fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 2] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
I drugi rozdzia??. Uprzedza??am, ??e to d??ugie... ;)

DOL AMROTH

IV

Kilka miesięcy temu dokonałem ważnego znaleziska, jak zwykle, w bibliotece. Wyciągnąłem z półki i rozwinąłem plik zwojów pokrytych grubą warstwą kurzu, który najpewniej zbierał się całymi dziesięcioleciami. Była to chyba rzecz o flocie Ar-Pharazôna Złotego, ostatniego króla Númenoru, ziemi Westernesse, zalanej czarną falą Belegaeru. Stojąc tak wśród wysokich półek Wielkiej Biblioteki, przeglądałem wspomniane zwoje i wśród nich znalazłem złożony we czworo kawałek starego pergaminu. Wiedziony ciekawością, rozłożyłem ten pergamin i przekonałem się, że to list sprzed bez mała dwudziestu lat, przynajmniej tak głosiła data u jego góry. Był mocno sfatygowany, jakby przejechał daleką drogę, a potem długo go noszono, może w kieszeni, może za pasem, aż wreszcie trafił do tej nieszczęsnej księgi.
Ale to tylko detale. Tym, co mnie mocniej uderzyło, byli nadawca i adresat listu. Mama i ojciec. Mama pisała z Minas Tirith do Pelargiru, gdzie przebywał ojciec, najprawdopodobniej na przeglądzie sił wojskowych. Jej pismo jest płynne i wydaje się być jak melodia ładnej pieśni. Wspominała, że czuje się samotna w twierdzy, że czas leci jej tak szybko, iż nie zdaje sobie sprawy z jego upływu, że są już małżeństwem od pół roku. Pół roku...
To wystarczyło, żebym ujął wymiętoszony kawałek pergaminu jak drogocenny materiał z dalekiego Południa i zadumał się z zamglonymi oczyma.
Jeszcze dopisek na końcu listu: "Ciągle Cię widzę koło mnie, wszędzie, gdzie jestem. Finduilas."
Uświadomił mi, że go kochała.


Linhir był miastem gwarnym, ludnym, z portem trochę większym od naszego Harlondu. Ruch w owym porcie był jednak taki sam jak w minastiritskiej przystani, gdzie często się z bratem przypatrywaliśmy żeglarzom oporządzającym statki oraz barki i tragarzom w pocie czoła dźwigającym towary. Jedna z kuchennych służek, co i rusz wysyłana tam po przyprawy do potraw, zawsze nas upominała, byśmy nie wpadli do wody i nie utopili się, jak jej kuzyn.
Bywałem już w południowych prowincjach, topiłem się w letnim skwarze Belfalas i chadzałem wśród straganów na Wielkim Targu w Pelargirze, ale powietrze na południu było zupełnie inne niż u nas na północy. Zamiast lasów Anórien i Ithilien jechaliśmy pośród wielkich pól, winnic i owocowych sadów, a wszystko tu pachniało Morzem i czymś specyficznym, niezwykłym, aromatem Południa.
Byłoby bardzo pięknie i przyjemnie, gdyby nie fakt, że to wszystko zwykła przykrywać mgła, wisząca niemal codziennie nisko nad ziemią. Vardil zwykł powtarzać, że dawno nie widział tak mglistej późnej jesieni i mruczeć pod wąsami, że to zapewne zły omen.
Coś w tym musiało być, bowiem wśród wszechobecnych oparów czułem się nieswojo, nic prócz najbliższego odcinka traktu, przydrożnych drzew, domów lub strażnic nie było widać. Miasteczka, wsie, zagajniki wyłaniały się z mgły jako rozmazane cienie, stopniowo nabierając proporcji i konturów. Kusiło mnie, aby przejeżdżając obok stawów lub jezior, zajrzeć w pozornie puste lustra wody, bo nie wiedziałem, co w nich będę mógł ujrzeć - siebie, mgłę, czy co innego?
Moi towarzysze jak jeden mąż łapali za rękojeści mieczy, gdy ze mgły naprzeciw nas wyłaniali się piesi - niby orkowie z gorących oparów Czarnego Kraju - lub konni - jak legendarne Czarne Upiory pod służbą Bezimiennego, których mroczną potęgę zlekceważył Ostatni Król. Jednak ja za każdym razem widziałem coś gorszego, wyobraźnia podsuwała mi obraz rozwścieczonego brata, pędzącego na karym rumaku z rozwianym włosem i krzykiem domagającego się zwrotu zawłaszczonych przypadkiem pergaminów. To dopiero była przerażająca wizja. Co gorsza, zdawałem sobie sprawę, że Faramir byłby zdolny do takiej galopady, szczególnie, gdyby mu coś odstrzeliło, jak to się z rzadka zdarzało. Rzucałem czasem okiem w kierunku brata i widząc go siedzącego spokojnie w fotelu lub zajętego swoimi sprawami odwracałem wzrok, a po chwili bądź nie było go w owym miejscu, bądź miałem go już na plecach, śmiejącego się jak diablę, bądź widziałem złowróżbną iskrę przeskakującą mu w oczach.
Mgły zrzedły, a następnie zanikły, gdy wkroczyliśmy w Dor-en-Ernil, dolinę za wzgórzami Tarnost, zwaną Ziemią Księcia. Dalej szlak poprowadził przez Cum Taran, nieco mniejszą, ale tak samo gęsto zaludnioną dolinę wiodącą ku przejściu w łańcuchu kolejnych wzgórz, Cirith Dunrandir, czyli Rozpadliny Zachodniego Wędrowca. Takie szumne nazwy na pewno by się spodobały Faramirowi, ale mi miast nazw podobały się okolice, tłusta, urodzajna ziemia, zadowoleni z siebie, spokojni ludzie, którzy pozdrawiali nas jeszcze z daleka, nie wiedząc zapewne do końca, kto dokładnie jedzie przez ich ziemie.
Każdego wieczoru, nieważne, gdzie przyszło nam spać, czy w gospodzie, czy na świeżym, chłodnym powietrzu pod gwiazdami, czekałem, aż moi ludzie wygadawszy się posną i wyciągałem notatki brata. Czytałem część jego zapisków - powoli, smakując każde słowo - a potem z brudnym sumieniem kładłem się spać.

Brat mój zresztą zdaje się być urodzonym do tego, co robi i do tego, co kocha. Jest człowiekiem, który stworzony został dla rządzenia, a ludzie, wygląda na to, by go słuchać. Nigdy nie prosi o pomoc lub przysługę, przyjmuje je zaledwie, gdy zostaną zaproponowane, a w sytuacji ostatecznej jedynie sugeruje coś zasięgnięcie pomocy - tak daleko sięga jego duma i poczucie niezależności. Też mam własną dumę, ale chyba więcej rozsądku.
Jego dłonie są grube i duże, jak wyciosane z granitu przez wprawnego rzeźbiarza do miecza, nawet przyozdobione kilkoma odciskami, podczas gdy moje ręce są wąskie i szczupłe. Ponoć lepiej naciągam przez to cięciwę, ale pamiętam z dalekiego dzieciństwa, że przyczyna jego niechęci do łucznictwa jest zgoła inna... on umie walczyć z pasją, oddaje się temu jak sztuce. Sztuce wojowania. A dla mnie to jedynie środek, a nawet powiedziałbym: półśrodek, prowadzący do czego innego; zaledwie powód lub konsekwencja jakiegoś zdarzenia, na którym warto skupić uwagę bardziej niż na samych przyczynach lub następstwach. Wiem, że brat mój potępiłby te słowa, gdyby usłyszał je z moich ust, ale w głębi serca to wie i toleruje.


Wreszcie dotarliśmy do górzystego cypla, na którego północnym krańcu stał zamek wuja. Ziemie należące do książąt Dol Amroth były bogate i zadbane, drogi brukowane i porządniejsze niż w Belfalas, jakby księstwo nie należało do lenn i prowincji tworzących nasz kraj, tylko było osobnym państewkiem.
Zamek wyłaniał się powoli spomiędzy zielonych i skalistych pagórków. Zbudowana z szarego kamienia strzelista twierdza z godzącą w niebo nad Belegaerem Morską Wieżą górowała znacznie nad miasteczkiem położonym u stóp klifu, między porośniętym jesiennym, widnym lasem stokiem nadmorskiego wzgórza a kamienistą plażą i zatoczką, w której tłoczyło się kilka statków. Nad klifem kołowały krzykliwe białe mewy, a uderzenia zimnego, pachnącego solą wiatru wręcz zapierały dech.
O Minas Aear mówiło się, że przed wiekami wzniosły ją elfy; sama okolica tchnęła też spokojem wieków, które pozostawiły tu niewielkie piętno. I jak ponad tysiąc lat temu pod Mindolluiną wznosiła się tylko Minas Anor i kwitły ogrody letniej rezydencji królów Gondoru, a teraz stoi Białe Miasto, tak tu nieodmiennie strzela w niebo obwarowana Wieża, u której stóp kwitnie życie w nadmorskiej osadzie.
U bramy muru, którym otoczone było owo miasteczko, natknęliśmy się na niewielki orszak zbrojnych; z dala, po płaszczach, kołpakach i zielonym proporcu poznałem ludzi z Pinnath Gelin. Na ich czele jechała dojrzała kobieta w męskim stroju podróżnym, a za nią, w otoczeniu wojowników, dwie podobnie odziane panny.
Kobieta zatrzymała orszak krótkim słowem i gestem, stanęła w kulbace, wytężyła wzrok i pozdrowiła nas energicznie dłonią w przetykanej metalem rękawicy.
Poznałem ją od razu. Była to pani Ivriniel, dla mnie i brata ciotka, a dla mamy i wuja starsza siostra. Mieszkała w Rond Rhandir w Pinnath Gelin z dwoma młodszymi ode mnie o dwa-trzy lata i dość swobodnie wychowywanymi córkami Dariniel i Tíriniel; zawsze, gdy się z nimi spotykałem, uśmiechały się, podkasały sukienki i biegły bawić się w chłopięce gry. Przestawały ze mną i bratem, gdy gościły w Białym Mieście, a ja na początku na towarzystwo dziewczyn kręciłem nosem. Dopiero potem, gdy dorównały mi we wspinaniu się na mury, nabrałem do nich szacunku. Mąż ciotki zginął kilka lat temu w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Goniec przysłany do nas przebąkiwał coś o polowaniu, słabym zdrowiu i nie wiadomo czym jeszcze. Od owego czasu odwiedziny tej rodziny w Białym Mieście ustały. W każdym razie, Heniona pochowano w jego ojczyźnie, Zielonych Grzbietach, a Ivriniel jako kobieta rozsądna, żywiołowa i zdecydowana przejęła zarządzanie niemałymi rodzinnymi włościami; Hirgalen, władca tej prowincji, krzywo na owe babskie rządy spoglądał, ale to inna historia. Wracając do Ivriniel, nieodmiennie miewałem wrażenie, że jestem do niej z charakteru podobny, podczas gdy Faramir wdał się raczej w mamę.
— Boromirze! - zawołała ciotka, wiodąc swój orszak w kierunku moim i minastiritskich wojaków, a Dariniel i Tíriniel równocześnie się wyszczerzyły. Miałem złe przeczucia. I słusznie, bo Ivriniel podjechała blisko i zamierzała z siodła solidnie mnie wytargać, jakbym dalej był chłopcem. Nie dałem się jednak, krępując się w obecności żołnierzy z Miasta - Vardilowi drżały już wąsy, co zwiastowało pewien politowania uśmiech w niedalekiej przyszłości.
— Witam, pani na Rond Rhandir.
— Porzućmy tytuły, bo zacznę ci nazywać następcą Namiestnika, Boromirze - uśmiechnęła się Ivriniel, pozdrawiając z kolei moich rycerzy. - Wjedźmy razem do miasteczka, a stamtąd drogą w górę do zamku, w którym najpewniej niecierpliwi się mój brat. Dawno się nie widzieliśmy, bo wynikły pewne niespodziewane przeszkody, a twój ojciec nieskory jest do pielęgnowania dalszych więzów rodzinnych, szczególnie po śmierci siostrzyczki; zresztą kim ja jestem, włościanką zaledwie z tego zaścianka, Pinnath Gelin, daleko od wielkiego świata i Minas Tirith!
— Niech ciocia nie przesadza - bąknąłem niezgrabnie, ale pod bezczelnymi spojrzeniami sióstr zaraz wróciła mi arogancka pewność siebie. - Witam i kuzynki! Jakbym śmiał przy kuzynkach mówić, że Pinnath Gelin to zaścianek Gondoru, nieprawdaż? Vardilu - odwróciłem się do starego wojaka, wiercącego się dyskretnie w siodle - ruszamy do twierdzy, jak sądzę.
Vardil pokiwał głową i ręką zwołał resztę żołnierzy, mieszających się już z wojownikami z wybrzeża.
Wpuszczono nas do miasteczka ze wszelkimi honorami i po przemierzeniu ze stukotem kopyt głównej - i jedynej - ulicy, zaczęliśmy się piąć w górę stromej dróżki ku zamkowi osadzonemu na klifie niczym orle gniazdo, obserwowani i pozdrawiani przez mieszkańców, szlachetnych i zamożnych z wyglądu jak wszyscy ludzie z cypla, jakich dotąd widzieliśmy. Po mojej lewicy jechały Dar i Tír, jak je w skrócie zwano, a po prawicy ich matka, wypytująca mnie o to, co się działo na przestrzeni ostatnich kilku lat w Białym Mieście, a że było tego sporo, to i miałem sporo do opowiadania. Ivriniel słuchała i wypytywała, zaś kuzynki, miast skromnie spuścić wzrok i grzecznie słuchać, strzelały oczami i bezczelnie się wtrącały. Matka musiała im dociąć, żeby powstrzymały swą nadmierną ciekawość.
Zamek był z pozoru niewielki, ale rozległy; choć zbudowano go w dwa tysiące lat po czasie, gdy ludzie Elendila wznosili twierdze wzdłuż Anduiny, przypominał owe budowle strzelistą Tirith Aear oraz stylem zabudowań wewnątrz grubego muru. Taka twierdza, nie miałem wątpliwości, mogła długo opierać się potencjalnemu najeźdźcy. Nawet korsarze z Umbaru nie daliby rady jej wziąć, ni od lądu, ni od morza, gdzie bronił jej wieniec ostrych skał u stóp klifu.
Kiedy tak rozpływałem się w zachwycie nad twierdzą, drzwiczki w jej bramie otworzyły się i pewien giermek ostrożnie wyjrzał na drogę, przebiegając oczyma najpierw po zbrojnych, a dopiero potem po ich przywódcach. Ivriniel przewróciła oczyma, westchnęła niecierpliwie, odgarniając siwiejące włosy z czoła. Zamierzała już zadziałać, kiedy dłoń w rękawicy wysunęła się zza framugi drzwiczek i pacnęła giermka w kędzierzawą głowę. Potem rozległ się ostry głos opisujący dosadnie niedostatki intelektualne wspomnianego chłopaka.
— Cóż jest winny, że nie zna rodziny swego pana? - prychnąłem i otrzymawszy aprobujące spojrzenie starszej z kuzynek, uniosłem wyżej głowę.
Tymczasem Ivriniel podjechała już do bramy i za jej sprawą droga na wewnętrzny dziedziniec twierdzy została otwarta. Kopyta zadudniły na kamiennym bruku i odezwały się brzęczącym echem w głębokich krużgankach; wtórował im tupot obutych ciężko stóp i szelest trzewików.
Otoczyli mnie ludzie, wszyscy wysocy, smukli, ciemnowłosi, niektórzy podobni do mamy tak bardzo jak ciotka Ivriniel - a więc moi krewni. W najwyższym z mężczyzn, z włosami lekko przyprószonymi siwizną, mimo domowego, swobodnego stroju rozpoznałem żołnierza. Był to Imrahil. Wuj trzymał pod rękę szczuplutką, czarniutką kobietkę o bystrych, rozbieganych oczach, Ileanę. Trzej szarpiący się, kłębiący obok tej pary rozchichotani chłopcy, trzy małe szarookie Faramiry - to kuzyni, Elphir, Erchirion i Amrothos. Była też rodzina nieco dalsza - od strony Ileany - oraz tłumek służby, w tym niańki, przyboczni, pokojówki, ochmistrz, ba, kucharki nawet, jak poznałem po zaplamionych brunatnym sosem fartuchach.
Zsiadłem z konia i zostałem zaraz porwany w ramiona wuja. Jego żona ograniczyła się do potargania mi włosów, szczebiocąc "jak to wyrosłem", a ja ani targania, ani szczebiotania nie znosiłem. Mój przygaszony entuzjazm nadwerężyło dodatkowo trzech chłopców w wieku od lat pięciu do dwunastu, szarpiąc za rękawy kaftana, jakby chcieli je urwać i wziąć sobie na pamiątkę.
Po chwili w ten obłęd wcisnęła się jeszcze ciotka Ivriniel ze swoimi dwoma energicznie rozpychającymi się łokciami córkami, potęgując zamęt. Potem w jakiś dziwny sposób zaciągnięto mnie do wielkiej sali, gdzie było ciepło i pachniało jedzeniem, zostałem wzięty w ogień pytań, aż lekko od tego i mnogości osób oraz głosów zgłupiałem. Wolałem być panem sytuacji niż biernie się jej poddawać, a tu nie było innego sposobu.
Oczywiście, doskonale było widzieć znów wuja z jego dobrotliwym uśmiechem i moich rozgadanych, szalonych kuzynów, ba, nawet ciotkę Ileanę, zawsze egzaltowaną i przestrzegającą mnie i brata przed nabawieniem się plam na spodniach i koszulach.
Wuj rychło sprawnie zapanował nad sytuacją i ogłosił, że nim postawią posiłek, czas na główną atrakcję. Miał tu na myśli dziecko - czuć to było w jego dumnym tonie. Przyszło mi na myśl, że podobnie musiał kiedyś brzmieć ojciec dwadzieścia jeden bądź szesnaście lat temu.
Wraz z Ivriniel, Dariniel i Tíriniel zostaliśmy wprowadzeni przez księcia na piętro części mieszkalnej dolamrodzkiej twierdzy, a potem do dużej komnaty na końcu głównego korytarza, urządzonej z przepychem godnym przynajmniej namiestnikowskiego skrzydła pałacu w Cytadeli Minas Tirith. Obok wysokiego łoża stała tam niewielka kołyska, nad którą pochylała się rozszczebiotana niania. Na nasz widok dziewczyna szybko usunęła się w ciemny kąt, z dala od wpuszczających dzienne światło okien, robiąc miejsce dla matki i ojca dziecka oraz ich gości.
— Boromirze, Ivriniel, to moja córka, Lothíriel - powiedział Imrahil, czyniąc zapraszający gest nad kołyską. Ciotka pchnęła mnie od razu w tamtą stronę, nie pozwalając ani na chwilę wahania, i ujrzałem w łóżeczku niewielki tobołek o różowym, drobnym obliczu, z czerwonymi usteczkami wygiętymi sugestywnie w podkówkę. Nie wiem, czy to na mój widok się tak wykrzywiła - bądź co bądź goliłem się co rano i niedawno dałem sobie przyciąć włosy - czy przestraszyły ją moje krewniaczki.
Spodziewałem się też, że Ivriniel zacznie szczebiotać, jak każda kobieta przy dziecku, ale nie - ciotka uśmiechnęła się tylko i pogładziła niemowlę po policzku.
Nie wytrzymałem.
— Ładna to ty na razie nie jesteś...
— Boromirze! - zganiła mnie Ileana, a wuj roześmiał się:
— Młodzieńcy nie widzą nic pięknego w małych dzieciach, moja droga, to nic nowego. Bądź pewna, że to się zmieni, gdy jemu urodzi się potomek.
Kuzynki zachichotały cicho, pochylone nad kołyską. Mnąc w ustach ostrą odpowiedź, iż żadni potomkowie mnie nie interesują, odsunąłem się od łóżeczka i uśmiechnąłem przepraszająco do cioci, gotowej bronić swego maleństwa przed moim krytycyzmem.
— To bardzo... interesujące dziecko - orzekłem, chcąc załagodzić sytuację. - Widywałem brzydsze.
— Wierz mi, Boromirze, nie należałeś do najładniejszych niemowląt - odezwała się Ivriniel, ustępując miejsca przy kołysce matce małej Lothíriel. - Za to byłeś uroczy jako kilkuletni brzdąc.
— Niewątpliwie, drogi kuzynie - prychnęła Dariniel, rozśmieszona moim gniewnym spojrzeniem i rumieńcem zawstydzenia.
— Zostało ci to - dodała jej siostra.
Zbliżałem się do granicy swej wytrzymałości pod względem gniewu i zażenowania - bezczelne dziewuchy, widziałby kto, moje kuzynki. Imrahil musiał to zauważyć, bowiem podszedł do mnie, otoczył opiekuńczo ramieniem i nim zdążyłem powiedzieć, iż sam sobie dobrze poradzę, wyprowadził mnie na korytarz.
— Zostawmy je same z dziewczynką - powiedział wuj, wypuszczając mnie spod ramienia. - Ty czujesz się osaczony, a damy na pewno wolą porozmawiać o nadobności niemowląt bez uciążliwego męskiego towarzystwa. Chodź, siostrzeńcze. Tu, pierwsza od drzwi, będzie twoja komnata, ten twój młodzieniec wniósł już bagaże. Obejrzysz ją później, ma widok na morze, jak lubiła Finduilas. Ludziom z Minas Tirith dałem kwatery w murach od bramy, z wszelkimi wygodami. Pewnie zeszli już do wielkiej sali na posiłek.
— Dołączyłbym do nich. Jestem głodny jak wilk.
— Tak sądziłem. Mamy zresztą kłopot z watahą głodnych wilków rozszarpujących owce na południu cypla, bestie są na tyle chytre, że zwykli myśliwi nie dają im rady... - ciągnął Imrahil, kierując się w dół, do wspomnianej sali posiłkowej. - Ale to miejscowe sprawy, nic ważnego. Powiedz mi teraz, co się dzieje w Minas Tirith i czemu nie wziąłeś ze sobą Faramira?
— Nie zezwolił na to ojciec, wuju... - zatrzymałem się w przejściu, nie chcąc poruszać tematu ojca wśród większej publiki. - Mimo, że Faramir bardzo pragnął przyjechać, a ja chciałem go mieć u swojego boku.
— Co było powodem takiej decyzji?
— Chyba wiesz, książę, o poruszeniu w Czarnym Kraju?
— Wiem. Doszły mnie także słuchy, żeś ruszył do Ithilien i powrócił z naręczem nieprzyjacielskich głów.
— Nieprzyjacielskich głów? A wuj jest pewien, że z Faramirem nie rozmawiał ostatnio o podobnych sprawach?
Imrahil roześmiał się donośnie.
— Bo to brat zwykł tak mówić o moich podbojach - dodałem, opierając się o zimną ścianę, przypominającą mi swojskie mury twierdzy na Wysokim Podwórcu. - Gustuje w podobnych wyrażeniach. Owszem, byłem w Ithilien z ludźmi z Miasta dosłanymi do pomocy Strażnikom, zagrożenie było spore, wielcy orkowie zeszli z Gór Cienia, a od północy - Morannonu - widziano nawet trolla. Niestety, nie udało się nam go wytropić...
— A wy ciągle o polityce, o Cieniu, o zagrożeniu... - dobiegł nas głos z podestu schodów i w zasięgu światła pochodni ukazała się ciotka. - Mężczyźni! Cieszmy się raczej, że na świat przyszła kolejna członkini tak wspaniałego rodu.
— O, Ivriniel, sprowadzasz rozmowę na przyziemne tory - odezwał się Imrahil - Nic to. Ileana się już położyła?
— Tak, jest jeszcze osłabiona. Swoje pociechy także posłałam już do łóżek.
Wyrwało mi się sapnięcie ulgi i naturalnie zostało ono zauważone przez oboje moich krewnych.
— No, no, Boromirze - Ivriniel zmierzyła mnie uważnie wzrokiem. - Wyrosłeś na przystojnego młodzieńca. Jeszcze trochę i ożenek, hę?
— Siostro... - odrzekł z wyrzutem wuj, widząc, jak w zakłopotaniu się wycofuję nieco w cień schodów. - Ma jeszcze czas! Nie nosi nawet Rogu. Chociaż mógłby się już oglądać za jakąś panną.
Gadanie! Oglądanie się to jedno, ale ślub - drugie! A chcieliby mnie już swatać!
Nie powiedziałem w końcu nic, żeby nie zabrzmieć jak wróg sukien i pieluch. I firanek. I pomyślałem od razu o jedynym powodzie, dla którego dobrze, iż Faramir nie przyjechał - czułby się niezręcznie w towarzystwie dziewcząt. Twierdził zawsze, że nie jestem dobry w sztuce słowa, a znają się na tym kobiety, jednak sam nie miał do nich ręki. Kuzynki bywały złośliwe i boleśnie szczere i musiałbym przed nimi brata bronić. A gdyby ciotka zagaiła do niego w podobny sposób, jak przed chwilą do mnie, chyba zapadłby się pod ziemię - a potem zasypał mnie niewygodnymi pytaniami.
— Zejdźmy może do głównej sali - zaproponował wreszcie wuj, ruszając w dół schodów. - Siostro, wprawiłaś siostrzeńca w zakłopotanie. Przez ciebie będzie się na nas boczył cały wieczór.
— Przez ciebie też, bracie! - odparowała Ivriniel i podążyła za wysoką sylwetką wuja.
Uśmiechnąłem się krzywo do nikogo w szczególności i zstąpiłem ostrożnie po śliskich kamiennych stopniach do rozjaśnionej łuną pochodni z wielkiej sali sieni.

V

Pamiętam, jak Boromir opowiadał mi o swej pierwszej bitwie... miała miejsce cztery lata temu, podczas wyprawy na Południe, gdy zawędrował z oddziałem ludzi z ithilieńskiego korpusu aż do Harithilien, na brzegi Porosu, gdzie w 1944 odbyła się jedna z ważnych bitew wojny z Woźnikami, brawurowo dowodzona przez Eärnila, Dowódcę Armii Południowej (zmiażdżył tam siły Haradu, piękne zwycięstwo)*4. Zaś wedle słów brata, o zmierzchu napotkali w owym miejscu grupę wędrownych orków, nie wiadomo, skąd te poczwary przybyły, czy z Dalekiego Wschodu, czy od wzgórz Czarnego Kraju.
Brat mówił, że dostrzegli orków z daleka i od razu, odruchowo popędzili konie naprzód. Przeciwnicy znacznie przewyższali naszych liczebnie, choć byli pieszo i licho uzbrojeni. Boromir mówił, że zgrzyt metalu był dla niego nie do zniesienia, że pocił się ze strachu i wstyd było mu o tym dotąd komukolwiek opowiadać. Że nic się nie uchowało z tej szlachetnej walki o honor i ojczyznę, jaką sobie wyobrażał, a pozostawało tylko dbanie, by żadna upadła istota nie strąciła mu głowy z karku zamaszystym cięciem jataganu z podłej stali.


Budziłem się powoli, stopniowo odzyskiwałem zwykłą świadomość. Widok ciemnej, kamiennej komnaty zastępował obrazy ze snu, jednak ilekroć zamykałem oczy, traciłem kontrolę nad swym umysłem, który uparcie wracał do upiornych obrazów walki. Wirujące niczym śnieg podczas zawiei kłęby myśli układały się pod moimi powiekami jak zaspy, przywołując z pamięci to, o czym chciałem zapomnieć. Pragnąłem po prostu pogrążyć się we śnie w pachnącej swojsko pościeli i odespać wszelkie niewygody podróży, ale obrazy z koszmaru powracały natrętnie.
Panicznie odbijałem ciosy orkowej szabli tarczą, na odlew wymachując klingą, gdy potknąłem się o coś miękkiego i zachwiałem, wytrącony z równowagi. W piachu leżał niewiele starszy ode mnie towarzysz broni, młode życie uchodziło zeń gorącą, czerwoną strugą i wsiąkało w suchą ziemię.
Równie dobrze ja mógłbym tam leżeć, pomyślałem, przewracając się na lewy bok.
— Artam padł! - ryknął jakiś wiarus, ratując mnie przed śmiercią kilkoma sprawnymi cięciami. Ork zawirował od impetu uderzenia weterana w obłoku piachu i padł jak kłoda, brocząc czarną krwią.
Równie dobrze mógłbym nigdy tego Faramirowi nie opowiadać..., wyrzucałem sobie, wtulając policzek w pachnącą pierzem poduszkę.
Piasek był czarno-szkarłatny, broniłem się jak mogłem, by weń nie upaść, a obrona ta była mierna, zupełnie inna niż na licznych odbywanych treningach. Była niezgrabna, słaba i dzięki mocom świata, iż orkowie byli na tyle głupi, by nie dostrzec nowicjusza wśród zahartowanych w boju rycerzy.
Równie dobrze mógłbym nie czytać tego przed snem i wreszcie się rozbudzić, powiedziałem sobie, otworzyłem oczy i usiadłem prosto w łóżku.
W komnacie panował zupełny mrok. Morze huczało w dole, za zamkniętymi okiennicami. Było zimno. Wszystko to składało się w zgoła zniechęcającą do wychodzenia z łóżka kombinację, ale naturalna potrzeba była o wiele silniejsza i wreszcie, z omdlewającym westchnieniem, wypełzłem spod okryć i poszukałem butów. Oczy mi się kleiły, więc po omacku odnalazłem drzwi i otwierający je uchwyt. Ziewanie wręcz rozdarło mi usta, gdy wylazłem na korytarz, przeczesując ręką włosy. Dalszą drogę pokonywałem, opierając się na zmyśle dotyku; wiedziałem, że aby dotrzeć do gdaniska, musiałem zejść po schodach koło głównej sali i przejść przez dziedziniec. Szło mi dobrze, byłem już na wysokości sali posiłkowej, kiedy usłyszałem coś podejrzanego - czyjeś ciche kroki. Od razu sięgnąłem do pasa, ale czekał mnie zawód, bo wychodząc z komnaty nie przypasałem miecza. Niezniechęcony, sięgnąłem do cholewy po sztylet, który nosiłem tam przezornie "na wszelki wypadek".
Jeśli kroki były omamami słuchowymi, to dołączyło do nich złudzenie wzrokowe: pochylona, zakapturzona sylwetka skradała się w moim kierunku na miękkich nogach. Momentalnie ściął mnie strach jak mroźny rohański poranek ścina lodem wodę w balii i mocniej ścisnąłem w ręku rękojeść noża. Ktoś bardziej rozsądny - lub strachliwy - zrejterowałby do komnaty, zapominając o ilościach wina wypitych wieczorem, wpełzłby z powrotem pod ciepłe kołderki i zasnął. Ale nie ja. Ja tchórzem nie byłem, toteż przypłaszczyłem się do łuku przejścia prowadzącego dalej do sieni i głównej sali lub na dziedziniec i oddałem się obserwacji zakapturzonej postaci. Wyglądała z dala jak jakiś ork, wypisz-wymaluj z mojego snu, zgarbiona, kryjąca swą szkaradność pod płaszczem i w ciemności nocy. Nie pomyślałem, jakim sposobem jakikolwiek uruk byłby w stanie dostać się do drugiego najbezpieczniejszego po Cytadeli miejsca w Gondorze i czego tu szukał - tylko, że musiał mieć złe intencje.
Na swe szczęście, domniemany ork nie skierował się na schody, ale ku kuchennym pomieszczeniom przylegającym do głównej sali. Gdy tylko zniknął w przejściu, pomknąłem za nim jak lis, wciąż z nożem w dłoni.
Światła nie było w dalszym ciągu, ale poznałem, że nocny wędrowiec stanął przy niewielkich, drewnianych drzwiczkach w kuchennej sieni i gmerał przy zamku. Mogła to być jakaś komórka albo spiżarka, nie wiedziałem. Pewne było, że w okolicy prócz nas nie było żywego ducha; nawet moi ludzie dawno posnęli w swych kwaterach z pełnymi żołądkami, ululani aromatem sfermentowanych owoców.
To była moja szansa.
Skoczyłem w kierunku ciemnej postaci jak ithilieński żbik na polowaniu i ciężarem ciała przycisnąłem ją do drzwi. Napadnięty zapiszczał, upuszczając podłużny przedmiot, którym gmerał w zamku i szarpnął się pode mną, ale ochota na protesty przeszła mu jak tylko błysnąłem ostrzem noża.
— Aa, paniczu, ostawcie, ja tylko do komórki... - głos złapanego na gorącym uczynku zgoła nie był orkowy, choć jeśli o zapach, to byłbym skłonny się kłócić. Ściągnąłem więc kaptur z głowy nocnego wędrowca, by odkryć, że należała do znanego mi z poprzedniego dnia kędzierzawego i przygłupiego giermka.
— Do komórki? A po cóż to po nocy? - zapytałem, odsuwając się od chłopaka i starając się brzmieć jak ojciec rozmawiający ze swym doradcą - tym, co mnie uważał za aroganta.
— Po... konfitury - pisnął chłopak, nie spuszczając oczu z mojego noża.
— I?
— I kawałek słoniny.
— I?
— Gąsiorek wina...
— Jak?
— Gdy pan Túrren nie patrzy... dowódca straży zamkowej.
Żołnierz, co mu wczoraj napukał do tego kędzierzawego łba - domyśliłem się, trzeba przyznać, nieco zawiedziony. Spodziewałem się wielkiej przygody, a tu złapałem jedynie giermka podkradającego zapasy ze spiżarni twierdzy i nie wykazałem się tedy żadną niesamowitą odwagą...
— Książę, domyślam się, o tym nie wie?
— Nie.
— To czas mu powiedzieć... - uśmiechnąłem się krzywo.
— Nieee, paniczu, niech panicz nie donosi! Obiją mnie!
Nie podobało mi się określenie "donosić", a wuj chyba nie zginie bez słoika konfitur albo pęta kiełbasy, nieprawdaż?
— Jeśli będzie to ostatni raz - rzekłem ostrzegawczo - to nic nie powiem.
— O, dziękuję - wybałuszył oczy giermek i narzuciwszy kaptur, wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł, kłaniając mi się w pas.
Zmarkotniały, oparłem się o ścianę spiżarni. Od ciągnącego od niej zimna po osłoniętych li i tylko lnianą koszulą plecach przeszedł mi dreszcz. Nic nie wyszło z moich planów błyśnięcia odwagą przez kuzynkami z Pinnath Gelin i gorzko tego żałowałem.
Pozostała jeszcze udać się do gdaniska, a tego w odróżnieniu od popisywania się nie należało przekładać na później. Schyliłem się, podniosłem metalowy ułamek, którym chłopak gmerał w zamku i już chciałem go gdzieś na zaś upchnąć, gdy rozległ się głośny tupot stóp w trzewikach. Coś małego oraz gibkiego wskoczyło mi z impetem na plecy i oplotło drobnymi rękoma szyję.
— Kuzynie! - chuchnął mi w ucho chłopiec.
— Elphir - zaryzykowałem, odwracając się od drzwiczek komórki z najstarszym z kuzynów uczepionym pleców i otworzyłem szeroko oczy, by łatwiej rozpoznać postać stojącą w łuku schodów. - O, dobry wieczór, wuju.
— Podkradamy ze spiżarki, Boromirze?

Mój brat ma nieposkromiony apetyt, a kucharki zawsze to tłumaczą tym, że "rośnie" i porównując ilości jadła pochłaniane przez niego, z tym, co jadam ja, usiłują i mnie nafaszerować przeróżnym mięsiwem i ciastem. Wracając do ciasta, najlepsze kruche, polukrowane ciasteczka w kształcie gwiazdeczek piekła stara Georda, którą kilka lat temu na zawsze oddano w pieczę kamiennego grobowca.
Zresztą nie o jakość ciasta mi tu chodziło, ale o ludzką mentalność: wątpię, by gdzieś poza Miastem dało się znaleźć równie oddaną obowiązkowi służbę. Słowo "służba" nie jest tu pogardliwym określeniem, jakie wielmoża stosują mówiąc o ludziach, których zatrudniają do pomocy przy dworze, ale ogólnikiem, w którym zawiera się troskliwość kucharek o moją posturę, dobrotliwość Elary i jej macierzyńska opieka, gdy zdawałem się być pozbawiony obojga rodziców, gotowość do wyszukania w magazynach Cytadeli czegokolwiek bym zechciał bez względu na porę dnia i przyczyny poszukiwań, pobłażliwość bibliotekarzy i dobre słowo Strażników nudzących się na warcie w Twierdzy, a także ślepy upór pokojówek usiłujących doprowadzić pokój Boromira do porządku.


Czas płynął leniwie i Cień, groźba wojny i zagrożenia granic rzeczywiście była gdzieś w tle, pozornie tracąc na ważności. Swojską ciszę panującą w twierdzy przerywały tylko wrzaski małej Lothíriel, irytujący falset ciotki Ileany i tupot nóg trzech małych kuzynów. Ci zresztą nieustannie mnie męczyli, bym im pokazał, jak najłatwiej ściąć orka i domagali się opowiadania o ithilieńskim trollu, a wuj - człowiek, który po śmierci mamy ośmielił się zasugerować Namiestnikowi, że mógłby się mną i bratem zająć z dala od spraw i trosk Białego Miasta - rzucał mi podejrzliwe spojrzenia, najpewniej wspominając nocny incydent ze spiżarką.
Po dwóch dniach spędzonych w Dol Amroth ściany zamku zaczęły się na mnie zamykać. Byłem nieustannie na czyimś bacznym oku, nie miałem gdzie się wyszaleć, stawałem się powoli coraz bardziej złośliwy. Jedynie kuzynki zdawały się nie być tym zniechęcone - śmiem wątpić, by cokolwiek zniechęciło je do mojej osoby - i w końcu wyciągnęły mnie na konną przejażdżkę brzegiem morza, niepomne przestróg ciotki dotyczących korsarskich wypraw lądujących rzekomo w tych okolicach.
Korsarzy, rzecz jasna, owego dnia nie uświadczyliśmy. Jedynie koń Dariniel zapędził się nieco, gdy galopowaliśmy po plaży, i wbiegł w wodę. Wierzchowce moje i Tíriniel zapragnęły nagle do niego dołączyć, ale zdołaliśmy okiełznać ich narowy. Jak tylko deresz w miarę się uspokoił, zeskoczyłem z siodła i wskoczyłem do morza za kuzynką.
Jej koń rozpętał istne piekło, dziewczyna piszczała, trzymając się jakimś cudem w siodle, a wierzchowiec wierzgał, szalał, prychał, bryzgał wokoło słoną wodą i młócił kopytami nad moją głową. Gdy wreszcie złapałem mokre wodze w dłonie, szarpnął się tak, że aż skrzypnęło mi w barkach. Zaparłem się jednak mocno na kamieniach i poskromiłem bestię siłą, po czym ociekający zimną, słoną wodą wyprowadziłem konia na brzeg i chciałem pomóc Dariniel zsiąść. Odmówiła mojej pomocy, nieco rozdygotana zeskoczyła sama. W chwilę później zostałem uznany za rodzinnego bohatera. W takiej glorii wróciłem do twierdzy przemoczony do suchej nitki, z włosami lepiącymi się do twarzy, a przyodziewkiem do ciała, zziębnięty jak po zimowej nocy spędzonej w stepach Calenardhonu, gratulując sobie, że nie ubrałem owego ranka kolczugi.
Dopiero później pan Túrren wspomniał, że w owych okolicach widziano kilka zdziczałych wilków.
Moja eskorta nie wiedziała o tym nic. Nudziła się natomiast na potęgę i uważała to za argument za spędzaniem całego dnia w zajeździe w dolamrodzkiej osadzie u stóp klifu.
Eöla najczęściej widywałem na kamienistej plaży, pochłoniętego przyglądaniem się żmudnej pracy rybaków, dzięki której co dzień mieliśmy ryby na kolację - za każdym razem, gdy dostawałem takie danie, najczęściej smażone, wyobrażałem sobie reakcję Faramira. Najpierw skomlałby i narzekał, że nie lubi ryby, następnie kazałby mi dokładnie ją oczyścić, a potem i tak wskazywałby palcem: "O, tu jest ość! I tu! Chcesz, żebym się zadławił na śmierć?!", i odmawiałby kategorycznie jedzenia. Nigdy zresztą nie dojadał i skrzętnie ukrywał to przed wszystkimi, dyskretnie podrzucając mi swoje resztki - o ile, oczywiście, nie stała nad nami stara Georda czy inna kobieta z kuchni z groźną miną i warząchwią w ręce. Wracając do Eöla, często zatrzymywałem się przy nim na krótką rozmowę; jeśli były ze mną kuzynki, mój giermek czerwienił się i stawał dziwnie mało elokwentny, zaś te dwie diablice uśmiechały się szelmowsko.
Całe przedpołudnie trzeciego dnia pobytu u wuja przełaziłem po okolicy z małymi kuzynami, jak żywo przypominającymi małego Faramira. Najmłodszy, Amrothos, był w okresie nieustannego zadawania pytań i często miewałem ochotę zatkać mu tę nie zamykającą się gębę czym bądź. Średni syn Imrahila, Erchirion, z kolei miał obsesję na punkcie żołnierskiego fachu i nie mogłem się opędzić od jego rączek ciągnących mnie za różne fragmenty ekwipunku i ubioru. Najstarszy zaś, Elphir, był w fazie ważniactwa i nadymania się bez przyczyny, toteż bardzo trudno było go znieść. Mój brat też przechodził przez to wszystko, więc z grubsza wiedziałem, jak z kuzynami sobie radzić.
Wróciliśmy do twierdzy w południe i oddałem chłopców pod opiekę matki, która natychmiast zganiła ich za brudne kaftaniki i rozdarte spodnie. Przybrałem najbardziej niewinną minę pod słońcem i wycofałem się, nie chcąc ryzykować starcia z nerwową ciotką, która zawsze wszystko wiedziała najlepiej, szczególnie, gdy chodziło o jej dzieci.
Ja jako chłopiec często chodziłem brudny i nikt nie urządzał mi awantur z tego powodu... może dlatego, że nie miał ich kto urządzać.
Opierałem się o kamienny krużganek nad gwarnym dziedzińcem twierdzy. Obserwowałem właśnie poranną, leniwą toaletę pręgowanego kota o wielkich, zielonych oczach siedzącego nieopodal na parapecie, kiedy niemal bezszelestnie zjawiła się Ivriniel. Stanęła obok. Miała na sobie jasną suknię, w której przez jedną krótką chwilę przypominała mamę. Potem jednak to wrażenie zniknęło bez śladu, jako że ciocia była mocniej od mamy zbudowana i... inna, tak jak ja różniłem się od Faramira.
— Zdecydowałeś jutro wyjechać? - zapytała krótko.
— Owszem. Tęsknię za bratem i boję się, że...
Przygryzłem wargi, nie chcąc się wygadać. Najwyraźniej zbyt wiele myślałem o bracie przed chwilą i te myśli znalazły drogę do wypowiadanych słów.
— Zaczynasz przypominać Thorongila, Boromirze - powiedziała Ivriniel, nachylając mi się nad ramieniem, po czym wyciągnęła rękę i uspokoiła moje stukające w kamienną płytę palce. Jej dłonie były o wiele mniejsze od moich, choć bardziej spracowane.
— Thorongila? - przypomniałem sobie mgliście, co mi mówiono o dawnym doradcy dziadka, który, z tego, co wiedziałem, miał na pieńku z ojcem. - Czemu?
— Znałam go. Byłam w Mieście, kiedy szykował swą słynną kampanię skierowaną przeciwko korsarzom z Umbaru. Był wówczas równie niespokojny i niecierpliwy jak ty i równie dobrze to maskował.
— Myślałem, że chodzi cioci o inne podobieństwo - podsunąłem, oglądając się na kobietę opartą o moje ramię.
— Z twarzy go nie przypominasz, to prawda. Twój ojciec natomiast był niezwykle do niego podobny, czy raczej to Thorongil przypominał przyszłego Namiestnika... - Ivriniel uśmiechnęła się do jakiegoś wspomnienia z czasów, gdy chadzałem w pieluchach. - Ale nie próbuj odwrócić mojej uwagi takimi uwagami, siostrzeńcze, dobrze? Nie działają na mnie, więc daj sobie spokój.
Zawiedziony, zrezygnowałem z tej taktyki i oparłem brodę na rękach. Kot wyciągnął się na parapecie i w skupieniu lizał tylnią nogę.
— Tak lepiej - oświadczyła władczo ciotka, nie zwracając uwagi na kocura, tak jak on ignorował ją. - Tak więc, chciałam zapytać, co z ojcem?
— Moim?
— Uparta z ciebie bestia, Boromirze... jasne, że mówię o czcigodnym Namiestniku, a nie o księciu Adrahilu na ten przykład. Mam na myśli... nie wiem, jak się wyrazić... kiedy ostatnio mocno się złościł na was?
— Nie powinna ciotka pytać! - odstrzeliłem od razu, odwracając się tak gwałtownie, że Ivriniel aż odskoczyła, a pręgowany dachowiec przerwał czyszczenie futerka i spojrzał w naszym kierunku, najwyraźniej oburzony tym, że jacyś nędzni ludzie przeszkadzają mu swoimi głośnymi rozmowami w celebrowaniu toalety.
— Jestem siostrą twojej matki. Jak nie ja, to kto może pytać o podobne rzeczy? - odparła po chwili ciotka, rozdymając nozdrza.
Natrafiłem na przeciwnika trudniejszego, niż z początku myślałem, lecz nie zamierzałem się poddać. Zmierzyłem ciotkę wzrokiem i fuknąłem gniewnie:
— Matka nie żyje. A ojciec złości się nieustannie. Szczególnie od kilku miesięcy, coś zdaje się zakłócać jego zwykły ład. Faramir obrywa coraz częściej, ale ostatnie prawdziwe lanie odbyło się dwa lata temu. I co chce jeszcze ciotka wiedzieć? Ile chleba zjadamy na śniadanie?
— Pewno ze dwa bochenki, inaczej nie miałbyś tyle siły, by się złościć - odparowała Ivriniel, rozgniewana. - Pytam z troski o was! Dobrze pamiętam, jak to było, gdy pochowano już moją biedną siostrę.
— Ciotka zawsze była do ojca uprzedzona, ja o tym dobrze wiem - odwarknąłem, nieco złośliwiej, niżbym chciał.
— Nie byłam uprzedzona, nie mogłam i nie mogę być. Znałam go nim się urodziłeś, panie młody gniewny - odparowała, opierając się o pobliską kolumienkę galeryjki. - Pytam, bo wiem, że sytuacja jest napięta i wy szczególnie musicie to odczuwać.
— Taki nasz los.
— To zabrzmiało wierno-poddańczo, co zgoła do ciebie niepodobne, Boromirze.
— Po prostu nie ma o czym mówić. W końcu tak dobrze znasz mojego ojca.
Po tym pełnym ironii docinku uniosłem oczy z dziedzińca i krzątających się na nim dziewcząt służebnych i napotkałem oczy Ivriniel, pełne żalu i zawodu, choć przenikliwe. Momentalnie wezbrało we mnie pewne dziwne uczucie, nie licujące z postawą prawdziwego wojownika, coś podobnego, jak wtedy, gdy odwiedzałem mamę leżącą w łożu w Domach Uzdrowień. Tylko podobne, ale wówczas wystarczyło, by mnie ułagodzić. Ojciec też zapewne je miewał i już rozumiałem, czemu nigdy nie pozwalał nam leżeć w Domach Uzdrowień, gdy tylko wymagała tego sytuacja, ale tylko w Cytadeli, w naszych własnych łóżkach.
Wyprostowałem się i wyciągnąłem do Ivriniel rękę, by ująć jej wąskie, choć wyżyłowane przedramię w żołnierskim geście pozdrowienia i zaufania.
— Wybacz, ciociu - powiedziałem. - Ja, Boromir II, syn Denethora II, zapraszam cię w najbliższym czasie do Białego Miasta. Z córkami.
Ciotka uśmiechnęła się wtedy.
— To brzmiało niemal jak twój dziadek. A przyjmuję zaproszenie, mój uparty siostrzeńcze.
Czy wspominałem, że przy tej rodzinie nie można niczego powiedzieć ani zrobić, by nie zostać porównanym do któregoś z jej członków?
Wyszczerzyłem się w odpowiedzi, a ciotka odeszła, cicho jak niegdyś mama chadzająca po korytarzach pałacu w twierdzy.
Później, wieczorem, tego samego dnia, wreszcie znalazłem dość czasu, by zajrzeć do notatek Faramira. Tak więc usiadłem na parapecie, spoglądając z wysoko położonych okien zamku na kłębiące się wściekle, ciemne morze poniżej - skały udekorowane były kołnierzem z grzywaczy, jak jakiś wielmoża w ciemnym płaszczu z wykończeniem z białych soboli.
Wyciągnąłem któryś ze środkowych zwojów i zacząłem czytać.

Pamiętam, jak nieciekawe skutki miały kiedyś nasze łowcze zapędy... a raczej moje. To ja, "klejnot wśród myśliwych"*5, ze dwa lata temu namówiłem brata na wyprawę na kuropatwy żyjące pośród łanów zbóż na polach Pelennoru. Było gorące, duszne lato, to pamiętam. Pamiętam też, iż wiedziony dziwnym impulsem podprowadziłem bratu jego ulubiony nóż, długi, myśliwski, nieco wykrzywiony, z rękojeścią zdobną i pięknej roboty - byłem przekonany, że bez takiego noża absolutnie się nie obejdzie. Słowem, odezwał się we mnie tak zwany "zew młodości" , coś, czym później ludzie bardziej posunięci w latach zwykli tłumaczyć głupie czyny mącące krystaliczną taflę przeszłości.
Tak więc z rana pewnego parnego dnia wybraliśmy się na te kuropatwy, Boromir, zdaje się, z gołymi rękami, ja miałem nóż schowany za pasem. Wparowaliśmy w zboże, w łąki, pastwiska, w pszenicę i owies, zaczailiśmy się na ptaszki, zasadzka nie poskutkowała raz, to próbowaliśmy drugi. Spędziliśmy na tym polowaniu całe przedpołudnie, biegając, skacząc, czając się w zasadzkach, bawiąc się wyśmienicie, ale gdy wreszcie brat złapał kuropatewkę i ukręcił jej łebek, a ja miałem zamiar triumfalnie wydobyć nóż, okazało się oczywiście, że go nie ma. Musiał mi wypaść gdzieś po drodze, może w pszenicy, może w wysokiej trawie, a może na zarośniętej miedzy? Szukać nie było sensu.
Nigdy nie widziałem Boromira tak wściekłego. Staliśmy, cali mokrzy od potu, podrapani od chwastów, w polu, a on na mnie wrzeszczał i wrzeszczał. I wiedziałem, że miał ochotę złapać mnie za kaftan i pas i porządnie przetrzepać skórę. Ale oczywiście tego nie zrobił. Po prostu nabawił się dożywotniej niechęci do kuropatw i był obrażony dobry tydzień, nim go uładziłem.





*4 Niedokończone Opowieści, Część Trzecia: Trzecia Era, II. Cirion i Eorl - Przyjaźń Gondoru z Rohanem; 1.Ludzie Północy i Woźnicy.
*5 Tłumaczenie imienia "Faramir" na quenejski i sindariński, według Marii i Cezarego Frąców, a także według słownika sindarińskiego "Hiswelókë - Le Dragon de Brume".
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.