fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
Pr??ba odtworzenia oszala??ych my??li Maglora zaraz po odzyskaniu brata, podczas gdy ten trwa?? pogr???ony w majakach.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tyle rzeczy chciałbym Ci powiedzieć, Braciszku, tak wiele… Nie wiem, od czego zacząć, nie wiem… czy chcesz słuchać? Nie odpowiadasz. Nie reagujesz. Leżysz przede mną półżywy, Twe piękne ciało, opiewane niegdyś w niejednej pieśni, tak okrutnie oszpecone… Jesteś tak blady, tak zimny, jak… martwy. Nie! Ty żyjesz. Żyjesz, prawda? Żyjesz… jeszcze. Jesteś na progu Mandosu, a ja siedzę tu, bezradny, bezsilny…

Cela. I ciemność. Nieprzenikniona, gęsta, niemalże namacalna. Ściany z czarnego kamienia. Cztery ściany, nic ponadto. Cztery ściany… i ciemność. Mrok, który pochłania każdą, nawet najmniejszą okruszynę światła. By była tylko ciemność.

Ofiarowałeś mi tyle… tyle dobrego… Ani jedno złe słowo nie padło z Twoich ust na mój temat. Byłeś przy mnie, otaczałeś mnie opieką… Ty pierwszy dałeś mi lutnię do ręki, Ty patrzyłeś, jak stawiam pierwsze kroki, jak nieporadnie trzymam pióro i kreślę pierwsze znaki na pergaminie. Śmiałeś się razem ze mną, cieszyłeś się moją radością. Byłeś mi opiekunem i przewodnikiem, obrońcą… ale przede wszystkim Bratem.

W najciemniejszym kącie – Elf. Elf, bezimienny. Nie, już nie Elf, już nie… Szkielet obciągnięty skórą. Tyle z niego zostało. Tyle, co… nic. Siedzi skulony, rozdygotany. Kolana podciągnięte pod brodę, wychudłe ramiona, otaczające ciasno nogi. Skulony, jakby chciał zniknąć, zapaść się pod ziemię, rozpłynąć w powietrzu… Tak, chce tego. Pragnie całym sobą odciąć się od otaczającego go koszmaru, zamknąć się we własnym świecie. Uciec z tego piekła. Jednak z Angamando nie ma ucieczki.

Nikt nie miał lepszego brata… nikt… Nie miał, nie ma i mieć nie będzie. Nie będzie. Ciebie, Maitimo, nikt nie zastąpi. Byłeś najwspanialszym Bratem, jakiego mogłem sobie wymarzyć. Bratem, na jakiego nie zasłużyłem. Nie zasłużyłem… Bynajmniej nie zasłużyłem! Nie jestem Ciebie godny…

Nie ma ucieczki. Chyba, że do Wiekuistych Ciemności. Tak! Ciemność jest dla niego jak zbawienie. Tak, odszedłby tam z wdzięcznością. Odszedłby… gdyby mógł. Gdyby dano mu możliwość. Lecz Moringotto nie ulituje się nad nim. Nie wyświadczy mu tej łaski… Łaski! Tylko głupiec mówi przy Czarnym Wrogu o łasce i miłosierdziu.

Kochałem Cię, Braciszku, odkąd ujrzałem Cię po raz pierwszy w momencie, gdy jako nowonarodzone dziecko otworzyłem oczy. Pokochałem Cię… Kochałem Cię całym sercem… Tak przynajmniej mi się zdawało. Jednak rzeczywistość… Gdybym kochał Cię z taką mocą, jak sądziłem, odwdzięczyłbym Ci się za Twoją miłość, za… za wszystko.

To jego wola, wola Moringotta trzyma go przy życiu. Ona go karmi, daje mu siłę. Jest od niej zależny. Jak roślina zależna jest od światła, tak on od ciemności. Jest bezsilny, nie ma wolnej woli. Nie ma. Nie ma dla niego ratunku. Nie ma. On wie o tym. Ma świadomość, że jest stracony dla świata. Stracony. Stracony…

To ja powinienem był Cię uratować, nie Findekáno. To było moim obowiązkiem. Niespełnionym. Kuzyn… po wielokroć dowiódł swego męstwa i odwagi. Już w Alqualondë… I teraz. Mimo że go porzuciliśmy, niewdzięcznicy, pozostawiliśmy wraz z tysiącami innych na pastwę Lodowego Piekła; on, sam jeden, wyruszył Ci na ratunek, podczas gdy ja… stchórzyłem.

Elf bezbłędnie wyczuwa, kiedy na końcu korytarza pojawia się migotliwe światełko. Płomień pochodni. Drżąca iskra nie jest w stanie rozjaśnić mroków Żelaznego Piekła. Istnieje tu tylko jakby na ironię, jako kpina ze Światła.

Tchórz i niegodny brat – oto, kim jestem. Niegodny… Ofiarowałeś mi tak wiele, a ja… nie spłaciłem długu, kiedy miałem szansę, nie odwdzięczyłem Ci się. Nic nie zrobiłem. Nic. Nic… Palcem nie kiwnąłem. Od razu straciłem nadzieję, że Cię kiedykolwiek ujrzę. Porzuciłem Cię, pozostawiłem… Pozostawiłem na pastwę losu, tak okrutnego, tak niesprawiedliwego… Ze wszystkich Dzieci Ilúvatara Ty najmniej zasłużyłeś na to, co Ciebie spotkało.

Idą po niego. Już, już teraz. Są coraz bliżej. Za chwilę tu będą. Elf wciska się jeszcze bardziej w swój kąt, jakby ten miał mu dać jakiekolwiek schronienie. Wspiera się poranionymi plecami w szorstkie ściany. Wie, co go czeka. Wie doskonale. To już nie pierwszy raz. I nie ostatni. Z pewnością nie ostatni. Kaci Moringotta są zbyt wprawieni w swojej robocie. Potrafią zadawać ból tak, by nie uszkodzić ciała – Czarny Pan chce go mieć zdolnego do służenia mu, do bycia jego niewolnikiem.

To ja powinienem był być na Twoim miejscu, to ja powinienem był tam trafić. Albo przynajmniej pojechać z Tobą, być u Twego boku, polec w Twojej obronie… A nie zrobiłem tego. Powinienem był bez wahania wyruszyć na samobójczą misję, próbując Cię odnaleźć, ocalić. Zginąłbym niechybnie, lecz zaszczytna byłaby to śmierć… Zaprzepaściłem obie te szanse, by spłacić dług wobec Ciebie, Maitimo.

Szczęk zamka rozlega się echem w pustce. To już? Już? Nie dadzą mu ani chwili? Chwilę… choć jedną. Niech zaczekają. Niech go jeszcze nie prowadzą. On nie chce. Nie chce! Nie! Nie ma litości. Nie ma. Jego pragnienia nic tu nie znaczą. Silne szarpnięcie stawia go na nogi. Z początku próbuje się opierać. Próbuje wyrywać się potworom. Na nic. To na nic. Nie ma siły, by z nimi walczyć. Jest zbyt wycieńczony. Zbyt wycieńczony.

Czy wybaczysz mi kiedykolwiek, że Cię zawiodłem? Zawiodłem… Czy uda mi się ubłagać Twojego przebaczenia? Tak, z pewnością… Ty byś mi przebaczył. Lecz czy ja sobie wybaczę? Czy będę w stanie spojrzeć Ci w twarz – w twarz, którą tak ukochałem?

Potwory wzmacniają chwyt na jego ramionach. Elf wzdraga się ze zgrozy, gdy jeden z nich zaciska łapę na jego karku. Wyprowadzają go z celi na korytarz. Długi. Bardzo długi. Wiodą go nim… Sekundy zamieniają się w wieki. Przyspieszony oddech Elfa wydaje się dziwnie głośny w martwej ciszy. Oddycha szybko, jakby chciał się nacieszyć tym pozorem wolności. Wie, dokąd zmierzają. Wie… Strach go paraliżuje. Zwierzęce przerażenie. Nie jest w stanie iść o własnych siłach. Potwory wloką go za sobą. Jego stopy boleśnie uderzają o nierówne stopnie. Boleśnie? Nie… To jest pieszczota w porównaniu z tym, co go czeka.

Teraz już za późno na skruchę, za późno na naprawienie błędów, za późno… Nie dano mi czasu. Wszak Ty umierasz, Maitimo. Odzyskałem Cię na tak krótką chwilę, by znowu Cię stracić, tym razem na zawsze. Tak, na zawsze. Naszym przeznaczeniem są Wiekuiste Ciemności, jak przysięgaliśmy. Jesteśmy straceni dla świata, obaj. Odchodzisz, Braciszku, odchodzisz… Pójdę za Tobą, Miły Bracie, zaraz po tym, jak opuścisz… Nie zniosę kolejnej rozłąki, nie zniosę, nie wytrzymam… Pozwól mi podążyć za Tobą, proszę, pozwól… mimo że… nie zasłużyłem.

Rzucają go brutalnie na stół katowski. Elf zamyka oczy. Czuje, jak ciężkie obręcze zatrzaskują się na jego kostkach i nadgarstkach, otwierając niewygojone do końca rany. Zaciska kurczowo szczękę i napina mięśnie. Wie, że ból za chwilę wybuchnie, lecz mimo to nie ulegnie. Jakaś okruszyna Światła, której jednak nie zdołały pochłonąć mroki Angamando, nakazuje mu, by pod żadnym pozorem nie poddawał się Moringottowi. Ostatkiem swej wolnej woli Maitimo chce jej usłuchać, mimo że to przyniesie tylko więcej bólu. Za chwilę… Jeszcze sekunda… Jeszcze…

Ciii… Spokojnie, Braciszku, nie szarp się, nie rzucaj. Proszę, uspokój się… Co się dzieje, Maitimo? Czy moje towarzystwo jest Ci niemiłe? Tak, z pewnością, ale nie o to chodzi, nie tym razem. Ty pamiętasz. Pamiętasz, co z Tobą robili. Śnisz o tym bez przerwy, prawda?

Czuje, jak coś – coś, co zada mu ból - zbliża się nieubłagalnie, okrutnie powoli. Czuje… czuje, że trzęsie się ze strachu. Czuje, jak perlisty pot spływa mu po twarzy. Wykręca się, jak może, byleby odsunąć się jak najdalej od tego czegoś, czego bardziej szczegółowego przeznaczenia czy sposobu działania woli się nie domyślać, jednak kajdany nie pozwalają mu na praktycznie żaden ruch. Napina wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na wybuch bólu, który z pewnością nastąpi. Który musi nastąpić. Jeszcze chwila…

Już dobrze, Maitimo, tamto minęło, nie wróci, jesteś wolny… Maitimo, zaklinam Cię, uspokój się, nie szarp, to tylko sen, tylko sen… Zaśpiewam Ci, chcesz? Kiedyś lubiłeś słuchać mojego śpiewu. Zaśpiewam Ci kołysankę, której uczyła mnie Matka. Zaśpiewam… a Twoje lęki znikną, zaśniesz spokojnie, prawda, że tego właśnie pragniesz? Zaśpiewam.

Światło rozdziera mrok. Potwory, katownia… wszystko znika w jasnym blasku. Blasku… Światło. Nareszcie światło! Po tylu latach, tylu wiekach zanurzenia w ciemności… Elf czerpie jasność, chłonie ją całym sobą. Nie wierzył, stracił już wszystką nadzieję. Nie wierzył, że kiedykolwiek jeszcze będzie czuł taką ulgę, taki spokój. Jak spragniony wędrowiec łaknie wody, tak on pragnął choć raz jedyny ujrzeć światło. Jego pragnienie właśnie się spełnia. Trwa skąpany w jasności. Nareszcie. Nareszcie jest mu dobrze. Ogarnia go znużenie. Zapada w sen, błogosławiony odpoczynek, całkowicie pozbawiony koszmarów, wciąż pogrążony w ciepłym blasku. Po raz pierwszy od tak dawna zasypia spokojnie.

Jeśli tylko zechcesz, będę Ci śpiewał bez przerwy, przez cały czas, choćbym miał głos przy tym stracić. Dla mojego Brata… No, już, uspokój się, odpręż, tu nic Ci nie grozi. Śpij, Maitimo, śpij, Miły Bracie…
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.