Powinno??? autor: Tici
Streszczenie: Rath Dinen, Denethor. I jego decyzja.
Kategorie: Gondor za panowania Namiestnik??w
Postacie: Denethor syn Ectheliona
Gatunek: Refleksja
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 857 Przeczytano: 1284 razy Opublikowano: 2011-01-13 Aktualizacja: 2011-01-13

1. Rozdzia?? 1 autor: Tici

Rozdzia?? 1 autor: Tici
Powinność


Szata czarodzieja jaśnieje. Wydaje się być lampą, której biel przyciąga uwagę tak, że wszystko inne zaciera się w mroku zalegającym uliczkę. Ale bardziej niż to światło-nieświatło, uwagę przykuwają jego oczy.
Mówi coś, o coś pyta, ostro, gniewnie, lecz znaczenie słów, podobnie jak hałas spadającego na marmur miecza, umyka temu, do którego są zwrócone. To teraz bez znaczenia, co innego jest ważne.
Teraz widzisz? pytają oczy czarodzieja. Czy teraz wreszcie widzisz?
Tak, widzi. Odpowiada coś bez ładu i składu na wcześniej zadane pytanie, obojętnie przepuszcza obok siebie ten wir blasku i siły, sam skupiony na tym, co właśnie zobaczył. I co mu zostało właśnie podarowane.
Zrozumienie. Bolesne i oślepiające jak błysk światła zrozumienie.
Wydaje mu się, że po raz pierwszy stanął obok, by spojrzeć na siebie jak na obcego człowieka i dostrzec wszystko, co nim kieruje. Nawet to, co ukrywa sam przed sobą. I zobaczyć pułapkę, w jaką wpadł, został wprowadzony, sam siebie wprowadził.
Po raz pierwszy widzi, jak subtelnie i przewrotnie zmieniono jego umysł. Jak wypaczono jego dumę i odwagę, jego oddanie Miastu.
Dar czarodzieja, chce się zaśmiać. Chce wyśmiać samego siebie, wydrwić swą dawną pewność, ale nie może. Nie może, bo sama myśl o tym, że coś zawdzięcza temu Szaremu Wędrowcowi napełnia go ślepym gniewem. Zaciska dłonie w pięści, a zarazem widzi, że to już nie on się obrusza, urażony w swej dumie Namiestnika. Że to ten, kim się stał, chce teraz odtrącić zrozumienie ofiarowane przez Mithrandira. I jest przerażony.
Ukrywa swój strach pod śmiechem, pozwala, by gniew go poniósł. Chwyta w dłonie chłodny kryształ, unosi…
Kryształ rozpala się w jego dłoni i tak, jak chwilę wcześniej dostrzegł, jak go zwiedziono, tak teraz widzi, że przyciągnął znów uwagę Wroga. Jest obserwowany, pilnowany. Przeciwnik, Namiestnik, Wódz Białego Miasta. Pod bramą armia dowodzona przez najpotężniejszego ze sług, Wodza Nazguli, na Rzece posiłki, by udaremnić odsiecz, i on, tutaj – jako serce i umysł Miasta. Podkop, wyłom w murze obronnym, ukryta furtka, zatruty sztylet ukryty wśród obrońców.
Wraca i wypowiada gorzkie słowa o rozpaczy i zagładzie. Widzi wykrzywione ze strachu twarze sług, żołnierza, giermka… lecz Szary wciąż jest spokojny.
To są tylko słowa i to nie twoje, zdają się mówić jego oczy.
Musi złamać ten spokój, musi wytrącić czarodzieja z równowagi. Zna już teraz i rozumie jego cel – Mithrandir, mimo wszystko, chce go ocalić. Nie wie, że to niemożliwe. On, Namiestnik, nieraz widział i osądzał ludzi, a teraz osądził siebie. Tego siebie, którym się stał. Dla niego nie ma już ratunku. Może odwrócić się od ciemności Domu Namiestników, opuścić Rath Dinen, stanąć w słońcu na murach Miasta i ujrzeć królewski sztandar nad Harlondem.
Lecz jeśli to zrobi, zaprzepaści wszystko. Wie, że zwróci się przeciw dawnemu rywalowi, sprzeciwi mu się w Radzie, zatrzyma armie. Wniesie rozłam tam, gdzie winna być zgoda. Zdradzi. I zrobi to tym chętniej, że wciąż nie zapomniał mu dawnej urazy, że będzie to dla niego odwet za tamto bezowocne oczekiwanie, za zawiedzioną przed laty nadzieję, że ujrzy ojca klękającego przed prawowitym królem. Zna siebie, już zna, i wie, że sama myśl o tym, że dopiero teraz jest ten właściwy czas, każe mu odrzucić każde zdanie Thorongila.
Tak, dziś on jest narzędziem wroga. Ale narzędziem obosiecznym.
Więc drwi i oskarża. Niech cofają się przed nim ze zgrozy. Niech widzą w nim szaleńca. Kryształ rozpala się coraz mocniej w jego dłoni, wola Tamtego skupia się coraz bardziej na dramacie na Rath Dinen. Wiatr od południa rozpędza chmury, armia Rohanu zmiata w pył orków, a tu Namiestnik musi zdecydować, czy pozostanie przy życiu. Czy wśród wrogów Czarnego będzie jeden jego sojusznik.
Dobrze! Patrz!
Sztylet w dłoni, krok ku noszom. Widzisz? Chcę zabić syna!
Gwardzista zasłania rannego. Dobrze, jest lojalny. Faramirowi będzie potrzebna lojalność sług, choć Namiestnik nie ma złudzeń – jego syn z radością powita króla. Nie będzie mu dane rozczarowanie, jakie było udziałem ojca.
Sługa podbiega z pochodnią. Czarodziej go nie zatrzymuje, choć mógłby. A więc jednak Szary Głupiec nie jest takim głupcem. Jednak rozumie.
Ogień. Kryształ w dłoniach zdaje się krzyczeć, by cofnąć, wyrwać.
Nie! Patrz! Patrz na mnie!
PATRZ NA MNIE!

...ktokolwiek spojrzał w kryształ, jeśli nie miał dość potężnej woli, by go do swoich celów nakłonić, widział w nim tylko dwie starcze dłonie trawione żarem płomieni...
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=341