fanfiki tolkienowskie
Ogie?? - autor: Alqualaure
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
Kolejna impresja, tym razem motywem przewodnim jest ogie??
~~~~~~~~~~~~~~

Kto choć raz widział bitwę, z pewnością by mnie zrozumiał. Zorganizowane z początku oddziały rozsypywały się, mieszały z wrogim wojskiem. Szeregowy porywał się na dowódcę, łucznik stawał oko w oko z demonem. Bowiem Przeznaczenie i Los nie mają względów dla wielkich panów i prostych żołnierzy. Wobec nich wszyscy są równi.

Bitwa jest jak partia szachów, rozgrywana między Losem a Przeznaczeniem. Nikt nie wie, który pionek lub która figura zostanie zbita, a kogo zechcą zostawić na później. Nadzieja jest tu zdradliwą ułudą, dającą jednak zadziwiającą wprost siłę, by walczyć z panami świata. I cóż z tego, że los każdego Eldara został wyśpiewany przez Ainurów w Wielkiej Muzyce jeszcze przed początkiem Ardy. Dzieci Ilúvatara wykazują zadziwiający upór w ponawianiu beznadziejnych prób powstrzymania tej nieposkromionej fali, której w końcu nic się nie oprze.

Kiedy się walczy, nie ma czasu na myślenie. Wojownik pozwala, by kierował nim tylko i wyłącznie instynkt. Wykonuje wyćwiczone ruchy, kiedy tylko jego oko dostrzega błysk miecza przeciwnika. Instynktownie uchyla się przed ciosami i zadaje kolejne. Nie zwraca uwagi na ogólny przebieg bitwy. Istnieje dla niego tylko najbliższe niebezpieczeństwo.

Tak właśnie doszło do tego, że Ty, Ojcze, pozostałeś sam przeciw Demonom Mocy. Twoi przyboczni polegli… Wiedziałeś o tym? Możliwe, że nie. Możliwe, że Twój umysł to zanotował, nie wiem. W tej samej chwili wrogowie odstąpili ode mnie i ujrzałem Cię w oddali, jako jasny płomień w ciemności. Byłeś daleko, bardzo daleko, sam jeden. W rozpaczy ruszyłem w Twoją stronę, torując sobie drogę mieczem i zwołując naszych Elfów, by szli Ci na pomoc.

Jednak kiedy się zbliżyliśmy do Ciebie, wiedziałem, że było już za późno. Gdybym zauważył Cię choćby chwilę wcześniej, być może mógłbym zdążyć na czas, lecz tak się nie stało. Nie dano mi możliwości naprawienia tego fatalnego w skutkach błędu. Czasu nikt nie cofnie.

Widziałem, jak co chwilę osuwałeś się na kolana i podnosiłeś się na powrót z coraz większym trudem. Valaraucar zadali Ci wiele ran, lecz Ty, Ojcze, zdawałeś się tego nie zauważać. Walczyłeś, wciąż walczyłeś – jasny ogień przeciw czarnemu, samotna iskierka przeciw ciemności – a ten widok sprawił, że rozpalił mnie jeszcze większy żar niż dotąd.

Wspólnymi siłami zmusiliśmy Valaraucar do odwrotu, jednak było już za późno. Rany, jakie zadały Ci ich ogniste bicze, były zbyt ciężkie, Twoje hroa zostało zatrute jadem Moringotta. Przyszło Ci stoczyć ostatnią walkę i zrozumiałem wtedy równie dobrze, jak Ty, Ojcze, że tej nie zdołasz już wygrać. Mimo to, ponieśliśmy Cię z pobojowiska w stronę Gór Cienia. Wciąż łudziliśmy się, że może jednak nie będziesz musiał nas opuścić, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Złożyliśmy Cię, Ojcze, na noszach zawieszonych pomiędzy dwoma karymi rumakami. W milczeniu prowadziłem jednego z nich za uzdę, krocząc po Twojej prawicy; Kanafinwë szedł z drugiej strony. Patrzyłem na Twoje oblicze, blade jak gipsowa maska; w Twoje oczy, szklane z bólu. Twoje rany nigdy nie miały się zagoić. Zastanawiałem się, ile jeszcze potrwa, zanim się rozstaniemy. Raz po raz nachodziły mnie myśli, by podążyć za Tobą, lecz nie mogłem opuścić mych braci, Twoich synów. Miałem przejąć Twoje obowiązki, obowiązki Głowy Rodu, lecz bynajmniej nie czułem się na to gotowy.

Szliśmy w milczeniu pod rozgwieżdżonym niebem, a cisza zdawała się być wręcz namacalna i jakby groźna, tak że nikt nie miał śmiałości jej zakłócać. Choć deszcz, łzy Manwego, nie kropił litościwie, cały świat łączył się z nami w naszym smutku i goryczy. Ty wiesz, Ojcze, jakie to potworne uczucie być bezsilnym, kiedy najukochańsza osoba odchodzi do Sal Oczekiwania, prawda?

Kiedy zaczęliśmy się wspinać po stokach Gór Cienia, poruszyłeś się, Ojcze, a ja zwilżyłem Ci usta, sądząc, że o to chciałeś mnie poprosić. Ale nie, Ty zapytałeś mnie szeptem: „kochałeś mnie, mój synu?”. Skinąłem wtedy głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć na głos. Ty jednak tego nie zauważyłeś. Powiedziałem więc: „tak, Ojcze, kochałem Cię”. Odrzekłeś mi: „byłeś dobrym synem, Maitimo.”

W Twojej twarzy nie było już cierpienia, tylko smutek. Choć nie widziałem łez w Twoich oczach, mógłbym przysiąc, że płakałeś. Dlaczego, Ojcze? Czym się kiedyś zasmucił, a Ty w godzinie swego odejścia wybaczyłeś mi to? Służyłem Ci przecież, najlepiej jak mogłem…

Wtedy kazałeś nam się zatrzymać. Pierwszy dobyłem miecza, gdy poprosiłeś nas o odnowienie Przysięgi. Zrobiliśmy to z zapałem, jakbyśmy składali ją po raz pierwszy; teraz jednak nie chodziło nam o Silmarile, najpiękniejsze dzieło, jakie stworzyły ręce któregokolwiek z Dzieci Ilúvatara, lecz o Ciebie, mój Ojcze.
Poprzysięgliśmy pomścić Twoją śmierć. Ty ocenisz, czy wywiązaliśmy się z tego.

Wtedy ostatnim tchnieniem przekląłeś Czarnego Wroga. Gdy zamilkłeś, biały płomień strzelił z Twojej piersi, jednak Twoja twarz pozostawała spokojna, jakbyś zamierzał usnąć. Nie masz grobu, Ojcze, gdyż Twoje ogniste fea zamieniło Twe ciało w popiół i proch. Trzymałem Twoją dłoń, ściskałem ją w ostatnim geście oddania, kiedy płonęła. Jednak ten ogień nie palił mnie, podobnie jak rodzice nie krzywdzą własnych dzieci. Nie masz grobu, Ojcze, wiatr rozniósł popiół we wszystkie strony świata.

Patrzyliśmy oniemiali, Kanafinwë stojąc obok mnie, Ambarussa blisko siebie i nie kryjąc łez, Turkafinwë i Curufinwë nieco z tyłu, a Moryo jak zawsze sam. Twój ogień na zawsze zapłonął w naszych sercach i nic, żadna potęga, nie mogła sprawić, by zgasł.

Przez wieki toczyliśmy wojnę przeciw Czarnemu Wrogowi. Dokonaliśmy wielu czynów godnych chwały i równie licznych haniebnych. Dwukrotnie splamiliśmy ręce krwią braci, teraz żałuję tego z całego serca, lecz wtedy kierowały nami jedynie słowa Przysięgi. Nią zaślepieni, żyliśmy na granicy obłędu.

Teraz już koniec, koniec wszystkiego. Odzyskaliśmy ostatnie dwa klejnoty, Kanafinwë i ja. Jednak… czy warto było? Czy to miało sens?

Moje hroa jest oszalałe z bólu, nie panuję nad nim. Ściskam Silmaril w dłoni, wiem, że pali mnie żywym ogniem, mimo że już tego nie czuję. Już niczego nie czuję. Nogi same mnie wiodą w stronę przepaści, nie jestem w stanie ich powstrzymać.

Idę Ci na spotkanie, mój Ojcze. Czy będziesz mnie oczekiwał na tamtym brzegu? Jak mnie przyjmiesz? Przede mną otwiera się ognista czeluść. Tonę w płomieniach; czuję się, jakbyś to Ty mnie ściskał, jakby mnie otaczały Twoje silne ramiona. Jednak czy rzeczywiście uściskałbyś mnie na powitanie? Czy usłyszę jeszcze z Twoich ust, że jestem dobrym synem?
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.