fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 2] Drukuj Rozdział albo Utwór

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
2002 rok. Perspektywa Boromira. Mi??ego czytania.
DOL AMROTH

I

Gondor! Gondor, min Eryd a Gaear!
Ennas thuiant Sul Annui; i galad erin Geleborn
Pend be ross lim nes saint in-Erain ioer.
A remmais erchail! Beraid 'lain! A rovalthol a mallorchamm!
A Gondor, Gondor! Tirathar Edain Geleborn,
Egor Sul Annui ad thuiatha min Eryd a Gaear?
*1


— Co tam tak skrobiesz, Faramirze?
— Raczej ciebie to, bracie, nie zainteresuje. Ostatnio oddajesz się tylko tak zwanemu rzemiosłu wojennemu. Choć wojny nie ma, chciałbym zauważyć.
— Ale tak trzeba. A skrob sobie, skrob - odpowiedziałem uśmiechem na podejrzliwe spojrzenie brata. - Tylko że skrobaniem wojny nigdy nie wygrasz.
— Na wojnę nie składa się tylko machanie mieczem.
— Machanie mieczem bywa ważne.
— Kiedyś cię w tym jeszcze pobiję.
— Gdy cię wreszcie zobaczę z dala od biblioteki i skrobania, to pogadamy.
Postawiłem nogę na krześle i zapiąłem klamerki buta, wciąż uśmiechając się pod nosem. Brat miał spore zacięcie do łuku i strzał, i nieźle władał mieczem, ale odkąd pobiłem go wprost niegodnie na nieoficjalnym turnieju na polach, wszelkie sztuki oręża nie leżały mu na sercu i jakoś stracił zapał do ćwiczeń. Nie wątpiłem, że ojciec mu szybko za to utrze uszu.
— Tylko ubierz się ciepło, jakbyś wybierał się na dwór, bo wieje zimno i mocno, braciszku - dodałem po chwili, dopinając drugi but i wsuwając nogawki spodni głęboko w cholewy.
Faramir sarknął, pochylając się nad plikiem pergaminowych zwojów, na których marginesach co chwila coś zapisywał - najwyraźniej nie spodobało mu się to zdrobniałe określenie. Fakt, że nie był już moim małym braciszkiem, o którego trzeba było nieustannie dbać i trząść się; ostatecznie wkroczył w poważny wiek lat szesnastu i uważał, że dzieciństwo zostało już daleko za nim. Ja jednak pamiętałem jeszcze czasy, gdy Faramir biegał boso w białej - miejscami - koszulinie po marmurowych posadzkach Białej Wieży, a mama z westchnieniem powtarzała, że ja będę mu obcierać nos, jak się przeziębi. W każdym razie sądziłem, że dzieciństwo Faramira to może już przeszłość, ale do wieku młodzieńczego jeszcze trochę mu zostało, i był najzwyklejszym podrostkiem. Z tym, że najzwyklejsze podrostki o takiej porze raczej polerowały swe pierwsze miecze, a nie oddawały się tak pasjonującym zajęciom jak grzebanie w zakurzonych foliałach, zaś w nocy spały, miast po kryjomu obserwować z okna gwiazdy, jak gdyby były czymś więcej niż zimnymi, lśniącymi punkcikami na niebie.
Zwykłe podrostki nie potrafiły też tak zajmująco opowiadać o zamierzchłych czasach. Czasem, zaczarowany wręcz opowieścią brata, czułem się, jakbym słuchał tego starego czarownika, Mithrandira, który ku niezadowoleniu naszego ojca czasem zawędrowywał do Miasta - i zazwyczaj przynosił ze sobą zamęt.
Ale, brat bratem, ale ja także miałem swoje obowiązki, toteż, wsadziwszy drugą parę butów do sakwy i rzuciwszy okiem na Faramira, dalej skrobiącego po cichu w na pergaminie, wyszedłem z komnaty i pomaszerowałem w dół korytarza, a potem na Plac Fontanny.
Miałem swoje obowiązki - musiałem zamienić kilka słów z jednym z doradców ojca tak, żeby wyglądało to na niezobowiązujące pogaduszki, a nie zasięganie porady, musiałem zajrzeć do zbrojowni i pokazać się swoim ludziom, zaś wreszcie dowiedzieć się co z moimi dziurawymi butami, które zniknęły z pokoju jakiś czas temu. Następcy Namiestnika nie wypadało chodzić w nieco dziurawym obuwiu i mój giermek, zwany na wyrost "adiutantem" dawał mi o tym znać znaczącymi spojrzeniami i powściągliwym pochrząkiwaniem, gdy dziura - i jej rozmiar - dawały się zauważyć. Jednak, najprawdopodobniej za Eöla sprawą, dwa dni temu buty zniknęły i chodziłem w starych, które mnie cisnęły na pięcie.
Banalna była ta ostatnia sprawa, i owszem, ale już zdawałem sobie sprawę, że będąc gdzieś z dala od domu, choćby we wspomnianym Ithilien, marzy się o swoim ciepłym łóżku i tych zwykłych obowiązkach, nie tylko komenderowaniu ludźmi i taktyce. Jednak w chwili obecnej wszystkie sprawy opatrzone mianem "zwykłe" miałem raczej w poważaniu i szukałem czegoś ciekawego do roboty.
Pomaszerowałem przez oświetlony latarniami Tunel, gdzie hulał zimny wiatr, przed którym przestrzegałem Faramira. Otuliłem się ściślej opończą i pozdrowiłem stojących na warcie strażników u wejścia tunelu. Także obwijali się swymi czarnymi płaszczami i odwracali od przenikających zimnem do szpiku kości powiewów. Te same powiewy popchnęły mnie drogą w dół, do piątego kręgu, wśród tłumów spieszących po zakupy na rynek albo do pracy, wozów, koni i wołów.
— A! Panie!
O żesz, pomyślałem ponuro, ledwie opuściłem progi domu, a już się ktoś doczepił. Byleby truł w poważnej sprawie.
— Tak? - odwróciłem się, siłą zmieniając kwaśną minę w uśmiech.
Mój zdyszany adiutant, nadbiegłszy od stajen, złapał oddech, skłonił się i podał mi zwiniętą, zalakowaną wiadomość. Odwróciłem rulon w ręku i zerknąłem na pieczęć. Statek, więc to list od wuja Imrahila z Dol Amroth.
— Wiadomość... dla Namiestnika... -wyrzucił z siebie Eöl, ciężko dysząc. Z jego ust buchały kłęby pary. - Zanieść...
— Ja zaniosę, nie kłopocz się. W zamian odniesiesz dowiesz się co z moimi butami, może odniesione są już może do tego szewca z piątego kręgu, co warsztat ma koło rynku? - rzuciłem młodzieńcowi pytające, autorytatywne spojrzenie i odprawiłem go. Był moim rówieśnikiem, synem Elary i jej męża zajmującego się magazynami. Znaliśmy się od dawna. Gdy zmarła mama, ojciec się załamał i nie zwracał na nas uwagi - wtedy zajęła się nami Elara, dopóki Namiestnik nie wrócił do siebie. Tak więc, łączyła mnie z Eölem poniekąd zażyłość... inaczej krępowałbym się postępować z nim tak swobodnie. A tak mogłem sobie na coś-niecoś pozwolić... w końcu byłem synem Namiestnika.
Odwróciłem się od zatłoczonej bramy szóstego kręgu i ruszyłem drogą w górę, ku przejściu pod skałą Mindolluiny. Zwiastujące niepogodę, wiszące nisko nad Minas Tirith chmury były barwy kamieni, z których wzniesiono domy, kamienice i wieże. Odcinała się na ich tle tylko Góra, godząca w niebo daleko ponad Miastem. Zastanawiałem się, czy znowu będzie padać, gdy przez warstwę chmur przebiło się zgoła nie jesienne słońce i rozjaśniło wszystko wokół; odbiło się od białych ścian budynków, mokrego bruku i kamiennych płyt, zatańczyło w kałużach, witrażach, ostatnich, mokrych liściach drzew usadzonych wzdłuż drogi i kroplach wody na trawie otaczającej wiotkie pnie, zabłysło na szczycie Białej Wieży i jej targanych wiatrem proporcach, każda metalowa ozdoba noszona przez przechodniów, każdy stalowy fragment rynsztunku żołnierzy zalśnił słonecznymi promieniami.
Mieszkałem w tym mieście ponad dwadzieścia jeden lat, a wciąż znajdowałem nowe powody, by zachwycać się jego pięknem, i podejrzewam, że będę je znajdował do końca swego życia. Minas Tirith zmieniało się, tętniło życiem i choć schodziłem je w ciągu tych lat od góry do dołu, nie znałem wszystkich przejść, zaułków i zakątków. Nikt nie śmiał chyba sądzić, że zna je dogłębnie i doskonale, może prócz ojca, bo on widział i wiedział więcej niż ktokolwiek inny.
Zadrżałem na samą myśl, że wiadomość od wuja mogła zawierać złe wieści - wtedy gniew ojca mógłby się skrupić na mnie, lub, nie dajcie moce świata, na mym bracie, będącym w dodatku w okresie szczególnego buntu i uporu.
Mało kto wiedział, co się czasem działo za murami Twierdzy, a ci, co wiedzieli, nie śmiali, jak to się mawia, puścić pary z zaciśniętych ze strachu ust. Władca Minas Tirith miał autorytet i nie było osoby w całym mieście i daleko poza nim, która odważyłaby się go podważyć, a najmniej jego synowie.
Uśmiechnąłem się do przejrzystej kałuży, dodając sobie niezbędnego kurażu, i pognałem do Twierdzy tą samą drogą, którą z niej nie tak dawno wyszedłem.
Na wieży zadzwoniono na czwartą godzinę od świtu.

Dol Amroth, to księstwo daleko na Południu "ziemi między Górami a Morzem", zawsze mnie fascynowało, jako że niezbyt wiele o nim wiedziałem. Wiedza ogólna była mi, owszem, znana, historia, zarys krajobrazu, główne osady, rody szlacheckie - sam się w końcu ze szlachetnej rodziny wywodziłem - ale nie znałem tego miejsca inaczej niż z mętnego wspomnień z odmętów wczesnego dzieciństwa czy czyjejś zasłyszanej opowieści i zazdrościłem każdemu, kto tam mieszkał. Chciałbym znów usłyszeć sobie jak huczy morze uderzające o skalisty brzeg, jak zachodzi nad nim Słońce, jak wieje morski wiatr i grają tamtejsi słynni muzycy! Ponoć ich kunszt jest wyższy niźli kogokolwiek innego.

— Nie, nie pojadę, nie mam czasu na takie drobiazgi - powiedział gniewnie ojciec, rzucił list na fotel i jął przemierzać główną nawę sali tronowej szybkimi, długimi krokami, w tę i z powrotem. - Może nie powinienem mówić: drobiazgi, ale są od tego znacznie ważniejsze rzeczy.
— Jakie rzeczy są ważniejsze od odwiedzin u dawno nie widzianego wuja z okazji narodzin jego córki? - zapytałem cicho.
Ojciec odwrócił się gwałtownie, ale gdy tylko jego oczy spoczęły na mnie, wyraźnie złagodniał.
— Zapamiętaj, Boromirze - powiedział, spoglądając na czarny namiestnikowski fotel - że obowiązek jest wszystkim, największą z radości i najgłębszą z trosk. Obowiązkowi trzeba być wiernym, a obaj wiemy, synu, że Cień ze Wschodu się rozszerza.
— Byłeś w swej komnacie, ojcze?
Wiedziałem, że komuś innemu odmówiłby odpowiedzi, a Faramira nazwałby bezczelnym i odesłał z Białej Wieży. Jednak to ja stałem przed ojcem i tylko dlatego jego oczy nie mieniły się zwykłym lodem.
— Tak, synu, byłem - rzekł ojciec powoli, mierząc mnie badawczym spojrzeniem. - Lecz nie trzeba mej wiedzy, długich studiów i rozważań, by o tym wiedzieć. Otóż, o świcie posłańcy donieśli, że Urukowie pojawili się w Ithilien przed niecałymi dwoma dniami całą chmarą i tylko kwestią czasu jest, by Strażnicy stawili im czoła. Potrzeba tam większych sił, i ty też pojedziesz, Boromirze.
Uśmiechnąłem się niemal bezwiednie i spuściłem dłoń na głowicę miecza. Namiestnik potrząsnął z zadowoleniem posiwiałą głową.
— Widzę u ciebie aprobatę dla tej decyzji, a dobrze, gdy w zadanie wkłada się serce. Ty, na szczęście, zwykłeś to robić dzień w dzień i za to ludzie cię kochają - powiedział ojciec, zbliżając się do mnie i kładąc rękę na mym ramieniu. - Włóż w to zadanie serce, a będę z ciebie dumny, jak zawsze. Pojedziesz do Ithilien za dwa dni z korpusem doborowych ludzi, wśród których będziesz miał jednak coś do powiedzenia. Ekhard ma swoich Strażników i to on nimi rozporządza, ale pamiętaj, że choć nie masz prawdziwej rangi, potrafisz i możesz dowodzić swoim oddziałem.
— Pamiętam. A Dol Amroth? Kiedy mam tam pojechać?
— Dol Amroth, Boromirze?
— Może Faramir tam pojedzie, w końcu dość wyrósł, by podołać trudom podróży.
Twarz ojca stężała i zabrał swą dłoń, nim przejął mnie płynący od niej chłód.
— Idź już, a wieczorem, o szóstym gongu, masz się zjawić na naradzie. Może się czegoś nauczysz.
Wyszedłem, zamknąłem za sobą starannie drzwi i odszedłem na odpowiednią odległość. I rozdarłem się na cały głos z radości.
Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to nie był to żaden powód do radochy. Rozmnożenie się Uruków w najpiękniejszej prowincji kraju, sianie zniszczenia i profanowanie tamtejszych lasów orkowym smrodem i obecnością, dla nas - wyprawa w taką brzydką i zimną porę roku, moczenie butów i onuc w wezbranych potokach, i tego typu nieprzyjemności. Ale dla mnie - o, to była okazja do efektownego rozwalenia kilku łbów, zbryzgania się czarną krwią - i tym podobnych przyjemności. A także utarcia nosa doradcy ojca, który uważał mnie za awanturniczego aroganta, oczywiście za plecami moimi, Władcy Miasta, brata i moich kolegów.
Odwróciłem się plecami do majaczących w głębi sieni drzwi do sali tronowej, praktycznie zapomniawszy już o wiadomości z Dol Amroth, gdy przez łukowate przejście wszedł Faramir i natychmiast mi o wieściach od Imrahila przypomniał. Brat miał minę uczestnika nudnego pogrzebu, a w wiszącej smętnie u boku ręce drewniany miecz do ćwiczeń i mało kto by się nie poznał, że został właśnie zagnany do czegoś, czego nie lubi.
— Beor zapędził mnie do ćwiczeń - powiedział Faramir, tak ponuro, że aż komicznie. - Powiedział, że jeśli nie mogę ćwiczyć z nim, to mam poszukać ciebie. Więc szukam.
— Skąd ta mina? - zagadnąłem go z lekką ironią. - Czyżbyś nie lubił proponowanej przez nauczyciela praktyki, braciszku?
— Na nic mi to, skoro i tak jesteś ode mnie lepszy i to ty wszędzie jeździsz, zostawiając mnie tu samego - odrzekł brat, wydymając wargi.
O, prorocze słowa. Jakby wiedział.
— Słuchaj - wziąłem go pod lewe ramię i wyprowadziłem z Wieży - z takim podejściem można w ogóle dać sobie spokój z życiem i rzucić się ze skały. Nie dąsaj się, bo wyglądasz, jakby to rzec, głupio. Pamiętasz, gdy byliśmy mniejsi, i dostałeś swój pierwszy miecz do ćwiczeń? Jak się cieszyłeś? Jak okładałeś mnie po goleniach?
— To pamiętam - uśmiechnął się Faramir.
— Widzisz więc, tamto nastawienie winno być ci wzorem, wyłączywszy, oczywiście, łupanie mnie w łydki na każdym zakręcie. A teraz słuchaj...
Opowiedziałem mu o liście i reakcji ojca. Faramir zmarszczył brwi w zamyśleniu, całkowicie gubiąc wyraz nadąsanego chłopczyka, a przybierając rozważnego młodzieńca.
— Porozmawiam z nim o tym - powiedział w końcu, gładząc się po brodzie w geście złudnie przypominającym mi Namiestnika - Może go przekonam. Bo, musisz wiedzieć, Boromirze, bardzo pragnąłbym do wuja pojechać.
— Tak też od razu pomyślałem. A teraz chodź, poćwiczymy na miecze, a potem wyzwiesz mnie na łuki.
Objąłem brata ramieniem i ruszyliśmy razem przez Plac Fontanny i Uschniętego Drzewa.

II

Według kronik Ragnira Starszego, Dol Amroth, czy też "Wzgórze Amrotha", to "przylądek we wschodnim Gondorze, dziedziczne księstwo potomków Galadora, który uważany jest za syna Imrazôra Númenorejczyka i Elfiny Mithrellas. Stąd też sądzi się, że w żyłach książąt płynie domieszka krwi Elfów, co ma się uzewnętrzniać w ich urodzie i bystrych umysłach. Jednakowoż przekaz ten jest mocno wątpliwy i nic, prócz prastarych ustnych przekazów Ludzi Dol Amroth, nie jest w stanie go poprzeć. Książęta rządzą przylądkiem z pnącego się wysoko po morskim brzegu zamku..."
Dobrze, że mój brat nie dotarł do tego przekazu, bo z pewnością ostatecznie pozbawiłby mnie nadziei na pokrewieństwo z Elfami. A przecież mama jest dobrym dowodem na wspomniane zmieszanie szlachetnej krwi - gdyby tylko czcigodny Ragnir spotkał naszą matkę, natychmiast zmieniłby swe mniemanie i wpis w kronice. A gdybym ja pojechał do Dol Amroth i zasięgnął języka wuja Imrahila...


Ulice miasta o tej porze powlekała mgła. Gęste jak mleko opary snuły się po przejściach, w bramach, podcieniach kamienic, jej strzępy zaglądały nawet w okna, ale dostępu do domów broniły zamknięte na wszystkie spusty okiennice. Nie było widać dalej niż na setkę stóp naprzód, a nieliczni przemykający się ludzie zdawali się wynurzać z mgły i w niej znikać. Coś we mnie drżało z dziwnego, dziecięcego strachu: przecie w opowieściach i baśniach, jakimi karmią małych wychowanków mamki, babki i opiekunki, zło wypełzało właśnie z mgły, w zimne, jesienne wieczory, by drapać do drzwi i okien drżących pod kocami i okryciami dzieci, dla których każde skrzypnięcie starego domu, jęknięcie okiennicy czy szelest miękkich łapek kota tropiącego mysz-uciekinierkę zwiastowało coś złego. "Przyjdzie dziad i cię weźmie!", straszyła mnie ongi opiekunka za plecami wszystkich rozumniejszych dorosłych i nie wyzbyłem się lęku przed owym dziadem aż do lat młodzieńczych. Gdzieżby, dotąd przygarbiona, masywna sylwetka kogoś przyczajonego w ciemnym, spowitym mgłą zaułku przyprawiała mnie o dreszcze i kierowała rękę do rękojeści miecza.
Maszerowaliśmy rytmicznym krokiem krętą drogą do Twierdzy, późną i, jak wspomniano, mglistą nocą. Miasto było uśpione, ale drzemało niespokojnie, jak strażnik na warcie, budziło się co i rusz, drgało, przejęte nagłym dreszczem. Na dziedzińcu kamienicy nieopodal szczekał monotonnie pies, ale zagłuszały go mleczne opary, na murach chrapliwie nawoływali się wartownicy, w pobliskim domu płakało dziecko. Z półotwartego okna owego budynku we mgłę padał snop ciepłego światła i ginął w niej bezpowrotnie.
— Mój syn ma mocne płuca - powiedział z dumą ktoś z tyłu. Od razu poznałem, że to Tarandir. - Kapitanie, czy mogę prosić o...
— Idź - Ekhard przebił głosem unoszące się nad ziemią białe opary. - W domu cię oczekują.
— Bywajcie tedy!
Żołnierz odbił szybko od oddziału. Jego kanciasta, barczysta sylwetka zarysowała się na chwilę w podświetlonym poświatą ognia drzwiach, które zaraz się zatrzasnęły. Kwilenie dziecka nagle ustało.
— Ten to ma dobrze - westchnął jeden z młodszych ludzi. - Podejmą go ciepłym posiłkiem, łóżko zastanie zasłane...
— Dzieciaka wrzeszczącego... - podsunął żartobliwie inny i kilku młodzików cicho się roześmiało. - Hejże, Gelaen, nie myśl sobie, trzeba jeszcze zdać raport. Nieważne, jak brudni jesteśmy i jak nam w brzuchach burczy, w Twierdzy musimy się pokazać.
— Posłuchałby was kto i pomyślałby: bohaterowie wracają z wojny! - sarknął wojownik bardziej posunięty w latach, chrzęszcząc kolczugą tuż za moimi plecami. - A to tylko młodziki ścięły kilku orków!
— Ale jakich dużych! - podsunął Gelaen, urażony określeniem starszego towarzysza.
Nie do końca można było go uważać za zupełnego młodzika: lat miał dość i swoje też już za sobą. Znałem go nieźle, całkiem nieźle, i zaprzyjaźniliśmy się ostatnio, w Ithilien. Nie miałem jednak sił wtrącać się do sporu. Cieszyłem się tylko, że znów jestem w domu, po upiornych tygodniach pełnych krwi, czarnej i szkarłatnej, niewyspania, głodu burczącego w żołądku jak rycerzyk na zepsutej trąbce, ciężkich wart w mroku i mroźnym powietrzu nocy.
Tutaj powietrze też było zimne, ale oprócz stęchłej wilgoci pachniało także domem.
Pomaszerowaliśmy w górę ulicy, coraz wyżej, i wyżej, przez jedną bramę, drugą, aż do bramy twierdzy; mgła powoli rzedniała. Wszędzie witali nas lekko zaspani, ale ucieszeni strażnicy i przez zasłonę mgły widziałem kilka postaci bieżących przodem do siódmego kręgu, najpewniej z wieściami o naszym powrocie.
Szum, który słyszeliśmy na kilkadziesiąt stóp przed bramą w ostatnim murze, wezbrał tylko, gdy tylko ją przekroczyliśmy. Aż się zdziwiłem, ile osób było jeszcze na nogach; pominąwszy Straż Białej Wieży, obecna była przynajmniej połowa służby, giermkowie, pachołkowie, stajenni, kilka kobiet, które od razu zawiesiły się przybyłym mężom, synom lub braciom na szyjach, uniemożliwiając im wszystko inne. Rozejrzałem się bacznie z cienia pod bramą, nie ściągając z głowy kaptura.
— Boromirze?
Głos ojca zadźwięczał jak dzwon wśród gwaru rozmów i śmiechów, i tłumek rozstąpił się prędko, pozwalając przejść wysokiej postaci odzianej w czerń i srebro. Na jej widok wystąpiłem z cienia i odsłoniłem głowę, jakkolwiek obandażowaną po niewielkim urazie, ale trzymaną zwyczajem wysoko i pewnie.
Ojciec uśmiechnął się, wydarzenie godne odnotowania.
— Mój syn powrócił, raz jeszcze niosąc zwycięstwo - powiedział Namiestnik.
I wszystko rozmyło się we mgle, i radość, i śmiech, i liczne słowa, także moje; brzęk kolczug żołnierzy i szelest szat kobiet i sług, stuk stawianych na stołach naczyń z białym chlebem i czerwonym winem, znów słowa, oczy pełne blasku mimo późnej pory.
Wymknąłem się z sali cichaczem, gdy większość ludzi udała się już na spoczynek, a ojciec przesłuchiwał adiutanta Ekharda - marny jego los, bo absurdalnie po kilku kubkach napitku elokwencją nie grzeszył - i pomknąłem do kwater moich i brata przez miernie oświetlony dziedziniec twierdzy, pozdrawiając po drodze kilku wartowników i nurzając postrzępione poły płaszcza w kałużach kryjących się podstępnie pod warstwami mgły w zagłębieniach ulicznych płyt. Przede mną zamajaczyła solidna bryła namiestnikowskiego skrzydła pałacu. Jeszcze tylko wzmacniane metalem odrzwia, jeszcze sień, zwieńczone starodawnym łukiem przejście i odpowiedni korytarz i będę u siebie.
Drzwi po lewej to mój nieporządny i zabałaganiony pokój - jego okna wychodzą na Wschód, a po prawej brata - te okna patrzą na Zachód.
Wszedłem cicho do zachodniej komnaty, zostawiając drzwi uchylone, by z rozświetlonego pochodniami korytarza padało do ciemnego wnętrza nieco światła.
Z początku stawiałem kroki bardzo ostrożnie, by na nic nie wpaść bądź nie rozdeptać, ale po chwili doszedłem do wniosku, że to w końcu pokój brata, gdzie zawsze panuje porządek. Tak więc pewniej już podszedłem do stojącego pod oknem łóżka, zarzuconego księgami i skłębioną pościelą, mijając po drodze krzesło, przez które schludnie przewieszona była opończa i kaftan.
Faramir spał spokojnie, przykryty kocem aż po brodę. Jedna okiennica była niedomknięta i słaby blask księżyca pomieszany ze światłem latarni twierdzy wydobywał z mroku wyrazistą, bladą twarz brata. Rozwichrzone, czarne włosy zasłaniały mu policzek, a spod rąbka pledu wystawał raptularz, na którym Faramir zaciskał kurczowo szczupłe palce, jakby był to skarb, którego nikt inny nie winien ważyć się tknąć.
Usiadłem najciszej i najdelikatniej jak mogłem na brzegu łoża, ale Faramir od razu się ocknął i zamrugał nieprzytomnie oczyma.
— Śpisz jak stary smok na skarbach - mruknąłem. - Nie chciałem cię budzić, ale pewnie czekałeś niecierpliwie.
— Boromirze, to ty? - zamamrotał Faramir sennie, szukając po omacku mojego ramienia. - Paskudnie pachniesz.
— Dzięki. Pogoda i warunki nie sprzyjały częstym kąpielom. Mile mnie witasz, braciszku. Zaspałeś i wybrzydzasz na zapachy. Powiem szczerze, że nie tego się spodziewałem...
— Czekałem - odrzekł brat markotnie, przecierając oczy - ale jakoś nie doczekałem... wybacz. Uczyłem się całe popołudnie, Beor mocno wziął mnie do galopu. Ale dobrze, że jesteś.
Faramir błysnął zębami w półmroku i nie mogłem zrobić nic innego, jak go uścisnąć, śmiejąc się także.
— Wróciliśmy prawie wszyscy, Ithilien odbite... Ojciec jest teraz zadowolony, najpewniej zapomniał ci wszystko, co sobie mogłeś naskrobać.
— Nic sobie nie naskrobałem, bracie - odrzekł nieco nadąsany Faramir, wyzwalając się z mojego uścisku. - Nic a nic. Mimo że słyszałem, iż przyjechać ma Mithrandir, nic nie mówiłem o tym ojcu.
— Słusznie, pewnie i tak wie, a urwałby ci głowę, jak mi próbował jeden ork. Na szczęście mam ją mocno na karku, jak każdy z tej rodziny i nie udało mu się to ani trochę...
— O! Pokaż! Blizna do kolekcji?
— Nie, muszę cię rozczarować, tylko zadrapanie w komplecie z potężnym siniakiem. Lecz porozmawiamy dłużej jutro, przyrzekam na honor, że ci wszystko opowiem. Kładź się spać, ja muszę jeszcze wrócić do ludzi, nim zaintryguje ich moje zniknięcie.
— Ale ja teraz nie zasnę...
— Dobranoc, Faramirze - powiedziałem tonem nie znoszącym sprzeciwu, przemieszczając się wzdłuż plamy światła z korytarza do drzwi.
— Dobranoc, Boromirze - dobiegło mnie westchnienie od strony łóżka, kiedy zamykałem cicho drzwi.

Niedawno, kosztem w połowie nieprzespanej nocy, odkryłem cały ustęp o wspomnianej wcześniej Mithrellas w pewnej szacownej księdze... to niezwykłe. Tekst, napisany na starą modłę i miejscami trudno zrozumiały, bo inkaust tworzy rozległe plamy, mówi wyraźnie, że owa Mithrellas była towarzyszką jakieś elfiej księżniczki sprzed tysiąca lat, że zabłąkała się w Białych Górach i nigdy nie dotarła do swego celu... Elfina, sama w Ered Nimrais, zagubiona, obdarta, głodna - taką ją zapewne znalazł mój Númenorejski przodek, Imrazôr się zwał bodajże. Pokochał ją tak mocno, że wziął za żonę. Nie, trudno mi powiedzieć: wziął. Zgodziła się raczej być mu żoną i matką dla dwojga dzieci. Tak piękna jak jej bohaterka historia ma jednak smutne zakończenie: Mithrellas po kryjomu opuściła swą krainę i rodzinę, i nigdy więcej Edainowie jej nie widzieli. Jednak jej syn nazywany jest już pierwszym księciem Dol Amroth.
Sam nie wiem, czy w to wierzyć, czy to prawda, czy przekaz ino, mit, legenda, której zadaniem ma być wskrzesić w nieszczęsnej duszy takiego poszukiwacza, jak ja, niezdrową nadzieję.



— Powiedział, że ty, Faramirze, nie pojedziesz w żadnym wypadku...
— Czemu?
— ...że pchnął gońca z wiadomością o moim przyjeździe jeszcze wtedy, gdy byłem w Ithilien...
— Nic o tym nie wiedziałem.
— ...że na pewno ciebie samego nie puści. Brał ponoć pod uwagę, iż miałby ci towarzyszyć Beor, ale sam wiesz, jak kruchego zdrowia jest ostatnio staruszek...
— Wiem, ale czy nie mieszkamy w wielkim mieście pełnym ludzi, którzy mogliby ze mną jechać, nie wspominając już o tobie?
— ...i powiedziałem mu dokładnie to samo, może nie słowo w słowo, ale odrzekł, że masz zająć się nauczycielem, odwiedzać go w Domach Leczenia, i tak dalej, i się z tym zgadzam. Co ważniejsze, oświadczył, iż w tak niespokojne czasy nie może obu synów wypuszczać z domu.
Tym razem odpowiedziało mi milczenie. Faramir stał pośrodku ścieżki na Polach ze spuszczoną głową. Aż przykro mi się zrobiło na jego widok - biedny, tak liczył na wyjazd do wuja, a tu taki zawód... z drugiej strony, można się było tego spodziewać, znając ojca i panującą sytuację.
Znałem też historię, przynajmniej jej fragment. Syn króla Ondohera, Faramir, pozostawiony z królewskim rozkazem w Minas Tirith na czas wojny z Woźnikami wymknął się w przebraniu z Miasta i zginął.
Oczywiście, nie byliśmy w stanie wojny i nigdzie nie było powiedziane, że na gościńcach Belfalas grasują jakieś niezwykłe niebezpieczeństwa, gromady żądnych krwi i pieniądza rabusiów czy bandy korsarzy z Południa, ale zawsze jest to wiele dni drogi. A kraj coraz bardziej niepewny - wspomnijmy chociaż ostatnie rzezie w Ithilien.
— Zrozum - powiedziałem do niego. - Ja pojadę tam tylko na kilka dni, z niewielkim pocztem i oficjalnym listem od ojca. Nie uśmiecha mi się siedzieć wśród tych wszystkich roztkliwiających się nad bobasem bab.
Faramir zerknął na mnie zza zasłony włosów uwolnionych z więzów rzemyka na karku, a jego spojrzenie wyraźnie potępiało mnie za ironię i drwinę.
— Chyba nie nazywasz wuja babą?
— Miałem raczej na myśli dwórki i piskliwą ciotkę Ileanę!
Na moją imitację wysokiego głosiku i sztywnych manier żony wuja Imrahila brat najpierw się wykrzywił, potem uśmiechnął blado, a wreszcie parsknął śmiechem, który poniósł się po drodze aż do pasterki spędzającej krowy z pastwiska na wieczór. Hoża dziewoja odwróciła wzrok, a poczciwe mućki zastrzygły uszami.
Usiedliśmy obaj na kamieniu przy drodze, chcąc przepuścić stadko krów w stronę niedalekiej stodoły.
— Boromirze? - zapytał po chwili Faramir, wiercąc się na wilgotnym i omszałym głazie.
— Tak, braciszku?
— Nie myślałeś o... zamianie?
— Co masz na myśli, mój bystry bracie?
— Wszakże nieraz psociliśmy...
— Jestem za stary na psocenie - napuszyłem się, głównie na użytek przechodzącej obok nas dziewczyny, popędzającej mleczne krasule witką urwaną z przydrożnej karłowatej wierzby.
— Nie chodzi mi o psocenie - kontynuował Faramir, że skupieniem wydłubując brud zza paznokci. - Chodzi mi o sprytne posunięcie. Na przykład: ty się pakujesz, przygotowujesz, żegnasz, ale to ja z rana wyjeżdżam do Dol Amroth z listem do wuja za pazuchą.
— To nijak nie wypali - zaciągnąłem się chłodnym powietrzem, jako że krowy i ich zapaszek już się oddaliły. - Po pierwsze, to aż tak podobni, by nas ze sobą pomylić, nie jesteśmy.
— Konkretnie? - zażądał Faramir, przyglądając mi się krytycznie.
— Ja jestem większy, i wzdłuż, i wszerz. Zaś po drugie, za dużo ludzi trzeba by w to wtajemniczyć, a nikt nie wie, kogo ojciec wyznaczy, by mi towarzyszył. Nie chciałbym też widzieć miny ojca po takim przekręcie. No a do sakwy także się nie zmieścisz.
— Prawda to - przyznał ostrożnie brat, najwyraźniej dumając nad kolejnym niemożliwym do zrealizowania konceptem, ale przerwałem jego przemyślenia dyskretną sójką w bok.
Od strony miasta szybkim truchtem zbliżał się jakiś człowiek, sądząc po lekkości i sprężystości kroku, młody. Obserwowaliśmy w ciszy i zaciekawieniu, jak pędzi główną drogą, znika na chwilę między wierzbami, którymi była obsadzona sąsiednia ścieżka, potem wreszcie skręca w naszą stronę, potyka się i wreszcie, dysząc, zatrzymuje przy nas. Był to Gelaen.
— Co jest? Z Uschniętego Drzewa spadłeś? - zapytałem, nie dając nowo przybyłemu szansy na wysłowienie się.
— Przyleciałem do was najszybciej jak mogłem, panie! Lord Denethor jest zły, bardzo zły. Wykrzykuje coś o nadciągającym Cieniu, chłopcu z książką i nadziei Białego Miasta... - powiedział młodzieniec w przerwach między sapnięciami.
— Skąd to wiesz? - wypalił Faramir, zrywając się z prowizorycznego siedziska.
— Wracałem z wykonanym zadaniem - odparł szybko Gelaen. - Lord najpewniej mówił do siebie, nie chciałem słyszeć, ale że był rozgniewany, przybiegłem do was, paniczu...
— Słusznie zrobiłeś - wciąłem, podnosząc się z kamienia. - Jak najbardziej słusznie. Chodź, Faramirze, do twierdzy!
I ruszyliśmy, z początku lekkim truchtem, potem szybkim krokiem, tym razem we trójkę. Gelaen szybko został w tyle, ale Faramir dzielnie dotrzymywał mi kroku aż do samej siódmej bramy, czy to na schodach, czy w ciżbie, czy w zimnych przejściach pod skałą Mindolluiny.
Kiedy wpadliśmy na Plac Fontanny, zauważyliśmy ojca stojącego przed Białą Wieżą. Był już spokojny, trzymał swój zwykły sztywny fason i w pełni panował nad sobą. O ile w ogóle stracił to panowanie, bo nic o tym już nie świadczyło, ale z drugiej strony nie było powodów, by nie wierzyć przejętemu i przestraszonemu Gelaenowi. Nikt nie leciałby z twierdzy aż na Pola Pelennoru bez wyraźnego powodu.
Namiestnik spojrzał na nas pytająco. Od razu przejąłem inicjatywę, bo Faramir wyglądał na zacukanego.
— Myślałem, że coś od nas chciałeś, panie ojcze.
— Przed chwilą z tobą rozmawiałem - odparł spokojnie Namiestnik, mierząc nas bliżej nieokreślonym spojrzeniem. - Nie mam ci nic więcej do powiedzenia, Boromirze. Ale twój brat najwyraźniej pragnie dojść do głosu.
Faramir zebrał się w garść, uniósł głowę i powiedział, co mu na sercu leżało, prosto i zwięźle, bez ozdobników, którymi zazwyczaj popisywali się doradcy ojca na nudnawych naradach.
Ojciec przyjął to wszystko do wiadomości, przekrzywił głowę, jakby spoglądając, jak daleko od nas stoją pełniący wieczorną wartę Strażnicy Twierdzy i powiedział Faramirowi coś bardzo, bardzo cicho. Te strzępki jego słów, które usłyszałem wprawiły mnie w osłupienie przemieszane ze złością i poczuciem, że muszę coś zrobić, by ocalić brata od bezlitosnych osądów ojca. A jednak nic zrobić nie mogłem, bo odezwanie się znaczyłoby tyle, ile jawne przeciwstawienie się Namiestnikowi na oczach wszystkich ludzi, których nogi niosły po dziedzińcu twierdzy.
— Dobrze ci radzę, synu, byś zrezygnował z bezczelności i krnąbrności - dodał ojciec na odchodnym. Nie podniosłem oczu, dopóki nie wyczułem, że zniknął już w cieniu Merethrondu*2. Faramir zbladł wyraźnie i zacisnął usta w wąską linię, jak zwykle tłumiąc zimny gniew w sobie, podczas gdy ja bulgotałem ze złości, w głównej mierze na siebie.
— Przepraszam - powiedziałem w końcu, a brat zamrugał oczyma i rozluźnił zaciśnięte kurczowo pięści.
— Przestań, nie masz za co. Sam się prosiłem o to, sam pytałem.
— Nie usprawiedliwiaj ojca za to, co ci zrobił.
— Przecież nic mi nie zrobił - wyrzucił z siebie Faramir, usiłując bezsensownie załgać i siebie, i mnie, i ojca, jednak widziałem, że dziękuje mi w ten sposób za spóźnione wsparcie. - Na twoim miejscu poszedłbym zbierać się do podróży - dodał gorzko, z powagą zgoła nie przynależną chłopcu w jego wieku.
Obserwowałem jego odejście jak przyrośnięty do ziemi, starając się pojąć zawiłości umysłu i duszy mojego brata i szczerze mówiąc, miałem ochotę komuś solidnie przywalić. Nieraz wdawałem się w bójki, z różnych powodów - włączając w to złość - i nigdy potem nie łudziłem się, że wieść o tym nie dotrze do uszu ojca. Zawsze docierała i zawsze ponosiłem tego konsekwencje - tym większe, im więcej było widocznych śladów po bitce. W końcu nauczyłem się wychodzić z bójek bez obrażeń, a od tamtych lat - także panować nad szczeniackimi porywami.
Okiełznaj swój temperament, zawsze powtarzał mi Beor. Wspomnienie tego irytującego, choć w gruncie rzeczy rozsądnego powiedzenia przypomniało mi, że miałem jeszcze odwiedzić biednego staruszka w Domach Uzdrawiania, gdzie wśród kwiatów i drzew leczył swoje płuca. Tak więc ruszyłem do bramy twierdzy, z rękoma za pasem i oczyma wbitymi w migające mi pod stopami kamienne płyty dziedzińca.

III

Z wczesnego dzieciństwa, gdy jeszcze mama była pośród nas, pamiętam bardzo niewiele. Wbrew pozorom nie obrazy sielanki, tkliwe i rozczulające świadectwa rodzinnej miłości i niezmąconego szczęścia, dominujące w opisach tego etapu życia w biografiach słynnych mężów, lecz raczej nieprzyjemne przeżycia, jak ścinanie włosów. Była to cała ceremonia, szczegóły dopowiadał mi Boromir, bo pamiętam tylko, że chwytał mnie albo brat albo jakiś sługa i sadzał u mamy na kolanach. To jeszcze nic nie znaczyło. Dopiero gdy pojawiały się fryzjerskie narzędzia, takie jak budzące grozę nożyce albo szczerzący zęby grzebień, zaczynałem się drzeć i po zamknięciu mi buzi oraz unieruchomieniu na maminych kolanach następowało przycinanie. Mama, jedyna osoba zdolna mnie utrzymać przy tej okazji, rozczesywała mi splątane włosy grzebykiem, brała delikatnie kosmyk po kosmyku, zgrzytała nad uchem nożycami i frunęły na podłogę czarne pukle jak piórka wrony. Boromir stał niedaleko z rękoma za plecami i jako że zawsze szedł na pierwszy ogień, potrząsał przyciętą wcześniej czupryną i uśmiechał się wrednie.
Jeśli chodzi o ojca, to z owego czasu pamiętam tylko groźny cień, jaki rzucał, stojąc przy filigranowej mamie.


Skończyłem czyścić stos brzęczącego żelastwa zwany kolczugą i schowałem dobrze naostrzony miecz do pochwy. Klinga weszła gładko, z przyjemnym sykiem, porównywalnym tylko z dźwiękiem brzeszczotu dobywanego przed walką.
Słudzy od niesłychanie wczesnych godzin krzątali się szaleńczo po całym pałacu i sąsiadujących zabudowaniach, przypuszczalnie przygotowując zapasy; dokładnie stwierdzić nie mogłem, gdyż za szybko się poruszali. Co i rusz po korytarzu za uchylonymi drzwiami przemykała jakaś spódnica lub płaszcz.
— A coś ciepłego, jakby tam w zamku zimno było? - wypalił ni stąd, ni zowąd mój adiutant i trochę czasu mi zabrało, nim rozszyfrowałem znaczenie owej wypowiedzi.
Zerknąłem na Eöla pobłażliwie.
— To znaczy, ponoć są świeże koszule, tylko służąca odłożyła je do pokoju waszego brata, nie wiem czemu, a nie chciałbym tam wchodzić - powiedział syn Elary, zajęty rozplątywaniem troków sakwy z przyodziewkiem. - Nie chciałbym waszemu bratu przeszkadzać albo co...
— Mój brat nie śpi i chyba już wyszedł.
— To pójdę...
— Nie, dziękuję, sam to zrobię, nie musisz wokół mnie skakać - rzuciłem w kierunku młodziana, leniwym krokiem opuszczając komnatę. W istocie nie chciałem, by ktoś naruszał niezwykłą atmosferę pokoju Faramira, pachnącego zawsze starymi zwojami, atramentem i czymś jeszcze, czego określić już nie potrafiłem.
Wszedłem tam ostrożnie. Stos złożonych świeżych, grubych koszul leżał tam, gdzie zapewne zostawiła go pokojówka, na brzegu łóżka. Zgarnąłem je wszystkie od razu, żeby stosik się nie rozsypał i najwyraźniej nie zauważyłem, że zabrałem coś oprócz koszul.
Przez myśl mi to nawet nie przeszło. W pokoju, jak zawsze, panował wzorowy porządek i wszystko, nie wyłączając przyborów do pisania, leżało na swoim miejscu.
Koszule podrzuciłem od razu mojemu "adiutantowi" i ten przez dłuższą chwilę pochłonięty był upychaniem całego złożonego stosiku w torbie i dopinaniem jej tak, by nic nie wystawało. Poświęcał temu zajęciu całą swą uwagę, posapywał, marszczył brwi i pomagał sobie kolanem, przejęty znacznie bardziej ode mnie.
Nigdy nie pozwalałem nikomu tknąć mojego rynsztunku i nie inaczej było tym razem. Sam dopilnowałem, czy wszystkie zapięcia i klamry są całe, metal lśni, a nowiutkie, pachnące wyprawioną skórą buty - stare nigdy nie wróciły od szewca - dobrze zasznurowane.
Wciągnąłem, co należało, na grzbiet, zatrzasnąłem okiennice i pociągnąłem Eöla za kołnierz na korytarz. Giermek otrzepał się, wyprostował i uśmiechnął, gdy wyminąłem go w przejściu, przejmując jedną z toreb; zauważyłem przy tym, że przyjrzał się moim butom.
Wyszliśmy na dziedziniec, gdzie skupiła się niewielka grupka ludzi z moim ojcem i bratem na czele. Nie chciałem sobie umysłu zanadto mącić a humoru warzyć łzawymi pożegnaniami, więc sypnąłem tylko kilkoma zgrabnymi zdaniami, które miałem już wprzódy przygotowane. Następnie uściskałem brata, pożegnałem się sztywno i oficjalnie z ojcem, który przekazał mi list do wuja. Potem wraz z orszakiem udałem się do stajni. Końskie kopyta zastukały na bruku, kiedy ruszyliśmy w dół drogi do bramy. Zdaje się, że opuszczenie Miasta i Pól było najtrudniejsze, ale wreszcie w miarę bezboleśnie się udało.
Naiwnie sądziłem, że nie spadną na mnie jakieś troski i problemy, zaprawdę, naiwnie. W chwilę po tym, jak podkute kopyta naszych koni zastukały na utwardzonym gościńcu wiodącym na Południe, do Pelargiru, dowiedziałem się, że Cień istotnie się rozszerzył, a niedawna wyprawa do Ithilien nie zmieniła zbyt wiele, a może nawet rozjątrzyła tamtejszą ranę, której na imię było orkowie. Gdybym wiedział to wcześniej, poważniej zastanowiłbym się nad wyjazdem do wuja, ale teraz pozostawało mi tylko słuchać, co starsi wiedzą i co się nam o uszy obije w dolinie Anduiny.
Podróż trwała nieco dłużej, niż się spodziewałem, pewnie dlatego, że pogoda pozostawiała wiele do życzenia. Codziennie mokliśmy jak kury i co kilka dni zlecałem Eölowi szorowanie kolczugi, żeby nie pokryła się znienawidzoną rdzą. Nasze wierzchowce szły leniwie, a my nie chcieliśmy ich forsować, jako że wątpliwe było, aby po drodze trafiła się okazja do ich zmiany. Moi towarzysze byli przeważnie ponurzy, niespokojni i niewiele mówili; jak długo jechaliśmy przez Lossarnach wzdłuż Anduiny, odwracali spojrzenia do Ithilien i ciemnych stoków Ephel Duath, jakby spodziewali się ujrzeć nadciągające stamtąd ciemne chmury i czarne hordy orków. Przysłuchiwałem się ich rozmowom i brałem w nich także udział, gdy miałem co do powiedzenia, a traktowali mnie z należytym szacunkiem zabarwionym jednak nutą pobłażania dla "młodzika".
Potem droga powiodła nas przez Lebennin, Krainę Pięciu Rzek, schodzącą do Morza łagodnymi nizinami i polami. Przekroczyliśmy Celos trochę poniżej miejsca, gdzie wpadał do Sirithu i skierowaliśmy się do okolonego lasem, leżącego nad błękitną Serni Minas Brethil*3. Zdaje się, że to w tych okolicach pewnego ranka znalazłem w swoich bagażach zwoje z całą pewnością do mnie nie należące. Rozbudziłem się, jak zazwyczaj, o odpowiedniej godzinie, ani zbyt wcześnie, ani zbyt późno; zawinięty w wilgotny koc jak nie przymierzając jeden z naleśników, którymi w Mieście uwielbiają nas karmić co tydzień kucharki; sięgnąłem do sakwy po świeżą koszulę, ale zamiast niej wyciągnąłem plik związanych rzemykiem pergaminów.
Gdy tylko rozwinąłem pierwszy z nich, zrozumiałem, do kogo należał; poznałem czyste, zgrabne pismo; dobór poetycznych wyrażeń pasujących raczej do dawnej księgi; wyciągi ze starodawnych zwojów; trafne i przerażająco prawdziwe spostrzeżenia oraz obserwacje.
"Gondor! Gondor, min Eryd a Gaear!", głosiła pierwsza linijka na pierwszej stronie.
Zdusiłem w gardle drobne przekleństwo i schowałem własność brata z powrotem do torby, zerkając dookoła, czy nikt tego nie przyuważył. Z jakiegoś powodu zdawało mi się to niestosowne, bo zapiski Faramira wyglądały na sekretne i drogie jego sercu i jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że podprowadziłem mu te zwoje z premedytacją, a nie zupełnym przypadkiem.
Eöl mlasnął przez sen i przeciągnął się po kociemu. Stary Vardil ziewnął spod kaptura i rozprostował ramiona, szykując się do wstania.
Zapiąłem szybko torbę, jak rzezimieszek przyłapany na gorącym uczynku. Pięknie! Brat się pewnie miota po całej Cytadeli, szukając swych pergaminów, a okazało się, że to ja go zgarnąłem z ubraniami.
Przez następne dni monotonnej - i mokrej - podróży męczyła mnie myśl, by czy do zwojów Faramira nie zajrzeć, ale uporczywie ją odrzucałem, jako że zdawało mi się to niehonorowe lub wręcz nieprzyzwoite, czytać czyjeś prywatne zapiski bez jego wiedzy. Z drugiej strony kusiło mnie - był moim bratem, braciszkiem, moim najbliższym przyjacielem, przez którym nie miałem tajemnic, a on, przynajmniej przypuszczalnie, nie miał ich przede mną. Co więc złego mogło być w odczytaniu jego przelanych na pergamin myśli?
Wreszcie iście niewieścia ciekawość przemogła. Jako że w okolicy nie było żadnej wsi ani miasteczka, gdzie mogliby nam udzielić gościny, zatrzymaliśmy się w zagajniku opodal południowego gościńca. Było to chyba jakieś kilka dni od Linhiru... mniejsza z tym. Trzymałem pierwszy wartę i gdy wszyscy posnęli, o czym świadczyło cichsze lub głośniejsze chrapanie, wyłuskałem z sakwy pergaminy. Delikatnie otworzyłem zwój drogi, opatrzony datą sprzed kilku miesięcy i zacząłem czytać.
Pisał o wszystkim. O tym, co przeczytał, co usłyszał, co powiedziałem mu ja lub ojciec. Spisywał sny i wspomnienia z dzieciństwa, moje głupoty i mądrości Beora.
Przejmująco pisał o mamie.




*1 Pieśń o Gondorze albo Wołanie Aragorna, Księga Trzecia Władcy Pierścieni. Przekład na sindariński według Ryszarda Derdzińskiego.
*2 Merethrond, czyli Sala Uczt w siódmym kręgu Minas Tirith (Silmarillion; Atlas Śródziemia Karen Wynn Fonstad).
*3 Te i dalsze dziwne i niespotykane nazwy miejscowości itp. na podstawie niezwykle szczegółowej Mapy Południowego Gondoru.
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.