fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 2] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
I to wszystko. Trzy rozdzia??y. :)
DOL AMROTH


VI

W sumie wcale tak nie było! Nie chciałem go zlać. Ale ten nóż był taki piękny, taki unikalny - a brat go wziął na to żałosne polowanie na kuropatwy... w głowie mi się to wciąż nie mieściło, choć od samych łowów upłynęły istotnie dwa lata, zaś od czasu, gdy w dolamrodzkiej twierdzy sobie o tym przypomniałem - kilka dni, wszak do domu ruszyliśmy czwartego dnia z rana, to jest 26 miesiąca Hithui*6.
Dom... tęskniłem już za nim, choć u wuja panowała atmosfera przyjaźniejsza i zdrowsza niż w namiestnikowskim pałacu, a rodzina dogadzała, jak mogła. Tęskniłem za bratem, wiedząc, że dla niego rozłąka ta musi być jeszcze trudniejsza. A z drugiej strony bałem się jego reakcji - w związku z tymi nieszczęsnymi pergaminami, rzecz jasna - i nawałem obowiązków czekających na mnie w Minas Tirith.
Ów "nawał" zazwyczaj wcale nie wyglądał tak, jak powinien. Był raczej jak kryjący się wróg, jak nasi Strażnicy w zielonych jak lasy Ithilien płaszczach. Takie drobiazgi - zajrzyj tu, zajrzyj tam, zgadaj się z tym i z tamtym, tu narada, tam pogadanka z kimś, kto mnie zatrzymuje na ulicy - nagle zajmowały cały dzień, od świtu do zmierzchu. Coraz częściej ostatnimi czasy musiałem wypatrywać sobie oczy przy pełgającym płomyku świecy w pokoju, gdzie panował zdaniem Faramira "artystyczny nieład", gdzie pergaminy przylepiałem do blatu stołu woskiem ze świecy, w obawie, że wiatr od uchylonego okna mi je zwieje, gdzie na ścianie nad twardym łóżkiem wisiały batalistyczne ryciny i koślawe rysunki brata, ułożone chronologicznie - od najwcześniejszych, gdy uczył trzymać się pióro w łapce, po najnowsze szkice Nimloth w rozkwicie, gdzie często układałem Faramira do snu, kiedy prześladowały go koszmary. Ten pokój odżywał, ilekroć do niego wchodziłem i już nie mogłem się doczekać kolejnego powrotu do swojskiego nieporządku.
O ile mi nie posprzątali, rzecz jasna.
Pogoda jednak nie sprzyjała podróży i dobrym humorom. Dzień w dzień zaczynał się podobnie... I tylko jeden z nich wyrył się w mojej pamięci w każdym szczególe.
Ów poranek był zimny i mokry, okolice szare i ponure. Krople wody kapały z nagich gałęzi drzew porastających ściany jaru i wzgórza wnoszącego się nad naszym obozowiskiem. Konie prychały i niespokojnie grzebały kopytami w rozmiękłej ziemi. Panowała cisza, przerywana tylko szelestem kropli opadających na ściółkę i chrzęstem miażdżonych liści i gałązek pod moimi podeszwami.
Miałem mokre włosy i irytująco przesłaniały mi oczy, gdy usiłowałem przejrzeć się w pobliskiej kałuży i ocenić, czy się golić, czy nie. Doszedłem do wniosku, że cień zarostu jeszcze nikomu nie zaszkodził i, ślizgając się liściach, podreptałem do pobliskiego strumyka. Ukląkłem na brzegu i zanurzyłem odkorkowany bukłak w potoczku. Palce mi szybko zgrabiały z zimna. Skórzany woreczek wymknął się z ręki i popłynął radośnie z nurtem w ogólnym kierunku zatoki Belfalas, ale szybko zaplątał się w naniesione przy brzegu gałęzie. Zamruczałem pod nosem szkaradne słowa, za które Faramir zmyłby mi głowę i zacząłem łowić nieszczęsny bukłak, nie wiedząc, że jestem obserwowany.
Uświadomił mi to dopiero dobywający się z głębi gardzieli warkot.
Uniosłem powoli wzrok z bystrego strumyka, by ujrzeć wilka o wyszczerzonych długich, białych kłach, gotującego się do skoku z przeciwległego brzegu.
Odskoczyłem w panice do tyłu i wpadłem w krzaki. Wilk wybił się, przesadził potoczek rozmazany w szarą smugę, wpadł na mnie rozpędzony i przygniótł do ziemi. Odrzuciłem go prawym ramieniem i uniosłem na nogi, rycząc na całe gardło w nadziei rozbudzenia swej eskorty w niedalekim obozie.
Wilk wpadł na kamienie w strumyku i zaskomlał z bólu, ale na drugim brzegu przyczaiło się już kilka podobnych bestii o obnażonych zębach i zjeżonym szarym futrze, w tym wielki basior z oberwanym uchem, zapewne weteran wielu starć.
Machinalnie sięgnąłem do boku, by wyrwać miecz z pochwy, ale czekało mnie zaskoczenie - ostrze najzwyczajniej w świecie przymarzło w okienku i nie dawało się wyszarpnąć. Pochyliłem się więc i capnąłem za rękojeść noża w cholewie, lecz nie zdążyłem się wyprostować; basior, przeskoczywszy strumień, obalił mnie i rzucił się do gardła. Zatopiłem mu nóż między żebrami, ale wilk nie zaprzestawał szarpania za lewą rękę, którą osłaniałem szyję; jego ziomek zatopił zęby w cholewie buta, kolejny szarpał za płaszcz w szale i żądzy krwi. Wrzasnąłem w cierpieniu, złości i beznadziejnym usiłowaniu strząśnięcia bestii rozszarpujących mnie żywcem tuż pod nosem mojej własnej eskorty.
Wtedy przez warkot i chrapnięcia oszalałych wilków i odgłosy starcia przedarł się szum lotek strzały. Jeden z wilków odpadł od mojej nogi z charkotem przeradzającym się w długi i bolesny wizg, zakończony bezwzględnie przez świst ostrza tnącego powietrze.
— Valarowie, miecze, miecze! Kto strzela, do diaska?! - wrzasnął ktoś głośno, kolejny wilk zawył w agonii, ale basior dalej szarpał moje rękawy i ochraniacze, starając się dorwać do gardła.
Znów usłyszałem świst strzały i na pierś zwaliło mi się kłębowisko śmierdzącego futra i łap. Kły nie wgryzały się więcej w rękę, natomiast lewe ramię przeszył nagły ból, a potem przedziwne uczucie, jakbym tej części ciała w ogóle już nie posiadał, za co byłem ogromnie wdzięczny.
— Jak strzelasz, ciemniaku! - rozdarł się znów ktoś, przypuszczalnie Vardil, a ja zwinąłem się w kłębek w obronnym odruchu. - Durny pasterz, łowca w ciemię bity... Zabił-
— Bogowie, zabił Boromira?! - ktoś targnął mnie za zdrową rękę, którą osłaniałem głowę. - Zabili cię, panie?
— Żyje, młodziku! Co za pytanie... Usuń się, obejrzę księcia - zakomenderował Vardil nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Toć ten wieśniak prawie mu rękę przestrzelił! Strzała poszła przez wilczy kłąb...
Zawyłem raz i drugi, kontrapunktując wypowiedź Vardila starającego się obejrzeć moje ramię i zsunąć wilczego trupa.
— Niech no kto leci za tymi pasterzami... łowy na wilki sobie urządzili, psia ich mać!
— Nie ma, znikli, musieli za resztą watahy pobiec...
— A niech ich diabli porwą i wilki zagryzą... Eöl, trzymaj Boromira, wyrwę strzałę.
— Nieee! - zaryczałem w proteście, usiłując odsunąć od siebie wilcze zwłoki i ochronić rękę przed zakusami ludzi. - Zaraz sam dorwę tych pasterzy! Tylko zostawcie! Zaraz ich dopadnę i jak wygarbuję skórę...! Nie, zostawcie!
— Nie bądź tchórzem, Boromirze! - huknął Vardil, przemawiając raczej do mojego poczucia godności i dumy niż rozsądku, a Eöl i kilku starszych unieruchomiło mnie, rozwścieczonego, w uścisku ramion. Vardil pochylił się nad moim ramieniem, przykrytym zwalistym cielskiem martwego basiora, zaciął wąsko usta i szarpnął za brzechwę wbitą w pierś wilka. Spazm bólu oznajmił mi, że strzała została wyciągnięta, wielka ulga natomiast, że zwłoki basiora usunięto na bok.
Ktoś podciągnął mnie ostrożnie do pozycji siedzącej i wziął pod brodę, żeby spojrzeć w oczy. Z trudem skoncentrowałem wzrok na ogorzałej twarzy Vardila.
— W pełni świadom, nie jest źle - orzekł wojownik, a ja potrząsnąłem głową w zaprzeczeniu.
Vardil puścił mnie na chwilę, od razu osunąłem się w czyjeś pomocne ramiona, bo poprzednie wyczyny mnie wyczerpały i wreszcie uświadomiłem sobie, że to nie byle draśnięcie, że boli o wiele mocniej, niż sądziłem, że leje się krew. Ktoś dotknął mojej skroni, a potem uniósł podbródek, by obejrzeć szyję. Tuż przed nosem dyndała mi naga gałązka krzewu. Pąk, z którego na wiosnę wyjdą liście, był pokryty krwią, do której przylepiło się kilka szarych i czarnych włosów. Mogły być równie dobrze moje, jak i wilcze, tak samo krew...
Podciągnięto mnie do góry, ramię przeszył ból jak kolejne ukąszenia wilków. Zagryzłem zęby, żeby więcej się nie zbłaźnić wyciem z cierpienia. Zawieszony na ramionach towarzyszy zostałem na poły zaciągnięty, na poły zaniesiony do obozu, gdzie krzątał się już Eöl przy garnczku grzanej nad ogniskiem wody i płótnie, którym chciano mnie obandażować.
Opatrywanie ran było jedną z najgorszych rzeczy, jakie w życiu przeżyłem. Czułem wszystko, każdy dotyk, każde szarpnięcie i targnięcie, wszystkie komentarze wygłaszane przez towarzyszy nad moim ramieniem - przestrzelonym, tak, że z boku zwisał spory płat skóry i bolało jak diabli. To pół biedy. Istną torturą było to, że komentarze wygłaszano takim tonem, jakbym w ogóle nie istniał jako poszkodowany, tylko został zredukowany do bezwładnego płata mięsa, jakim było zranione ramię. Nie mogłem zrobić nic, bo trzymano mnie za ręce, bandażowano prawą, pogryzioną rękę i przemywano ranę w lewym ramieniu, za nogi trzymał jeden z młodszych żołnierzy i tak mi zesztywniały, że ledwie ruszałem palcami u stóp. Czułem się jak marionetka na sznurkach, jak jedna szmacianych lalek, którymi bawią się w dzieciństwie dziewczynki.
Obrzydliwe uczucie.


Idziemy stromą, wąską ścieżką i ślizgamy się na oblodzonych kamieniach, choć "ludzie gór" wspinający się na czele nie mają podobnych problemów. Cóż, górale przywykli do śniegu i lodu, nie jak my, "miastowi", albo ludzie z nizin i znad morza, co nigdy nie widzieli płatków, jakimi zamarznięta woda spada z nieba i nie czuli prawdziwego mrozu. Takiego mrozu, który sprawia, że szczypią spurpurowiałe policzki, nie czuje się palców od nóg schowanych w grubych, ciepłych butach i wydychane powietrze zamarza niemal na ustach.
"Lubię, jak chrzęszczą grudy zmarzniętego śniegu pod butami", mówi Boromir niewyraźnie zza szala zasłaniającego mu usta i brodę. Spod futrzanej czapy i owego szala wystaje jedynie wydatny, czerwony od zimna nos. "Lubię, jak pachną nasze futra."
"Stęchlizną", zauważam, starając się dotrzymać mu kroku, a nie jest to łatwe, zważywszy, jak śliska jest ścieżyna i jak nogi brata są dłuższe od moich.
"Myślałem, że lubisz takie zapachy", mamrocze brat, dłonią w grubej, obszywanej futrem rękawicy poprawiając szal.
"Lubię", wyjaśniam. "Tylko, że w mrozie znika cały ich urok, gdyż jestem skoncentrowany na niewygodach związanych z przemarznięciem!"
Boromir ponownie poprawia szal i w obłoczku pary błyskają spod niego odsłonięte w uśmiechu zęby.
Zeszłej zimy byliśmy wysoko w górach.



Podróż powrotna do Dol Amroth była... cóż... nie mogę znaleźć słów... paskudna. Parliśmy z uporem przez kaprysy jesiennej pogody, mgły, deszcze i Valarowie wiedzą, co jeszcze; pewnego ranka wśród wzgórz Tarnostu był nawet przymrozek i w pozostawionym przez Eöla na wierzchu bukłaku wodę ścięło lodem. Jechaliśmy stosunkowo powoli ze względu na mnie. Sfastrygowane przez Vardila ramię bardzo bolało i goiło się powoli, podobnie jak rany po ugryzieniach wilków na łydkach i prawej ręce. Zresztą i tak dwa dni po ataku wilków spędziliśmy w obozowisku, bo na przemian gotowałem się ze wściekłości i zasypiałem na całe godziny. Cudem uniknąłem gorączki i zakażenia - gdyby dostały mnie w swoje szpony, musielibyśmy zawrócić do Dol Amroth.
Towarzysze sporządzili mi temblak na lewą rękę. Wodze trudno było dzierżyć jedną dłonią. Prawdę mówiąc, wszystko było utrudnione: jedzenie, ubieranie się; o walce nawet nie chciałem słyszeć - Vardil straszył mnie, że jeśli rana dobrze się nie zrośnie, mogę nigdy nie być tak sprawny, jak kiedyś. Podziękowałem mu bardzo za takie podnoszenie na duchu i zagryzłem zęby, dziękując bezgłośnie mocom świata, że nie zostałem postrzelony w rękę od miecza.
Ów zezowaty pasterz, który wyrządził mi niechcący taką krzywdę nigdy nie został odnaleziony. Na swe szczęście, bo miewałem w drodze napady takiej frustracji i złości, że gdybym go dostał w swe ręce, obdarłbym chyba żywcem ze skóry.
Często zatrzymywaliśmy się w gospodach i zajazdach - muszę szczerze przyznać, iż tylko dla mojej wygody. Łatwiej było tam zmienić opatrunki, dostać świeżej, czystej - czasem nawet ciepłej - wody, ciepłego jadła, nie zdrzemnąć się na twardym legowisku, ale przespać porządnie we względnie miękkim łóżku.
Podróż nieco się przeciągnęła, tak że w Lossarnach znaleźliśmy się kilka dni później, niż przewidywaliśmy, gdzieś w połowie Girithron*7. Zażądałem wtedy zdjęcia temblaka i spełniono moje życzenie; lewe ramię było wolne, ale słabe i obolałe. Żeby nie wisiało bezwładnie u boku, zaciskałem dłoń na głowicy swego zdradzieckiego miecza. Dlaczego zdradzieckiego? Ano dlatego, że nie pomógł w prawdziwej potrzebie.
Gdy tylko pewnego zimnego dnia na horyzoncie zamajaczyło Minas Tirith, stałem się niespokojny i rwałem się do przodu. Jako pierwszy z oddziału dojechałem do południowej bramy Rammas Echor i powitałem jej strażników. Na mój widok oderwali się od jedzenia ciasta, wstali i uczynili gest pozdrowienia. Wyszczerzyłem do nich zęby, dziwnie z siebie zadowolony.
— Paniczu Boromirze! - zasapał Eöl, który był drugi u bramy. - Czekaj na mnie następnym razem.
Rzuciłem mu dzikie spojrzenie. Adiutant zignorował je i zawołał wesoło do jednego ze strażników, w którym rozpoznał swojego kuzyna ze strony ojca. Droczyli się przez chwilę, po czym żołnierz otworzył bramę i mogliśmy wjechać na pola Pelennoru.
— Spokojnie, już blisko do domu - syn Elary poklepał po szyi swojego spienionego wierzchowca. - Niedługo odpoczniesz. Bogowie, jaki jestem głodny. Mam nadzieję, że zauważono nas już z wyższych kręgów i mama zacznie coś pichcić.
— Na pewno zdążyła zaalarmować całą kuchnię - roześmiałem się po raz pierwszy od jakiegoś czasu. - A kucharki to takie niezrównane plotkary, że cała Cytadela zapewne wie o naszym przyjeździe. Z kolei Strażnicy Twierdzy nie mają o czym zazwyczaj gadać na warcie, więc przekazują sobie plotki. To w ten sposób handlarz warzywami z pierwszego kręgu już w południe wie, że dowódca rano zgubił klucz do spiżarni kompanii.
— Nienawidzę plotek - wzdrygnął się mój adiutant. - Mam dwie sąsiadki, takie kumy, co już z samego rana wychylają się z okien i pytlują, podlewając kwiatki w donicach na parapetach. Najgorzej, jak moja matka się dołączy... Boromirze, czemuś się zatrzymał? Co tak spoglądasz...?
Zaciąłem nagle konia do cwału; błoto na drodze pryskało spod kopyt na boki. Gdy ściągnąłem wodze, wierzchowiec poślizgnął się, bryzgnął błockiem, zarżał, zatańczył. Ramię zatętniło głuchym bólem, ale niepomny tego uniosłem głowę wysoko do góry, aż chłodny wiatr owionął mi gardło.
Minas Tirith wznosiło się setki stóp nade mną, onieśmielające w swej potędze i piękności nawet dla mnie, rodzonego syna Miasta, co długo chadzał w cieniu jego murów; lśniące i jasne w porze późnego ranka; majestatyczne na tle posępnych gór zdobnych w białe czapy śniegu.
Znów pogoniłem konia do biegu, puszczając mimo uszu pokrzykiwania starającego się mnie dogonić Eöla. Otwarto Wielką Bramę; przechodnie, jeźdźcy i wozy usunęły się na boki, gdy przefrunąłem między nimi i wpadłem na gwarny plac pierwszego kręgu, z którego wyrastała niewzruszona skała Mindolluiny.
Osadziłem konia w miejscu i zsiadłem wśród ludzi i straganów targu. Nic nie mogło równać się z uczuciem swojskości i bezpieczeństwa, jakiego wtedy doznałem. Potrafiłem je określić jednym, jedynym słowem: dom.


Jak każde dziecko przechodziłem gorączkę w wieku lat jedenastu-dwunastu. Sam nie wiem, kiedy i jak się nią zaraziłem, czy od syna płatnerza, z którym wtedy przestawałem, czy od jakiegoś pacjenta z Domów Uzdrawiania, gdzie czasem zaglądałem do ogrodów - mylą się ci, co sądzą, że książęta nie chorują na coś tak pospolitego, jak gorączka. Pewne było, że gdy pewnego wieczora wróciłem do twierdzy, nogi załamały się pode mną na samym Placu Fontanny... co było dalej, opowiadano mi, gdy się wykurowałem. Że brat zaniósł mnie do mojej komnaty i przez kilka dni dopuścił do mojego łóżka jedynie samego Opiekuna z Domów, warując przy mnie nieustannie. Że sam się zaraził, oczy błyszczały mu gorączką, czoło spływało potem, majaczył, miał dreszcze, ale siedział przy mnie dzień i noc i nie było człowieka, który śmiałby mu się sprzeciwić. O ojcu wspomniano mi zaledwie, że każdą wolną chwilę spędzał po drzwiami komnaty, w której leżałem...
Brat dał się położyć do łóżka dopiero, gdy pewne było, iż wyzdrowieję całkowicie. Wtedy jednak okazało się, że nie ma co leżeć, ponieważ jego ciało zwalczyło chorobę, kiedy jeszcze siedział u mojego boku.
Kocham go za to.


Siedziałem przy stole w kuchni, rozkoszując się zapachem jedzenia i ziół i ciepłem promieniującym z pobliskiego paleniska. Lewą rękę wsparłem o blat stołu, starając się, by wyglądała naturalnie. Jeszcze nikomu nie zdążyłem opowiedzieć o podróży, pokazałem tylko ojcu, że wróciłem w całości, podrzuciłem korespondencję od wuja i pognałem do kuchni.
Gdy kucharka postawiła przede mną parującą miskę rosołu, podziękowałem tylko skinieniem głowy i zabrałem się do jedzenia, pomrukując z ukontentowania, głodny i zmęczony ponad wszelkie wyobrażenie.
Kucharka postała chwilę nade mną, kontrolując szybkość spożywania posiłku, po czym z zadowoleniem pokiwała głową i odeszła pilnować kociołka z zupą. Cały czas jednak łypała na mnie zza ramienia, jakby chcąc się upewnić, że wciąż siedzę w jej kuchni i pałaszuję wyśmienity rosół, a nie zrejterowałem do jadalni żołnierskiej, gdzie ciepła strawa dopiero się gotowała (Eöl pewnie stukał łyżką o blat i dostał przez łeb ścierką od jednej z kobiet, nieraz to widziałem. Nie miał takich "chodów" jak ja). Inne służki krzątały się przy pieczystym i garach, brzękając naczyniami i świergoląc między sobą.
W chwili, gdy moja łyżka skrobnęła o dno miski, drzwi kuchni otworzyły się z trzaskiem i wtoczył się Faramir, półgłosem przepraszając jedną z dziewek kuchennych za to, że rozdeptał ją po drodze. Potem dopadł stołu i zasiadł naprzeciwko mnie z błyskiem w oczach.
Kiedy nie uzyskał z mojej strony satysfakcjonującej reakcji na swe przybycie, wymierzył mi kopniaka w goleń. Uniosłem głowę znad miski i uśmiechnąłem się szeroko, a ten uśmiech odbił się jak w wypolerowanej powierzchni tarczy na twarzy brata.
— Smacznego się mówi - zwróciłem mu uwagę. Faramir zaniósł się szaleńczym śmiechem, odchylając głowę daleko do tyłu, i złapał mnie kurczowo za prawą rękę; porzuciłem łyżkę i odwzajemniłem ten uścisk.
— Mówi się: "dzień dobry, mój ukochany braciszku, straszliwie za tobą tęskniłem!" - zachichotał Faramir, kopiąc mnie pod stołem.
— Mówi się: "witaj w domu, bracie, wreszcie wróciłeś, będzie miał kto zawiązać mi buty..." - zrobiłem maślane oczy i oddałem kopniaka w kostkę.
— Chyba: "stęskniłem się też za twoimi wrednymi kolegami!".
— Moimi kolegami! - zatchnąłem się aż ze wzburzenia i Faramir parsknął śmiechem. - A ja za setkami twoich upierdliwych pytań i irytującymi szczegółami z historii Númenoru, braciszku...
— A ja za twoimi... za twoimi... hm... - zadumał się brat i wysunął swoją spoconą rękę z mojej. - Mmm... za całym tobą, i już.
— Ja też.
— Co ci się stało w rękę? To chyba nie jest nic poważnego? - brwi Faramira zjechały się nad nosem w stanowczą czarną kreskę, gdy zauważył wybrzuszenie bandaża na moim niesprawnym ramieniu.
— Opowiem ci w szczególe po posiłku, teraz starczy powiedzieć, że napadły mnie wilki, przed których watahą ostrzegał mnie zresztą wuj.
— Cała wataha cię napadła?! - brat zrobił wielkie oczy.
— Nie, szczęściem. Pogryzło mnie kilka, bo miecz mi przymarzł, a jeszcze jakiś wieśniak nie potrafił dobrze wycelować z łuku, i... aj, opowiem ci. W każdym razie prawie się wykurowałem.
— Całe szczęście, bo się poważnie przestraszyłem. Wiesz, widziałem we śnie kilka wilków i miałem złe przeczucia, ale co ja ci będę teraz o tym opowiadał, tylko namieszam. Co u wuja? Jak nazywa się jego córka?
— Lothíriel.
— Ładne imię.
— Ale dziecko nie jest wcale takie ładne.
Faramir się rozchichotał.
— Poza tym... trochę się wydarzyło, obiecuję, że ci wszystko opowiem. Była też Ivriniel i jej córki!
— Czyli dobrze, że nie pojechałem... - westchnął brat z udawanym dramatyzmem.
Kucharka zbliżyła się do nas ostrożnie i podstawiła "paniczowi Faramirowi" porcję rosołu. Brat zmierzył ją - miskę, nie kobietę - uważnym wzrokiem, jakby marchew miała na niego wyskoczyć z wywaru i ugryźć w nos.
— Jedz, bo ci zjem - ostrzegłem, zaśmiewając się z jego reakcji. To podziałało, brat złapał łychę i pochylił się ze skupieniem nad jedzeniem. Doprawdy, pies ogrodnika, nie je, dopóki nie zagrozi mu się odebraniem jadła.
Tak więc konsumowałem sobie ten rosół, tak gorący, że aż parzył w język, i relacjonowałem wydarzenia ostatnich tygodni, nie szczędząc soczystych szczegółów. Faramir zaś z lekkim uśmiechem grzebał łyżką w swojej misce, wyciągał marchewkę albo kawałek mięsa i zjadał je powoli, żując dokładnie każdy kęs. Wszystko było w największym porządku, jakbym wcale nie opuścił domu na tyle tygodni. Lubiłem to uczucie.
— Boromirze? - brat wreszcie przerwał mój monolog.
— Tak?
— Nie wiesz czegoś może o moich pergaminach? - zapytał z głupia frant.
— Jakich pergaminach? - usiłowałem grać na głupiego, ale zobaczywszy oczy brata zmrużone w wąziutkie szparki, zwątpiłem w tę metodę. - Ach, tych.
— Wziąłeś je - zaatakował Faramir.
— No - przyznałem niechętnie, chuchając na zawartość łyżki przed włożeniem jej do ust. - Przez przypadek.
— Przypadek - powtórzył nerwowo brat. - A przez przypadek czytałeś?
— No... tego...
— Czytałeś?
— Owszem.
— Ty... ty... - zagotował się brat - ty zdrajco! Ty paskudny, tchórzliwy zdrajco! Jak mogłeś zrobić coś takiego! To jak grzebanie w czyjejś duszy, to jak pogwałcenie wszelkich ludzkich zasad! Zdrajca!
— Ej, ej, pohamuj się...
— Jak mam się pohamować, skoro zaglądałeś mi do notatek! No jak! Grzebałeś w czymś nie należącym do ciebie! Jak... stara, ciekawska baba!
— Uważaj na słowa, bo zaraz dostaniesz - zagroziłem mu, wiedząc jednak, że wobec gniewu brata jestem na straconej pozycji.
Faramir zerwał się na nogi, o mało co nie wywalając ławy i wstrząsając stołem tak, że aż zadzwoniła moja miska i zadrżała mi ręka z łyżką, a lewe, zranione ramię przeszył nagły dreszcz bólu. Wszystkie kucharki spojrzały w naszą stronę i zaraz się odwróciły, udając, że nic nie widzą.
— Przestań jeść i spójrz na mnie - zażądał brat. - Skąd miałeś pergaminy?
— Słuchaj... raz, że przeszkadzasz mi w jedzeniu, a to niewybaczalne, a dwa, że nazywasz mnie babą, a to z kolei ujma na honorze... aj, Faramirze! - zawołałem, widząc drżące usta brata, i opuściłem łyżkę, którą dotąd energicznie gestykulowałem. - Opanuj się! Zgarnąłem je niechcący z koszulami w dzień wyjazdu. Wybacz!
— Nie wiem, czy ci w najbliższym czasie wybaczę - upierał się brat, założywszy ręce na piersi. Wyglądał na poważnie urażonego i wyprowadzonego z równowagi. - Naprawdę nie wiem. nadużyłeś zaufania, zdajesz sobie sprawę? Przeczytałeś wszystko, co napisałem o tobie, rodzicach i reszcie...?
— Tak.
Faramir ukrył twarz w dłoniach, ramiona aż mu się trzęsły z wstrzymywanego gniewu. Byłem pewien, że na tym rozprawa się jakoś zakończy, ale poważnie się myliłem.
Mój cichy, spokojny i opanowany brat nagle wykonał kilka dzikich susów w kierunku ławy, na której siedziałem i złapał moją podręczną sakwę nim zdołałem go zatrzymać. W porywie nieokiełznanych młodzieńczych uczuć odwrócił ją i wysypał całą zawartość na posadzkę. Oprócz zapasowej koszuli, bandaży, opończy i kilku drobiazgów wyleciał też zwitek zwojów i Faramir podniósł go błyskawicznie z podłogi, rozwinął rzemyk i rzucił w powietrze. Kilkanaście pergaminów spadło na podłogę, stół, ławy, mnie i brata, powoli, z szelestem, jak wielkie, suche liście. Sprawca tego stał pośród nich z pobladłą twarzą. Kucharki obserwowały go z jawnym przerażeniem, przywykły bowiem do moich wybuchów złości, ale powszechnie uważano, że Faramir nie miał takie temperamentu.
— Przepraszam - odezwał się po chwili brat. - Obiecuję, że nigdy więcej czegoś podobnego nie zrobię. Muszę panować nad sobą. Przepraszam cię, Boromirze, i was, moje panie - skłonił się galanteryjnie kobietom ze służby i ukląkł na podłodze. Ręce mu drżały, gdy sięgał po rozrzucone pergaminy. Zebrałem te zwoje, które leżały na stole i ławie i kucnąłem przy Faramirze.
— Braciszku - powiedziałem doń łagodnie. - Nie mam do ciebie żadnego żalu, serdecznie przepraszam za czytanie tego, co nie należało do mnie. Nie gniewaj się, braciszku.
Faramir uniósł głowę, spojrzał na mnie i nie po raz pierwszy - i nie ostatni - zdumiała mnie głębia, jaką dojrzałem w jego oczach.
— Naprawdę przepraszasz? Tak... naprawdę naprawdę?
— Naprawdę. Poważnie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że przeczytałem. Nie wiedziałem, że aż tak to cię tknie. Więc wybaczysz mi?
— Nie wiem...!
— Jeszcze raz przepraszam. Mogę to jakoś odpracować. Mogę coś dla ciebie zrobić. Co zechcesz.
— Przez tydzień?
— Cały tydzień od dzisiaj. Tylko się nie gniewaj.
— Nie gniewam się, bracie... a dobrze ci się czytało?
— Dobrze, bracie.


Sam nie wiem, czemu umieszczam tu te zapiski. Wszak niczemu nie służą, a mogą okazać się tylko zarzewiem niepotrzebnych kłopotów, zmartwień i sporów. Kawałki wyprawionej, zwierzęcej skóry stały się dla mnie droższe niż to, co na nich zostało zawarte, a co żyje wciąż w mym umyśle i pamięci. Niniejszym zwinę ten plik pergaminów, opatrzę go lakową pieczęcią i schowam w bezpiecznym miejscu, dopóki nie znajdę go po latach lub nie zrobią tego moi potomkowie... Boromirze, dlaczegoż to zaglądasz mi przez ramię?!


Koniec.


25.12.2002r. 22:30



*6 To jest listopada (w quenejskim - "Hísimë"), co w naszej rachubie odpowiada 11 dniu tego miesiąca (patriotycznie). "Hithui" - "mglisty", według ww. słownika.
*7 Grudnia, czyli quenejskiego "Ringarë".
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.