Pogrzeb umar??ych - t??umaczenie autor: Alqualaure
Streszczenie: Upadek Rodu Namiestnik??w. Autor: Altariel
Kategorie: Czas Wojny o Pier??cie??
Postacie: Denethor syn Ectheliona
Gatunek: Refleksja
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 1485 Przeczytano: 2002 razy Opublikowano: 2010-01-09 Aktualizacja: 2010-01-09

1. Rozdzia?? 1 autor: Alqualaure

Rozdzia?? 1 autor: Alqualaure
Notatka autora:
Tekst autorstwa Altariel, orygina??: "The Burial of the Dead". Bardzo dzi?kuj? Autorce za zgod? na t??umaczenie.
Wyniucha??a, nam??wi??a na t??umaczenie i zbetowa??a Tici.
Cytaty wzi?te z "Powrotu Kr??la" w t??umaczeniu Marii Skibniewskiej, tytu?? zaczerpni?ty z "Ziemi Ja??owej" T.S. Eliota, a wiersz na pocz?tku to "Insensibility" Wilfreda Owena.
But cursed are dullards whom no cannon stuns,
That they should be as stones.
Wretched are they, and mean
With paucity that never was simplicity.
By choice they made themselves immune
To pity and whatever moans in man
Before the last sea and the hapless stars;
Whatever mourns when many leave these shores;
Whatever shares
The eternal reciprocity of tears.

~*~



Żałujesz, ojcze, że nie spotkał mnie los Boromira?

Tak, pragnę tego. Zmieniłbym to natychmiast, gdybym miał wybór, gdybym tylko mógł. Żadnego współzawodnictwa między wami, między tym, który przyniósł nadzieję dla tej krainy, i tobą, który nawet teraz pozwalasz, by mówił za ciebie czarodziej. Doprawdy intratny byłby to interes.
Nie było trudno go ukochać i tak właśnie się rozstaliśmy, z wyrazami miłości i życzeniami, by bezpiecznie powrócił do mnie, do swojego kraju, który go potrzebował. Jednak lato było gorące, groziła nam susza, zima okrywała tę krainę płaszczem ciszy, a na Wschodzie rósł Cień i pochłaniał nasze ziemie. Słyszałem głos rogu, lecz zdradliwe powietrze sprawiło, żeś ty pierwszy to usłyszał, a rzeka zaniosła go do ciebie, odmawiając mi ujrzenia go po raz ostatni. A ja domagałbym się ujrzenia tego, którego natura była dla mnie dziwem; tego, który był moją nadzieją. Odsprzedałbym wszystko, byleby wypełnić te ziemie na powrót nadzieją.

Jeżeli wrócę, może wtedy zechcesz mnie sądzić łaskawiej.

Mówię coś w odpowiedzi, lecz nie mogę sobie przypomnieć, co, a otaczające mnie osoby milkną; szept przerwany ostrym syknięciem, ręka na czyimś ramieniu jako ostrzeżenie. Widzę, że Dol Amroth chciałby przemówić, jednakże rezygnuje z tego zamiaru, kłania się i odchodzi. Smużka dymu, kiedy płomień świecy migocze, słabnie i gaśnie.
Lekcja posłuszeństwa, obowiązku, dawana raz po raz, przez lata – taka, na którą nie powinno być zapotrzebowania w tej późnej godzinie. Jaki użytek dla mnie będzie z takiego narzędzia? Już dawno powinno być zaostrzone, zdatne. Jaki użytek, co gorsza, jakie zagrożenie?
Gdyż wcześniej już ujrzałem, jakie było zagrożenie dla niego i od niego płynące. Uważałem na nie, oceniałem jego temperament na długo przed nim samym. Ta kraina nie może być narażona na zachcianki tych, którzy poniechają rozumu, udadzą się w pogoń za snami, zaryzykują oczarowanie – a moim obowiązkiem jest eliminowanie takich zagrożeń.

Twój syn powrócił, panie; dokonał czynów godnych bohatera.

Miasta płoną szybko, lecz ciało spala się powoli – oto lekcja, jakiej się dziś nauczyłem. Wypadałoby mi bez wątpienia traktować to nowe doświadczenie jak błogosławieństwo, skoro daje mi czas na przemyślenie, przypomnienie sobie moich czynów, nim nadejdzie koniec. Zatem siedzę i czekam, i przeszukuję swoje wspomnienia, by znaleźć jakieś fundamenty, jakieś wspólne podstawy. A skoro nie przypominam sobie moich ostatnich słów skierowanych do niego, muszę spojrzeć w przeszłość.
Trzydzieści lat temu, dwóch chłopców w ogrodzie. Zbliżam się, by podziwiać płynny taniec z mieczem starszego, po czym zerkam na młodszego obok mnie. Zamknął książkę i leży, wpatrując się w ziemię, jakby zawierała w sobie sekret, który mógłby jej wydrzeć dzięki odpowiedniej koncentracji.
- Co to za książka, którą czytasz? – pytam raczej łagodnie, jak mi się zdaje.
Patrzy na mnie w milczeniu wielkimi oczyma.
- Odpowiedz! – mówię z narastającym rozdrażnieniem. Nie zamierzałem stać się jedynym opiekunem tych dwóch chłopców.
Szepcze coś zbyt cicho, bym to uchwycił, i przekazuje mi książkę. Marszczę czoło, widząc tytuł, otwieram ją i widzę imię zapisane delikatnym pismem.
- Skądżeś to wziął?
Jego głos się łamie; chłopiec próbuje uniknąć odpowiedzi. Cóż takiego przede mną ukrywa? Powoli daję upust złości.
- Przyniosłem ją dla niego, ojcze – odzywa się prędko drugi, zbliżając się do nas.
Patrzę to na młodszego, pobladłego i roztrzęsionego, znów usilnie wpatrującego się w ziemię, to na drugiego, patrzącego na mnie, wyprostowanego i z uniesioną głową. Kłamstwa, jak się obawiam, mogą płynąć wartko z jego ust w sprawie drugiego. Drżenie irytacji spowodowanej tym wpływem, który może jeszcze rozpalić lojalność w moim dziedzicu. Muszę na to uważać.

To tylko chłopcy.

To nie jest, jak sądzę, niemożliwością, by mówił prawdę.
- Bardzo dobrze – mówię po chwili. – Jednakże w przyszłości nie będziecie próbowali uzyskać dostęp do przedmiotów, które z ważkich powodów nie zostały wam udostępnione. Żaden z was.
Kiedy się odwracam, by odejść, coś się we mnie łamie. Odkładam jej książkę na ziemię. Blady palec z drżeniem dotyka okładki.
Jego dłoń drga i opada na mój rękaw. Jego ciało, jak widzę, jest teraz popielate. Kiedy synowie stali się zaledwie pionkami?

Nie chcę długiego snu zabalsamowanej śmierci.

Razem staniemy u kresu, ty i ja. Przyodziejemy się i pójdziemy jakoby na nasz pogrzeb, na którym jednak nie będzie szczątków do pochowania. Pięknie się wysławiasz, masz oko do piękna i dlatego sądzę, że spodobałoby ci się takie zakończenie – jeden syn stracony dla wody, drugi oddany ogniowi.
A ty, który tak dobrze rozumiesz naturę wizji, gdybyś wiedział, com ujrzał, podziękowałbyś mi za to. Bowiem rzeczywiście widziałem, co zgotował nam los, chyba że sami zadbamy o swój koniec, i to prędko! Twoja ufność w mądrość szaleństwa okazała się błędna, a Wróg pozostał. Gdybyś tylko ujrzał to, co ja ujrzałem, tę jasną wizję, którą mi ukazano, hordy nadciągające ze wschodu, czarne statki żeglujące w górę rzeki, w dół której odpłynęła nasza nadzieja… Te ognie i ta noc są zaledwie początkiem i jeśli teraz popełnimy błąd, tutaj, u kresu, spłoniemy płomieniem tym straszliwszym, przeżyjemy tylko po to, by ponieść śmierć w ciemności głębszej niż ta, która przepełnia ludzkie dusze. A ja nie oddam niczego temu ogniowi – ani siebie, ani Zachodu, ani ciebie. Gdzież jest honor w doprowadzeniu samego siebie do upadku? Czyż nie lepiej sprowadzić koniec wedle własnej woli?

Dom jego już się wali.

Trzydzieści lat przeminęło, a jej duch wciąż trwa, wdychany z każdym oddechem, uważny i pełen wyrzutu. Martwe powietrze jest ciężkie od jej niezadowolenia; jej głos, miękki i widmowy, szeptem oskarża. Cóżeś uczynił ze wszystkim tym, co zostawiłam pod twoją opieką? Dlaczego to zaniedbałeś? Słyszysz jej szept? Synowie złożeni w ofierze, oddani stali.
Więcej mówi jako martwa niż kiedykolwiek mówiła za życia. Ojciec nazwał ją „świeżym powiewem”, kiedy przybyła ze mną do miasta znad morza. „Jak woń róż.” Jednakże ja byłem nieprzygotowany na trudności spowodowane pasją, nie zwracałem na nie uwagi, a tu, w mieście, ona słabła – lub też dusiła się.
- Jedz – powtarzałem jej. – Nie możesz żyć samym powietrzem.
Wmuszała więc w siebie nieco chleba, jak gdyby pieczywo czy ziarno, z którego je robiono, było zatrute, czy może nawet ta kraina. A kiedy wreszcie odeszła, jej szczątki zapieczętowaliśmy w kamieniu, choć ja wciąż dość często mogłem uchwycić jej cień, jak drobinkę kurzu unoszącą się w promieniu światła, niknącą za machnięciem ręki.
Zmierzchy i jutrzenki w sztucznym blasku poranka. Kula opiera się ciepłu, jest lodowato zimna w dłoniach suchych jak kurz i wciąż schnących. Jak gdyby widmowe podmuchy przeganiają mgłę z jej wnętrza i oto widzę obraz, który od dawna mnie nawiedzał. Trzydzieści lat minęło; chłopiec z mieczem i chłopiec z książką; szybki jak rzeka, bystry jak płomień, przepełniony nie moim duchem. Dym się unosi, wizja przemija. Wszyscy odeszli, wszyscy, do ciemności, a ja za nimi podążam. Bowiem wszystko przemija do ciemności – obowiązek, rozum, honor, miłość. Wszystko staje się niczym. Wszystko pochłania ogień.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=312