??mier? przez wod? - t??umaczenie autor: Alqualaure
Streszczenie: Wizja Faramira w Osgiliath i jej nast?pstwa.
Kategorie: Czas Wojny o Pier??cie??
Postacie: Denethor syn Ectheliona, Faramir
Gatunek: Obyczajowe
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 4 Zakończone: Tak Słów: 6130 Przeczytano: 15837 razy Opublikowano: 2010-03-26 Aktualizacja: 2010-03-26
Notatka do opowiadania:
T??umaczenie tekstu Altariel, "Death by Water". Autorce dzi?kuj? za zgod?, a Tici za korekt?.

Tytu?? zaczerpni?ty z "Ziemi ja??owej" T. S. Eliota, podobnie jak i cytat w pierwszym rozdziale.

1. Rozdzia?? 1 autor: Alqualaure

2. Rozdzia?? 2 autor: Alqualaure

3. Rozdzia?? 3 autor: Alqualaure

4. Rozdzia?? 4 autor: Alqualaure

Rozdzia?? 1 autor: Alqualaure
~*~
O you who turn the wheel and look to windward,
Consider Phlebas, who was once handsome and strong as you.

~*~


Od dawna, jakby się zdawało, śniłem o Númenorze, o ciemnej fali bezlitośnie wznoszącej się nad jego dumne wieże i jeszcze dumniejszych ludzi. Po raz pierwszy te obrazy nawiedziły mnie w dzieciństwie, w lecie po śmierci mej matki, lecz z początku była to bezkształtna, niewyraźna groźba nadciągającej ciemności. Budziłem się roztrzęsiony i przerażony.
Kiedy dorosłem, sen ten przybrał wyraźniejsze kształty. Z początku sunąłem wysoko nad lądem, jakby niesiony na skrzydłach wielkiego orła, w dole widząc bezlitosną falę pochłaniającą wszystko, zarówno sprawiedliwie, jak i bezprawnie. Z czasem dostrzegałem więcej i więcej szczegółów, jakbym kroczył po zielonych równinach lub wspaniałymi ulicami Númenoru, przyspieszając do biegu, kiedy słyszałem niepokojący szum wody, prędko zmieniający się w huk powodzi. Pędziłem ku wyżynom, na próżno, choć za każdym razem budziłem się na moment przed tym, jak miałem utonąć.
Ojciec traktował te wizje z niechęcią, jako kolejną oznakę słabości swojego młodszego syna. Mój brat po prostu sądził, że za dużo czytam, lecz nie nakłaniał mnie do zmian. Osobiście podejrzewałem, że z tego wyrosnę i rzeczywiście, kiedy rozpoczęły się ataki na naszą krainę, a ja spędzałem coraz więcej czasu w Ithilien, pomagając w nieustających zmaganiach z Nieprzyjacielem, wydawało się, że fala przycichła i coraz mniej mnie niepokoiła.
Jeśli już ten sen mnie nachodził, zdarzało się to w Minas Tirith, bez względu na to, jak długo tam przebywałem. Byłem znacznie bardziej czujny, skoro już o tym mowa. Przez jakiś czas nie miałem jeszcze nawyku ukrywania jakichkolwiek spraw przed moim panem i ojcem – w rzeczywistości odnosiłem wrażenie, że zgadywał więcej o moich poczynaniach, niż mógł się dowiedzieć – mimo wszystko, nużył mnie jego drwiący ton i nie miałem ochoty narażać się nań więcej, niż to było konieczne. To, jak sądzę, było źródłem jeszcze większego niezadowolenia z mojej osoby, gdyż wiedział, że wciąż miewałem sny, lecz decydowałem się ich nie omawiać, a w tym wypadku, jak zauważył, nie mógł mi rozkazywać i przez to mi nie ufał.
Jednakże po ataku na Osgiliath sen, który mnie nawiedził, nie mógł zostać przemilczany. Bardziej podobny wizji, zakłócał mój odpoczynek każdej nocy z narastającą intensywnością. Przez cztery noce nie zmrużyłem oka, co było widoczne po mojej twarzy. Z początku ojciec skłaniał się ku przekonaniu, że zwłaszcza w tak niebezpiecznym okresie dla Gondoru jeden z dowódców nie powinien niedomagać z powodu wymysłów, lecz kiedy mój brat miał ten sam sen, nie mógł już dłużej temu zaprzeczać. Być może to, że posłaliśmy jednego z dowódców – i to w dodatku Boromira – do Imladris, odzwierciedlało, w jak wielkiej byliśmy potrzebie i jak wiele zmartwień zasnuwało myśli naszego ojca. Nawet jeśli uważałem, że jedynym powodem reakcji ojca na tę wizję było to, iż nawiedziła ona również mego brata, nie odzywałem się; tak naglącym wydawała mi się konieczność odpowiedzenia na wezwanie, że nie odczuwałem niezadowolenia, a ulgę, iż sprawą się zajęto.
Pewnego zimnego popołudnia w lutym spacerowałem samotnie po dziedzińcu z fontanną, oczekując wezwania na rozmowę z ojcem. Tego wieczoru miałem udać się do naszych oddziałów stacjonujących w Osgiliath, zanim powrócę do Ithilien. Dotarły do nas wieści o regimencie ludzi z Haradu, zmierzających wzdłuż północnego traktu, czego nie mogliśmy zignorować. Zbyt dużo wody w rzece upłynęło od czasu, kiedy przebywałem z moimi ludźmi w Ithilien, a mimo to musiałem zwlekać jeszcze parę nocy w Osgiliath. Niewielu dowódców mieliśmy w tej wojnie, a już prawie osiem miesięcy upłynęło od wyjazdu Boromira. Nie mieliśmy od niego żadnych wieści.
- Patrzysz na północ, jak widzę. Moje myśli też tam się kierują.
Odwróciłem się, by ujrzeć ojca stojącego za mną. Zdziwiło mnie to, gdyż spodziewałem się, że mnie wezwie, a nie wyjdzie mi na spotkanie.
- Mój panie – powitałem go i pochyliłem się, by pocałować srebrny pierścień zdobiący dłoń, którą wyciągnął w moją stronę.
- Przejdź się ze mną – polecił mi i poprowadził mnie na wschód od Białej Wieży i dalej wzdłuż wystającej skały, wokół której wzniesiono miasto. W czasie tej przechadzki wypytywał mnie o moją podróż i sprawy w Ithilien, radził mi i – choć raz – był zadowolony.
Zachęcony jego nastrojem, mimo że jak zwykle surowym, to jednak nie – jak to się często zdarzało – chłodnym, bardziej otwarcie mówiłem o moich największych wątpliwościach, o moim przekonaniu, że już wkrótce załoga Ithilien będzie zmuszona wycofać się na zachodni brzeg Anduiny, i o mojej obawie o siły Osgiliath, które uważałem za raczej słabe. Spekulowałem też na temat tego, jakie oddziały można tam jeszcze posłać. Słuchał mnie z uwagą, od czasu do czasu kiwając głową, i wtedy zauważyłem, że w czasie tych miesięcy pod nieobecność Boromira, w spowodowanych tym naszych częstszych kontaktach, okazywał mi więcej szacunku niż kiedykolwiek przedtem.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do najbardziej wysuniętego na wschód punktu, przystanęliśmy; on pogrążył się w myślach, a ja prawie sobie wmówiłem, że ta cisza była przyjemna. Kiedy tam staliśmy, pierwsze zapowiedzi zmierzchy rozbłysły na stokach gór i zerwał się północny wiatr. Przeszły mnie dreszcze. Znowu zwróciłem swoją uwagę na północ, mój wzrok przesunął się po Pelennorze i przez bramę w Rammas, wzdłuż traktu wiodącego do Anórien. I wtedy to usłyszałem, niesiony wiatrem, stłumiony głos rogu, odbijający się echem w moim umyśle – dźwięk, który znałem i który był bliski memu sercu.
- Co się stało? – zapytał ojciec tonem ostrym jak uderzenie zimnego wiatru w twarz.
Uniosłem rękę, by go uciszyć, nie zważając chwilowo na możliwe nieprzyjemne konsekwencje – gdyż tylko głupiec wystawiałby na próbę cierpliwość Namiestnika – musiałem jednak mieć pewność, czy się nie przesłyszałem.
- Faramirze! – zawołał surowo, a znany mi cień gniewu znów pojawił się w jego głosie.
- Posłuchaj – szepnąłem.
Jego twarz zastygła w kamienną maskę, jakby po raz kolejny zastanawiał się, czym zasłużył sobie na tak krnąbrnego i kapryśnego syna, jednak zwrócił się na północ.
Wtedy zauważyłem, że też to usłyszał. Popatrzył ponad Pelennorem i ściągnęła się jego dumna twarz, a mnie, poza moimi własnymi lękami, przepełniła litość dla niego. Kiedy się odwracał, nasz spojrzenia się skrzyżowały, a jego mina stwardniała. Natychmiast spuściłem wzrok.
- To nic nie znaczy – powiedział szorstko. – Nikomu o tym nie powiesz, zrozumiałeś?
Podniosłem wzrok na jego stanowczą twarz i odrzekłem:
- Będę posłuszny twojej woli, mój ojcze.
- A zatem zajmij się swoimi powinnościami! Oczekują cię w Ithilien. – Po tych słowach odwrócił się i odszedł w kierunku wieży. Oznaczało to, że audiencja się zakończyła.
Nie minęła godzina, gdy jechałem już w stronę Osgiliath. Za mną słońce zachodziło za Mindolluiną. Oglądając się krótko przez ramię, kiedy opuszczałem szósty poziom, musiałem osłonić oczy od czerwonej łuny, lecz wydało mi się, że zauważyłem blady błysk na szczycie wieży. Jednakże miałem przed sobą długą drogę i wiele zmartwień, więc wymazałem tę nową obawę z pamięci i jechałem dalej na wschód.
Rozdzia?? 2 autor: Alqualaure
Ciemność osnuwała Osgiliath. Ta niegdyś piękna i potężna stolica, klejnot koronny Gondoru, leżała teraz w ruinie, rozdarta na pół przez zburzenie mostu; wschodnia część w rękach Wroga, a zachodnia nawiedzana tylko przez ludzi, którzy przemykali ulicami, usiłując się bronić, oraz przez duchy.
Tak rozkazał mój brat. Osobiście nie zniósłbym tego, dzień po dniu, na wraku zenitu świetności Gondoru, z którego stoczył się ku swojemu zmierzchowi. Mojego brata motywowała myśl, że ujrzy to miasto odbudowane i w pełni chwały. Bardzo żałował zburzonego mostu. Nie minęły trzy dni od mojego przybycia, a już marzyłem o wyjeździe, lecz nie ku nierozwiązanym problemom w Minas Tirith. Moje serce tęskniło za Ithilien i moimi podkomendnymi, o których niepokoiłem się bardziej z każdą godziną, jaką spędzałem w Osgiliath na obserwowaniu wschodniego brzegu. Byliśmy jednak w stanie wojny – to była nasza najważniejsza stanica, a ja nie mogłem przebywać zawsze tam, gdzie bym pragnął.
Być może powodem tego był fakt, że spędziłem trzy dni pośród ruin świetności Gondoru. Być może rzeczywiście była to wizja przesłana mi nie wiadomo przez kogo. Jedyne, co wiem, to to, że kiedy trzeciej nocy, zmęczony długim dniem powróciłem wreszcie do namiotu, położyłem się na posłanie i niemal natychmiast zapadłem w sen o Númenorze, żywszy niż wszystkie dotychczasowe.
Śniło mi się, że kroczyłem żyzną, zieloną doliną, skąpaną w blasku słońca. Nie mogłem poznać tego miejsca, mimo że Ithilien, do którego było uderzająco podobne, znałem doskonale, gdyż należało do mnie. W krainie ze snu panowała niezmącona cisza; żaden ptak czy zwierzę nie odzywało się, nawet wiatr nie szeleścił w liściach. Spacer po Ithilien, nawet w tych późniejszych dniach, podnosił na duchu, a tu w powietrzu wisiało przerażenie, nawet w świetle słonecznym. Pochyliłem się, by dotknąć ziemi – nawet źdźbła traw były sztywne, jakby w oczekiwaniu.
Szedłem naprzód, aż dotarłem do szerokiej drogi, brukowanej białym kamieniem. Ciągnęła się przede mną wzwyż, po lewej stronie okraszona stojącymi w równych odstępach wysokimi kamiennymi pomnikami. Przechodząc obok nich, mogłem dostrzec imienny podpis pod każdą statuą. Znałem wystarczająco dobrze język Elfów Wysokiego Rodu, by zrozumieć te słowa; poza tym przechowywałem je w pamięci, gdyż były to imiona królów i królowych Númenoru. Po jakimś czasie dotarłem do miejsca, gdzie język zmienił się na dumniejszy, lecz szorstki, a pomniki stały się wyższe i choć zostały wykute bardziej umiejętnie, ich piękno wydawało się przygasłe. Stanąłem wreszcie na końcu drogi, gdzie ustawiono dwie najwyższe figury; ta przedstawiająca kobietę nieco na uboczu, przed nią postać męska, bardziej imponująca niż wszystkie inne, być może poza pierwszą. Niemalże boska się zdawała, lecz przy tym o okrutnej twarzy.
Potem spojrzałem przed siebie – przede mną wznosiła się świątynia, ogromna ponad ludzkie pojęcia, większa niż wszystko, co zbudowano w Gondorze za czasów jego świetności. Jej kopuła była czarna, a od budynku bił odór. Nareszcie usłyszałem dźwięk – przytłumiony lament kobiet – i po tym poznałem, że stałem przed najwspanialszym dziełem Númenorejczyków, a zarazem przed ich największą hańbą – Świątynią Morgotha w Armenelos. Niewiasty opłakiwały swoich ojców, synów i braci, których krew przelano w ofierze dla Morgotha. Smród zalegał nad Krainą Daru, a ja przekląłem w myślach imię i oszustwa Saurona, które doprowadziły moich przodków do takiego zła.
Niebo pociemniało nad moją głową i zimny wiatr zerwał się z zachodu. Spojrzawszy ku górze, zobaczyłem wielką chmurę, która – jak mi się zdawało – kształtem przypominała orła. Wtedy lunął deszcz tak gęsty, jakby ktoś woalem przesłonił mi oczy. Rozległ się huk grzmotów, błyskawice przecinały niebo. Jedna z nich uderzyła w kopułę świątyni, która zapłonęła, lecz się nie zapadła. Uciekłem stamtąd, ślizgając się po mokrej ziemi, w desperackiej próbie dotarcia do wzgórza, które spostrzegłem na zachodzie. Biegiem wspinałem się po stoku, mimo wody spływającej w dół, i poczułem, że ziemia się zatrzęsła, jakby pękała pode mną. Na chwilę odwróciłem się, by spojrzeć przez ramię, i ujrzałem potężną, niepowstrzymaną falę, zieloną jak morze, wznoszącą się ku mnie – gniew Valarów spowodowany zdradą Númenoru. Wszystko zostało utracone, pochłonięte przez nadciągającą powódź, mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczęta, cała mądrość i świetność Númenoru, jak i jego hańba.
Biegłem, przerażony, wiedząc, że na szczycie wzgórza znajduje się uświęcone miejsce. Poryw wiatru powalił mnie na kolana i tak przeszkodził mi w dotarciu na szczyt, a ja zacząłem błagać niebiosa o litość. Wtedy za moimi plecami rozległ się krzyk; popatrzyłem więc w dół zbocza, by ujrzeć niewiastę, której twarz była mi znajoma – została ona odwzorowana na figurze królowej stojącej w pewnej odległości od białej drogi. Wyciągnąłem rękę, by jej pomóc, lecz zielona fala już ją pochłaniała, tak że kobieta została zmyta ze zbocza i zniknęła z moich oczu. Wtedy woda otoczyła moją pierś i ramiona i wypełniła moje usta, i zaczęły mną targać jej prądy. Obudziłem się z krzykiem; ktoś mną potrząsał.
- Kapitanie? – To był Haldar, zastępca mego brata. Rzucił mi dziwne spojrzenie. – Krzyczeliście przez sen.
Usiadłem i przetarłem spoconą twarz dłonią. Poczułem wstyd, gdyż – mimo że ludzie w Ithilien zdążyli się już przyzwyczaić do moich koszmarów – tu znajdowałem się między żołnierzami, którzy nie znali mnie aż tak dobrze, i nie mogłem sobie pozwolić na utratę ich zaufania oraz szacunku w tak niebezpiecznym czasie.
- Zły sen – wymamrotałem. Było to niedopowiedzenie, lecz nie miałem ochoty wyjaśniać surowemu żołnierzowi, że przed chwilą byłem świadkiem upadku Númenoru. – Nic poza tym. – Wyjrzałem przez odsłonięte wejście do namiotu w ciemność. – Która godzina?
- Jeszcze przed północą.
Nie przespałem zatem nawet godziny. Nie miałem jednak ochoty kłaść się z powrotem, gdyż wciąż odczuwałem strach przed tą wizją.
- Pójdę się przewietrzyć – powiedziałem, zbierając się z łóżka. Narzuciłem na siebie ubranie, przypasałem miecz i okryłem się płaszczem.
Nad brzegiem rzeki odzyskałem nieco spokój, obserwując jej powolny nurt ku morzu i blady sierp księżyca, rozlewający po wodzie srebrny blask. Myślami zwróciłem się ku mojemu bratu i zatęskniłem za widokiem jego twarzy, zapragnąłem sycić się jego siłą i brakiem strachu, który podnosił na duchu wszystkich dookoła. Przypomniałem sobie działania defensywne, jakie zaczęliśmy na zachodnim brzegu, zburzenie mostu, odparcie pokusy odwrotu, mimo że zaczęła nas ogarniać groza, jakiej jeszcze nigdy nie odczuliśmy. Wiedziałem, że nie przetrwalibyśmy, nie mając siebie nawzajem, gdyż tylko świadomość, że był przy mnie, sprawiała, iż mogłem wziąć się w garść i nie uciekałem w przerażeniu – i to samo powiedział mi, kiedy było już po wszystkim. I gdy most zapadał się przed nam, popatrzyłem na niego i posłałem mu uśmiech, a on odpowiedział mi tym samym, i trzymaliśmy się za ręce, skacząc do wody.
Uśmiechnąłem się na te wspomnienia i znów zamarzyłem, by ujrzeć jego twarz. Valarowie wysłuchali mej prośby, gdyż w tej właśnie chwili usłyszałem szelest w trzcinach, a po chwili pojawiła się łódź sunąca ku mnie po wodzie. Lśniła bladym światłem i jakby nim przyzywany, zacząłem brodzić w jej kierunku i ujrzałem mojego ukochanego brata, martwego.
Kiedy się otrząsnąłem, co zajęło mi nieco czasu, powróciłem pospiesznie do obozu i obudziłem Haldara. Popatrzył na mnie, przecierając zaspane oczy.
- Muszę wrócić do Minas Tirith – powiedziałem.
- Rankiem, panie? – odrzekł z roztargnieniem.
- Nie rankiem, teraz. Muszę natychmiast porozmawiać z władcą Miasta.
Popatrzył na mnie, jakby znów niepewny, po czym wzruszył ramionami.
- Wy tu rozkazujecie, kapitanie.
Wstał i odprowadził mnie do koni, odbierając pospieszne polecenia, kiedy dosiadałem wierzchowca.
- Zatrzymam się tu po drodze do Ithilien – poinformowałem go, gdyż wiedziałem, że załoga Osgiliath powinna usłyszeć wiadomość o śmierci swojego dowódcy z pierwszej ręki, po czym w pośpiechu odjechałem na zachód.
Wiele już razy podróżowałem znad rzeki do miasta, lecz nigdy jeszcze w takim tempie ani też ze łzami oczach. We wczesnych godzinach porannych przekroczyłem bramę i wspinałem się na kolejne poziomy. Zostawiwszy konia w stajniach, ruszyłem biegiem i tak, dysząc ciężko, z dzikim (jak mi się zdawało) wyrazem oczu, wpadłem do Wielkiej Sali Białej Wieży. Ze zdumieniem ujrzałem ojca, mimo późnej godziny wciąż siedzącego na krześle u podnóża stopni, otoczonego służącymi. Odsunęli się, kiedy podniósł wzrok, a ja ujrzałem na jego kolanach kawałki rozłupanego rogu, które przepłynęły w wizji obok mnie, i wiedziałem, że poznał już wieści, z którymi doń przybyłem.
Rozdzia?? 3 autor: Alqualaure
W następnych tygodniach pogrążyłem się w ciemności; grozie i wycieńczeniu połączonymi z niekończącymi się rzeziami i powolnym, lecz nieustającym przypływem rozpaczy. Nic jednak w moim dotychczasowym życiu nie mogło się równać z ponurym spotkaniem z mym ojcem, które wtedy nastąpiło. Odprawił służących machnięciem ręki i spojrzał na mnie chłodno.
- Cóż takiego odciągnęło cię od twych obowiązków w Osgiliath, panie Faramirze? Czyżby ta stanica upadła?
- Nic tak ważnego dla obrony Minas Tirith, mój panie – odrzekłem, wciąż próbując złapać oddech po mojej szaleńczej jeździe. – Tym nie mniej złe są to wieści. – Popatrzyłem na szczątki na jego kolanach.
Podniósł je.
- Przynosisz może wieści o tym?
- Tak, ojcze.
- Jakże to?
Powiedziałem mu zatem o tym, co ujrzałem niespełna dwie godziny wcześniej, o mym bracie i o dziwnej łodzi, w której go złożono. Kiedy mówiłem, ojciec wstał i zaczął spacerować przed piedestałem. Potem odłożył kawałki rogu na swoje siedzisko i mówił mi o tym, jak je odnaleziono i przywieziono do miasta zaledwie pół godziny przed moim przybyciem.
- Nieszczęście to wielkie – powiedziałem. – Mój drogi brat… Nie wiemy nic o tym, jak odszedł, lecz wygląda na to, że poległ w walce, jak zawsze tego pragnął, a jego twarz była spokojna i piękna jak za życia. Możemy być nawet wdzięczni moim wizjom, że obudziły mnie, gdyż w przeciwnym razie nie byłbym zszedł na brzeg rzeki i byłbym go nie ujrzał, a nam pozostałby tylko strzaskany róg oraz wielki lęk i niepewność.
Ojciec zatrzymał się przede mną.
- Wizje, powiadasz? – Zmrużył oczy, a ja przekląłem swoją nieuwagę.
- Tak, panie – powiedziałem ostrożnie. – Śniłem…
- Twoje wizje! – zawołał, przerywając mi. – Tak, znam je dobrze i przeklinam cię za nie. Czyż to nie twój sen odebrał mi ukochanego syna, zabił go? Bądź przeklęty, ty i twoje wizje! – Łzy lśniły w jego oczach i z trudem mógł je powstrzymać.
Jeszcze nigdy nie byłem na niego aż tak wściekły; zawsze kiedy doszukiwał się winy, udawało mi się powstrzymać gwałtowne słowa i słuchałem jego opinii bez żadnej skargi, gdyż był moim panem, a ja podlegałem jego rozkazom. Ten jednak żal był zbyt gorzki, a ja utraciłem brata nie mniej, niż on utracił syna. Po prawdzie, jego słowa zraniły mnie głęboko, gdyż jadąc do miasta, płakałem na myśl, że wizje wpierw nawiedziły mnie i to ja powinienem był wyruszyć w podróż, a mój brat może by dzięki temu żył.
- Jesteś niesprawiedliwy, panie! – odparłem głosem stłumionym moimi własnymi łzami.
Popatrzył na mnie w zdumieniu.
- Niesprawiedliwy! – zakrzyknął.
- W rzeczywistości! Wizja ta nie nawiedziła tylko mnie, a ja podjąłbym się wyprawy, gdyby Pan Namiestnik mi przyzwolił. Nie tylko ja w tym domu mam dar jasnowidzenia, mój panie, lecz jakkolwiek dalekowzroczny byś nie był, nie widzisz wszystkiego!
Przeszył mnie ostrym spojrzeniem, ciemnymi oczyma studiując moją twarz. Znalazł wtedy to, czego szukał, a jego źrenice rozszerzyły się, kiedy pojął, że znam źródło jego wielkiej wiedzy i niebezpieczeństwo z tym związane, a przy tym dobrze odgadłem, jak bardzo na tym polegał w swoich osądach – we wszystkich sprawach, nie tylko w zdecydowaniu, który syn ma podążyć za głosem z wizji.
Podniósł lewą rękę i uderzył mnie jej wierzchem w twarz, zadziwiająco silnie jak na swój wiek. Poczułem, że pierścień, który nosił na małym palcu tej dłoni, rozciął mi skórę tuż poniżej oka, i zatoczyłem się do tyłu.
Przyłożyłem prawą rękę do twarzy i zauważyłem, że rozcięcie krwawiło. Osłoniłem twarz dłonią, oddychając urywanie, by nie zacząć łkać i w ten sposób się poniżyć.
Odezwał się już ciszej:
- Opuść rękę.
Nie byłem w stanie się poruszyć.
- Rób, co mówię, Faramirze. Opuść rękę.
Zatem usłuchałem.
- Spójrz na mnie.
Podniosłem głowę. Wyciągnął rękę, a ja, mimo że instynkt nakazywał mi się cofnąć, powstrzymałem się od tego. Chwycił mnie za brodę i obrócił moją twarz, nie okrutnie, lecz też bez delikatności, by przyjrzeć się swemu dziełu.
- Nie jest głębokie – powiedział. – Szybko się zagoi. – I ku mojej ogromnej uldze puścił mnie i się odwrócił. – Odejdź – polecił, potrząsając głową – gdyż moja żałoba jest wielka – tak właśnie mnie przeprosił.
Pochyliłem głowę.
- Ojcze – wyszeptałem wbrew rozsądkowi, gdyż gorąco pragnąłem go pocieszyć i dzielić z nim żałobę.
Odwrócił się do mnie tyłem i uniósł rękę, by mnie uciszyć.
- Idź odpocząć. Opatrz to skaleczenie i się połóż. Porozmawiamy ponownie jutro. Teraz pragnę zostać sam, by opłakiwać mego syna.
Skłoniłem się i odwróciłem, by spełnić polecenie. Udałem się do mojej komnaty pozostawiając go samego, jak tego pragnął. Posłałem po gorącą wodę i spojrzałem w lustro. Jak powiedział, rozcięcie nie było głębokie i bez trudu bym je oczyścił, gdyby nie ciche łzy spływające mi po policzkach. Wreszcie zatamowałem krwawienie, umyłem się i jeszcze raz spojrzałem na swoje odbicie. Byłem zmęczony, lecz sen nie mógł mi przynieść ukojenia. Kilka siniaków zniknęłoby po paru dniach, a skaleczenie, jak powiedział mój ojciec, też szybko by się zagoiło, nie pozostawiając żadnej blizny. Znacznie gorsze rany odnosiłem w walce, lecz nigdy nie były one aż tak bolesne.
Jako chłopiec, często odczuwałem ciężką rękę ojca, lecz kiedy podrosłem i nabrałem sił, nie był już tak skory, by mnie uderzać. Zbędna to była ostrożność z jego strony. Nie podniósłbym ręki na władcę Gondoru, nawet w obronie. Po raz ostatni uderzył mnie, gdy byłem młodzieńcem w wieku lat szesnastu i mogłem z łatwością go odepchnąć. Nie pomnę, co wtedy wywołało jego wściekłość; w rzeczywistości już dawno zaprzestałem prób spamiętania, czym mógłbym go zagniewać, gdyż było to nieprzewidywalne. Jedynym wspólnym czynnikiem, jakiego się doszukałem, był fakt, że żyję, a to czasami wystarczyło, bo rozwścieczyć go niewyobrażalnie.
Raz chwycił mnie za ramiona i cisnął o ścianę z taką siłą, że z powodu uderzania w głowę na chwilę wszystko pochłonęła ciemność. Jedyne, co słyszałem, to krzyk ojca i prośby mego brata. To pokazywało, jak straszliwa była ta sytuacja, gdy Boromir, który z powodu swojej pozycji pozostawał bezstronny w naszych kłótniach, był teraz zmuszony, by interweniować, odciągając naszego ojca, dopóki ten mnie nie puścił, i wlokąc mnie, oszołomionego, do mojej komnaty, by mnie opatrzyć. Od tamtej pory ojciec zachowywał dystans i podejrzewałem, że między nim a Boromirem padły ostre słowa w tej sprawie, mimo że mój brat o tym nie wspomniał ani ja o to nie pytałem. Przykro mi jednak było, że stałem się powodem spięcia między ojcem i synem, których serdeczna miłość do tej pory pozostawała bez skazy. Tym bardziej się teraz smuciłem, gdyż mój ojciec stracił nie tylko żonę, ale i dziedzica, którego ukochał ponad wszystko inne.
Kiedy tak stałem, patrząc na odbicie swojej zranionej twarzy, starszy o dwadzieścia lat, przypomniałem sobie, czego jeszcze nauczyło mnie tamto zdarzenie – skoro nie mogłem być tym, kogo mój ojciec pragnął (a nie wiedziałem nawet, jakim mógłby się stać), mogłem przynajmniej być szczery z sobą samym i w sercu zachować swój niesplamiony honor i miłość do niego, zarówno jako ojca, jak i władcy ostatniego z królestw númenorejskich. I jak w dzieciństwie odnajdowałem spokój, tak teraz go odnalazłem, by uszanować ojca, pozostać prawym i uczynić to hołdem dla niego, czy tego chciał, czy też nie, gdyż było to wszystko, co mógłbym mu ofiarować i w ten sposób okazać swoją miłość. Oto poczułem w głębi serca, że w tej czarnej godzinie rozpacz i smutek mogą zachwiać rozsądek mojego ojca, a ja bym go przed tym chronił, gdybym tylko zdołał, nawet gdybym ściągnął przez to na siebie gniew większy od tego, jakiego doświadczyłem. Ogarnięty tym kruchym spokojem, zasnąłem.
Rozdzia?? 4 autor: Alqualaure
- Czy to bolało? – zapytałem.
Mój brat przestał ciskać kamienie do morza i przyjrzał mi się.
- Co miało boleć?
- Umieranie, oczywiście – odparłem ostro. – O co innego mógłbym cię zapytać?
Czasem mój brat udawał niezbyt bystrego, by uniknąć odpowiedzi. Zamyślił się przez chwilę.
- Nie, nie bolało – powiedział i uśmiechnął się do mnie szeroko. – Ale strzały tak.
Potem się zaśmiał, a ja dołączyłem do niego, potrząsając głową.
Przez jakiś czas siedzieliśmy pogrążenie w przyjemnej ciszy, ciesząc się letnim słońcem i obserwując fale muskające wybrzeże zatoki osłaniającej Dol Amroth. Piasek był ciepły i suchy w dotyku, a ponad nami krążyły mewy, choć nie słyszałem ich głosów. Powietrze smakowało solą. Był to dom brata naszej matki, gdzie często przyjeżdżaliśmy jako dzieci, by odwiedzić krewnych, i byliśmy tu szczęśliwi. Wojna nie pozwalała nam tu odpoczywać, kiedy już dorośliśmy. Nie sądziłem, że będę z nim tak siedział, zanim Nieprzyjaciel nie zostanie pokonany.
Morze było tak gładkie, a widok tak uspokajający, że mógłbym tak trwać przez wieki. Jednak mój brat wstał z krótkim westchnięciem i otrzepał się z piasku. Mój wzrok spoczął na dziwnym pasie z połączonych złotych liści i już otwierałem usta, by go o to zapytać, lecz mnie uprzedził.
- Czas już iść, bracie – powiedział, wyciągając do mnie rękę. chwyciłem ją, a on bez trudu podciągnął mnie swoim silnym ramieniem. Potem pogładził lekko mój policzek, a ja poczułem pieczenie w skaleczeniu, mimo łagodności jego dotyku. Przez chwilę wyglądał na zasmuconego, lecz położył mi ręce na ramionach i uśmiechnął się do mnie; mój brat, jakiego go zapamiętałem, silny i przystojny prawy i mężny; mój najdroższy, ukochany przyjaciel. Również się uśmiechnąłem, a on popatrzył mi w oczy.
- Żegnaj, Faramirze – powiedział z tkliwością. Wtedy się obudziłem, zimnego dnia pod koniec lutego, w mieście pogrążonym w żałobie.
Jeden ze służących ojca pochylał się nade mną.
- Panie Faramirze – powiedział. – Pan Namiestnik żąda, byś dołączył do niego i Rady w przeciągu godziny.
Wyglądało na to, że przespałem południe. Nie mogłem zaprzeczyć, że czułem się lepiej dzięki temu i wciąż odczuwalnemu spokojowi, jakim napełnił mnie sen. Pospiesznie wstałem, umyłem się i ubrałem, po czym udałem się do Wieży, gdzie zbierała się Rada. Jej członkowie zdążyli już się przyzwyczaić do widoku synów Denethora rannych w walce, poza tym wszyscy już wiedzieli o moim przybyciu do miasta. Podszedłem do ojca i ucałowałem jego pierścień, jak tego po mnie oczekiwano.
On również mnie pozdrowił i jeśli jego bystre spojrzenie spoczęło na mojej twarzy, to tylko przez moment.
- Dzień dobry, Panie Faramirze. Ufam, że odpocząłeś po swojej podróży?
- Dziękuję, panie – powiedziałem miękko. – Tak, odpocząłem.
- Zatem usiądź z nami, gdyż mamy wiele do omówienia z powodu utraty drogiego nam dowódcy.
Tak też dyskutowaliśmy aż do późna, niewiele jednak zmieniła się nasza sytuacja, poza tym, że teraz bardziej odczuwaliśmy utratę. Dopiero na krótko przed północą mogłem odjechać ku Osgiliath. Kiedy czekałem, aż mi przygotują konia, zauważyłem, że zaczyna padać rzadka, lecz jednostajna mżawka, przez którą przemókłbym doszczętnie, zanim dotarłbym do rzeki. Skrzywiłem się i cieszyłem się, póki mogłem, ciepłą stajnią.
- Wspaniała noc na podróż, mój panie – powiedział stajenny z krzywym uśmiechem.
- Jeśli chcesz, możesz mnie zastąpić, Galdorze – odparłem łagodnie.
Zachichotał cicho, po czym wyraz jego twarzy uległ zmianie i nagle skupił się na swojej pracy. Odwróciłem się, by zobaczyć tego przyczynę, i ze zdumieniem ujrzałem ojca stojącego w wejściu. Nie mogłem przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni wyszedł, by popatrzyć, jak wyruszam, jeśli w ogóle kiedykolwiek tak się stało. Jego włosy były wilgotne i gdyby jego twarz wyrażała jakiekolwiek emocje, uznałbym, że był równie zaskoczony, co ja, tym, że znalazł się w takim miejscu. Stojąc z nim twarzą w twarz, czując się nieco niezręcznie, nagle zdałem sobie sprawę, że nie mamy wprawy w okazywaniu sobie uczuć. Uśmiechnąłem się z powodu absurdalności tej sytuacji, a on zmarszczył czoło – był to znak, że go rozbroiłem.
- Złą pogodę wybrałeś na przechadzkę, panie – powiedziałem.
- No, cóż – odparł i wzrokiem wskazał na Galdora, który starał się nie narzucać się swoją obecnością. Rozumiałem niezręczność, jaką obaj odczuwali, i szukałem sposobu, by temu zaradzić.
- Wyprowadzę ją, dziękuję – wymamrotałem do stajennego, który podał mi wodze i z wdzięcznością zniknął w głębi stajni.
Ojciec podążył za mną na zewnątrz, w deszcz. Poklepałem Aryn, która drobiła i prychała, jakby niecierpliwiąc się, by wyruszyć, skoro już musieliśmy podróżować w taką pogodę.
- Powinieneś wrócić do środka, panie. Wydaje mi się, że jest coraz gorzej.
Popatrzył na ciemne niebo i kiedy już miałem dosiąść wierzchowca, położył mi rękę na ramieniu. Zatrzymałem się i odwróciłem, by spojrzeć mu w twarz. Przez krótką chwilę pomyślałem, że mnie obejmie, lecz on tylko przesunął po mojej twarzy spojrzeniem takimi samymi ciemnymi oczyma jak te, które spoglądały na mnie z lustra.
Potem się odezwał:
- Teraz ty jesteś moim dziedzicem – powiedział po prostu i wtedy poczułem ciężar tej odpowiedzialności, którą mnie obarczył, ale też najczystszą radość, jaką wywołała ta uwaga. Skinąłem głową i wskoczyłem na grzbiet Aryn.
- Jedź bezpiecznie –powiedział. – I, Faramirze?
Spojrzałem na niego.
- Tak, ojcze?
- Uczyń mnie dumnym.
Jeszcze raz popatrzyliśmy na siebie, szarość w szarość, po czym skłoniłem mu się na pożegnanie i ruszyłem w dół z szóstego poziomu miasta.
Kiedy wyjeżdżałem na Pelennor, deszcz zamienił się w prawdziwą ulewę, a wiatr chlustał mi wodą w twarz. Odgarnąłem włosy z twarzy i ukłułem Aryn ostrogami. Przede mną leżało Osgiliath i smutek mężczyzn, kiedy usłyszą wieści o swoim dowódcy, a dalej Ithilien i tylko Valarowie wiedzieli, co tam zastanę. Przez jakiś czasem byłem pogrążony w myślach, by potem, wiedziony impulsem, obejrzeć się na Minas Tirith okryte ciemnością, choć na szczycie wieży jaśniało blade światło.
I kiedy deszcz stawał się coraz cięższy, rozmyślałem o Númenorze i o tym, jak coraz częściej i wyraźniej śniłem o jego dumie i pogrążaniu się, aż wreszcie upadku. Potem pomyślałem o ojcu, o jego stanowczej woli skłaniającej się na wszystkie strony i pragnieniu, by w rządach kierować się dobrem Gondoru – i lękałem się o Gondor, o mnie samego, a najbardziej o tego dumnego człowieka, który nie tolerował żadnego zawodu, jakkolwiek by nie został usprawiedliwiony, i który poświęciłby wszystko w obronie kraju.
Nadchodzi dzień przeznaczenia…
Gondor tonął za mną w ciemności, a przede mną był tylko cień Mordoru. W deszczu jechałem dalej na wschód.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=321