Wygnanie autor: Pantera
Streszczenie: Saruman na wygnaniu i jego przemy??lenia tu?? po tym jak spotka?? orszak z Gandalfem i hobbitami, powracaj?cy z po??udnia. Nad ranem podejmuje pewn? decyzj?...
Kategorie: Inne
Postacie: Grima, Saruman Bia??y
Gatunek: Refleksja
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 1164 Przeczytano: 2313 razy Opublikowano: 2005-12-22 Aktualizacja: 2005-12-22

1. Wygnanie autor: Pantera

Wygnanie autor: Pantera
Notatka autora:
Kr??tka miniaturka z Sarumanem i wiadome wydarzenia przedstawione z jego punktu widzenia. Tekst napisany do??? dawno temu.
Niebo było pogodne, czarne niczym krucze skrzydło. Okrągła tarcza księżyca błyszczała jasną poświatą. Powlekła wszystko srebrzystym blaskiem, z rzadka przysłanianym prześlizgującą się wysoko zasłoną pojedynczych, szarych chmur, rozwianych niczym dym z wygasłego ogniska. Wieczór był spokojny i cichy, na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy. W zagajniku nie dało się słyszeć żadnych zwierząt. Nawet ptaki umilkły. Za późna była już pora dla tych stworzeń, które prowadziły dzienny tryb życia, lecz jednocześnie za wczesna, by nocne drapieżniki wyruszyły na poszukiwanie żeru.

Oparł sękaty kij o pień starego drzewa, które wybrał spośród kilkudziesięciu stojących na skraju zagajnika, na szczycie wzgórza. Chociaż jego szaty i tak były już zabrudzone, starannie wybrał miejsce, gdzie mógł usiąść bez większej dla nich szkody. Choć na pozór wyglądał jak starzec, zwykły żebrak, który przysiadł pod drzewem, by odpocząć, postawę nadal trzymał dumną. Spojrzenie posępnych czarnych oczu wbił w dal, a nie w ziemię, na której przyszło mu spocząć dzisiaj, tak samo jak wczoraj i od wielu dni wstecz.
Chwilę trwał w bezruchu, wsłuchując się w ciszę. Drażnił go przerywający ją szelest liści w gałęziach drzew, poruszanych przez ciepły, letni wiatr. Burzył tę chwilę spokoju. Gdyby miał wybór, nie zatrzymywałby się nigdy na skraju lasu, jednak w sytuacji, w jakiej się znalazł, lepsze było to, niźli nocleg w otwartym polu.
Smoczy Język, który w końcu dotarł na miejsce nocnego postoju, pochlipując z cicha, tak by nie narazić się już bardziej swojemu panu, zgarbiony wycofał się gdzieś na ubocze. Zebrał dziś już wystarczające cięgi za opóźnianie wędrówki. Zapewne legł tam gdzieś, w kryjówce pod krzakami, wykończony, w płonnej nadziei, że kilkoma godzinami niespokojnego snu zdoła uzupełnić siły, których w ostatnich dniach zaczęło mu wyraźnie coraz bardziej ubywać. Był już tylko strzępem człowieka, bladym cieniem samego siebie.
Czarodziej nawet nań nie spojrzał. Póki co miał ważniejsze sprawy na głowie, niż zajmowanie się tym gadem. A poza tym dobrze wiedział, że wola jego niewolnika została złamana ostatecznie i ten nigdy już nie ośmieli się spróbować odejść czy nawet słabo zaprotestować.
Z zakamarków szaty wyciągnął mały, skórzany woreczek. Przez chwilę obracał go w długich palcach, rozpamiętując dzisiejsze spotkanie.
Jakiż złośliwy los sprawił, że jego droga zeszła się z drogą tamtych? Przeklęci niech będą po wszech czasy! Nie dość im było oglądania klęski tego wszystkiego, co on tak długo i przez wiele lat z wysiłkiem budował? Musieli jeszcze ujrzeć nędzę, w jakiej on sam się znalazł? Czyż nie widział drwiny w oczach Gandalfa, nie słyszał fałszywych, kłamliwych obietnic? Czyż to „przypadkowe spotkanie” to nic innego jak spisek, podstępny sposób by bardziej mu dokuczyć?
„Pomoc”. „Ostatnia szansa”. Tak to nazwali! Jaką pomoc oni mogą mu zaoferować? Jaką pomoc mogli mu zaoferować ci, którzy zniszczyli jego dom, skazali go na tą tułaczkę, uczynili wygnańcem? Jedyną przysługą, jako mogli mu oddać, był chyba tylko prędki odjazd ich orszaku, tak żeby nie musiał ich już dłużej oglądać.
Bo wtedy nawet on musiałby przyznać, wbrew sobie, że nie z wyższością spoglądają na jego klęskę i upadek, a po prostu z litością i żalem.
A to byłoby jeszcze gorsze niż kpina.
Ponownie przyjrzał się skórzanemu woreczkowi. Po chwili wahania rozsznurował go. Najlepsze fajkowe ziele z Południowej Ćwiartki... Wcale nie straciło aromatu. Cząstka zrabowanej własności. Cząstka przeszłości. Wspomnienie utraconego Isengardu i związanej z nim potęgi.
Syknął gniewnie, wspominając czwórkę hobbitów. Po chwili jednak jego usta wykrzywił złośliwy uśmiech. Jakżesz oni śmiesznie wyglądali w tym orszaku, wlekąc się na szarym końcu! Hałastra uczepiona poły płaszcza Gandalfa.
Żałosne.
Przez chwilę grzebał w podniszczonej, podróżnej sakwie, aż znalazł to, czego szukał. Fajkę z długim cybuchem. Nabił ją starannie zielem, nie żałując liści, choć zapas w woreczku był dość skromny. Miał jeszcze sporo do przemyślenia, a z niechęcią musiał przed sobą przyznać, że „wydmuchiwanie dymu”, jak to niegdyś tą sztukę określił Gandalf, w istocie rozjaśnia umysł. Skrzesał ogień i zapalił fajkę.
Wiele czasu minęło odkąd ostatni raz miał okazję zajmować się tą sztuką. Gdzie indziej się wtedy znajdował. W miejscu, które uważał za swój dom. Nawet nie sądził, że można się do czegoś tak przywiązać... Wraz z tym jak kolejne kształtne kółka dymu unosiły się w powietrzu, by zniknąć rozwiane przez wiatr, coraz dalej cofał się w przeszłość, wspominając.
Spojrzał na niebo, na którym migotały gwiazdy, układające się w tak dobrze znane mu konstelacje i gdzie błyszczał księżyc, rozpraszając mrok.
Taki sam świecił nad Isengardem.
I taki sam przed laty nad Shire, wtedy gdy pierwszy i ostatni raz odwiedził ten kraik, przeszedłszy go wzdłuż i wszerz, aż dowiedział się o nim wszystkiego, co mogło stać się w przyszłości w jakikolwiek sposób przydatnym.
Mały, sielski, oddalony od spraw wielkiego świata. Właściwie nie wart uwagi. Do czasu, jak się okazało.
A teraz wszystko się zmieniło, tylko to jedno miejsce nie.
Takie idealne.
Nienaruszone.
Nagle Saruman przerwał palenie fajki.
W jego oczach zabłysły złośliwe iskierki.
Długo jeszcze siedział, wydmuchując kółka dymu i rozmyślając.

Letni wieczór zamienił się w noc, na niebie zapalały się kolejne migocące punkty. Gdzieś wysoko w gałęziach ozwało się posępne pohukiwanie sowy. Coś zaszeleściło w zaroślach. Pod zagajnikiem przemknął lis. Przystanął na chwilę na skraju, tam gdzie zaczynały się łąki, porastające zbocze pagórka i zastrzygł uszami, spoglądając błyszczącymi oczami na Czarodzieja. Po chwili pochylił się i zniknął, kryjąc się w gęstej trawie porastającej dzikie pola. Ruszył na nocne łowy.
A Saruman układał plan.

* * *


Nazajutrz obrali nowy kierunek. Czarodziej narzucił szybkie tępo wędrówki, nie bacząc wcale na z trudem nadążającego za nim, wyraźnie utykającego niewolnika.
Ich droga prowadziła Starym Gościńcem Południowym na północny-zachód.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=36