fanfiki tolkienowskie
Drobiazg - autor: Tici
Spis tre┼Ťci


[Komentarzy - 2] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Notatka autora:
Na p????ce w moim pokoju stoi statuetka, podobizna m─???czyzny i kobiety...
Drobiazg

Ethir Anduin 2400 rok TE
Figurka by┼éa niewiele wi─Öksza od szerokiej m─Öskiej d┼éoni, wyrze┼║biona z kamienia, kt├│rego pr─Ögi i wzory idealnie uzupe┼énia┼éy jej kszta┼ét. Smuk┼éa kobieta w szacie zdobionej na kraw─Ödziach ledwie zaznaczonym szlakiem, tak cienkiej, ┼╝e wyra┼║nie rysowa┼éo si─Ö pod ni─ů jej cia┼éo, siedzia┼éa z pochylon─ů g┼éow─ů na pniu zwalonego drzewa. M─Ö┼╝czyzna, w ozdobnym stroju my┼Ťliwego, obejmowa┼é j─ů ramieniem gestem pe┼énym troski. U ich st├│p le┼╝a┼é ko┼éczan i ┼éuk. Mistrzostwo wykonania zdumiewa┼éo, gdy┼╝ rze┼║biarz skupi┼é si─Ö nie tylko na misternych szczeg├│┼éach odzie┼╝y i klejnot├│w, ale tak┼╝e utrwali┼é emocje tych dwojga. Kobieta by┼éa pe┼éna niepokoju, zm─Öczenia i smutku, m─Ö┼╝czyzna ol┼Ťniony jej urod─ů, czu┼éy i troskliwy. Jednak w jego postawie mo┼╝na by┼éo dostrzec cie┼ä w┼éadczo┼Ťci, jakby uwa┼╝a┼é si─Ö za jej pana czy w┼éa┼Ťciciela.
Delikatne d┼éonie szlachcica obraca┼éy rze┼║b─ů w ┼Ťwietle lamp i s┼éo┼äca, gdy cieszy┼é si─Ö gr─ů kolor├│w i szczeg├│┼éami. Codziennie czule omiatana z kurzu, sta┼éa na honorowym miejscu w komnacie. By┼éo tu wiele innych przedmiot├│w, niemal r├│wnie jak ona pi─Öknych, lecz ta jedna figurka cieszy┼éa si─Ö szczeg├│lnymi wzgl─Ödami. Nieraz, gdy wieczorami komnaty dworu roi┼éy si─Ö od go┼Ťci, gospodarz prowadzi┼é jednego czy dw├│ch z nich do tego gabinetu i pozwala┼é im podziwia─ç jej urod─Ö. "Przedstawia ona moich przodk├│w" mawia┼é pe┼énym dumy g┼éosem "pi─Ökn─ů Eldark─Ö Mithrellas i jej ukochanego Imrazora. Od tych dwojga wywodzi si─Ö r├│d Dol Amroth, z kt├│rego pochodz─Ö." Rzeczywi┼Ťcie, by┼é spokrewniony z w┼éadaj─ůcymi Morsk─ů Twierdz─ů ksi─ů┼╝─Ötami Belfalas. Zamieni┼é jednak wysokie urwisko Dol Amroth i morskie sztormy roztrzaskuj─ůce si─Ö o ska┼éy na p┼éaski kr─ůg uj┼Ťcia Anduiny, gdzie monotoni─Ö uprawnych p├│l przerywa┼éy tylko wzniesienia wysepek wsi, farm, czy rezydencji otoczonych drzewami i groble ograniczaj─ůce kana┼éy. Jednak lubi┼é si─Ö chwali─ç swoim pochodzeniem tak samo, jak kolekcj─ů dzie┼é sztuki zgromadzon─ů w rezydencji, puszczaj─ůc mimo uszu m─Öcze┼äskie westchnienia ┼╝ony, kt├│rymi kwitowa┼éa jego przemowy.
Kt├│rego┼Ť dnia figurki dotkn─Ö┼éy inne d┼éonie. Dziecko ustawi┼éo j─ů w trawie, odgrywaj─ůc w wyobra┼║ni histori─Ö us┼éyszan─ů od ojca. Jednak zabaw─Ö przerwali mu koledzy, nawo┼éuj─ůc do wyprawy nad poblisk─ů wod─Ö. Ch┼éopiec nie chcia┼é, by na niego czekali. Nie chcia┼é te┼╝ wraca─ç do domu, gdzie z pewno┼Ťci─ů zatrzyma┼éby go nauczyciel i matka, wi─Öc w┼éo┼╝y┼é szybko figurk─Ö do swojej skrytki pod korzeniami wielkiego drzewa i pobieg┼é, ciesz─ůc si─Ö perspektyw─ů polowania. Odniesie rze┼║b─Ö do gabinetu ojca wieczorem, nim ten zd─ů┼╝y wr├│ci─ç i dostrzec jej nieobecno┼Ť─ç...

Ch┼éopiec nie wr├│ci┼é po figurk─Ö. A jego ojciec, za┼éamany wypadkiem, w kt├│rym straci┼é syna, nie szuka┼é jej zbyt gorliwie. Nie wiedzia┼é zreszt─ů o skrytce pod drzewem, podobnie jak nie wiedzieli o niej nast─Öpni w┼éa┼Ťciciele rezydencji. Drzewo sta┼éo w ogrodzie w pewnej odleg┼éo┼Ťci od domu, wi─Öc przetrwa┼éo po┼╝ar, kt├│ry zniszczy┼é posiad┼éo┼Ť─ç i nast─Öpne, gdy bandy Po┼éudniowc├│w pustoszy┼éy co kilka lat okolice Ethir Anduin. Domy budowane na wzg├│rku by┼éy coraz mniejsze i mniejsze, szlachcic├│w zast─ůpili ch┼éopi i rybacy o zaci─Ötym wyrazie twarzy, zbieraj─ůcy obfite plony z ┼╝yznej ziemi i trzymaj─ůcy sta┼ée warty, by ustrzec si─Ö kolejnego napadu. Wreszcie, po kolejnym po┼╝arze, nikt ju┼╝ nie chcia┼é odbudowywa─ç domu ze zgliszcz. Dawne pola wpierw zamieni┼éy si─Ö w dzik─ů ┼é─ůk─Ö, a potem zakry┼éa je trzcina. Wielkie drzewo w ogrodzie, stare i wypr├│chnia┼ée, run─Ö┼éo pod naporem zimowej burzy. Z jego resztek odbi┼éy m┼éode p─Ödy, lecz te smuk┼ée, wysokie drzewa wyr─ůbano przy kolejnej odbudowie domu. Pozosta┼é tylko pot─Ö┼╝ny, powoli rozpadaj─ůcy si─Ö pie┼ä... Pobliskie jazy i ┼Ťluza posz┼éy w rozsypk─Ö po kolejnej powodzi, wzburzona wiosn─ů rzeka bez przeszk├│d zalewa┼éa pola. Rozmy┼éa obwa┼éowania kana┼éu i rok po roku zbli┼╝a┼éa si─Ö do ruin...

* * *

Ethir Anduin rok 3003 TE
Trzciny falowa┼éy w s┼éabych podmuchach wiatru. Pomi─Ödzy zielonymi ┼║d┼║b┼éami suche, po┼╝├│┼ék┼ée li┼Ťcie ociera┼éy si─Ö o siebie. Gdzie┼Ť w ich g─ůszczu odzywa┼éy si─Ö ptaki. Kwakni─Öcia kaczek, ostre ┼Ťwiergoty i sykni─Öcia tworzy┼éy wraz z szelestem trzcin swoist─ů muzyk─Ö tej krainy. Woda mia┼éa ciemny, zielonkawy odcie┼ä, s┼éoneczne promienie o┼Ťwietla┼éy zwarte ┼éany moczarki, w kt├│rych falowanie zdradza┼éo ┼╝eruj─ůce ryby. Gdzieniegdzie liny czy karasie wychodzi┼éy ponad dywan wodorost├│w i b┼éyska┼éy bia┼éymi brzuchami, nim zn├│w ukry┼éy si─Ö w g─ůszczu.
Wios┼éa zatacza┼éy powolne ┼éuki, w┼Ťlizguj─ůc si─Ö niemal bezszelestnie w wod─Ö. Gdy ich pi├│ra unosi┼éy si─Ö w g├│r─Ö, zostawia┼éy za sob─ů ┼éa┼äcuchy kropelek. Ogorza┼éy m─Ö┼╝czyzna w sk├│rzanym kaftanie wios┼éowa┼é spokojnymi, r├│wnymi poci─ůgni─Öciami, zdradzaj─ůcymi wpraw─Ö kogo┼Ť mieszkaj─ůcego tu przez ca┼ée ┼╝ycie. Dwaj pozostali rozgl─ůdali si─Ö czujnie na boki, po┼Ťwi─Öcaj─ůc tyle samo uwagi szelestom trzciny i przelatuj─ůcym od czasu do czasu nad g┼éowami ptakom, co p┼éyn─ůcej za nimi drugiej ┼éodzi. Trzecia p┼éaskodenna ┼é├│d┼║ pod─ů┼╝a┼éa w pewnej odleg┼éo┼Ťci za nimi, a zachowanie p┼éyn─ůcych w niej ludzi sugerowa┼éo, ┼╝e za zakr─Ötem rzeki p┼éynie jeszcze czwarta.
Rzeka by┼éa tutaj wij─ůcym si─Ö w┼Ťr├│d trzcin pasmem wody, jej nurt by┼é niemal niewidoczny. Ten przesmyk i setki innych tworzy┼éy Ethir Anduin, miejsce, gdzie Wielka Rzeka ko┼äczy┼éa swoj─ů w─Ödr├│wk─Ö przez krainy. G┼é├│wne odnogi by┼éy pot─Ö┼╝ne, szeroko rozlane i do┼Ť─ç g┼é─Öbokie, by wp┼éywa┼éy w nie morskie statki. Lecz pr├│cz nich istnia┼éo wiele innych, drobniejszych, takich w┼éa┼Ťnie przesmyk├│w, pozosta┼éo┼Ťci po dawnych kana┼éach. Ale to tutaj trzymano najczujniejsz─ů wart─Ö. Zbyt ┼éatwo by┼éo si─Ö przeprawi─ç pomi─Ödzy wysepkami, zbyt ┼éatwo ukry─ç, by pozostawiono uj┼Ťcie rzeki bez ochrony. Ludzie z patrolu p┼éyn─Öli wi─Öc powoli, uwa┼╝nie przepatruj─ůc trzciny. Szukali ┼Ťlad├│w innych ni┼╝ pozostawione przez zwierz─Öta, zatrzymywali si─Ö przy wydeptanych przez nie ┼Ťcie┼╝ynkach szukaj─ůc znak├│w ┼Ťwiadcz─ůcych o tym, ┼╝e kto┼Ť t─Ödy przechodzi┼é.
O zmierzchu ┼éodzie zatrzyma┼éy si─Ö na niewielkim cyplu. Ostatniej wiosny rzeka ┼Ťci─Ö┼éa tu bok pag├│rka zostawiaj─ůc po sobie skarp─Ö i piaszczyst─ů pla┼╝─Ö u jej podn├│┼╝a. Wielkie kamienne bloki, na wp├│┼é przysypane piachem, ┼Ťwiadczy┼éy, ┼╝e kiedy┼Ť wzniesienie to by┼éo umocnione przez ludzi. Teraz, cho─ç rozrzucone bez┼éadnie dooko┼éa, odsuwa┼éy nurt i chroni┼éy pla┼╝─Ö przed rozmyciem. Przynajmniej do kolejnej wiosennej powodzi.
┼üodzie wyci─ůgni─Öto na brzeg, ostro┼╝nie manewruj─ůc nimi pomi─Ödzy kamieniami, a m─Ö┼╝czy┼║ni zaj─Öli si─Ö wyci─ůganiem z sakw racji ┼╝ywno┼Ťciowych. Narzekali prostuj─ůc zdr─Ötwia┼ée po ca┼éym dniu w ┼é├│dkach nogi, lecz czynili to przyciszonymi g┼éosami, jakby l─Ökaj─ůc si─Ö naruszy─ç spok├│j panuj─ůcy dooko┼éa. Nie rozpalali te┼╝ ognia by nie zdradzi─ç swojego obozu, czy raczej by nie ostrzec potencjalnego intruza.
Jeden z nich, m┼éodszy ni┼╝ pozostali, obchodzi┼é wolno pla┼╝─Ö, ogl─ůdaj─ůc uwa┼╝nie ka┼╝dy szczeg├│┼é. Zamieni┼é kilka zda┼ä z wyznaczonymi na wart─Ö ┼╝o┼énierzami, p├│┼║niej w obozowisku rozmawia┼é z reszt─ů oddzia┼éku o ko┼äcz─ůcym si─Ö w┼éa┼Ťnie dniu i ich spostrze┼╝eniach. Wreszcie, kiedy inni szykowali sobie mniej lub bardziej wygodne pos┼éania na nocleg, on zszed┼é na pla┼╝─Ö, przeszed┼é kilka krok├│w brzegiem rzeki i usiad┼é na kamieniu le┼╝─ůcym nad wod─ů.
Jeden ze starszych m─Ö┼╝czyzn pe┼éni┼é najwidoczniej rol─Ö jego przybocznego, bo po chwili podszed┼é z kilkoma sucharami i garstk─ů suszonych owoc├│w.
- Lordzie Faramirze - powiedział cicho.
- Tak ? - M┼éody cz┼éowiek potrz─ůsn─ů┼é lekko g┼éow─ů, jakby budz─ůc si─Ö ze snu.
- Powiniene┼Ť co┼Ť zje┼Ť─ç. - poda┼é mu jedzenie.
- Wiem. - Faramir obr├│ci┼é w d┼éoni suchar jakby zastanawiaj─ůc si─Ö, czy rzeczywi┼Ťcie powinien go zje┼Ť─ç.
Przyboczny westchn─ů┼é lekko. Od momentu gdy zostawili za sob─ů otwart─ů wod─Ö Anduiny i wp┼éyn─Öli pomi─Ödzy ┼Ťciany trzcin m┼éodzieniec zachowywa┼é si─Ö chwilami dziwnie. Nie, ┼╝eby zaniedbywa┼é swoje obowi─ůzki - warty zosta┼éy wystawione, a obserwacje ┼╝o┼énierzy z ca┼éego dnia patrolu om├│wione. Lord Faramir, mimo braku do┼Ťwiadczenia w dowodzeniu ( nie bez powodu wyznaczono jego, Pardana, na przybocznego krewniaka Namiestnika ) zapowiada┼é si─Ö na dobrego dow├│dc─Ö. Umia┼é dostrzec, gdy co┼Ť by┼éo nie w porz─ůdku z kt├│rymkolwiek z jego ludzi, braki do┼Ťwiadczenia stara┼é si─Ö mo┼╝liwie szybko nadrobi─ç. Jednak... nie dba┼é o samego siebie. Zapomina┼é o posi┼ékach, poprzedni─ů noc sp─Ödzi┼é czuwaj─ůc razem z wartownikami... dla starszego m─Ö┼╝czyzny wygl─ůda┼éo na to, ┼╝e co┼Ť stale odci─ůga jego uwag─Ö. Teraz te┼╝, cho─ç Faramir wzi─ů┼é swoj─ů racj─Ö, to jad┼é powoli, wyra┼║nie skupiony bardziej na swoich my┼Ťlach ni┼╝ na posi┼éku.
Noc zapad┼éa szybko. Nieliczne ci─ůgn─ůce z zachodu chmury zamienione przez zachodz─ůce s┼éo┼äce w p┼éomienne pi├│ra zblad┼éy i znikn─Ö┼éy na ciemniej─ůcym niebie. Z┼éocisty ksi─Ö┼╝yc letniej pe┼éni uni├│s┼é si─Ö ju┼╝ wystarczaj─ůco wysoko, by dostrzec go nad trzcinami i nada┼é niebu odcie┼ä najg┼é─Öbszego granatu, przy─çmiewaj─ůc swym blaskiem gwiazdy. Obozowisko nad wod─ů pogr─ů┼╝y┼éo si─Ö w ciszy.
Pardan obudzi┼é si─Ö nagle. Le┼╝a┼é nieruchomo, staraj─ůc si─Ö odgadn─ů─ç co go zaniepokoi┼éo i wyrwa┼éo ze snu, jednak dooko┼éa s┼éycha─ç by┼éo tylko st┼éumione pochrapywanie zm─Öczonych ludzi. Po chwili jednak rozleg┼é si─Ö lekki szmer. M─Ö┼╝czyzna uni├│s┼é g┼éow─Ö i westchn─ů┼é niemal nies┼éyszalnie. Szczup┼éa sylwetka na kraw─Ödzi skarpy obok stoj─ůcego tam jednego z wartownik├│w mog┼éa nale┼╝e─ç jedynie do m┼éodszego syna Namiestnika. Najwidoczniej zn├│w dolega┼éa mu bezsenno┼Ť─ç. Przyboczny podni├│s┼é si─Ö tak┼╝e. Faramir odwr├│ci┼é si─Ö na moment, sprawdzaj─ůc, kto wstaje i zn├│w zapatrzy┼é si─Ö przed siebie. Wartownik przest─ůpi┼é z nogi na nog─Ö i zastyg┼é w bezruchu.
Ze szczytu pag├│rka rozci─ůga┼é si─Ö widok na o┼Ťwietlon─ů ksi─Ö┼╝ycowym blaskiem okolic─Ö. Gdzieniegdzie ciemne plamy drzew znaczy┼éy pag├│rki podobne do tego, na kt├│rym si─Ö zatrzymali - wzniesienia o p┼éaskich wierzcho┼ékach, zaro┼Ťni─Öte pokrzywionymi piniami, gdzie na obrze┼╝ach stok├│w i spod korzeni drzew wygl─ůda┼éy starannie obrobione bloki kamienia. W innych miejscach trzciny ust─Öpowa┼éy miejsca ┼é─ůce, a w jeszcze innych rzeczne odnogi by┼éy na tyle szerokie, ┼╝e wida─ç by┼éo l┼Ťni─ůc─ů w ┼Ťwietle ksi─Ö┼╝yca wod─Ö. Daleko na zachodzie ┼éany trzciny oddawa┼éy miejsce niewidocznemu z tej odleg┼éo┼Ťci morzu. Gdzie┼Ť na horyzoncie wprawne oczy mog┼éy dostrzec s┼éabe migotanie, niemal nie do odr├│┼╝nienia od nisko wisz─ůcych gwiazd - ┼Ťwiat┼éa osad.
Faramir, jak zauwa┼╝y┼é Pardan, obserwowa┼é to wszystko z pe┼én─ů napi─Öcia uwag─ů, jakby spodziewaj─ůc si─Ö, ┼╝e za chwil─Ö gdzie┼Ť rozb┼éy┼Ťnie inny ogie┼ä - rozpalone przez intruz├│w ognisko.
- Czy tu zawsze panuje taki spokój? - zapytał wreszcie.
- To złudny spokój - zauważył Pardan.
- Wiem. Jednak... brakuje tu takiego poczucia zagro┼╝enia jak w Ithilien.
Pardan drgn─ů┼é zaskoczony t─ů uwag─ů. Dla niego ka┼╝dy patrol by┼é sta┼é─ů szarpanin─ů nerw├│w. ┼Üciany trzcin ogranicza┼éy widoczno┼Ť─ç, cz─Öste mg┼éy utrudnia┼éy orientacj─Ö, g┼éosy ptak├│w i pluski wody myli┼éy s┼éuch... Wr├│g zdawa┼é si─Ö czyha─ç na ka┼╝dym kroku, za ka┼╝dym zakr─Ötem rzeki, przyczajony w g─Östwinie m├│g┼é w ka┼╝dej chwili wypu┼Ťci─ç mordercz─ů strza┼é─Ö... Nie uspokaja┼éy go zapewnienia zwiadowc├│w, rekrutuj─ůcych si─Ö z w─Ödruj─ůcych t─Ödy od dzieci┼ästwa rybak├│w, ┼╝e sama kraina broni si─Ö przed obcymi, i ┼╝e woda i ptaki dawno ju┼╝ zdradzi┼éyby intruz├│w - on wci─ů┼╝ l─Öka┼é si─Ö zaskoczenia i zasadzki, i wola┼é pe┼éni─ç s┼éu┼╝b─Ö na kutrach, na otwartej wodzie... A ten patrol by┼é dla niego wyj─ůtkowo trudny. Ci─ůg┼éym koszmarem by┼éa dla niego my┼Ťl, ┼╝e przypadkowe starcie z jak─ů┼Ť band─ů Po┼éudniowc├│w zako┼äczy si─Ö powrotem do Pelargiru z wiadomo┼Ťci─ů o ┼Ťmierci m┼éodszego syna Namiestnika Gondoru i przeklina┼é chwil─Ö, gdy to jego wyznaczono do tego zadania. Teraz dopiero, ta przypadkowa uwaga m┼éodego ksi─Öcia u┼Ťwiadomi┼éa mu, jak inaczej mo┼╝na spostrzega─ç Ethir Anduin. Ten spokojny, zamy┼Ťlony ch┼éopak dorasta┼é maj─ůc na wyci─ůgni─Öcie r─Öki G├│ry Cienia, ci─ůg┼é─ů gro┼║b─Ö Mordoru... Skoro by┼é ju┼╝ na patrolach w Ithilien... Pardan nie wyobra┼╝a┼é sobie jak mo┼╝na ┼╝y─ç w takim ci─ůg┼éym zagro┼╝eniu, gdzie przeciwnikami nie byli ludzie, lecz pokraczni, z┼éowrodzy orkowie... Czy to ta r├│┼╝nica mi─Ödzy Ethir Anduin i Ithilien tak przykuwa┼éa uwag─Ö Faramira? Interesowa┼éo go przecie┼╝ wszystko, co si─Ö tyczy┼éo tego zaro┼Ťni─Ötego trzcin─ů ┼Ťwiata. Wypytywa┼é zwiadowc├│w podczas wieczornych i porannych odpraw czy to o miejscowe ptaki, zwierz─Öta i pogod─Ö czy te┼╝ o napady Po┼éudniowc├│w i korsarzy.
- Aż tak bardzo różni się od Ithilien? - zapytał Pardan.
Faramir potrz─ůsn─ů┼é g┼éow─ů przecz─ůco.
- Jest podobne... - odpowiedział i wrócił do swojej kontemplacji okolicy.
Starszy m─Ö┼╝czyzna czeka┼é jeszcze troch─Ö, ale Faramir nie doda┼é ju┼╝ nic wi─Öcej i wida─ç by┼éo, ┼╝e nie ma zbytniej ochoty rozmawia─ç. Po d┼éu┼╝szej chwili Pardan wr├│ci┼é na swoje pos┼éanie, by spr├│bowa─ç zapomnie─ç o zmartwieniach i zasn─ů─ç.
Obudzi┼é si─Ö jak zazwyczaj, o pierwszym brzasku, gdy niebo mia┼éo szar─ů barw─Ö stali, a ┼Ťwiat by┼é jeszcze wycinank─ů czarno-szarych cieni. Nad wod─ů p┼éyn─Ö┼éy pasemka mg┼éy. Pierwsze spojrzenie rzuci┼é na pos┼éanie syna Namiestnika. By┼éo puste, koc le┼╝a┼é zwini─Öty pod drzewem. M─Ö┼╝czyzna rozejrza┼é si─Ö dooko┼éa. Wartownik sta┼é na swoim miejscu, nieco przygarbiony, dziel─ůc sw─ů uwag─Ö na okolic─Ö i na koleg├│w zabieraj─ůcych si─Ö ┼Ťniadania. Obok niego miejsce, gdzie w nocy siedzia┼é Faramir, te┼╝ by┼éo puste. Pardan rozejrza┼é si─Ö po obozowisku z wzrastaj─ůc─ů panik─ů. Nigdzie nie m├│g┼é dostrzec szczup┼éej sylwetki syna Namiestnika.
- Gdzie lord Faramir?! - warkn─ů┼é niemal do ┼╝o┼énierza na warcie.
- Tam - m─Ö┼╝czyzna wskaza┼é r─Ök─ů na prze┼Ťwit pomi─Ödzy drzewami.
- Pozwoli┼ée┼Ť mu si─Ö oddali─ç?? - Pardan zme┼é┼é w ustach przekle┼ästwo na widok nic nie rozumiej─ůcego spojrzenia ┼╝o┼énierza i ruszy┼é we wskazanym kierunku.
Och┼éon─ů┼é dopiero po kilku krokach. Nie by┼éo przecie┼╝ powodu do niepokoju. Przez ca┼é─ů noc wartownicy byli i przy obozowisku, i po drugiej stronie pag├│rka... Faramir z pewno┼Ťci─ů poszed┼é z nimi porozmawia─ç i by┼é ca┼ékowicie bezpieczny, a przynajmniej tak bezpieczny jak tylko by┼éo to mo┼╝liwe...
Rzeczywi┼Ťcie, Faramir by┼é przy wartownikach. Z tym, ┼╝e nie rozmawia┼é z nimi, a ogl─ůda┼é tkwi─ůce w ziemi bloki kamienia. Odgarn─ů┼é przy jednym z nich dywan rozchodnik├│w i bada┼é go z takim skupieniem, jak dwa dni wcze┼Ťniej jedn─ů z nielicznych zachowanych w tej okolicy dawnych ┼Ťluz. Po┼Ťwi─Öca┼é uk┼éadowi bruzd i szczelin tyle samo uwagi, zdaniem Pardana, co wtedy pot─Ö┼╝nym d─Öbowym pniom o┼Ťlizg┼éym od wilgoci.
- Panie... - odezwał się mężczyzna.
- Tu by┼éa z pewno┼Ťci─ů rezydencja - Faramir m├│wi┼é troch─Ö do siebie. - Zobacz, to jest niew─ůtpliwie plecionka z li┼Ťci. Ten kamie┼ä musia┼é by─ç cz─Ö┼Ťci─ů jakiego┼Ť ozdobnego progu...
- Lordzie Faramirze - zacz─ů┼é znowu Pardan. M┼éody m─Ö┼╝czyzna odwr├│ci┼é si─Ö w jego stron─Ö.
- Zdrzemn─ů┼éem si─Ö troch─Ö, je┼Ťli to ci─Ö niepokoi - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö lekko. - I zaraz wr├│c─Ö do obozu.
- Nie to mnie zaniepokoiło...
- Wiem - Faramir skin─ů┼é g┼éow─ů. - Nie obawiaj si─Ö, nie odszed┼ébym od wartownik├│w. Nawet uzbrojony - po┼éo┼╝y┼é d┼éo┼ä na g┼éowicy miecza.
Pardan westchn─ů┼é z rezygnacj─ů. Faramir dok┼éadnie przewidzia┼é, co on chcia┼é mu powiedzie─ç. No c├│┼╝, pozosta┼éo mu tylko jedno.
- Dlaczego mia┼éaby tu by─ç rezydencja? - zmieni┼é temat, by unikn─ů─ç dalszych, by─ç mo┼╝e jeszcze bardziej trafnych, stwierdze┼ä na temat swoich nie wypowiadanych obaw.
- To wzniesienie jest za ma┼ée na jak─ů┼Ť wi─Öksz─ů osad─Ö - je┼Ťli Faramir przejrza┼é jego wybieg, to nie da┼é po sobie zna─ç. Podni├│s┼é si─Ö i rozejrza┼é po p┼éaskim wierzcho┼éku pag├│rka zaro┼Ťni─Ötym k─Öpami trawy i pojedynczymi krzewami. - Na tej polanie nie rosn─ů drzewa, zbyt wiele tu kamieni i jeszcze niedawno sta┼éy tu ┼Ťciany. Ma ona te┼╝ regularny kszta┼ét, jakby by┼é tu kiedy┼Ť jeden du┼╝y dom. Tamte drzewa - wskaza┼é na lasek gdzie sp─Ödzili noc - to pozosta┼éo┼Ť─ç po ogrodzie.
- Sk─ůd... ? - Pardan zawiesi┼é pytaj─ůco g┼éos.
- To w┼éa┼Ťnie jest podobie┼ästwo Ethir Anduin do Ithilien. Tam te┼╝ wiele jest takich miejsc, gdzie kiedy┼Ť ┼╝yli ludzie... - Faramir schyli┼é si─Ö i delikatnie nasun─ů┼é odgarni─Öte rozchodniki z powrotem na kamie┼ä. - Wracajmy do obozu - stwierdzi┼é. - Nied┼éugo wzejdzie s┼éo┼äce.
Nie zabawili d┼éugo na skarpie. Niewiele czasu zaj─Ö┼éo ┼╝o┼énierzom zjedzenie skromnego posi┼éku, znacznie jednak obfitszego ni┼╝ mog┼éo si─Ö to wydawa─ç komu┼Ť, kto przys┼éuchiwa┼éby si─Ö ich dyskusjom i narzekaniu. Faramir nie bra┼é w nich udzia┼éu. Gryz┼é z roztargnieniem suchar chodz─ůc po pla┼╝y i przygl─ůdaj─ůc si─Ö resztkom muru rozsypanym na kraw─Ödzi wody. Najwyra┼║niej korzysta┼é z ostatnich wolnych chwil przed odp┼éyni─Öciem by dok┼éadniej przyjrze─ç si─Ö dawnym umocnieniom brzegu. Pardan obserwowa┼é go, jak odsuwa piasek i naniesione przez wod─Ö drewno z po┼é─ůcze┼ä kamieni. W pewnej chwili wdrapa┼é si─Ö na kraw─Öd┼║ skarpy widocznie by prze┼Ťledzi─ç kszta┼ét muru. Kiedy brzeg si─Ö ukruszy┼é, zachwia┼é si─Ö i niemal spad┼é, a┼╝ Pardan poderwa┼é si─Ö przestraszony ze swojego miejsca. Jednak Faramir przykl─ůk┼é tylko, a po chwili zacz─ů┼é co┼Ť odkopywa─ç na kraw─Ödzi skarpy, tam gdzie zwiesza┼éy si─Ö zbiela┼ée korzenie starego drzewa.
Ludzie z oddzia┼éu zacierali ┼Ťlady obozu i ┼éadowali niewielkie baga┼╝e do ┼éodzi. Pardan podszed┼é do Faramira.
- Panie...
- Zaraz odp┼éywamy, wiem - Faramir nie przerywa┼é pracy. Ods┼éoni┼é kilka kamieni u┼éo┼╝onych w kwadrat mi─Ödzy spr├│chnia┼éymi korzeniami. Przestrze┼ä pomi─Ödzy nimi wype┼énia┼éa ziemia, kt├│r─ů Faramir przegarnia┼é teraz delikatnie wyjmuj─ůc niewielkie bry┼éki. Wi─Ökszo┼Ť─ç rozkrusza┼éa si─Ö mu w palcach, nierozpoznawalna, bezkszta┼étna. Pod┼éu┼╝ny niby patyk zostawi┼é mu w d┼éoni brunatn─ů smug─Ö rdzy i prostok─ůt poczernia┼éej ko┼Ťci w po┼éyskuj─ůcych spod osad├│w okuciach.
- Nóż - stwierdził Faramir. Pardan też nachylił się zainteresowany odkryciem.
Pr├│cz no┼╝a le┼╝a┼éy inne przedmioty. Co┼Ť o prostok─ůtnym kszta┼écie rozpad┼éo si─Ö w d┼éoniach Faramira pozostawiaj─ůc p┼éask─ů blaszk─Ö o kszta┼écie kwiatu, cienk─ů i zniszczon─ů jak przegni┼éy li┼Ť─ç. Kilka mniejszych bry┼éek przypominaj─ůcych kr─ů┼╝ki by┼éo by─ç mo┼╝e monetami, co┼Ť okr─ůg┼éego by┼éo tak zniszczone przez wilgo─ç, ┼╝e nie da┼éo si─Ö tego nazwa─ç czy rozpozna─ç. Wreszcie Faramir wyj─ů┼é jakie┼Ť wi─Öksze bry┼éy.
W jednej wida─ç by┼éo zarys g┼éowy i ramienia. Faramir od┼éo┼╝y┼é j─ů na bok i obr├│ci┼é drug─ů bry┼ék─Ö w r─Ökach. Tu da┼éo si─Ö dostrzec ko┼äsk─ů g┼éow─Ö, kr─ů┼╝ek, kt├│ry m├│g┼é by─ç tarcz─ů i podniesion─ů r─Ök─Ö. Przesun─ů┼é palcami delikatnie po zatartych zarysach rycerza, potem popatrzy┼é jeszcze raz po roz┼éo┼╝onych dooko┼éa znaleziskach. W┼éo┼╝y┼é rze┼║b─Ö z powrotem do do┼éka, razem z pozosta┼éo┼Ťciami no┼╝a, monetami i innymi resztkami, uk┼éadaj─ůc je troskliwie obok siebie. Zatrzyma┼é si─Ö tylko przy drugiej rze┼║bie i spr├│bowa┼é delikatnie oczy┼Ťci─ç jej powierzchni─Ö. Wilgotna, mulista ziemia rozpad┼éa ods┼éaniaj─ůc pochylon─ů g┼éow─Ö cz┼éowieka i obok drug─ů ludzk─ů sylwetk─Ö. Kobieta i m─Ö┼╝czyzna. Spod osadu prze┼Ťwitywa┼é kamie┼ä. Faramir obejrza┼é si─Ö na ┼éodzie i ludzi ko┼äcz─ůcych pakowanie, potem na rozkopan─ů ziemi─Ö, najwyra┼║niej podejmuj─ůc jak─ů┼Ť decyzj─Ö. Od┼éo┼╝y┼é rze┼║b─Ö na bok, zgarn─ů┼é ziemi─Ö do do┼éka i nasun─ů┼é z powrotem p┼éaski kamie┼ä. Pardan popatrzy┼é na niego zdziwiony.
- To... - zacz─ů┼é Faramir, ale urwa┼é, najwyra┼║niej nie chc─ůc si─Ö t┼éumaczy─ç ze swego post─Öpowania. Podni├│s┼é od┼éo┼╝on─ů rze┼║b─Ö i zeskoczy┼é na pla┼╝─Ö.
Zanim odbi┼éa pierwsza ┼é├│d┼║, op┼éukana w wodzie rze┼║ba zosta┼éa ju┼╝ starannie owini─Öta w koc i umieszczona w baga┼╝u. Pardan przymkn─ů┼é oczy i pomodli┼é si─Ö do Valar├│w, by pozwolili im przetrwa─ç ten ostatni dzie┼ä patrolu.

* * *

Emyn Arnen, Czwarta Era
Figurka le┼╝a┼éa ┼╝a┼éo┼Ťnie przewr├│cona na pod┼éodze z ciemnego drewna. Szerokie, po┼éyskliwe deski o ledwie widocznych s┼éojach pachnia┼éy ┼╝ywic─ů i wtartym w nie woskiem. Szpeci┼éa je te┼╝ teraz wyra┼║na rysa w miejscu, gdzie uderzy┼é spadaj─ůcy kamie┼ä. Na twarzy stoj─ůcego obok ch┼éopca z ┼éatwo┼Ťci─ů mo┼╝na by┼éo dostrzec z trudem powstrzymywane zniecierpliwienie. C├│┼╝ za pech, ┼╝e nauczyciel musia┼é wej┼Ť─ç do gabinetu ojca akurat wtedy, gdy on odwiesza┼é niewielki miecz na jego miejsce nad skrzyni─ů! Tyle razy podbiera┼é ju┼╝ t─Ö bro┼ä i odnosi┼é z powrotem bez ┼Ťladu, a dzi┼Ť, zaskoczony okrzykiem str─ůci┼é t─Ö rze┼║b─Ö ! Mieczyk le┼╝a┼é teraz przy jego stopach jak widomy dow├│d przest─Öpstwa. Przynajmniej tak wygl─ůda┼éo to w oczach nauczyciela.
- Doprawdy, paniczu - m├│wi┼é teraz - to, ┼╝e mieszkamy w tak niecywilizowanych warunkach, nie zwalnia ci─Ö od obowi─ůzku przyswojenia sobie stosownych manier. Zamiast przygotowywa─ç si─Ö z zadanych lekcji, wolisz oczywi┼Ťcie wymyka─ç si─Ö ukradkiem i bior─ůc przy tym rzeczy nie dla ciebie przeznaczone...
Ch┼éopiec westchn─ů┼é niemal niezauwa┼╝alnie. Zapowiada┼éa si─Ö d┼éu┼╝sza tyrada na temat powinno┼Ťci i zasad dobrego wychowania jakie obowi─ůzuj─ů syna ksi─Öcia. A on mia┼é nadziej─Ö, ┼╝e zd─ů┼╝y zajrze─ç do stajni. Matka wspomina┼éa przy kolacji, ┼╝e brat mia┼é przys┼éa─ç jej kilka koni. Z pewno┼Ťci─ů by┼éa teraz w stajniach ogl─ůdaj─ůc przyby┼ée zwierz─Öta i z pewno┼Ťci─ů nie mia┼éby nic przeciwko temu, by jej towarzyszy┼é. Zw┼éaszcza, ┼╝e lekcje mia┼éy by─ç dopiero p├│┼║no po po┼éudniu i ┼╝e umia┼é, naprawd─Ö ju┼╝ umia┼é zadane tematy. Oczywista niesprawiedliwo┼Ť─ç nauczyciela by┼éa tak wielka, ┼╝e nie m├│g┼é si─Ö powstrzyma─ç od zaprotestowania. Niestety, nic to nie da┼éo.
- Twoja bezczelno┼Ť─ç, paniczu, jest naprawd─Ö zdumiewaj─ůca - oburzy┼é si─Ö preceptor.
Wystarczy┼éoby, ┼╝eby tylko by┼éa tu matka, pomy┼Ťla┼é ch┼éopiec. Bia┼éa Ksi─Ö┼╝niczka na pewno nie podziela┼éa zdania nauczyciela o konieczno┼Ťci ci─ůg┼éego ┼Ťl─Öczenia nad ksi─Ögami. Oczywi┼Ťcie, dopilnowywa┼éa, ┼╝eby nie opuszcza┼é si─Ö w nauce, ale doskonale rozumia┼éa jego potrzeb─Ö znalezienia si─Ö chwilami daleko od domu i zaj─Öcia si─Ö czym┼Ť innym ni┼╝ skomplikowane umowy handlowe dawno zmar┼éych Namiestnik├│w.
- A jeżeli ma on rację? - padło z tyłu spokojne pytanie i chłopiec przeżył moment czystej satysfakcji na widok lekkiego popłochu na twarzy nauczyciela, satysfakcji, która natychmiast pierzchła. W drzwiach stali jego rodzice i najwyraźniej od dłuższego czasu przysłuchiwali się tyradzie. I to z niezbyt zachwyconymi minami.
Tym razem ch┼éopiec przest─ůpi┼é z nogi na nog─Ö czuj─ůc si─Ö znacznie mniej pewnie. Czy ojciec te┼╝ musia┼é przyjecha─ç i by─ç ┼Ťwiadkiem jak go besztaj─ů? I to w dodatku za wzi─Öcie miecza z jego gabinetu. Nauczyciel te┼╝ straci┼é znacznie na pewno┼Ťci siebie. Sama obecno┼Ť─ç Pani Eowiny wystarczy┼éaby, by zbi─ç go z tropu, ale spokojne spojrzenie Namiestnika wyra┼╝a┼éo tak─ů dezaprobat─Ö, ┼╝e przez chwil─Ö nie wiedzia┼é jak zareagowa─ç. By┼éa to jednak jedynie kr├│tka chwila.
- Z najwi─Öksz─ů przykro┼Ťci─ů musz─Ö powiedzie─ç, ksi─ů┼╝─Ö - zacz─ů┼é - ┼╝e m┼éody panicz zachowuje si─Ö wyj─ůtkowo niestosownie. Zamiast uczy─ç si─Ö, znika gdzie┼Ť poza domem, a ponadto... - nauczyciel odsun─ů┼é si─Ö wskazuj─ůc dowody: zrzucon─ů figurk─Ö i mieczyk.
- Chwileczk─Ö - ksi─ů┼╝─Ö Faramir wszed┼é do gabinetu i podszed┼é do syna. - Co z lekcjami?
- Umiem, tato - chłopiec odezwał się pełnym oburzenia głosem.
Ksi─ů┼╝─Ö przykl─ůk┼é i podni├│s┼é figurk─Ö. Nie wysz┼éa bez szwanku z upadku. Przez podstaw─Ö bieg┼éo teraz wyra┼║ne ukruszenie.
- Nie chciałem jej uszkodzić, tato. Zawsze uważałem... - chłopiec urwał wystraszony tym, do czego się przyznał.
- Uwa┼╝a┼ée┼Ť, by jej nie str─ůci─ç, tak? - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö ojciec. - Kiedy┼Ť przesiedzia┼éem kilka wieczor├│w nad bardzo nudnymi pergaminami - powiedzia┼é - usi┼éuj─ůc znale┼║─ç spos├│b, by j─ů dok┼éadnie oczy┼Ťci─ç. A potem kilka nast─Öpnych by to zrobi─ç. - Obr├│ci┼é rze┼║b─Ö jeszcze raz w palcach i odstawi┼é na p├│┼ék─Ö.
- Tato...
- Poka┼╝ ten miecz - Faramir zmieni┼é temat. Wysun─ů┼é ostrze z pochwy i obejrza┼é starannie. Ch┼éopiec prze┼ékn─ů┼é ┼Ťlin─Ö widz─ůc jak ojciec bada zarysowania i jak zmienia si─Ö wyraz jego twarzy.
- Masz sw├│j miecz - powiedzia┼é wreszcie ksi─ů┼╝─Ö - dlaczego bierzesz ten?
- Bo... - ch┼éopiec zaj─ůkn─ů┼é si─Ö pod spojrzeniem ojca - bo ten lepiej mi le┼╝y w r─Öku.
Przez kilka chwil panowa┼éa cisza. Ani Pani Eowina, ani nauczyciel nie chcieli jej przerywa─ç, a Faramir zdawa┼é si─Ö widzie─ç kogo┼Ť zupe┼énie innego na miejscu swojego syna. Kogo┼Ť r├│wnie ciemnow┼éosego i szarookiego, ros┼éego jak na sw├│j wiek. R├│wnie wysoko i dumnie trzymaj─ůcego g┼éow─Ö. Wreszcie jakby otrz─ůsn─ů┼é si─Ö.
- Co chcia┼ée┼Ť robi─ç w to przedpo┼éudnie? - spyta┼é pozornie spokojnym g┼éosem.
- Chcia┼éem p├│j┼Ť─ç do stajni...
- Pewnie zobaczy─ç wierzchowce - u┼Ťmiechn─Ö┼éa si─Ö Eowina.
- P├│jdziemy wszyscy je zobaczy─ç - zdecydowa┼é ksi─ů┼╝─Ö.
- Panie, a... - o┼Ťmieli┼é wtr─ůci─ç si─Ö nauczyciel.
- O cz─Ö┼Ťci spraw porozmawiamy p├│┼║niej - zwr├│ci┼é si─Ö Faramir do nauczyciela - a co do kary, o kt├│r─ů ci chodzi... Elboron, my┼Ťl─Ö, ┼╝e nie zajmie ci wiele czasu dowiedzenie si─Ö, jak przyklei─ç ten odprysk. Wieczorem o tym porozmawiamy.
- A miecz?
- Miecz... - Faramir zamy┼Ťli┼é si─Ö przez chwil─Ö. - O nim tak┼╝e porozmawiamy wieczorem. Powiniene┼Ť wiedzie─ç, kto go kiedy┼Ť u┼╝ywa┼é.
- To znaczy?
- To znaczy, ┼╝e powiniene┼Ť dosta─ç go wcze┼Ťniej, skoro pasuje ci do r─Öki.
- Tato! - twarz ch┼éopca rozja┼Ťni┼é u┼Ťmiech.
- Biegnij zanie┼Ť─ç go do swego pokoju. Spotkamy si─Ö w stajniach.
Wyszli z gabinetu. Zza jednego okna dobiega┼é ┼Ťpiew ptak├│w z ogrodu, zza drugiego rozmowy i nawo┼éywania na dziedzi┼äcu przed dworem, gdzie stajenni przeprowadzali wierzchowce. Lekki wiatr zako┼éysa┼é kwitn─ůcymi ga┼é─ůzkami pn─ůcej r├│┼╝y przed oknem. I ju┼╝ tylko z┼éocisto mieni─ůce si─Ö w s┼éo┼äcu py┼éki kurzu osiada┼éy na zwojach spi─Ötrzonych na biurku w pustym pokoju.


Tici, Wrocław, 06.06.2004
Musisz zaloguj si─? (zarejestruj si─?) by skomentowa─ç.