Noc spadaj?cych gwiazd autor: Inveleth
Streszczenie: Pierwsze z ludzkich plemion w??a??nie przeprawi??o si? na tereny wschodniego Beleriandu. Zupe??nie niespodzianie kto?? ich odwiedzi?? pewnej nocy.
Kategorie: Ossiriand
Postacie: Beor, Finrod
Gatunek: Historia
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 1275 Przeczytano: 1251 razy Opublikowano: 2011-08-03 Aktualizacja: 2011-08-16

1. Rozdzia?? 1 autor: Inveleth

Rozdzia?? 1 autor: Inveleth
Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zostałem sam na straży. Od chwili opuszczenia szerokich stepów nie zdarzyło się, aby nocą tylko jeden wojownik czuwał przy ognisku. Czasem było nas dziesięciu, czasem dwudziestu, zazwyczaj połowa całego hufca czuwała, gdy reszta wraz z dziećmi, kobietami i starcami zażywała snu. Siadaliśmy wówczas w cieniu drzew, z dzidami w dłoniach, w gotowości, nasłuchując.
Od chwili, gdy przekroczyliśmy wysokie góry na wschodzie, nie widzieliśmy żadnych rozumnych istot, dobrych czy też złych. Na wysokiej przełęczy natrafiliśmy na oddział Małych Brodatych Ludzi. I chociaż byli względem nas podejrzliwi, ofiarowali nam lśniące ostrza w zamian za sobolowe i niedźwiedzie skóry.
Od tamtego czasu nikt nas nie niepokoił. Czyżbyśmy dotarli do krainy z legend pradziadów?
Do miejsca, gdzie nie sięga władza Złego? Gdzie nie ma śmierci i chorób, a Bogowie przechadzają się po lasach i łąkach?

Siedziałem oparty o pień drzewa. Parę kroków przede mną dogasało ognisko. Sylwetki moich towarzyszy, śpiących wokoło, były ledwie widoczne w blasku drgających płomieni. Las spowijał mrok, lecz nie taki, który przynosi niepokój i strach. Tutaj nawet mrok wydawał się być przyjacielem, otulał, przynosił dobre sny. Wiatr wiał z zachodu, unosząc ze sobą słodką woń kwiatów. Szeptał w listowiu potężnych drzew. Czasem mógłbym przysiąc, że słyszę w jego szumie brzęk dzwonków.
Patrzyłem w rozgwieżdżone niebo, starając się przypomnieć sobie konstelacje, jakie pokazywała mi babka, gdy byłem jeszcze dzieckiem, Małą Pumę, Niedźwiedzia i Wielkiego Węża. Nie odnalazłem żadnej. Doszliśmy tak daleko, że nawet niebo nad nami było inne, nieznane gwiazdy zdawały się do mnie mrugać na powitanie. A potem na granatowym aksamicie nieba dostrzegłem trzy jasne smugi, jedna za drugą. Przez jeden moment zadrgały srebrzystym blaskiem i zgasły. Moja babka twierdziła, że gwiazdy to uśmiechy bogów, promyki radości zawieszone wysoko nad nami, aby przypominać, że pośród cieni życia są i drobne radości. Gdy spada gwiazda, to tak, jakby gasł uśmiech na twarzy któregoś z bogów. Oni podobno też mają zmartwienia. Ostatnio chyba więcej niż zwykle. Odkąd przekroczyliśmy wysokie góry na wschodzie, często obserwowałem to zjawisko. Oby bogowie zechcieli zawiesić nowe gwiazdy, inaczej wkrótce ich braknie i ogarną nas ciemności – pomyślałem, patrząc na ciemniejsze niebo na wschodzie.

Powoli opanowywała mnie senność. Moje powieki stawały się ciężkie. Zamknąłem oczy, polegając tylko na słuchu. Nie było takiej istoty, której bym nie usłyszał. W mroku oczy na nic się zdają. To uszy nieraz ratowały nam życie. Pomioty Złego, mimo że się skradały, zawsze zdradzały swoją obecność szelestem liści, trzaskiem zeschłych gałązek. Czasem jakiś spłoszony ptak ratował nas przed niespodziewana napaścią.
Przeciągnąłem się, starając się odgonić sen. Otwarłem oczy i zamarłem w bezruchu.

W pierwszej chwili myślałem, że to jedynie sen. Widziadło utkane z mgły lub może ułuda spowodowana grą dogasających płomieni. Jednak to nie było przywidzenie. Po chwili nabrałem pewności, że ta istota stojąca pośród polany jest realna. Stąpała bezgłośnie, rozglądając się po obozowisku. Pochylała się nad śpiącymi, a ja powoli zaciskałem dłoń na oszczepie, modląc się, by była w pojedynkę. A jednak coś wstrzymało moją dłoń. Nie uczyniłem żadnego ruchu, jak zahipnotyzowany patrząc na postać pełną gracji i dostojeństwa.
Przez myśl przeszło mi, że to nie może być posłaniec Złego.

Przybyły zasiadł przy ognisku i sięgnął do torby jednego z mych braci. Sądziłem, że może skusił go błysk lśniącego ostrza lub, że jest głodny i chce ukraść jedzenie. Zaraz jednak pomyślałem sobie, że ta niesamowita istota nie przyszła tu, by rabować. Kryło się w tym coś więcej. Obcy wyciągnął ze skórzanej juki harfę. Był to jeden z nielicznych przedmiotów, które zabraliśmy z rodzinnego kraju. Jedną z tych starych cudownych rzeczy, którą pozostawili nam pradziadowie. Babka opowiadała nam, że jej dziadek otrzymał ją w prezencie od leśnego ducha. Nieliczni z nas ośmielali się na niej grać, bowiem dźwięki, jakie wydawała, były płaczliwe i niosły smutek sercom. Przybyły pogładził drewnianą ramę, po czym zaczął coś przy niej czynić, co jakiś czas trącając struny i wydobywając gamę przeróżnych dźwięków, jakże odmiennych od tego, do czego przywykły nasze uszy.

A potem popłynęła muzyka, przedziwna, cudowna. Nigdy takiej nie słyszałem. Tak była różna od naszych pieśni, tak odmienna od tego, co dotąd wygrywała harfa, że nie mogłem pojąć, jak się to dzieje. Gdy zaś obcy począł cichym głosem śpiewać, zdało mi się, że wiatr cichnie, a ognisko jaśniej płonie.
Pieśń była to przedziwna. Słowa piękne, chociaż nieznany język, w którym ją śpiewał obcy. Głos miał czysty, przenikliwy, a przy tym tak ciepły i słodki, że nie mogłem się oprzeć tej muzyce. Dałem się ponieść harmonii w niej zawartej. I naraz zdało mi się, że przede mną wykwitają obrazy, wyblakłe i przedziwne, pełne magii i zniewalające urokiem. Gdy później o tym myślałem, zawsze zdawało mi się, że gdyby grał odrobinę dłużej, zdołałbym pojąć sens słów, że blade wizje stałyby się rzeczywistością. A ja mógłbym w nią wejść i doświadczyć całego piękna, o jakim ten dostojny przybysz śpiewał.

A jednak pieśń umilkła. A ja zbudziłem się z tego słodkiego snu odmieniony. Obcy patrzył wprost na mnie. Dostrzegłem jego piękną twarz, jasną niczym tarcza księżyca. Dostrzegłem jego złociste włosy spływające na ramiona. I jego oczy, w których płonął niesamowity blask, jakby uwięziono w nich dwie gwiazdy. Żaden śmiertelnik nie ma takich oczu. Żadna istota zrodzona na tym padole łez i rozpaczy nie emanuje tym dyskretnym blaskiem przynależnym jedynie istotom nieśmiertelnym.
W tamtej chwili byłem przekonany, że to jeden z bogów. I wiedziałem, że nie przybył, by nas skrzywdzić. Coś w wyrazie jego oczu przypominało mi ojca patrzącego na swoje nowo narodzone dziecko. Radość i duma mieszały się w nim z niepewnością i obawą.

Dopiero gdy przestał na mnie patrzeć, dojrzałem, co się działo wokoło. Większość mych ludzi nie spała już. Wszyscy leżeli wkoło z otwartymi szeroko oczami. Patrzeli na przybyłego nie ze strachem, lecz z nabożnym szacunkiem.
A on odłożył na bok harfę, powiódł po całym zgromadzeniu wzrokiem, po czym przyłożył dłoń do piersi, skłonił głowę i rzekł:
– Aya.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=351