Jedena??cie nocy autor: Tina Latawiec
Streszczenie: Kilka nocy w Minas Tirith i tajemnica, kt??ra nurtuje Namiestnika i jego syn??w...
Kategorie: Gondor za panowania Namiestnik??w
Postacie: Boromir syn Denethora, Denethor syn Ectheliona, Faramir, Finduilas
Gatunek: Humor/Parodia, Przygoda
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 4495 Przeczytano: 1387 razy Opublikowano: 2010-05-16 Aktualizacja: 2010-05-16

1. Jedena??cie nocy autor: Tina Latawiec

Jedena??cie nocy autor: Tina Latawiec
Notatka autora:
Kusi??o mnie, ??eby zaznaczy? gatunek Tajemnica/Groza, ale cudem powstrzyma??am si?. To by by??a przesada...
Tekst pojedynkowy z forum Dolina Rivendell. Dedykowany Lai.
Jedenaście nocy

Pierwsza

Słońce dopiero przed chwilą zsunęło się za horyzont, ale gęste, ciemnoszare chmury sprawiały, że panował już zupełny mrok. Po szybach zamkniętych okien spływały krople ustającego powoli deszczu. Porywisty wiatr próbował wedrzeć się do budynku każdą możliwą szparą, lecz nie był w stanie pokonać przyjemnego ciepła panującego wewnątrz.

Od ścian jasno oświetlonego korytarza odbijał się odgłos kroków dwóch chłopców stąpających po kamiennej posadzce. Ich cienie falowały łagodnie wraz z płomieniami tlącymi się w lampach, a śmiech niósł się echem po ogromnym budynku. Chłodna noc zaczynająca się za oknem nie miała do nich dostępu.

- Ponury wieczór – stwierdził mimo to starszy z nich, zatrzymując się gwałtownie. Młodszy z braci również przystanął i zerknął z zaciekawieniem na swojego towarzysza.

- Dlaczego? – zapytał niepewnie. Na twarzy drugiego chłopca zaigrał złośliwy, choć niepozbawiony ciepła uśmiech.

- Nie słyszysz, co się dzieje na zewnątrz? Zrobiło się ciemno i zimno, ulewa też jest coraz gorsza… – koloryzował lekko opis, korzystając z faktu, że jego brat nie sięgał jeszcze do umieszczonych dość wysoko okien. – W takie noce dzieją się dziwne rzeczy. Na przykład teraz… Słyszysz to zawodzenie? – opowiadał dalej złowieszczym tonem. Na twarzy młodszego chłopca zagościł wyraz wahania. Wsłuchał się uważnie w rozlegające się wokoło odgłosy.

- To wiatr – stwierdził w końcu z cieniem urazy w głosie. Brat uśmiechnął się do niego tajemniczo, kręcąc głową. Najwyraźniej bawił się coraz lepiej.

- O nie, braciszku, to nie wiatr. To duch zawodzi… A może potwór? – Zmarszczył brwi, zastanawiając się, które ze słów brzmi bardziej interesująco. – Nieważne. Raczej duch. Zawodzi w murach tego pałacu… – ciągnął dalej, przywracając swojemu głosowi posępne brzmienie.

- Nie wierzę ci – wszedł mu w słowo młodszy chłopiec, choć wyglądał na przestraszonego. Zerkał niepewnie wokoło, jakby spodziewając się, że zobaczy gdzieś opisywane przez brata straszydło.

- Nie wierzysz? A ja jestem pewien, że on się gdzieś tu czai. I chyba wolałbym nie wiedzieć, co robi z małymi chłopcami, których złapie. Mi nic nie grozi, zdążę przecież uciec. Ale ty…? Odważysz się przejść przez te ciemności? – zagadnął go brat, wskazując na nieoświetloną część korytarza za załomem ściany. Z zadowoleniem zauważył, że jego słowa wywarły oczekiwane wrażenie i już chciał kontynuować swoją pełną grozy opowieść, bo wyobraźnia podsuwała mu niejedno ciekawe jej zakończenie, ale nie zdążył.

- Boromirze! – zawołała do niego z cicha kobieta, która nadeszła z tej samej strony co oni. Była piękna, choć zdecydowanie zbyt chuda i blada. Od bieli jej skóry, jaśniejszej niż jej bladokremowa suknia, odcinały się delikatnie cienie pod oczyma, które starała się tak bardzo maskować. Lecz chłopcy na szczęście niczego nie zauważyli. Nie mogli, byli zbyt mali, żeby rozumieć, co się dzieje. Nawet dziesięciolatek, o pięcioletnim nie wspominając.

- Przestań straszyć brata. Taki duży chłopiec, a takie głupie żarty stroi – wytknęła starszemu z braci z pełną czułości naganą. Oczy rozjarzyły jej się ciepłym jak płomień świecy uśmiechem na widok skruchy malującej się na twarzy starszego syna. Zerknęła na drugiego z chłopców. Nadal wyglądał na wylęknionego. Kobieta westchnęła cicho.

- Boisz się, Faramirze? Nie ma czego. Twój brat przecież tylko żartował – zapewniła go, szybkimi, delikatnymi ruchami zapalając pierwsze lampy w drugiej części korytarza. Gestem przywołała młodszego syna do siebie i wskazała mu rozjaśnioną nagle przestrzeń.

- Zobacz, nie ma tam nic strasznego. Żadnych duchów i żadnych potworów – rzekła uspokajająco. Chłopiec kiwnął głową, a Finduilas uklękła przy nim i położyła szczupłe dłonie na jego ramionach. Rzuciła przelotne spojrzenie za siebie, słysząc cichy odgłos kroków, a potem znowu zwróciła wzrok na syna. Przywołała na usta uśmiech.

- Czasem boimy się tego, co nieznane. Lecz jest na to prosta rada. Każde ciemności można rozświetlić płomieniem, wiesz? Wystarczy rozwiązać tajemnicę i od razu przestaje wydawać się straszna – powiedziała cicho. Faramir ponownie skinął głową. Przypatrywała się mu przez chwilę, po czym podniosła się powoli z podłogi. Obdarzyła nieco wymuszonym uśmiechem także starszego syna i męża, który zatrzymał się kilka kroków dalej.

Podeszła do zwieńczonego ostrym łukiem okna i otworzyła je ostrożnie. Do środka wdarł się wreszcie podmuch wiatru, który wbrew oczekiwaniom nie okazał się wcale zimny ani przenikliwy. Powietrze zapachniało letnim, ożywczym deszczem. Finduilas położyła łokcie na wąskim parapecie i oparła podbródek na dłoni. Przymknęła oczy, wystawiając twarz na wiatr. Wbrew temu, co powiedziała chwilę wcześniej, miała nadzieję, że niektórych tajemnic nie można tak łatwo rozwikłać. Któż choćby mógł się domyślić, że kobieta, rozkoszująca się pozornie rozpogodzoną nocą, usiłuje tak naprawdę opanować ogarniającą ją nagle falę słabości?

Druga

Szare sklepienie chmur po zachodniej części nieba rozjaśniały pojedyncze różowe obłoczki. W półmroku dość wyraźnie widać jeszcze było cały świat, lecz wkrótce zapaść miały gwałtownie nieprzeniknione ciemności. Przez uchylone okno do budynku napływało ciepłe, rześkie powietrze przesycone zapachem kwiatów, które ciężkie krople deszczu strąciły z gałęzi krzewów.

Rozmowy i tłumione śmiechy dwóch młodzieńców odbijające się od ścian dawały jedynie cichutki pogłos, który nie miał szans dotrzeć do innych części pałacu. Przystanęli przed prostymi, solidnymi drzwiami po prawej stronie korytarza.

- Dobranoc, braciszku – rzucił jeden z nich kładąc dłoń na klamce. Faramir odpowiedział mu skinięciem głowy.

- Dobranoc, Boromirze – rzekł. – Nie zapomnij dziś porządnie zamknąć drzwi – dodał niejasno. Brat spojrzał na niego uważnie spod zmarszczonych brwi.

- Nie rozumiem, co masz na myśli.

- Jakże to? Czyżbyś to nie ty sam opowiadał mi kiedyś, co dzieje się w tym budynku w takie noce jak ta? – udał zdziwienie Faramir. – Drzemią tu krwiożercze moce, których żaden żyjący człowiek nie chciałby nigdy spotkać. Duchy przeszłości, intryg i zdrad, o których nikt nie ma pojęcia. I jeszcze inne siły, które były tu dużo wcześniej, których nie można logicznie wytłumaczyć. Czyhają gdzieś w mrocznych kątach i wyczekują odpowiedniego momentu. Na co? Lepiej chyba nie wiedzieć. Lecz nie należy im ufać. Nigdy.

- Kretyn…! – burknął rozeźlony Boromir, wyrywając się z chwilowego odrętwienia, w jakie wprawił go głos Faramira. Nie podobał mu się uśmiech brata. Był nieco niepokojący. I tajemniczy. A starszy syn Denethora tolerował sekrety jedynie, gdy mógł ominąć je dużym łukiem. Po prostu lubił jasne sytuacje.

- Dobranoc – mruknął raz jeszcze, wchodząc do swojej komnaty. Faramir uśmiechnął się lekko.

- Dobranoc – odpowiedział w stronę zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi. Ruszył dalej pogrążającym się w ciemnościach korytarzem. Nie potrafił właściwie wytłumaczyć, skąd nagle przyszła mu do głowy wygłoszona chwilę wcześniej opowieść. Nie miał w zwyczaju bezsensownego irytowania Boromira, tamtej historii sprzed wielu lat też ostatnio nie wspominał. Lecz to był po prostu impuls. Zanim zdążył się zastanowić, już wypowiadał myśl, która zaświtała mu gwałtownie w głowie. Przedziwne uczucie.

Z zadumy wyrwało go rozlegające się nieopodal stuknięcie. Drgnął zdziwiony. Cóż to mogło być? Boromir został przecież w swojej komnacie, ojciec zazwyczaj nie zapuszczał się do tej części pałacu, o tej godzinie nie powinno tam być też nikogo ze służby…

Wiedziony ciekawością Faramir przyspieszył kroku. Skręcił za róg i obrzucił wszystko uważnym spojrzeniem. Nie dostrzegł jednak niczego, co mogłoby być źródłem hałasu. Czyżby się tylko przesłyszał?

Przez otwarte okno napływało ochładzające się powoli powietrze. Faramir przez ułamek sekundy zastanawiał się, kto mógł je otworzyć, jednak myśl ta prędko uleciała mu z głowy. Wciąż lustrując otoczenie wzrokiem, zbliżył się, by je zamknąć. Nagle kątem oka zauważył poruszający się nieznacznie cień. Odwrócił się szybko, lecz znowu nie ujrzał niczego niezwykłego.

Westchnął, potrząsając głową. Zmysły zaczynały mu najwyraźniej płatać figle. To z pewnością wina niewyspania. Niepotrzebnie poprzedniego dnia ślęczał do tak późnej pory nad książką. Poza tym Boromir zapewne miał rację, mówiąc, że jego młodszy brat ma wybujałą wyobraźnię. Właśnie! To tylko wybujała wyobraźnia.

Faramir przeszedł jeszcze parę kroków i wślizgnął się do swojej komnaty, tłumiąc ziewnięcie. W ramach okiełznywania wybujałej wyobraźni powstrzymał się od ostatniego zerknięcia za siebie.

Tymczasem w innej części pogrążającego się we śnie pałacu Denethor zastygł w bezruchu, zatrzymując pióro tuż nad kartką papieru. Jego uszy wychwyciły czyjeś kroki za ścianą. Nie byłoby to może nic niepokojącego, lecz nie o takiej godzinie. Któż mógł włóczyć się po korytarzu w środku nocy? Zresztą Namiestnik wyraźnie nakazał, by nikt mu nie przeszkadzał. Można to było chyba uznać za przeszkadzanie, skoro wytrąciło go aż tak z równowagi, prawda?

Denethor odłożył pióro na blat stołu. Podszedł do drzwi i otworzył je zamaszystym ruchem. Ku jego lekkiemu rozczarowaniu nikt nie czaił się za nimi. Odgłos kroków wciąż rozlegał się jednak gdzieś po lewej stronie. Namiestnik nieznacznie wychylił głowę z komnaty, ale zdołał dostrzec już tylko sylwetkę niknącą w jakiś drzwiach. Ruszył energicznie w tamtym kierunku. Przez chwilę szarpał się ze stawiającą opór klamką, a kiedy zdołał już zajrzeć do następnego pomieszczenia, było puste.

Zirytowany Denethor parsknął cicho. Co to za zwyczaje?! Ktoś kręci się w nocy po jego pałacu i śmie jeszcze przed nim uciekać. W dodatku nie był to raczej żaden z jego synów. Tak, to musiał być ktoś obcy. Więc czego chciał? I jak się tam dostał? Namiestnik nie widział żadnej sensownej odpowiedzi na te pytania, ale cała sytuacja zdecydowanie mu się nie podobała. Z mocnym postanowieniem wykrycia intruza wrócił do swojego gabinetu. Trzasnąwszy drzwiami, zapadł z powrotem w fotel. Tak, koniecznie musiał się tym zająć. Ale może następnego dnia…

W tym samym czasie, gdy Denethor wrócił do komnaty, jego starszy syn opuścił swoją. Zapaliwszy świecę, która choć trochę rozjaśniała mroczny korytarz, ruszył przed siebie. Szykował dla brata małą niespodziankę. Skoro Faramirowi zachciewało się dziecinnych żartów, to będzie je miał…

Oprócz rytmicznych kroków Boromira nie rozlegał się nawet najcichszy odgłos. Zdawało się, że pałac pogrążony jest we śnie. Albo w oczekiwaniu… Starszy syn Namiestnika wzdrygnął się. Co za bzdury! Nie rozumiał zupełnie, skąd wzięła się u niego ta absurdalna myśl. Pewnie sytuacja skojarzyła mu się z tym gadaniem Faramira.

A jednak był… zaniepokojony. Tak, to było dobre słowo. Nazwanie tego uczucia strachem stanowiłoby przesadę. Poza tym i tak sam by się przed sobą do tego nie przyznał. To był po prostu niepokój. Niczym nieuzasadniony niepokój.

Boromir opędził się od tej myśli. Głupstwa! Przyspieszył kroku i po chwili znalazł się nieopodal drzwi prowadzących do komnaty brata. Wtedy właśnie usłyszał lekkie skrzypnięcie, a nagły podmuch wiatru, który wdarł się przez otwarte okno, zgasił świecę.

Serce podskoczyło Boromirowi do gardła. Zastygł w bezruchu, wściekając się w duchu na samego siebie. Skąd się wziął ten idiotyczny lęk?! Nagle skrzypnięcie powtórzyło się tuż za jego plecami. Młodzieniec odwrócił się błyskawicznie i ledwo powstrzymał zdumiony okrzyk. Stanął oko w oko z odzianym na czarno mężczyzną. Prawdopodobnie na czarno. W mroku trudno było to ocenić.

Przybysz zdawał się równie zaskoczony. Stał przez moment skonsternowany, a potem zwinnym susem wyskoczył przez okno. Boromir nie był w stanie zmusić się do wyjrzenia za nim. Serca biło mu jak oszalałe. A kiedy ktoś położył mu dłoń na ramieniu, mało nie rzucił się do ucieczki. Ledwo zdołał się opanować. Zdecydował się zerknąć przez ramię. Za sobą ujrzał Faramira.

- Wszystko w porządku? – zapytał z niepokojem młodszy z braci. Boromir kiwną głową, odzyskując pewność siebie. Co się z nim działo? Przecież nigdy nie bał się takich błahostek.

- Jasne – burknął zirytowany. – Dobranoc.

Trzecia

Faramir nie mógł przestać myśleć o zagadkowej sytuacji. W to, że była tylko omyłką, przestał wierzyć, dowiedziawszy się, że ojciec też to słyszał. Namiestnik przyznał się do tego niechętnie, udał, że bagatelizuje całą sprawę, ale jego syn widział, jak bardzo był naprawdę zaintrygowany. Boromir w ogóle nie przyznał się do zauważenia czegokolwiek, ale jego kłamstwo było grubymi nićmi szyte. I jego brat, i ojciec od razu zorientowali się, że młodzieniec coś wie.

Późnym wieczorem wiedziony ciekawością Faramir wymknął się ze swojej komnaty i ruszył w stronę gabinetu Namiestnika. Liczył na to, że wydarzenia z poprzedniej nocy się powtórzą. Miał nadzieję, że zdoła jakoś rozwikłać tę tajemnicę.

Nie spodziewał się jednak tego, co ujrzał. Po środku korytarza stał odwrócony do niego plecami człowiek. Rozglądał się nerwowo wokoło, jakby szukał czegoś. Albo kogoś. Faramir zawahał się, nie wiedząc co robić dalej. Cofnął się o krok i potknął o coś. Tajemniczy przybysz najwyraźniej dosłyszał to, bo zwrócił wzrok w jego stronę, lecz młodzieniec zdążył odsunąć się w głębszy cień.

Niestety z nowego punktu obserwacyjnego nie widział dokładnie intruza. Spróbował postąpić znowu kilka kroków do przodu, ale zagadkowy człowiek znowu wykazał się czujnością na najlżejszy hałas. Faramir zmuszony był do ostatecznego wycofania się. Jak najciszej potrafił, wrócił do swej komnaty, dumając nad tym, co dzieje się w pałacu.

Czwarta

Boromir nie miał zamiaru przyznawać się przed bratem i ojcem, do tego, co widział. Wciąż wydawało mu się to nieprawdopodobnie naiwne. Lecz nie powstrzymywało go to od prób wyjaśnienia dziwnych zjawisk na własną rękę. Dlatego właśnie wyruszył przez opustoszały pałac w stronę miejsca, w którym pierwszy raz spotkał intruza, próbując samego siebie przekonać, że ktoś stroi sobie z niego idiotyczne żarty.

Skręcił za róg i stanął jak wryty. Znowu tam był! Stał bezczelnie na środku pogrążonego w zupełnych ciemnościach korytarza. Przybysz był ledwie widoczny, lecz Boromir nie miał wątpliwości. Tym razem nie dał się zaskoczyć. Rzucił się ku oknu, by odciąć nieznajomemu drogę ucieczki. Ze zdziwieniem stwierdził jednak, że było zamknięte. Obrócił się więc w stronę tajemniczego mężczyzny…

Którego już tam nie było. Jakby w ułamku sekundy rozpłynął się w powietrzu. Po chwili konsternacji Boromir bez pukania wpadł do komnaty Faramira.

- Widziałeś tu kogoś? – zapytał nieco bardziej natarczywie niż zamierzał. Brat przyjrzał mu się uważnie.

- A ty?

- Nie, nie. Skądże! – wymruczał zbity z pantałyku Boromir, wycofując się pospiesznie na korytarz. – Dobranoc.

Piąta

Denethor nie był w stanie skupić się na pracy. Świadomość tego, że po jego pałacu grasuje jakiś obcy człowiek, nie dawała mu spokoju. Co noc słyszał jego kroki na korytarzu i co noc nie potrafił w żaden sposób go zatrzymać. Tym razem nawet nie próbował. Jednak poprzysiągł sobie w duchu, że gdy wreszcie obmyśli skuteczny sposób złapania intruza, nie będzie miał dla niego litości. Chociaż właściwie nie wiedział, jakie nieznajomy ma intencje. I chyba właśnie to irytowało go najbardziej…

Szósta

Mimo późnej pory kuchnię wypełniał zapach pysznych potraw. Kucharka zmywała naczynia, nucąc coś pod nosem. Wszystko sprawiało ciepłe i przytulne wrażenie, jakby nie było to prawdziwe pomieszczenie, a sielankowy obrazek.

- Nie działo się tu ostatnio nic… dziwnego? – zagadnął niepewnie siedzący przy stole Faramir. Inela obrzuciła go zdumionym spojrzeniem.

- Co panicz chce przez to powiedzieć?

- Hm… Po prostu coś niezwykłego. Jakieś dziwne odgłosy, obcy ludzie… - tłumaczył nieporadnie młodzieniec. Kucharka parsknęła krótkim śmiechem.

- Duchy może? Niech panicz bzdur nie opowiada! W tym pałacu nie dzieje się nic dziwnego i nigdy się nie działo. Choć niektórzy miewali inne zdanie – powiedziała beztrosko. Faramir spojrzał na nią z zainteresowaniem.

- Jak to – inne zdanie? – zapytał. Inela machnęła lekceważąco ręką i, wróciwszy do przerwanej na chwilę pracy, zaczęła trajkotać:

- Była tu kiedyś taka jedna pokojówka… Jakże jej było na imię? Nieważne! Plotkara okropna. Usta jej się nie zamykały. I zupełnie nie potrafiła okazywać wdzięczności. Przecież pani Finduilas była dla niej taka dobra, a ona… Szkoda słów. O czym to ja…? Ach, tak. Pewnego dnia rozmawiałam tutaj z panią Finduilas. Pamiętam to jak dziś, stałam tam przy piecu, a ona siedziała tu, gdzie teraz panicz. I nagle wpada ta okropna dziewucha i zaczyna opowiadać jakieś niestworzone historie. Że widziała ducha! Gdyby panicz to słyszał… - Potrząsnęła z dezaprobatą głową. – Na to ja jej mówię: „Nie pleć głupstw!”. A ona dalej swoje. Umilkła dopiero, gdy wtrąciła się pani Finduilas. Tak jej powiedziała, śmiejąc się: „To niemożliwe, moja droga. Musiało ci się przywidzieć.”. Tamta jeszcze odpowiedziała: „Nieprawda, psze pani. Wiem, co widziałam! I zapamiętam to na pewno. Będę dzieciom opowiadać…”. Taka była z siebie dumna. Ale pani Finduilas ucięła dyskusję: „Takie absurdy? Lepiej opowiedz im, jak świetnie gotuje Inela! Bo to prawdziwie mistrzowska robota, wiesz?”. Strasznie miło z jej strony, że zwróciła na to uwagę, nie sądzi panicz? Paniczu…? Ech, znowu mnie nie słucha…

Siódma

Przez rozświetlany delikatnie światłem księżyca korytarz wędrował energicznie Boromir. Co raz bardziej nie podobała mu się ta cała historia i tym razem miał zamiar podjąć konkretne działania. Doszedłszy do miejsca, w którym dwukrotnie już spotkał tajemniczego intruza, rozejrzał się dyskretnie. Tym razem wokoło nie było nikogo.

Starając się nie czynić żadnego hałasu, by nie zwrócić niczyjej uwagi, otworzył powoli okno. Wychylił się i spojrzał w dół. Nisko nie było, lecz zejście zdawało się dogodne. Przy odpowiedniej zwinności i ostrożności można by bez większych trudności, opierając się o różne wypukłości architektoniczne budynku, dotrzeć na ziemię. Lub z ziemi na górę oczywiście.

Boromir wahał się przez chwilę, a później przerzucił nogi przez parapet i zaczął powoli schodzić w dół. Po kilku minutach stał już na ziemi, patrząc z namysłem na majaczące w ciemnościach ponad nim otwarte okno.

Jedną część zagadki udało mu się rozwiązać. Nieznajomy niewątpliwie właśnie tą drogą dostawał się co noc do pałacu. Upewniwszy się o tym, Boromir odetchnął w duchu. Czyli jednak po prostu ktoś próbuje zrobić mu głupi kawał. On już nauczy tych żartownisiów…!

Rozejrzał się wokoło, a później spojrzał znowu w okno, którym wyszedł z pałacu. To teraz na górę…

Ósma

Faramir siedział w swojej komnacie jak na szpilkach, wyczekując nawet najmniejszego szmeru na korytarzu. Z każdym dniem ta tajemnicza sprawa coraz bardziej go pociągała. W jego głowie co chwilę rodziły się nowe, coraz bardziej fantazyjne wytłumaczenia. Czuł, że nie zdoła przestać o tym myśleć, dopóki nie dowie się prawdy.

Nagle do jego uszu doleciał cichutki odgłos kroków. Doskoczył do drzwi, wyjrzał na zewnątrz i stanął oniemiały. Korytarzem szła jakaś dziewczyna, rozglądając się nerwowo. Lekko zmierzwione, jasnobrązowe włosy opadały jej na białą sukienkę. Faramir przyglądał jej się zdumiony, próbując domyślić się, skąd kojarzy jej twarz.

Trwało to tylko moment, bo dziewczyna pisnęła przerażona i rzuciła się do ucieczki. Faramir, niewiele myśląc, pobiegł za nią. Gonił przez minutę, może dwie, lecz prędko zniknęła mu z oczu. Młodzieniec zatrzymał się i obrzucił otoczenie uważnym spojrzeniem.

Robiło się coraz ciekawiej…

Dziewiąta

- Przedwczoraj ktoś wszedł do pałacu przez okno – mruknął jakby od niechcenia Faramir. Siedzieli w gabinecie Namiestnika i omawiali całą tę dziwaczną sytuację.

- Niemożliwe. Zdawało ci się – zaprotestował żarliwie Boromir. Brat spojrzał na niego buntowniczo.

- Co jest możliwe, to możliwe. Co mnie się zdaje, to się zdaje.* - odpowiedział, lecz zaraz się opanował. – Dzieje się tu coś niezwykłego, to wiem na pewno.

- Czy i ty coś zauważyłeś, Boromirze? – zapytał Denethor, przyglądając mu się przenikliwie. Starszy syn Namiestnika potrząsnął głową. Uparcie nie przyznawał się do swoich obserwacji, choć wiedział, że długo już nie zdoła utrzymać tego w tajemnicy. Przecież widział lub chociaż słyszał dziwnego przybysza każdej nocy. Tej pierwszej stanął z nim oko w oko. Drugiej jego sylwetka mignęła mu w mroku, gdy czatował przed gabinetem ojca. Później znowu zauważył go przed komnatą Faramira, wtedy, gdy intruz rozpłynął się w powietrzu. Czwartego wieczora nie ujrzał nikogo, lecz już następnego dnia słyszał wyraźnie kroki w korytarzu. Szóstej nocy zapewne wystraszył nieznajomego swoją eskapadą na dół. A poprzedniego dnia widział człowieka biegnącego korytarzem… Tak, był tego pewien. Wyjrzał na korytarz tuż po tym, jak wyszła od niego Mariela… Tfu! Nie, nie pomyślał tego wcale! A już na pewno tego nie powie. Będzie musiał wymyślić lepsze wyjaśnienie, na wypadek, gdyby miał się w końcu przyznać…

- Dobrze – ciągnął Denethor. - W każdym razie, niezależnie od tego, jakie zamiary ma ten mężczyzna…

- Skąd pewność, że to mężczyzna? – wtrącił się nieśmiało Faramir. Ojciec rzucił mu przeciągłe spojrzenie.

- Bo go widziałem – odrzekł. Młodszy z synów Namiestnika zagryzł wargę.

- Nie bierzemy pod uwagę ewentualności, że chodzi o więcej niż jedną osobę? – zapytał niepewnie. Denethor zmrużył oczy.

- Czy widziałeś kogoś jeszcze, Faramirze? – spytał, świdrując go spojrzeniem. Młodzieniec pokręcił głową, starając się unikać wzroku ojca.

- Faramirze! – rzucił ostro Denethor. Tym razem jego młodszy syn odpowiedział bardziej zdecydowanie.

- Nie, ojcze. Nie widziałem nikogo.

- Oczywiście. W takim razie informuję was, że zamierzam rozwiązać tę sprawę raz na zawsze. Jutro w nocy wystawię strażników, by pochwycili tego człowieka. Nie radzę wam więc kręcić się tutaj. Zrozumiano? – zapytał ponurym tonem Namiestnik. Jego synowie niechętnie pokiwali głowami.

Dziesiąta

Denethor z zadowoleniem usadowił się w fotelu. Jego plan działał bez zarzutu. Intruz nawet nie śmiał zbliżyć się do jego gabinetu. Tak, to był zdecydowanie dobry pomysł… Szkoda tylko, że nigdy nie dowie się, o co naprawdę chodziło. Westchnął. Trudno, najważniejsze, że problem został rozwiązany.

Jedenasta

Pałac pogrążony był w ciszy i mroku. Nawet gdyby ktokolwiek wędrował jego korytarzami, żaden z mieszkańców nie usłyszałby go zapewne.

Faramir siedział w swojej komnacie, czytając książkę. Jego myśli błądziły jeszcze czasem w temacie tajemniczej sprawy, ale niestety musiał zaprzestać swoich poszukiwań. Żałował tego bardzo, bo miał już kilka podejrzeń. Szczególnie te dotyczące obserwacji ojca i brata wydawały mu się już oczywiste… Tylko skąd ta dziewczyna?

Boromir zdążył już zapomnieć o problemie. Nie był typem człowieka, który mógł zbyt wiele czasu zajmować się jedną sprawą. Kiedy wymknął się z pałacu na wieczorny spacer, dziwny przybysz był dla niego już tylko wspomnieniem…

Denethor był bardzo zadowolony z siebie. Pewny, że jego metoda działa, pogrążył się znowu w pracy. I nic nie byłoby w stanie go od tego oderwać…

Okno na korytarzu skrzypnęło i wskoczył przez nie młody człowiek. Miał nadzieję, że tym razem uda mu się zrealizować plan. Poprzednio odniósł kompletną porażkę. Nie dość, że trzykrotnie został prawie przyłapany, to jeszcze pomylił drogę. Tym razem jednak wiedział dokładnie, dokąd iść.

Po chwili dotarł do drzwi kuchni. Położył rękę na klamce i uśmiechnął się sam do siebie. Zaraz sobie spróbuje tej mistrzowskiej roboty!

Syn dawnej pokojówki nigdy wcześniej nie pomyślałby, że z opowieści matki może wyniknąć taka przygoda.

* Marek Grechuta „Tango Anawa”
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=323