobiny ciepła?
Elerondo obejrzał się na Kanafinwego. Ten uśmiechnął się blado, jednak w jego oczach wciąż pozostawał cień bólu, jaki nieświadomie zadał mu brat. Chłopiec już otworzył usta, lecz Noldo go ubiegł:
- To naprawdę nic takiego, dziecino.
Jednakże w jego świetlistych oczach koloru rtęci nadal było znać ledwie skrywane rozpacz i bezsilność. Na ten widok dziecku zadrżał podbródek, jakby zbierało się mu na płacz. Książę obdarzył go kolejnym ciepłym uśmiechem i okrył szczelniej połą płaszcza, tym samym przytulając go do siebie. Chłopiec, zmęczony podróżą i ukołysany końskimi krokami, zasnął, opierając głowę o przedramię Kanafinwego.
Śpij, Elrondzie, ty przynajmniej możesz spać spokojnie, wolny od moich zmartwień.

Zatrzymali się o zmierzchu na niewielkiej polanie. Miejsce było dobre jak każde inne. Elfowie uzbierali trochę wilgotnych patyków, lecz nie byli w stanie wzniecić ognia; dopiero Kanafinwë zdołał tego dokonać przy pomocy Pieśni Mocy.
Dzieci przez jakiś czas grzały się przy nikłym, chwiejnym ogieńku, po czym zniknęły w namiocie minstrela, który tam właśnie przygotował dla nich posłanie.
Synowie Feänára siedzieli naprzeciw siebie, rozdzieleni dogasającym ogniskiem. Obaj pochyleni, milczący, pogrążeni w ponurych rozmyślaniach. Twarz Nelyafinwego nie ukazywała żadnych uczuć; Kanafinwego – bezgraniczny żal i smutek, których nawet wieczorny chłód nie był w stanie ostudzić. Przed oczyma przesuwały mu się obrazy z Bratobójstwa: skrwawione ciała Elfów, Ludzi, Ambarussa, leżący jeden przy drugim, nierozłączni za życia, nierozłączni po śmierci, twarze powykrzywiane w straszliwej mieszaninie wściekłości, grozy, przerażenia i czegoś jeszcze, czego nie był w stanie zidentyfikować. Próbował odciąć się od tych obrazów, zamknąć swój umysł – na próżno.
Ilúvatarze, dlaczego? Dlaczego? Dlaczego to zrobiłem?
Ze wściekłości, jaka go przepełniała w czasie walki, nie pozostało już nic. Czuł tylko żal do samego siebie. I wszechogarniające zmęczenie.
Czy mogę zasnąć? Zasnąć na wieki, snem bez przebudzenia; zapomnieć o tamtym… i o poprzednich, zapomnieć o wszystkim…
Doskonale wiedział, że mimo gorących pragnień, nie mógł odejść do Mandosu, droga na Zachód była dla niego zamknięta. Jego przeznaczeniem były Wieczyste Ciemności. Bał się tego losu, bał się trafić w otchłań bez światła i nadziei… Lecz przed tym nie było ucieczki. Mógł co najwyżej odwlec to o kilka miesięcy, może lat. Nie na długo.
Zerknął na Nelyafinwego. Niknące płomienie rzucały dziwne odblaski na jego twarz, nadając jej niesamowity, wręcz straszny wyraz. Starszy brat uderzył w żar patykiem trzymanym w ręku. Słup iskier wspiął się ku późno-wieczornemu niebu. Oczy pierworodnego syna Feänára błysnęły ogniem. Nie patrzył na nic konkretnego, jego źrenice były puste, jakby niewidzące.
Wydajesz mi się obcy, mój bracie. Powiedz, czy pod tą kamienną maską kryją się jakieś emocje? Smutek, żal, wyrzuty sumienia… a może gniew? Gorączka bitwy, która jeszcze nie ostygła? Cokolwiek?
Kanafinwë odwrócił wzrok, wciąż dziwiąc się temu, jak obcy i niedostępny wydawał mu się jego ukochany brat. Od tak dawna…
Kiedy uśmiechnąłeś się po raz ostatni, Maitimo? Kiedy powiedziałeś choć jedno serdeczne słowo? Jak dawno temu to było? Powiedz… Powiedz cokolwiek!
Nagle z namiotu młodszego syna Feänára dobiegły odgłosy dziecięcej kłótni, z początku prowadzonej przyciszonymi głosami, które jednak z czasem przybierały na sile:
- Co ty sobie myślisz? – zapytał Elerossë z poirytowaniem.
- Co?
- Dlaczego tak się zachowujesz?
- Jak?
- Zdrajca – jego głos upodobnił się do syku.
- O co ci chodzi? – Elerondo próbował się rozpaczliwie bronić.
- Ślepy nie jestem, traktujesz Bratobójców jak… jak…
- Jak kogo?
- Jakbyś nie miał do nich żalu, że nie mamy już rodziców, że tamto się wydarzyło.
Następnie Noldorów dobiegły odgłosy szamotaniny i kilka krótkich okrzyków. Nelyafinwë podniósł stalowe oczy na młodszego brata, jakby nakazywał mu zaprowadzić porządek w jego namiocie.
Nakazujesz mi, nie prosisz. Jednak zrobię to dla ciebie, mój bracie. Nie powinieneś tego słuchać.
Minstrel skinął głową w niby-ukłonie i ociężale dźwignął się na nogi. Chciał być przy bracie, choć to ciężkie milczenie nie było przyjemne. Jednak bał się tego, jak Nelyafinwë może zareagować na dalsze słowa Elerossa. Uchylił płachtę namiotu i schylając się wszedł do środka. Materiał pozostawił odchylony, by wpuścić do wnętrza choć trochę z tego światła, jakie pozostało na świecie po zachodzie słońca.
Chłopcy zamarli, odwracając głowy w jego stronę. Elerondo zaciskał rączki na nadgarstkach brata, próbując odepchnąć go od siebie. Na widok Kanafinwego puścił go i zarumienił się, jakby zawstydzony.
- Co tu się dzieje? – zapytał Noldo.
Elerondo jeszcze niżej spuścił głowę, jego brat natomiast uniósł hardo czoło i zmarszczył brwi.
Nie muszę pytać, wiem o tym.
Książę przeniósł wzrok z powrotem na Eleronda. Zauważył, że dziecko nieznacznym ruchem ociera usta wierzchem dłoni, na której pojawił się ciemny ślad krwi. Kanafinwë przysunął się do chłopca i łagodnym ruchem zmusił go do pokazania mu skaleczenia.
Dlaczego to robicie? Dlaczego walczycie między sobą?
Noldo w swoim bagażu znalazł czystą miękką szmatkę i przycisnął ją do ranki. W oczach Eleronda kłębiły się łzy.
- No, już, to nic wielkiego – bezskutecznie usiłował go pocieszyć. Dziecko jednak rzuciło wymowne spojrzenie na brata i spojrzało księciu w oczy z rozpaczą niemalże.
- Powiedzcie mi… dlaczego do tego doszło? Elrosie? – Przeniósł wzrok na drugiego chłopca. Ten uparcie milczał.
Elerondo oddychał niespokojnie, usiłując powstrzymać się od płaczu. Kanafinwë troskliwie pogładził jego skołtunione włosy. Dłoń minstrela była ciepła i miękka; chłopiec chłonął te pieszczoty z ufnością, jednakże jego brat patrzył na księcia podejrzliwie i z niechęcią. Noldo nie zwrócił na to uwagi, skupiając się na drugim dziecku, które przysunęło się do niego nieśmiało, jakby prosiło, by je przytulić.
Kiedy jest ci źle, pragniesz podzielić się z bliską osobą swoimi zmartwieniami. Ty, Elerondzie, masz to szczęście, że taką osobę posiadasz.
Chłopiec otoczył rączkami dłoń Kanafinwego i przycisnął do niej policzek. Noldo poczuł, jak dziecięce łzy spływają po jego palcach. Drugą ręką przytulił dziecko do siebie tak, że skryło twarz w jego koszuli. Syn Feänára delikatnie gładził jego plecy i trzęsące się ramiona, dopóki się nie uspokoiło.
- Jesteście przecież braćmi – szepnął Kanafinwë przez ściśnięte gardło. – Dzieci, dlaczego to robicie? Dlaczego sprawiacie sobie przykrość?
- Kto lubi takich jak wy, nie jest moim bratem – oświadczył Elerossë butnie.
Jego brat ponownie wybuchł płaczem. Syn Feänára westchnął.
Dlaczego, Ilúvatarze? Dlaczego wszędzie, gdziekolwiek byśmy nie zawędrowali, podążają za nami niezgoda i nienawiść? Dlaczego wszyscy zwracają się przeciw nam i przeciw sobie?
- Twoje słowa należą do przeszłości, Elrosie, a tej żadna siła nie zmieni – powiedział powoli. – Przyszłość jednak zależy tylko i wyłącznie od was: waszych czynów, decyzji… To wy musicie zadecydować, czy wybaczycie sobie nawzajem i ramię w ramię staniecie naprzeciw temu, co będzie, czy też będziecie się ranić przykrymi słowami. Wszak zraniły cię słowa brata, prawda, Elrondzie? – Chłopiec nieznacznie skinął głową. – Jesteście braćmi, a tej więzi nic nie zerwie.
- Ja się nie gniewam na mojego brata – oświadczył Elerondo.
Elerossë, czerwony na twarzy, wyciągnął do niego rękę.
- Przepraszam.
Chłopcy niewprawnie uścisnęli sobie dłonie, po czym Elerondo zerknął na Kanafinwego. Ten uśmiechnął się z zadowoleniem. Dziecko wróciło na swoje posłanie i otuliło się futrem.
- Nie będzie wam zimno? – zapytał książę. Pokręcili zgodnie głowami. – Może jesteście głodni? Spragnieni?
- Nie, panie.
Powiedzcie, czego wam potrzeba.
Zapanowało milczenie. Kanafinwë obserwował chłopców, usiłując odgadnąć ich myśli. W końcu się odezwał:
- Może chcecie, by wam coś opowiedzieć?
Elerondo nieśmiało skinął głową. Kanafinwë podziękował mu uśmiechem. Chłopiec, zachęcony nim, odezwał się cichutko:
- Mama nam opowiadała piękne baśnie, zanim zasnęliśmy…
Zadowolony z takiego przejawu śmiałości u dziecka, syn Feänára zaczął opowiadać swym czystym, melodyjnym głosem – głosem, którym potrafił wywołać nawet najcudniejsze obrazy w wyobraźni, którym potrafił sprawić bez najmniejszej trudności, że zasłuchana weń osoba będzie się śmiała czy płakała.
- Posłuchajcie więc historii o wspaniałym księciu – zaczął, zmieniając pozycję tak, by opierać się plecami o ramę namiotu. – Żył on dawno temu, w odległej krainie, i nawet najstarsi nie najlepiej go już pamiętają. Kraina ta nie zaznała nigdy niedostatku czy biedy. Tchnienie zła jej nie sięgało. Jej mieszkańcy żyli szczęśliwi, nie niepokojąc się niczym.
Valarowie strzegli tej krainy, a Elfowie ją zamieszkujący ku ich chwale tworzyli wspaniałe dzieła. Klejnoty jarzące się własnym światłem, przedmioty ze srebra i złota, i drogocennych kamieni, tak cudowne, że żadne słowa nie są w stanie opisać ich uroku.
Posłuchaj i ty, synu mojej matki.
Książę był wnukiem króla, wspaniałego i mądrego. Jednak jego ojciec zasłynął jako kowal. W kuźni poznał swoją żonę i tam też spędzał większość czasu. Żona powiła mu kilku synów. Nasz książę był z nich najstarszy. Spędzał dni na polowaniach i konnych przejażdżkach. Był szczęśliwy.
Jak wyglądał? Wspaniale. Wysoki, o pięknej sylwetce, zwracał na siebie uwagę wszystkich dam. Na balach oglądały się za nim, w czasie uczt wzdychały do niego. Wszystkie panny starały się o jego względy. Jego serce jednak pozostało kamienne.
- Dlaczego? – wtrącił Elerossë, całkowicie pogrążony w historii.
- Widzisz, Elrosie… Książę był jeszcze młody, nie myślał o takich rzeczach. Robił to, co lubił. Miał przyjaciela, bliskiego jego sercu. Byli kuzynami, ich ojcowie – braćmi. Niestety, pomiędzy nimi panowała niezgoda. Opowiem wam teraz, jak ci dwaj książęta, pomimo wszystkich przeciwności losu, stali się najdroższymi przyjaciółmi, jacy kiedykolwiek stąpali po Ardzie.
Chłopcy bezwiednie przysunęli się do Kanafinwego i siedzieli tak, z wyrazem skupienia i zainteresowania na twarzach. Noldo uśmiechnął się do swoich słuchaczy.
- Książę wybrał się ze swymi braćmi na polowanie z sokołami. Z początku jechali razem, jednak po jakimś czasie oddalił się od nich, szukając spokoju i ucieczki od codzienności. Wjechał w las, skrywając się przy tym przed wzrokiem towarzyszy. Trafił na niewielką polankę, której środkiem płynął rześko strumyk. Las szumiał cicho dookoła, łącząc się z szemrzącą wodą w tej monotonnej muzyce. Książę przywiązał konia do niskiego konaru i usiadł na jednym z wielu omszałych głazów. Tu mógł odpocząć.
Kiedy tak właśnie wypoczywał, zaszeleściły zarośla. Wyszedł z nich kuzyn księcia. Ten, zaskoczony, zerwał się na nogi. Wtedy jeszcze się nie znali, nic prawie o sobie nie wiedzieli, jako że ich ojcowie nie życzyli sobie, by się spotykali. Owszem, widywali się na ucztach, lecz niewiele warta jest taka znajomość.
Tak więc ich pierwsze prawdziwe spotkanie miało miejsce na polanie pośród lasu, bez zbędnych świadków. Trochę trwało, nim wyzbyli się uprzedzeń powodowanych słowami ich ojców, lecz potem rozmowa szła gładko, ani się spostrzegli, kiedy światło dnia zaczęło przygasać. Kiedy już czas było im się rozstać, żaden nie miał wątpliwości, że chcą się spotkać ponownie. Kuzyna księcia cechował optymizm, a jego twarz i głos pałały ciepłem. Każdego potrafił podnieść na duchu. Niemożliwością jest takiej osoby nie lubić. Książę natomiast potrafił mu ofiarować prawdziwą przyjaźń. Był przy kuzynie zawsze, kiedy ten go potrzebował. Dla każdego potrafił znaleźć serdeczne słowa. Nigdy nie podnosił głosu… - Dobiegł go odgłos szybkich kroków i szelest materiału. Kanafinwë odchylił się, by wyjrzeć na zewnątrz. Nelyafinwego nie było już przy ognisku, tylko płachta zawieszona w wejściu do jego namiotu falowała ospale, a dwaj Elfowie, czuwający nad ogniem, rozcierali z zimna ręce.
- A teraz czas już spać. To historia na wiele wieczorów, jutro opowiem wam dalszą część – oświadczył drugi syn Feänára, ignorując zawiedzione miny chłopców. Wstał i cicho, jakby bał się, że ktoś go usłyszy, wyszedł przed namiot. Tam się zawahał. Nelyafinwë z pewnością nie życzył sobie, by mu zakłócano spokój, jednak, mimo wszystko, byli braćmi.
Kiedyś nie było między nami tajemnic, teraz zdaje mi się, że niczego o tobie nie wiem, synu mego ojca.
Kanafinwë zatrzymał się przed wejściem do namiotu brata.
Być może nie uważasz się za osobę, którą byłeś kiedyś, lecz ja o niej nie zapomnę.
Uchylił gruby materiał i wszedł do środka. Nelyafinwë obrzucił go chłodnym spojrzeniem. Leżał na posłaniu, mając na sobie jedynie koszulę. Włosy sięgające ramion rozsypały się po poduszce niczym promienista miedziana korona, w której odbijał się płomyczek pojedynczego kaganka. Kanafinwë poczuł się nagle onieśmielony, sam nie wiedział, czym. Bał się odezwać pierwszy.
Co się dzieje, Maitimo, że się ciebie obawiam? Jak to możliwe, że nagle mam ochotę pokłonić ci się jako memu panu, nie bratu?
- Co tutaj robisz, synu mego ojca? – zapytał Nelyafinwë, obracając się na posłaniu.
- Chciałem porozmawiać.
Chciałem usłyszeć twój głos.
Kanafinwë nieśmiało przysiadł na brzegu posłania.
– Co się dzieje, mój bracie?
Pierworodny syn Feänára zmierzył go uważnym spojrzeniem.
- Elfa, o którym opowiadałeś chłopcom, już nie ma – oświadczył bez cienia emocji w głosie, bacznie obserwując reakcję brata.
Kanafinwë otworzył usta, lecz się nie odezwał.
Gdzie on jest, synu mojej matki, gdzie się podziewa? Tak gorąco pragnę go odszukać, spotkać ponownie, tego dobrego…
Na twarzy młodszego brata zbyt wyraźnie odmalował się zawód. Wargi mu zadrgały. Nelyafinwë odwrócił głowę, oddychając ciężko.
A może… jego feä jest uwięzione pod tą kamienną powłoką, którą widzę? Może jednak w tobie, mój panie, kryje się coś z mojego brata…
Pierworodny syn Feänára swoją postawą jasno dawał do zrozumienia, że wolałby pozostać sam. Jak kiedyś, kiedy nie chciał publicznie okazywać swoich emocji.
Czuję, jak uczucia tłuką się o ściany tego więzienia. Ty jednak nie wypuścisz ich na wolność.
Jego brat jednak pragnął pozostać przy nim. Niespodziewanie poczuł się bardzo osamotniony.
- Chłopcy się ciebie boją – odezwał się.
- Nie dziwię im się.
- Chcesz tego? Chcesz w nich budzić strach?
Nie poznaję cię, mój bracie. Mój ukochany bracie.
- Maitimo?
Nelyafinwë popatrzył na niego spojrzeniem, które było jak lodowate ostrze dla serca minstrela. Spojrzeniem pełnym nagany i dezaprobaty. Spojrzeniem pana karcącego swego sługę. Kanafinwë pochylił głowę w pełnym skruchy ukłonie.
- Przebacz mi, panie.
Braciszku…
Już odwrócił się do wyjścia, kiedy dobiegł go głos starszego brata.
- Chcesz poznać odpowiedź na swoje pytanie, synu mego ojca? – Ton Nelyafinwego nie był zachęcający, wydawał się wręcz chłodny i kpiący.
- Tak.
- My przygarnęliśmy ich pomiot, oni zhańbili ciała naszych braci.
- Co mówisz? Nelyo, jak… skąd…?
- Widziałem. Słusznie nie zwlekaliśmy z odjazdem. Wkrótce potem do Arvenien przybył Círdan z pomocą. Spóźnili się. Opatrzyli rannych, a poległych pochowali pod wspólnym kurhanem. Ambarussa jednak…
- Tak?
Jak możesz o tym mówić takim tonem? To przecież twoi bracia…
- Obdarli ich hroär z szat i wszelkich ozdób, po czym spalili z dala od przystani niczym orkowe truchło.
Kanafinwë zamrugał oczyma. Czuł zawroty głowy. Serce tłukło mu się jak oszalałe. Nierozumnie wpatrywał się w kamienną twarz brata.
Czy to jest próba? Czy ty chcesz sprawdzić, jak na coś takiego zareaguje? Po co? Czy chodzi o lojalność wobec ciebie? Jak możesz… Nelyo, braciszku…
Oddychał ciężko, jednak natrafiwszy na stalowe oczy brata, uspokoił się z trudem.
- Te dzieci nie będą odpowiadać za winy swych pobratymców – oświadczył, o dziwo, bez zająknięcia i wyszedł na zewnątrz. Chłodne, wczesnonocne powietrze trochę go otrzeźwiło. Kłębiące się w głowie myśli przycichły, aż wreszcie uformowały jeden sensowny ciąg.
Te dzieci za to nie zapłacą. Nie pozwolę, by tak się stało. Słyszysz, mój bracie? Choćbym miał sprzeciwić się twej woli…
Wstąpił do swojego namiotu. Tam przysiadł na posłaniu i zapatrzył się w chłopców pogrążonych we śnie, przytulonych do siebie. Na twarzy Elerossa wykwitł błogi uśmiech, jednak jego brat co chwila kręcił się i wydawał ciche odgłosy, jakby łkanie. Książę okrył ich szczelnie futrem i dalej obserwował w zadumie.
Nie mógł zasnąć, nie tej nocy. Bezszelestnie wstał i uchylił płachtę zasłaniającą wyjście z namiotu, wpuszczając doń mroźny powiew – pierwsze tchnienie zimy. Jednak on nie czuł chłodu, mimo że miał na sobie jedynie cienką lnianą koszulę oraz płaszcz podbity futrem. Westchnął ze znanego tylko sobie powodu i pochylając się, wyszedł na mroźne nocne powietrze.
Dwóch Elfów, czuwających nad nikłym płomieniem, mozolnie pożerającym wilgotne patyki, obrzuciło go sennym spojrzeniem, lecz żaden się nie odezwał. Zmęczenie udzieliło się wszystkim ocalałym z Bratobójstwa, nawet synom Eärendila. Wszystkim, prócz niego. Chociaż nie, on także był zmęczony. Jednak nie chciał zasnąć.
Twarde grudy zamarzniętej ziemi czuł nawet przez grube podeszwy swoich skórzanych butów. Niewygodnie było po niej iść, nieprzyjemnie. Odniósł wrażenie, że ona nie życzy sobie, by już dłużej po niej stąpał.
Już niedługo będziesz zmuszona mnie nosić, Mateczko, już wkrótce pogrążymy się doszczętnie w Wieczystej Ciemności, mój brat i ja.
Krótkie spojrzenie przez ramię, w stronę namiotu Nelyafinwego. Obóz, pomimo strażników doglądających ogniska, jak i wszystko wokół niego, zdawał się być martwy; jedynie wiatr niemrawo kołysał gałęziami bezlistnych drzew, które wznosiły swe powykrzywiane, kościste ramiona do nieba, jakby wołały do Valarów o pomstę.
Kanafinwë ruszył przed siebie, zagłębiając się coraz bardziej w ten mroczny, nieprzyjazny las. Szedł ze wzrokiem utkwionym w grudach trzeszczących pod jego stopami. Po jakimś czasie zatrzymał się i podniósł oczy na bezchmurne niebo, doskonale widoczne między ogołoconymi gałęziami. Gwiazdy skrzyły się lodowato; księżyc jeszcze nie wzeszedł. A może tej nocy w ogóle nie miał wzejść?
Zrobiliśmy to po raz kolejny, pomimo wszystkich obietnic i zapewnień, pomimo całej nienawiści do samych siebie. Przysięga nas pokonała…
Chcąc, nie chcąc, pogrążał się w coraz bardziej ponurych myślach. Popatrzył na swoje dłonie; czym prędzej je opuścił, odwracając wzrok i krzywiąc się z obrzydzeniem. Wciąż mu się wydawało, że widzi na nich ciemne plamy krwi, która przesiąkła przez jego rękawice z miękkiej skóry. Prawą ręką bezwiednie trafił na rękojeść sztyletu, skrytego w ozdobnej pochwie u pasa. Pokusa, by to zakończyć, by samemu pokornie oddać się Wieczystej Ciemności, okazała się bardzo trudna do odparcia.
By nie uczynić tego raz jeszcze.
Przymknął oczy i… ręka mu opadła. Nie mógł tego zrobić, jeszcze nie. Jeszcze nie czas. Wpierw musi dopełnić obowiązku, którego podjął się kilka godzin wcześniej.
Valarowie, czy to, że przygarnąłem te dzieci, które przez nas utraciły ojca i matkę, cokolwiek zmienia? Czy nadal jestem stracony dla świata?
Podniósł wzrok na gwiazdy, zatapiając się w goryczy powodowanej świadomością, że to on sam skazał się na taki los, powtarzając po ojcu słowa Przysięgi.
Kanafinwë nie poruszył się, kiedy obok niego stanęła wysoka, podobnie jak i on otulona płaszczem postać.
- Dlaczego nie jesteś w swoim namiocie, przy chłopcach? – zapytał cicho pierworodny syn Feänára.
Młodszy brat nie odpowiadał, zdziwiony zmianą w jego głosie.
- Kano?
- Przyszedłem popatrzeć na gwiazdy – odezwał się wreszcie melodyjnym, lecz przepełnionym bezgranicznym smutkiem głosem.
- I co w nich widzisz, synu mojej matki?
Dopiero wtedy Kanafinwë odwrócił się i spojrzał bratu w oczy, świetliste, a przy tym dziwnie chłodne, jak wszystko wokół.
Patrzę w gwiazdy, mój bracie, lecz nie znajduję w nich tego, czego szukam od wieków. Mimo to, nie ustaję w poszukiwaniach.
Nelyafinwë nie był w stanie znieść badawczego spojrzenia siwych oczu minstrela; odwrócił wzrok. Młodszy brat, zawiedziony, znów spojrzał w niebo.
- Niektóre szczepy Atanich wierzą, że kiedy którekolwiek z Dzieci Ilúvatara odejdzie do Sal Oczekiwania lub poza Kręgi Świata, Varda Elentári zapala nową gwiazdę na nieboskłonie – powiedział po chwili.
- Ile gwiazd w takim razie zapaliła przez nas, mój bracie?
Zbyt wiele. O wszystkie zbyt wiele.
Minstrel nie odpowiedział, rzucił mu tylko pełne żałości spojrzenie. Oczy Nelyafinwego wciąż jednak były ze stali, a jego młodszy brat zrobiłby wszystko, byleby to się zmieniło.
- Synu mego ojca – odezwał się – czy to nie o nas śpiewano:
…kompania braci,
z ojca jednego i tej samej matki,
jak liście dębu, jak różane płatki.
Wiatr prześcigają ich rącze rumaki,
za nimi ciągną zwierzęta i ptaki…

- Wystarczy! – głos Nelyafinwego, niczym ostrze miecza, uciął pieśń, tak wątłą i nikłą w tym złowrogim otoczeniu.
Kanafinwë zamilkł, a wraz z radosną melodią przeminęło to złudzenie ciepła, jakie wytworzył swym głosem.
Z sześciu ty jeden mi pozostałeś, najmilszy mój bracie. Jednak czy jesteś tą samą osobą, która opiekowała się mną, kiedy byłem jeszcze dzieckiem? Która jako pierwsza włożyła mi do rąk harfę? Czy też tamtego brata, najukochańszego ze wszystkich, straciłem na wieczność?
Po jakimś czasie odważył się podnieść wzrok na twarz Nelyafinwego. Patrzyli sobie w oczy – stal, przeszywająca szarą mgłę, lód topniejący od kropel srebrzystego deszczu.
Nie poznaję cię. Nie jesteś już mym bratem, którego ukochałem. Nie jesteś tą samą osobą.
Spojrzenie pierworodnego syna Feänára drążyło oczy młodszego brata, aż ten odwrócił wzrok, przyćmiony łzami.
Czy ja także zmieniłem się aż tak bardzo?
Bracia stali obok siebie, lecz Kanafinwemu zdawało się, że oddziela ich sięgający nieba, nieprzebyty mur. Jednakże, gdy za ich plecami rozległ się leciuchny szelest, odwrócili się jednocześnie. Nelyafinwë położył dłoń na rękojeści puginału, lecz młodszy brat powstrzymał go wymownym gestem.
Przed nimi stał Elerondo, otulony kubraczkiem, który znaleźli w ruinach jego domu. Spuścił głowę i wsunął paluszek między wargi, kiedy dwaj książęta spojrzeli na niego. Kanafinwë przyklęknął przed nim, by móc spojrzeć mu w oczy.
- Co tutaj robisz, synu Eärendila? – zapytał ściszonym głosem, zapinając ciaśniej kubraczek. Chłopiec przycisnął brodę do piersi, ale nie odpowiedział. – Dlaczego nie śpisz?
- Nie mogę zasnąć, panie – wyjąkał wreszcie drżącym głosikiem.
- Chodź – Elf ostrożnie wziął go na ręce, chociaż wiedział doskonale, że Elerondo poszedłby za nim, gdyby go poprowadził za rękę. – Zaśpiewam ci do snu.
Ruszył w stronę ciemnych sylwetek namiotów i migotliwego światełka, jakie dawało ognisko. Nie obejrzał się na brata ani razu, bojąc się, że znów ujrzy oczy obcej osoby w tej tak doskonale mu znanej twarzy. Nelyafinwë szedł o pół kroku za nim.
Drugi syn Feänára poczuł, że chłopiec wtulił się w jego płaszcz i zagrzebał rączki w miękkim futrze. Bezwiednie poprawił chwyt.
Te dzieci są tak niewinne, tak bezbronne. Nie znają zła, nie rozumieją go. We wszystkim widzą tylko dobro.
Syn Eärendila ziewnął głośno i rozejrzał się dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Kanafinwë przytulił go do siebie. Jedną rękę przesunął na kark dziecka. Było zimne. Musiało zmarznąć, kiedy wyszło z namiotu.
To nie my powinniśmy się nimi opiekować, bynajmniej nie my. Boję się, że skazimy je naszą klątwą.
Kanafinwë otulił Eleronda połą swojego płaszcza i uśmiechnął się blado, widząc ukontentowanie na twarzy chłopca.
Jednak co innego nam pozostało? I kto inny by to zrobił, jeśli nie my? Mielibyśmy je zostawić na pastwę Losu, pośród tych oparów śmierci?
Elerosso siedział na ich posłaniu, kiedy weszli do namiotu. Popatrzył z lękiem na Bratobójców. Kanafinwë uspokoił go spojrzeniem i położył jego brata na posłaniu. Sam usiadł na własnym i zaczął cicho nucić. Była to pieśń cudowna, pełna Światła. Pieśń, jakiej dzieci jeszcze nie słyszały.
Kątem oka obserwował swego brata, stojącego w wejściu do namiotu. Gdy chłopcy usnęli, odwrócił się w jego stronę i spojrzał mu w oczy ze zdumieniem i jednocześnie radością. Bowiem w tych oczach wciąż znajdował stal, lecz była to stal ostrzy, z których srebrzyste krople deszczu – łzy Valarów – zmywały rubinową krew Telerich, stal, która straciła chłodny połysk, która nareszcie wyrażała szczere uczucia.
To nie dla nich śpiewałem tę pieśń, lecz dla ciebie, najmilszy bracie.
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.