Dlaczego... autor: Kasiopea
Streszczenie: Aman, pewien odrodzony elf i cie?? przesz??o??ci, o kt??rej nie spos??b zapomnie?.
Kategorie: Aman
Postacie: Brak
Gatunek: Inne
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 3 Zakończone: Nie Słów: 17856 Przeczytano: 13156 razy Opublikowano: 2005-12-20 Aktualizacja: 2008-05-23

1. Rozdzia?? 1 autor: Kasiopea

2. Rozdzia?? 2 autor: Kasiopea

3. Rozdzia?? 3 autor: Kasiopea

Rozdzia?? 1 autor: Kasiopea
Notatka autora:
Imiona postaci, wyst?puj?cych w tej opowie??ci, nie zosta??y wymienione w kategorii przy streszczeniu, by nie psu? czytelnikom niespodzianki.
Gwoli wyjaśnienia – historia ta jest zapisem wielce realistycznego snu, który nawiedził autorkę pewnej jesiennej nocy. Sen ów był tak wyrazisty i niezwykły, że aż zdecydowałam się go spisać, nieznacznie tylko dodając kolorytu. Sen urywał się w miejscu, w którym kończy się ten odcinek, niemniej jednak historia ta tak mnie zaciekawiła, że postanowiłam ją kontynuować. Następne odcinki w przygotowaniu.


Rozległ się trzask i wśród rozprysków iskier polano osunęło się w dogasające płomienie.
Zgarbiony nad stołem elf poniósł wzrok i niechętnie odłożył na bok dłuto. Wstał, poszturchał węgle pogrzebaczem i dołożył drew, a potem smętnie zerknął na niknące zapasy chrustu. Jeśli dalej będą się spalać w takim tempie, będzie musiał wyjść na zewnątrz, chciał nie chciał. Wcale mu się to nie uśmiechało. Od kilku dni lało jak z cebra, a dojmujący ziąb przeszywał na wskroś.
Nie lubił zimna. Odkąd nastały chłody spędzał całe dnie w swoich jaskiniach, nie wystawiając nosa na zewnątrz. Jego zapasy żywności też już się w związku z tym kończyły. Nic to, akurat bez jedzenia potrafił się obywać dość długo. Bez drew na opał natomiast - nie.
Przemierzył skalny korytarz, odsunął ciężką kotarę z pozszywanych skór jelenich i uchylił drzwi. Powitał go widok zamglonego, ponurego lasu, w którym świerki o pociemniałych od deszczu pniach zdawały się gniewnie na siebie nacierać. Pod ich konarami panował wieczny półmrok, a mchy połyskiwały wprost od wody. Elf skrzywił się. Nieprędko drewno wyschnie i będzie nadawać się na opał. Trzeba je będzie podsuszyć przy palenisku. Podniósł wzrok. Sądząc z pojaśniałego nieba i siąpiącej mżawki w miejsce ulewy, szło na poprawę pogody. Doskonale, niedługo będzie mógł wyjść, nie narażając się na przemoknięcie. Starannie zamknął drzwi, szparę pod nimi na powrót zapchał pledem i poprawił kotarę. Wylot jaskini zwężał się tu do niewielkiego prostokąta, wstawienie drzwi z pozbijanych razem pni drzewek było prostym zadaniem. Dzięki temu miał imitację domu i czuł się w miarę bezpieczny. No i nocne stwory nie wykradały mu już jedzenia.
Zmierzając korytarzem do swojej Komnaty Ognia, jak zwał największą z ciągu trzech połączonych jaskiń, zajrzał po drodze do bocznej odnogi. Mimo że zatkał szczelinę w sklepieniu mchem i drwami, woda wciąż ściekała mu do środka. Podstawiony w strategicznym miejscu cebrzyk zapełnił się już do połowy. Tym niemniej przerwy między skapującymi kroplami były coraz dłuższe. Pomału przestawało padać. Wrócił do swego warsztatu i stanął nad stołem, przeciągając się i rozmasowując kark. Krytycznie przyjrzał się niedokończonemu dziełu. Teraz, po chwili przerwy, końska szyja wydała mu się koszmarnie krzywa. Wypadałoby to poprawić, pogłębić wcięcie tu i tu. Nogą przysunął sobie stołek bliżej ognia i zasiadł z dłutem w ręku i figurką konia w drugiej. Gdyby mu ktoś kiedyś powiedział, że będzie rzeźbił zabawki dla dzieci –on! – wyśmiałby go z miejsca. Niestety tu nie miał narzędzi ni warunków, żeby założyć sobie kuźnię z prawdziwego zdarzenia, czy choćby nawet imitację kuźni. Dostał za to w prezencie od Elfów Leśnych dwa dłuta i z nudów zaczął ich używać. Kiedy okazało się, że jego nieudolne rzeźbki podobają się gościom, zabrał się do intensywnej pracy. Przynajmniej teraz mógł się jakoś odwdzięczyć za pomoc i jedzenie. Nikt, rzecz jasna, nie wymagał od niego wyrazów wdzięczności. Elfowie z odległej osady nad potokiem chętnie dzielili się z nim ubraniami i sprzętem z dobrego serca. To dzięki nim zdołał wyposażyć jakoś tę jaskinię. I dzięki nim miał co jeść. Duma jednakże nie pozwalała mu przyjmować tych darów bez rewanżu. Może i upadł nisko, ale żebrakiem nie był. W zamian za pomoc ofiarowywał im rzeźby i ozdabiał naczynia, tkaniny i łuki rozmaitymi ornamentami. Najbardziej podobały im się zawiłe roślinne, więc wyspecjalizował się w nich tak, że mógł je robić z zamkniętymi oczami. On sam najbardziej lubił motywy stylizowane, geometryczne o skomplikowanym jak pajęczyna wzorze, ale nie robił ich z obawy, że ktoś go po nich rozpozna. Nigdy nie wiadomo, gdzie jakiś przedmiot może zawędrować. Nie, lepiej się nie narażać na odkrycie. Tutejsi elfowie nie stanowili zagrożenia – nie opuszczali swoich dzikich lasów i nie przeszkadzał im samotny zdziwaczały elf, a już zwłaszcza taki, który prawie nie wychodził ze swojej jaskini. Ofiarowali mu pomoc i poza sporadycznymi wizytami w celu wymiany dóbr nie narzucali mu się i o nic nie pytali. Był to układ, który bardzo odpowiadał obu stronom.
Niewielki konik zyskał wreszcie szyję o wdzięcznym łuku i dołączył do innych figurek na stole, a elf sięgnął po kolejny kawałek drewna - miał kształt w sam raz dla śpiącego, zwiniętego w kłębek psa.
Początkowo zaczynał od prostych przycupniętych ptaszków i zajęcy. W miarę jak nabierał wprawy, zaczął rzeźbić konie, elfów, ludzi i krasnoludów, dodając coraz więcej szczegółów. Po pewnym wahaniu zaczął też robić figurki smoków, które, o dziwo, spotkały się z wielkim zainteresowaniem i wzięciem. Teraz rzeźbił już niemal wszystko ( z wyjątkiem orków), w tym różne własne fantazyjne stwory. Rozdał już z kilkaset figurek, o ile nie więcej. W osadzie, z tego co mu było wiadomo, mieszkało niespełna trzystu elfów i około czterdziestki dzieci. Czasami zastanawiał się co robią z tymi wszystkimi rzeźbami, skoro na każdego mieszkańca przypada już po kilkanaście figurek. Palą nimi w piecach? Rozdają krewnym i znajomym w innych osadach? W sumie było mu wszystko jedno, grunt, że wciąż byli nimi zainteresowani, a on miał dzięki temu zajęcie. Następna pokaźna kolekcja czekała już na gości na stole i półkach. Jeśli dobrze wyliczył, niebawem, może nawet już jutro, czekają go odwiedziny kogoś z osady. Podniósł głowę i rozejrzał się po komnacie. Przydało by się trochę tu ogarnąć i wymieść wióry. Planował zrobić jeszcze jednego psa, tym razem siedzącego, ale chyba lepiej będzie najpierw tu posprzątać i mieć to z głowy. Wstał więc, otrzepał ręce o spodnie i ruszył do wyjścia. Od pewnego czasu nie słyszał już miarowego plusku kropli wody w cebrzyku. Rzeczywiście, sufit już nie przeciekał. Elf ochlapał ręce w cebrzyku i wyniósł go na zewnątrz, żeby wylać wodę. Przez chwilę stał na progu. Nadal było wściekle zimno, ale deszcz ustał wreszcie i po raz pierwszy od wielu dni las ożył odgłosami ptaków. Sikorki, czy inne gołębie hałasowały tak, jakby chciały nadrobić długotrwałe milczenie. Coś dużego i ciemnego przeleciało nad lasem, kracząc ochryple. Głos brzmiał podobnie do gargulca uszatego, tyle, że gargulców raczej nie widywało się za dnia. Czyli było to coś nowego, coś, co wymagało nadania mu nazwy. Elf uśmiechnął się pod nosem. Przyroda jako taka nigdy go specjalnie nie interesowała, nawet kiedy mieszkał jeszcze w -… nieważne. Nigdy nie miał głowy do nazw, odgłosów, tropów. Oczywiście odróżniał jelenia od lisa, ale ogólnie zwierzynę dzielił na jadalną i niejadalną. Od dzieciństwa przyswoił też sobie prosty schemat rozpoznawania ptaków: te małe to były sikorki, te średniej wielkości – gołębie, a te duże – orły. Wprawdzie kiedyś w przypływie ambicji dodał jeszcze podział na drapieżne i nie drapieżne, oparty na kryterium zakrzywionego dzioba, ale zraził się do niego, kiedy pewnego dnia ujrzał rude sikorki z zakrzywionymi dziobami, żywiące się jodłowymi szyszkami. Tak było kiedyś. Teraz jednak pod wpływem dojmującej nudy zaczął się zabawiać nadawaniem nieznanym stworzeniom i roślinom wymyślonych nazw. Wśród gałęzi świergotały więc czubaczki zgniłopiórki, w jamie szurał ponurak cichomruk, a wieczorami odzywał się zgrzytacz bolesny.
Elf wzdrygnął się z zimna i ocknął z zamyślenia. Z ust biły mu kłęby pary. Nie, jeszcze za wcześnie na spacery. Wyjdzie po drewno za czas jakiś. Teraz – porządki. Wrócił więc do Komnaty Ognia i przesunął stół na jego zwyczajowe miejsce pod ścianą. Figurki przeniósł na wolną półkę, a resztki okorowanego drewna złożył oddzielnie pod ławą. Był bardzo dumny ze swej nowej techniki – łączenia różnych gatunków drewna. W przemyślny sposób, dzięki małym bolcom, składał nogi z tułowiami i głowy z szyjami. Konie miały ciemniejsze grzywy, smoki skrzydła, a elfowie zbroje w różnych odcieniach. Drewno damy kostropatej było najjaśniejsze, zaś wielolistnik smukły miał miły dla oka odcień ciemnego miodu. W połączeniu z kolorem drewna srebrnogładzi rzeźby nabierały życia. O, tu leżało jeszcze kawałki konarów drzewa, którego nie zdążył jeszcze nazwać. Miało gładki, szarawy pień i równe, jak drabina rozstawione gałęzie. Drabinia siwokora? Brzmi nieźle.
Ta jego mania nadawania wszystkiemu nowych nazw była nie tylko zabawą, ale i próbą stworzenia własnego, bezpiecznego świata, który w niczym nie przypominałby…
Elf gniewnie potrząsnął głową.
Od trzydziestu ośmiu lat, dwóch miesięcy i siedemnastu dni, czyli od czasu swego przebudzenia się w Lorien, ze wszystkich sił starał się nie myśleć o przeszłości.
W związku z tym – oczywiście – myślał o niej bez przerwy.
Powiadają, że odrodzony elf nie zna udręki wspomnień. Wszystkie złe zdarzenia mają się ponoć stać odległą, nieistotną i niewyraźną wizją. Jeśli tak, to jego odrodzenie było pomyłką.
Podobnie jak całe jego poprzednie życie.
Jedno wielkie nieporozumienie.
Od pierwszych chwil przebudzenia towarzyszyło mu wspomnienie własnej śmierci, bólu, zawodu, grozy – tak żywe, jakby wszystko to wydarzyło się ledwie chwilę temu. Twarz matki, skurczona w agonii, twarz ojca wykrzywiona w furii, krzyk chłopca, ogień i krew. Straszliwe oczy wbite w niego jak sztylety, niweczące, szydercze. Myślał o tym za dnia i śnił o tym w nocy.
Może na tym miała polegać jego kara. Ma pamiętać. Pamiętać wszystko i wszystkich.
Powiadają, że Iluvatar jest miłosierny.
Nie jest.
Gdyby bowiem miał litość wysłuchałby jego prośby i wymazał go na zawsze z historii Ardy. Wezwany wbrew własnej woli przed trony Valarów elf błagał o śmierć ostateczną z całą żarliwością na jaką było go stać, błagał o odebranie życia jego feä. Jednak zamiast zostać unicestwionym, co powitałby z ulgą i wdzięcznością, obudził się w swoim młodym ciele, w dziwnym lesie – ogrodzie?- zbyt kolorowym, zbyt jasnym, zbyt spokojnym.
Aman. Błogosławiona kraina wytchnienia.
Nie dla niego.
Przerażony, umknął z tego boleśnie pięknego ogrodu tak jak stał – na bosaka, w śnieżnobiałych szatach Odrodzonego. Raz tylko złowił wzrokiem blask białych wież miasta, piękniejszego niż wszystko, co do tej pory widział. Widok ten napełnił go grozą i spotęgował tylko chęć ucieczki. Unikał spotkań z innymi elfami, kryjąc się za dnia i przemykając nocami jak białe widmo. Uciekał tak przez wiele tygodni, znacząc swą drogę krwawymi śladami poranionych stóp. Pił wodę ze strumieni, jadł zebrane po drodze owoce. W końcu dotarł do tego mrocznego, swojskiego lasu i przez przypadek znalazł tę jaskinię. Podczas jednego obchodu okolicy spotkał Elfy Leśne. Ku jego zaskoczeniu byli bardzo przyjaźni. Dopiero potem uświadomił sobie, że to przecież nie Śródziemie. Tu nie ma Morgotha ani wrogich plemion. Nie ma powodu, by być ostrożnym.
Chyba.
Od sąsiadów dostał normalne ubrania i sprzęty. Zaopatrywali go też w jedzenie, pożywne słodkawe suchary, suszone owoce i mięsa. Dzięki temu nie musiał polować i był im szalenie wdzięczny, bo łowów nie cierpiał. A zwłaszcza obdzierania zwierzyny ze skóry, patroszenia i ćwiartowania mięsa. Zawsze robił to jego ojciec i słudzy. Nie! Nie może myśleć o ojcu. On nie ma ojca. Nie ma rodziny. Jest tylko ta jaskinia i jeszcze figurka do zrobienia. Tak na tym trzeba się skupić. Swoją drogą, ciekawe kto z nich wrócił już z sal Mandosa. Co do matki nie wątpił, ale ojciec…
Krzyknął wściekle, rozpaczliwie i cisnął trzymaną w dłoni miotełką w ścianę. To mu nie wystarczyło, więc z pasją kopnął jeszcze stołek. A potem syknął, boleśnie uraziwszy sobie palec stopy.
- Idiota, dureń, dureń. I głupiec po trzykroć – powiedział na głos, dziwnie chrypiącym i obcym głosem. Zaraz, kiedy to ostatnio się odzywał? Jakieś trzy tygodnie temu, kiedy zwymyślał cichomruka za odchody pozostawione na progu jaskini.
- Poćwicz trochę, żebyś mógł się z gośćmi przywitać, nieszczęsny – oznajmił, podnosząc miotełkę. – Może oswój sobie jakiegoś zwierzaka albo coś, bo inaczej w ogóle zapomnisz, jak się mówi.
Strofując się i rozmawiając ze sobą na głos, zamiótł podłogę, usypując wióry i odpryski drewna w jeden stosik obok paleniska. Tam go zostawił, bo na razie nie chciało mu się go wynosić. Poprawił pledy i futra na posłaniu, a potem zajrzał do środkowej jaskini, którą zwał Skarbcem. Zatrzymał się na progu i uśmiechnął lekko. Tu znajdowały się jego ulubione figurki, jego skarby, których nikt poza nim nie miał prawa widzieć. Poblask ognia wydobywał z mroku podobizny wojowników, kowali, łowców, strażników. Najpierw rzeźbił postaci anonimowe, potem, jakby chciał sobie dołożyć tortur, zaczął z pamięci rzeźbić konkretne sylwetki i twarze. Pierwszą wyrzeźbił matkę. Zrobił kilkadziesiąt różnych wersji, mniej lub bardziej udanych – matka zamyślona, tańcząca, gniewna, śpiąca, jadąca konno. Potem zabrał się za towarzyszy. W końcu nieśmiało wyrzeźbił podobiznę wuja. I dalszej rodziny, znanej mu z opowieści.
Wyrzeźbił już wszystkich, z wyjątkiem ojca.
I jej.
W ten sposób od sześciu lat Skarbiec coraz bardziej się zaludniał: dworzanie i słudzy, gwardziści i bardowie, damy i panowie. Od niedawna zaczął się parać architekturą. Pod wpływem impulsu zrobił kiedyś niewielką kolumnadę jako oprawę dla przechadzających się par. Postaci z miejsca nabrały życia. To go zachwyciło. Postanowił więc, że zbuduje całe miasto. Z taką dokładnością, na jaką tylko pozwoli mu pamięć. Jaskinia była spora, a on miał czas. A kiedy już wszystko będzie gotowe, wtedy…
- Wtedy je spalę – oznajmił na głos i zaśmiał się do siebie. – Żeby tradycji stało się zadość. I zacznę budować od początku. - Znowu wybuchnął śmiechem, tak sztucznym i wymuszonym, że zamilkł. Gardło mu się ścisnęło.
- Tak! – oznajmił z mocą, otrząsając się z sentymentów i odwracając na pięcie. Zgarnął futro z klepiska i poszedł je wytrzepać na zewnątrz. Wracając, odgarnął kotarę na bok i zabrał wilgotny pled spod drzwi. Dołożył resztki chrustu do ognia i przebrał się w swoją drugą, obszerniejszą koszulę z ciemnobrązowego, grubszego płótna. Sprawdził zawartość stągwi – woda też mu się już kończyła. Czas przejść się nad strumień i po drwa. Właśnie sięgał po długie, skórzane buty, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Drgnął zaskoczony. W ferworze porządków nie zorientował się, że ktoś nadchodzi. Zazwyczaj wyczuwał, kiedy obcy pojawiał się na jego terenie. Wyglądało na to, że elfowie z osady się pospieszyli. Albo to jemu coś się pomyliło w rachubie dni.
Pukanie zabrzmiało z większą siłą.
- Idę! – zawołał, kopniakiem usuwając pusty cebrzyk z drogi. Odgarnął włosy za uszy i ujął klamkę.- Dlaczego po prostu nie wejdzie.... - zaczął, otwierając drzwi energicznym szarpnięciem i w tej samej chwili urwał, kamieniejąc z grozy. Serce zatrzymało swój bieg, oddech zamarł, a oczy otworzyły się szeroko.
- Witaj, Maeglinie – powiedział jego wuj, król Turgon, władca Gondolinu.
W dole, za nim stał skarogniady, ogromny wierzchowiec. Jeden. Poza tym w zasięgu wzroku nie było nikogo.
Serce Maeglina w bolesnym skurczu powróciło do życia i zaczęło tłuc się jak oszalałe. Nie zdołał nic odpowiedzieć. Miał w głowię pustkę, absolutną czerń.
Turgon tutaj. Znalazł go. Wszystko na nic. Wszystko przepadło. Znaleźli go…
Nigdy dotąd nie zaznał takiej grozy – ani, gdy ojciec spróbował go zabić na oczach tłumu, ani nawet przed obliczem Morgotha. Jego dłoń nadal ściskała klamkę i dzięki temu nie osunął się na ziemię. Półprzytomnie przesunął wzrokiem po wilgotnych od deszczu, długich włosach wuja, ciemnoniebieskim płaszczu, po pięknej, ozdobnej zapince z godłem Gondolinu.
Gondolin…
Pod Maeglinem ugięły się kolana.
Turgon patrzył na niego z napięciem, marszcząc lekko brwi. Wyglądał… wyglądał tak jak zawsze. Dostojny i królewski. Tylko w jego oczach zamiast zwykłego ciepła była stal.
- Nie zaprosisz mnie do środka, mój drogi siostrzeńcze? – zapytał Turgon z przekąsem, nie spuszczając zeń bacznego wzroku.
Maeglin przełknął ślinę i nie odpowiedział. Sparaliżowany z przerażenia, nie był w stanie zareagować. Jedyne co przychodziło mu na myśl to uciekać – natychmiast, jak najdalej - tyle, że jedyna droga ratunku była zablokowana. Turgon, widząc, że nie doczeka się zaproszenia, postąpił krok do przodu. Nogi Maeglina bez udziału świadomości ruszyły odruchowo wstecz. Zaczął się niezdarnie cofać, szorując ramieniem o belki drzwi. Dłoń oderwała się od klamki i poszukała oparcia o skalną ścianę. Turgon wszedł za nim do korytarza i starannie zamknął drzwi.
- Dokąd teraz? – zapytał kpiąco.
Maeglin w panice cofał się dalej, wzdłuż korytarza, aż do Komnaty Ognia. W końcu uderzył plecami w ścianę i tam już został, między stołem, a paleniskiem. Turgon powoli wkroczył do komnaty, stanął na środku i rozejrzał się bacznie. Wydawał się ogromny, jego obecność przytłaczała. W końcu jego wzrok spoczął na siostrzeńcu. Przez chwilę dłuższą niż wieczność przyglądali się sobie w milczeniu. Potem Turgon przeniósł wzrok na półkę zastawioną drewnianymi rzeźbami. Podszedł, wziął jedną z nich – łucznika - i przez chwilę obracał go w palcach. Maeglin ze swojego miejsca pod ściana śledził każdy jego ruch szeroko otwartymi oczami, tak jak mysz zagoniona w kąt obserwuje węża.
- Nie zapytasz mnie, w jaki sposób cię znalazłem?- Turgon odstawił łucznika i wziął do ręki smoka.- Nie jesteś ciekaw?
Maeglin milczał.
- Mmm?- Turgon spojrzał na niego swymi przeszywającymi oczami, odkładając smoka na belkę nad paleniskiem. Maeglin ledwie ośmielał się oddychać. Turgon uśmiechnął się lekko i sięgnął do niewielkiej sakiewki u pasa i wydobył zawartość. Oczy Maeglina rozszerzyły się jeszcze bardziej. To był jeden z jego drewnianych elfich wojowników.
- Ponad pół roku temu wpadł mi w oko u jednego z przyjezdnych dzieci, podczas Święta Darów – ciągnął Turgon. - Nie było łatwo ustalić skąd pochodzi, chłopiec dostał go w prezencie od ciotki, a ona od swojej kuzynki. W końcu, krok po kroku dotarłem do kogoś, kto słyszał o twórcy. O tajemniczym rzeźbiarzu, który prostym, drewnianym figurkom daje gondolińskie tarcze i hełmy.
Maeglin przełknął ślinę.
- Popełniłeś błąd, mój drogi. Nasze tarcze są… były zbyt charakterystyczne, żeby je przeoczyć. Nie pomyślałeś o tym, prawda?
Maeglin nie odrywał wzroku od drewnianego wojownika. Nie, nie pomyślał. Zupełnie nie wziął tego pod uwagę.
- Pół roku cię szukałem – ciągnął Turgon strasznym, spokojnym głosem.- Pół roku. Chciałem być pierwszym, który spojrzy ci w twarz.
Maeglin oddychał z trudem, na czoło wystąpiły mu krople potu. Serce tłukło się tak, jakby zaraz miało pęknąć.
Niech pęknie, błagam Cię, Iluvatarze, niech pęknie…
Turgon skrzywił się i cisnął drewnianą figurkę w płomienie. Na ten widok Maeglin jeszcze mocniej wparł się plecami w ścianę. Wuj zmierzył go uważnym spojrzeniem, od stóp do głów.
- Dobry obyczaj gospodarza wymaga, by zdrożonego wędrowca nakarmić i napoić – rzekł, odpinając płaszcz i niedbałym ruchem rzucając go na krzesło przy palenisku. Nosił długą, aksamitną tunikę. Srebrne hafty na rękawach i pod szyją rozbłysły w świetle ognia. Za pasem tkwił ozdobny sztylet. Miecza nie miał.
Maeglin otworzył usta, ale nie zdołał dobyć z siebie dźwięku. Półprzytomnym wzrokiem poszukał dzbana z wodą, ale nigdzie nie mógł go wypatrzyć. Na półce stał tylko jego niedopity puchar, w drugim rozpuścił niestety barwniki do drewna. Więcej naczyń nie posiadał.
- Dostanę coś do jedzenia? – Turgon patrzył na niego wyczekująco.
Maeglin przełknął ślinę i ponownie spróbował się odezwać.
- Mmmam…suchary – zdołał wychrypieć. Język z trudem formował na wpół zapomniane dźwięki - po raz pierwszy od przebudzenia odezwał się w Quenyi. W jego uszach brzmiało to jak świętokradztwo.
Jego wuj uniósł brew, sceptycznie przyglądając się zawartości niewielkiego półmiska, straszącego na kufrze. Maeglin podążył wzrokiem za spojrzeniem Turgona. Dzban! Stał nieopodal pod ścianą.
- Mam też… wodę – dodał z wysiłkiem i oderwał się od ściany. W chaosie myśli gorączkowo uczepił się tego zadania. Woda, nalać wody. Sięgnął po puchar na półce. Ręce mu dygotały. Bezmyślnie zajrzał do środka. Jego umysł odnotował tępo, że w resztce wody na dnie utopił się pająk. Trzeba to wylać, tylko gdzie? Odwrócił się w poszukiwaniu cebrzyka, kompletnie bezradny i w tym momencie złowił kątem oka ruch. W trzech krokach Turgon był przy nim, tak blisko, że niemal się dotykali. Maeglin, zdjęty grozą, upuścił puchar na ziemię i cofnął się znowu pod samą ścianę. Tym razem Turgon nie odstąpił. Zbliżył się i nachylony nad nim oparł ręce o ścianę po obu jego stronach. Maeglin znalazł się w pułapce.
- Dlaczego? – zapytał Turgon strasznym głosem, jego oczy płonęły.

cdn
Rozdzia?? 2 autor: Kasiopea
Maeglin nie odpowiedział.
Bo niby co mógł powiedzieć? Zresztą i tak nie był w stanie mówić ani myśleć. Ani oddychać.
- Dlaczego? – powtórzył Turgon.
Maeglin zamknął oczy, nie mogąc znieść tego przeszywającego na wskroś spojrzenia i w tej samej chwili wyrwał mu się skowyt, kiedy potężne dłonie chwyciły go za ramiona.
- Odpowiedz mi! – Turgon potrząsnął nim z pasją.
Maeglin otworzył usta, ale nie wyrzekł ani słowa, bo nagle pociemniało mu w oczach i zawirowało w głowie. Otwarła się przed nim czarna czeluść i Maeglin osunął się w nią z ogromną ulgą.
Następne, co pamiętał, to dziwny ucisk na karku i głos wuja, ostro nakazujący mu się uspokoić i oddychać. Minęła chwila i czerń zaczęła rozwiewać się z wolna. Maeglin zorientował się, że siedzi na podłodze, podpierając się oburącz, a wuj klęczy przed nim.
- Oddychaj! Głęboko – padały chłodne rozkazy. Ucisk na karku przemieścił się nieco, przyginając mu głowę jeszcze niżej i Maeglin zrozumiał, że to dłoń wuja go przytrzymuje.
- Nie próbuj mi tu mdleć – ciągnął bezlitosny głos.- To nic ci nie pomoże. Wdech!
Maeglin zagryzł zęby i spróbował odetchnąć głębiej. Jeszcze nie mógł, ale za to zawroty głowy zaczęły ustępować. Był nawet wdzięczny, za tę rękę przytrzymującą go za kark, bo dzięki temu nie musiał patrzyć Turgonowi w twarz. W polu widzenia miał jedynie skraj tuniki i czubek wujowskiego buta. I ozdobne zakończenie długiego pasa, spoczywające na podłodze. Maeglin skupił wzrok na tej ozdobie – przedstawiała głowę łabędzia wpisaną w okrągły medalion, twórca zadbał o najdrobniejsze szczegóły, zaznaczył nawet powiekę i piórka okalające nozdrza ptaka. Maeglin miał wielką ochotę przesunąć po nim palcami, ale nie ośmielał się ruszyć.
Wreszcie Turgon puścił go i Maeglin, niechętnie i powoli podniósł głowę.
- Przyjechałem tu po odpowiedzi na moje pytania – powiedział Turgon spokojnie.- Mam wiele pytań, czekałem na ciebie w salach Mandosa, by je zadać. Czekałem kilkaset lat, na próżno. Nie zjawiłeś się, mimo, iż z tego co się dowiedziałem, zginąłeś owego dnia wkrótce po mnie. Można wiedzieć, gdzie się podziewałeś?
- Zostałem w… Gondolinie – odrzekł Maeglin z trudem.
- Na jego zgliszczach, chciałeś powiedzieć – poprawił go Turgon z ogniem w oczach.
Maeglin skinął głową i ponownie wbił wzrok w srebrnego łabędzia.
- A potem? – Turgon wyciągnął rękę i ujmując go za podbródek obcesowo podniósł mu głowę, dając do zrozumienia, że siostrzeniec ma patrzyć na niego.
- A potem błąkałem się po Śródziemiu – szepnął Maeglin w odpowiedzi.
- Nie wzywano cię do Mandosa?
- Wzywano, ale nie odpowiadałem.
- Więc jak to się stało, że wróciłeś? – Turgon zmarszczył brwi.
- Nie wiem! – Maeglin spojrzał na niego żałośnie.- Nie wiem. Nagle przyszło wezwanie, któremu nie mogłem się oprzeć, stanąłem przed Valarami, a oni odesłali mnie tutaj. Ja …
- Uprosiłeś sobie przebaczenie – stwierdził Turgon domyślnie, uśmiechając się krzywo.- Ciekawym jak.
Uśmiech ten i ton sprawiły, że Maeglin nagle odczuł gniew.
- O nic nie prosiłem! – rzekł nieco mocniejszym głosem. – O nic! Nie chciałem wracać. Valarowie zrobili to wbrew mej woli!
- Valarowie nie robią niczego wbrew woli Dzieci Iluvatara – upomniał go Turgon.
- Najwyraźniej zrobili dla mnie wyjątek!
- O, tak. Niewątpliwie jesteś wyjątkowy. Tu się zgadzam – wycedził Turgon, patrząc mu prosto w oczy. – Bardzo wyjątkowy.
Maeglin zmieszał się i odwrócił wzrok.
- Kiedy się przebudziłeś? – dociekał Turgon.
- Czas jakiś temu – odrzekł Maeglin cicho.
- Kiedy? Dokładnie.
- Jakieś trzydzieści osiem lat.
- Mieszkałeś tutaj przez cały ten czas?
Maeglin pokiwał głową.
- Jesteś szczęśliwy? – zapytał Turgon swobodnie, sadowiąc się wygodniej na podłodze.
Maeglin spojrzał na niego z niedowierzaniem, sądząc, że to żart. Twarz wuja jednak była poważna.
- Pytam, czy jesteś szczęśliwy.
Maeglin stłumił chęć, by parsknąć gorzkim śmiechem i przeniósł wzrok na palenisko, nie odpowiadając. Siedzieli tak przez chwilę, naprzeciw siebie, Maeglin ze wzrokiem wbitym w dogasające płomienie, Turgon studiując go uważnie. Milczenie przeciągało się, a napięcie zaczęło znów rosnąć.
- Kochałem cię jak syna – rzekł Turgon nieoczekiwanie, a Maeglina przeszył dreszcz, jak lodowate ostrze.
-…traktowałem jak własne dziecko – ciągnął władca Gondolinu. – Dałem ci wszystko, co tylko mogłem. Książęcy tytuł, władzę i bogactwo. Nigdy nie powiedziałem złego słowa.
Maeglin zerknął ku wylotowi korytarza. Palące pragnienie ucieczki powróciło z nieprzemożną siłą.
- Czy zdarzyło się kiedykolwiek, że byłem niesprawiedliwy względem ciebie, albo cię skrzywdziłem?
Maeglin pokręcił przecząco głową.
- Chcę usłyszeć twoją odpowiedź. Mam dosyć tego wiecznego milczenia.
- Nie – rozległ się bardzo cichy szept.
Turgon odczekał chwilę, a potem rzekł:
- To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
Maeglin poruszył ustami i opuścił głowę. Chciał powiedzieć: „Ja też cię kochałem”, ale z jakiś przyczyn nie potrafił. Kiedy zaryzykował zerknięcie na Turgona, wuj wciąż patrzył na niego wyczekująco i Maeglin zrozumiał, że nie wykręci się od odpowiedzi.
- Zawsze… byłeś dla mnie bardzo dobry – powiedział z trudem.
- Można zatem wiedzieć, czym zasłużyłem sobie na zdradę? – oczy Turgon rozbłysły. Szybkim ruchem wyciągnął rękę i chwycił siostrzeńca za kark, uniemożliwiając mu odwrócenie głowy, a sam nachylił się do przodu.
- Czym. Zasłużyłem. Sobie. Na. Zdradę? – cedząc dobitnie każde słowo Turgon zbliżył się tak, że jego oddech owionął twarz Maeglina. Młodszy elf spróbował się odsunąć, ale palce na jego karku boleśnie wzmocniły chwyt. Zamknął więc oczy w dziecinnej, rozpaczliwej próbie ucieczki.
- Tym, że miałem tron, który zamierzałeś przejąć?
Maeglin jeszcze mocniej zacisnął powieki i nie odpowiedział.
- Czy tym, że miałem córkę, której pożądałeś?
Słysząc to, Maeglin otworzył oczy.
- Zdziwiony, że wiem? – Turgon przymrużył oczy i ciągnął bezlitośnie. – Idril powtórzyła mi, co mówiłeś wtedy na murach. Zastanawiam się jedynie, czy szaleństwo przyszło wraz z Morgothem, czy też zawsze byłeś wynaturzony. Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego, że syn mojej Aredheli okaże się zboczeńcem…!
Maeglin wbił wzrok w posadzkę, kątem oka łowiąc błysk głowni wujowego sztyletu. Był tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Kusząco blisko, wystarczy jeden szybki ruch.
…- jak można pożądać własnej siostry? Toć to obraza naszych praw i obyczajów, to chore i…
Maeglin podjął decyzję. Nie zamierzał dłużej tego słuchać.
Dość.
Lepiej to skończyć tu i teraz, jak najszybciej, korzystając z tego, że są sami. Poderwał się i chwycił za rękojeść sztyletu, dobywając go jednym wprawnym ruchem. Turgon zareagował błyskawicznie, zwalniając uchwyt na jego karku i usiłując chwycić go za przegub, żeby zablokować cios, ale ich dłonie się rozminęły.
Bo Maeglin, ku jego zaskoczeniu, nie mierzył w niego, tylko we własną pierś.
Król dawnego Gondolinu był jednak na tyle szybki, że w ostatniej chwili zdołał podbić mu rękę, tak, że ostrze godzące w serce, straciło nieco ze swego impetu i zamiast wbić się w ciało, zrobiło długą poziomą szramę ześlizgując się poniżej obojczyka. Maeglin mimowolnie skrzywił się z bólu i spróbował w desperacji ponowić cios, ale tym razem wuj nie dał się zaskoczyć i chwycił go za rękę.
- Puść! – warknął Turgon, wzmacniając chwyt. - Rzuć to!
Maeglin zagryzł zęby i spróbował się wyswobodzić szarpnięciem. W odpowiedzi Turgon bezlitośnie wykręcił mu przegub i młodszy elf z sykiem bólu rozwarł palce. Sztylet stuknął o posadzkę, a Maeglin, bardziej już z uporu, sięgnął po niego lewą ręką - po to tylko, by ujrzeć jak wuj kopnięciem posyła broń pod przeciwległą ścianę.
- Głupcze! Durny szczeniaku! – wybuchnął Turgon, widząc jak na koszuli siostrzeńca szybko rośnie bura plama. Rana, choć płytka, była rozległa i krwawiła obficie. Maeglin czuł jak pierwszy strumyczek krwi, łaskocząc, spływa mu po żebrach. A po nim następny. Turgon rozejrzał się, sięgnął po koszulę, która leżała na krześle i zwiniętą przycisnął do rany. Maeglin miał ochotę powiedzieć, że to właśnie jest jego najlepsze wyjściowe ubranie, ale zamiast tego zwiesił tylko głowę. Wściekle piekący ból rany pomału zmieniał się w nieprzyjemne pulsowanie. Siedzieli tak przez dłuższą chwilę.
- To nie jest wyjście – zauważył wreszcie Turgon, wciąż przyciskając koszulę do rany.
Nie widzę innego – pomyślał Maeglin.
Zawsze można prosić o przebaczenie – głos Turgona zabrzmiał w jego myślach.
- Nie! – rzekł na to Maeglin zdecydowanie.
- Nie? – zaskoczony Turgon zmarszczył brwi.
- O wybaczenie można prosić jeśli się kogoś obraziło, albo zraniło, albo wyrządziło przykrość – Maeglin, po raz pierwszy zdecydował się spojrzeć wujowi w oczy. - Są jednak czyny, których odkupić nie sposób. Przecież nie stanę przed tymi wszystkimi, którzy zginęli przeze mnie i nie powiem: „przepraszam”, bo tylko ich obrażę. Są granice w przepraszaniu i ja je przekroczyłem. Straciłem prawo, by prosić o wybaczenie. Istnieje bowiem zło, którego nie da się naprawić ani za nie wynagrodzić. Co się stało, to się nie odstanie i moje przeprosiny nie mają sensu.
Starał się mówić z mocą, przywołując echo dawnej siły swego głosu, kiedy to potrafił nagiąć do swej woli każdego niemal słuchacza. Przez moment wydawało mu się, że zrobił na Turgonie wrażenie. Ale tylko przez moment.
- Jak rozumiem cierpisz tu na nadmiar wolnego czasu – skwitował wuj - i dla zabicia nudy wymyślasz rozmaite bzdurne teorie. Nie myślałeś, żeby się zająć czymś pożytecznym?
Maeglin zaciął usta w wąską kreskę i nie odpowiedział.
- Powiadasz, że nie możesz stanąć przed ludem Gondolinu i powiedzieć; „przepraszam”, a ja zapytam – dlaczego nie? To bardzo dobre słowo na początek. I nie w nim tkwi problem, tylko w tobie, Maeglinie. W tobie. I w tym, że jesteś tchórzem.
Młodszy elf aż się zatchnął z oburzenia.
- Nie jestem tchórzem!
- Cóż za spojrzenie. Nie jesteś tchórzem, powiadasz? To, co tu robisz, w tej norze, z dala od świata, gdy twym obowiązkiem jest stanąć przed twoim własnym ludem?
- Wątpię, by ten lud uważał mnie nadal za swego.
- A nie korci cię, żeby to sprawdzić?
- Nie – odparł Maeglin szczerze. Bo i po co miał sprawdzać, skoro znał odpowiedź.
Turgon odjął koszulę od rany i rzucił ją na podłogę.
- Daruj ciekawość – odezwał się z przekąsem – ale co zamierzasz dalej robić? Spędzić tu wieczność?
- Wrócę do Mandosa – odparł Maeglin z przekonaniem. W tej właśnie chwili bowiem podjął decyzję.
- Słucham?
- Będę tam tkwił, dopóki mnie nie wysłuchają. Od razu powinienem tak uczynić, a nie dać się im się tu odesłać – z każdą chwilą nabierał pewności, że to jedyna słuszna droga i dziwił się, że do tej pory o tym nie pomyślał.
- O cóż to chcesz prosić Valarów? – Turgon zmarszczył brwi.
O śmierć wiekuistą. Ale, z całym szacunkiem, to nie twoja sprawa, wuju.
- Jeśli dobrze zrozumiałem postanowiłeś umrzeć, czy tak? – Turgon nie spuszczał z niego wzroku.
Maeglin nie odpowiedział.
- A będziesz miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby pożegnać się z matką? – rzucił z pasją król Gondolinu.
Maeglin zatrząsł się cały. Mimo iż można się było spodziewać pojawienia tego tematu, był nań kompletnie nieprzygotowany.
- Która oczy wypłakuje z tęsknoty za swym jedynym, ukochanym synem?!
Maeglin z całej siły zacisnął szczęki i zamknął oczy, by je czym prędzej otworzyć – w wyobraźni ujrzał bowiem twarz Aredheli.
- Nawet o nią nie spytałeś! – wuj patrzył na niego ze, jak się Maeglinowi zdało, skrajną pogardą.
Wystarczy, że o niej myślę, dzień i noc.
- Lepiej jej będzie beze mnie. Wszystkim wam będzie lepiej – szepnął, wbijając wzrok w podłogę.
- To miej odwagę powiedzieć jej to w twarz, ty samolubny tchórzu!
Maeglin poderwał głowę. Miał dość. Absolutnie dosyć.
- Nie będę tego słuchał! – syknął, zrywając się.
- Ależ będziesz! – wuj złapał go za przedramię i przemocą ściągnął z powrotem na podłogę.
I w tym momencie coś w Maeglinie pękło.
- Zostaw mnie w spokoju! – krzyknął, usiłując się wyrwać.- Nie waż się mnie dotykać! – w tym momencie świat rozmazał mu się w oczach, gdy potężne pchnięcie posłało go prosto na ścianę. Wuj przyparł go do muru z zapierającą dech siłą.
- Ty mi śmiesz mówić, co mam robić, a czego nie? Ty? Boli cię, słuchać o matce, prawda? Bardzo boli.
Maeglin zamknął oczy.
- To dobrze – ciągnął Turgon, uspokajając się nieco. – To znak, że zostały w tobie jeszcze jakieś normalne uczucia. – Widząc, że Maeglin już się nie wyrywa, puścił go i odsunął się nieco. – Wiedz, że twoja matka dzień w dzień wstawia się za tobą u tronu Manwego. Dzień w dzień błaga o zlitowanie i wyczekuje twojego powrotu! Nie wiedząc, że przebudziłeś się niemal czterdzieści lat temu!!! Maeglinie, jak mogłeś? Na co ty czekasz? Aż jej serce pęknie?!
- Przestań! – zawył Maeglin, zakrywając uszy dłońmi.
Dzień w dzień, od sześciu wieków, staje przed tronem Manwego błagając o zmiłowanie dla ciebie – głos wuja rozległ się w jego myślach. – Ona... i twój ojciec.
- Mój...? – osłupienie było tak wielkie, że Maeglin opuścił ręce i szeroko otworzył oczy. – On...wrócił?
- Wrócił, Maeglinie. Sześć wieków temu. I w przeciwieństwie do ciebie, miał odwagę stanąć przed twoją matką i przede mną i prosić o wybaczenie.
- Są... razem? – Maeglin szepnął w niedowierzaniu.
- Od dwóch wieków, tak.
- Czy on...- Maeglin wciąż nie potrafił wymówić imienia ojca ani ubrać obaw w słowa. Przeszył go nagły, dojmujący i niemal paniczny strach o matkę. O jej bezpieczeństwo i wolność. Dobrze znany paskudny lęk, któremu towarzyszyło poczucie własnej bezradności i rozpaczy.
- Eol bardzo się zmienił – odrzekł spokojnie Turgon, zdając się wychwytywać ten jego niepokój.- Ale nie będę ci opowiadał jego historii, którą teraz już znam. W przeciwieństwie do ciebie. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, spytaj go sam.
Maeglin zagryzł zęby. Problem polegał na tym, że on wcale nie chciał wiedzieć. Ani tym bardziej pytać. Nie chciał mieć z tym... z nim nic wspólnego.
Znowu zapadła pełna napięcia, przedłużająca się cisza.
- Milczy – rzekł wreszcie Turgon z westchnieniem. – Nic, tylko milczy. Nie odezwał się słowem, kiedy ginęła jego matka, milczał, kiedy ginął jego ojciec, milczał, kiedy łuna zapłonęła nad miastem. Cisza, wieczna cisza. Powiedz mi, o czym teraz myślisz, Maeglinie?
- Że nie powinienem się był urodzić – odrzekł Maeglin bez zastanowienia i zaraz tego pożałował, bo słowa zabrzmiały wyjątkowo dziecinnie.
Zaryzykował zerknięcie na wuja. Turgon kiwał z wolna głową, jakby usłyszał coś, czego się spodziewał i co potwierdziło jego domysły.
- Powiedz mi – rzekł król. – Co Morgoth ci obiecał w zamian za zdradę? I czy w ogóle ci coś obiecał?
Maeglin zagryzł zęby i nie odpowiedział. Nie mógł.
- A może zrobiłeś to z czystej nienawiści, na przekór wszystkim?
Maeglin milczał.
- To było wtedy, tuż po przesileniu wiosennym, czy tak? Wtedy, gdy zniknąłeś na tydzień? Szukaliśmy cię w kopalniach, w obawie, że zawalił się jeden z tuneli, a ty w tym czasie poszedłeś do niego...
- Nie poszedłem! – Maeglin poderwał głowę.
- Nie?
- Złapali mnie! – Maeglin dał się ponieść oburzeniu. Co oni sobie myśleli, że sam z siebie poszedł paktować z ...Tamtym ?! – W górach. Walczyłem, ale w końcu mnie pokonali i... i...
- Mów dalej – Turgon patrzył na niego uważnie.
- Zabrali mnie do... zabrali mnie tam... – Słowa: „Morgoth” i „Angband” nie chciały mu przejść przez usta.
- Schwytali cię w górach, powiadasz. Gdzie dokładnie?
- Poniżej Przełęczy Echa – szepnął Maeglin.
- *Poniżej* przełęczy. Tak z ciekawości, kiedy pierwszy raz złamałeś mój zakaz wychodzenia poza obręcz gór? – zagadnął Turgon takim tonem, jakby pytał kiedy pierwszy raz wsiadł na konia.
- Dwa lata po moim przyjeździe – odrzekł Maeglin.
Chce prawdy, to niech ją ma.
- I często wychodziłeś?
- Kilka, kilkanaście razy w roku.
- Jestem pod wrażeniem – Turgon uśmiechnął zimno. – A ja, naiwny, miałem cię za wzór posłuszeństwa. Powiedz, nie korciło cię, żeby odejść?
O, tak. Zwłaszcza, kiedy pojawił się śmiertelnik. Ale miasto trzymało mnie na uwięzi. Nie mogłem bez niego żyć, nie mogłem żyć... bez niej.
Nawet, kiedy patrzyłeś jak jest z innym? - zaszeptał głos Turgona w jego głowie i Maeglin poderwał się w popłochu, z bijącym sercem. Jakim cudem wuj mógł słyszeć jego myśli?! Umysł Maeglina zawsze był twierdzą i tylko jedna istota w historii zdołała przekroczyć jej próg, wyłamując przemocą bramy. Poza Tamtym nikt go nigdy nie mógł usłyszeć i Maeglin był z tego szalenie dumny. Czy teraz tak się odsłaniał, bo był słaby, a z wuja promieniowała moc? Nawet oczy miał Turgon bardziej świetliste.
Muszę się bardziej strzec, muszę...-
- To byli orkowie? – Turgon patrzył mu w oczy.- Czy Easterlingowie? Kto cię schwytał?
- Orkowie – odszepnął.
- Szliście do Angbandu na piechotę?
Pokiwał głową.
- Jak długo?
- Dwa dni. Prawie.
- Bili cię?
Nie! Dawali mi smakołyki i nieśli w lektyce!
Maeglin czuł, jak narasta w nim zimna furia. Bunt przeciwko temu, że zmusza się go do powracania myślami do koszmaru, o którym ze wszystkich sił starał się zapomnieć. Znienawidzone, niechciane obrazy ożyły i tłumnie zaczęły szturmować jego umysł. Sylwetki orków pochylających się nad nim, ciemne na tle szarego nieba, słupy dymu, błysk Anguirela w szponiastych łapskach. Im bardziej te wspomnienia odpierał, tym bardziej napierały i nagle, w porywie gniewu, gwałtownie podniósł głowę i wbił roziskrzony wzrok w oczy wuja. Skoro i tak nie mógł się od tych obrazów uwolnić...
Chcesz tego?! Tak bardzo tego chcesz?! To masz! Patrz! Napawaj się!
I otworzył tamy wspomnieniom.

Lodowaty wiatr, przeszywający na wskroś. Grafitowe chmury przewalające się po zasnutym szarością niebie i odległe grzmoty błyskawic, jakby sami Valarowie poruszeni byli jego schwytaniem. Przez moment łudził się, że może nadlecą orły, że Manwe go ocali, ale nic takiego się nie stało. Był przeklęty, czyż nie? Wyrodny syn, niegodny ocalenia. Początki niewoli przypominały zły sen, wlekli go w pośpiechu, a on się nie opierał, na wpół ogłuszony potężnym uderzeniem w skroń i przyduszony pętlą zaciśniętą na szyi (ciągnęli go jak psa na postronku). Kilka razy poślizgnął się na mokrych kamieniach i osunął na kolana, natychmiast podrywali go w górę i popychali, zmuszając niemal do biegu. Był w szoku, nie do końca rozumiał co się dzieje. Nie chciał rozumieć. Nie zabili go. Był pewien, że go zabiją. Zwłaszcza po tym, kiedy kilkunastu posłał z powrotem do piekieł w kawałkach. Kiedy pod ciężarem dwóch orków, którzy skoczyli na niego z góry, upadł na ziemię, a reszta rzuciła się na niego, był pewien, że rozszarpią go na strzępy. Zamiast tego znalazł się nagle na brzuchu, z twarzą wciśniętą w żwir i wykręconymi do tyłu rękami. Kiedy poczuł ucisk liny na nadgarstkach zawył dziko – pierwszy odgłos jaki wydał od początku walki - i zaczął się szarpać w ostatnim paroksyzmie siły. Wtedy to któryś z nich uderzył go w skroń, tak, że na moment pociemniało mu w oczach i poleciał gdzieś w dół, pod ziemię. Kiedy się ocknął, klęczał już, związany i podtrzymywany przez dwóch goblinów, a trzeci zakładał mu na szyję obrożę.
Najgorsze przyszło potem, na pierwszym krótkim postoju u stóp gór - kiedy minął pierwszy szok i Maeglin zrozumiał, że jest zgubiony. Że nikt mu nie pomoże i nikt się o jego losie nie dowie. Nikt nie wiedział, dokąd poszedł. Nie raz znikał na całe dnie. Nie zaczną go szukać przed upływem tygodnia. Nie będzie żadnej odsieczy, ni pościgu, jest zdany sam na siebie. Ale to poczucie było niczym w porównaniu z palącą wściekłością, dziką furią, że sam, z własnej woli tak się urządził. Wpadł tak głupio, dał się podejść i złapać. Nie dano mu jednak dużo czasu na rozmyślania. Dwóch orków zawlekło go na środek polanki i rzuciło tam jak łachman. Z trudem dźwignął się na kolana. Cała banda otoczyła go ciasnym kręgiem, szwargocząc z ożywieniem. Nie rozumiał słowa z tego, co mówili. Wyprostował się na ile mógł i dumnie uniósł głowę. Jest dziedzicem Turgona Już nie – podszepnął mu znienawidzony głos, który nawet w niewoli nie chciał mu dać wytchnienia. – Teraz dzieciak nim jest. Syn śmiertelnika. Maeglin zacisnął zęby i uniósł głowę jeszcze wyżej. Jest synem Białej Księżniczki Noldorów, prawnukiem samego Finwego! Nie ulęknie się tego motłochu. Nie boi się ich!
Ale to nie była prawda. Bał się. Potwornie się bał, a serce tłukło mi się w piersi jak szalone. Zobaczył swoją sakwę w łapskach jednego z nich, ork szarpnięciem rozerwał troczki i wysypał zawartość na ziemię. Maeglin patrzył bezradnie jak jego bukłak toczy się pod nogi dwóch innych goblinów, a lembasy, próbki skał, szkicownik i narzędzia rozsypują w nieładzie. Orkowie wyraźnie byli zaskoczeni. Przewrócili nawet sakwę na drugą stronę, żeby sprawdzić, czy to już wszystko. Potem zabrali się za niego. Maeglin zatrząsł się z obrzydzenia, gdy wstrętne łapska zaczęły obszukiwać mu kieszenie, klepać po pasie i cholewach butów. Z całej siły tłumił mdłości. Smród, jaki wydzielali orkowie był nie do opisania. I nie do zniesienia. Zwłaszcza z tak bliska. Dawno temu w Nan Elmoth znalazł padłego dzika, na wpół już rozłożonego. Toczyło go robactwo, a ziemia wokół była pociemniała. I ten straszny smród. Trupi zaduch, który zdawał się przenikać wszystko wokół. Tak właśnie śmierdzieli orkowie, zepsutym mięsem, śmiercią. Jeden z nich rozerwał mu kaftan, a potem koszulę na piersi i wsunął pod nią łapę w poszukiwaniu naszyjnika, którego obecność zdradzał błysk łańcuszka na szyi. Maeglin z trudem powstrzymał syk odrazy, kiedy poczuł palce orka na gołej skórze. Goblin wydobył medalion i nachylił się, żeby go obejrzeć. Na szczęście Maeglin nie miał przy sobie nic, co by wskazywało na jego pochodzenie z Gondolinu. Przez moment z niepokojem pomyślał o szkicowniku, ale nie – zrządzeniem losu zabrał ze sobą ten, w którym były tylko projekty nowych hełmów, różne wersje ozdobnych zawiasów do wrót Anghabaru oraz nic nie znaczące drobiazgi (zawsze nosił przy sobie szkicownik, na wypadek, gdyby naszedł go nieoczekiwany pomysł wart uwiecznienia). Map nie miał. Nigdy nie nosił ich ze sobą, nie było takiej potrzeby - wystarczyło, że raz przeszedł jakimś szlakiem. Miał je w głowie. Na medalionie znajdował się znak Kreciej Kompanii, wygrawerowany w galvornie – on też niczego orkom nie podpowie. Podobnie jak strój Maeglina – zwykły, podróżny, czarno-szary i bez ozdób. Ork warknął i ku zaskoczeniu Maeglina nie zerwał mu medalionu z szyi, tylko wsunął go z powrotem za koszulę. Parę kroków dalej wielki i łysy goblin ze znudzeniem przerzucał kartki jego szkicownika, a potem cisnął go na ziemię. Inni starannie pozbierali skały, kamienie i narzędzia (jedynie lembasy z obrzydzeniem wdeptali w ziemię) i zasznurowali sakwy, szykując się do dalszej drogi. I kiedy już myślał, że nic złego mu nie zrobią, przynajmniej na razie, jeden z nich, ten wielki i łysy - dowódca chyba, podszedł i bez ostrzeżenia, z marszu kopnął go potężnie w brzuch. Prosto w żołądek. Maeglin zgiął się w pół i ku uciesze goblinów zwymiotował. Kiedy torsje ustały i chciał się wyprostować, na jego karku stanął podkuty żelazem zabłocony but i Maeglin wciśnięty został twarzą we własne wymiociny. Poprzez szum krwi tętniącej w uszach słyszał jak orkowie wyją ze śmiechu. Pomyślał wtedy, że nic gorszego i bardziej upokarzającego nie może go już spotkać.
Oczywiście był w błędzie.
Na skraj mokradeł Serech, u progu Anfauglith dotarli późnym wieczorem. Orkowie, mimo zmęczenia, wprost tryskali zadowoleniem, widocznie przestali się obawiać pościgu i tego, że ktoś spróbuje odbić więźnia. Rozpalili ognisko, wystawili dwóch strażników. Maeglin, skulony przy swoim miejscu pod wielkim głazem porośniętym trupiobladym mchem, pochylił głowę i obserwował orkową krzątaninę spod opuszczonych rzęs. Starał się wtopić w otoczenie, nie prowokować, nie przypominać im o sobie. Serce tłukło mu się w piersi odkąd ponad szarym pasem rozległej równiny ujrzał cień gór i – jak mu podpowiedziała wyobraźnia – zarys złowrogich potrójnych szczytów.
Thangorodrim.
Słabnący wiatr rozwiewał pył i popioły Anfauglith, wszystko było tu szaro – czarne, martwe. Od Serech dochodził zapach zgnilizny i bagniska. Zaledwie dzień drogi od Echoriath. Jeden dzień. Na myśl o zielonej jak klejnot dolinie Gondolinu, której już nigdy nie zobaczy, serce mu się ścisnęło. W tej samej chwili silna dłoń chwyciła go za włosy i pociągnęła do góry. Zasyczał z bólu i wstał, podążając za orkiem, który powlókł go w stronę wielkiego powalonego pnia i tam cisnął na ziemię. Maeglin zatoczył się i ciężko upadł na bok. Rozległy się charkotliwe śmiechy i głosy, z brzmienia sądząc, podjudzające kamrata do działania. Ork błysnął ślepiami, nachylił się nad jeńcem na szeroko rozkraczonych nogach i splunął na niego. Celował w twarz, ale Maeglin uchylił się i plwocina rozbryzgnęła mu się na ramieniu. Ork wyszczerzył zęby w uśmiechu i sięgnął do pasa, ale cokolwiek zamierzał zrobić – nie zdążył. Maeglin miał związane za plecami ręce, ale nogi wolne. Nie wahał się, noldorski temperament wziął górę nad sindarskim rozsądkiem i Maeglin, rozwścieczony i upokorzony, zwinął się na ziemi jak wąż i z całej siły kopnął prześladowcę w krocze, wkładając w kopniak całą swą nienawiść, furię i gniew.
Nie była to najmądrzejsza rzecz, jaką zrobił w życiu.
Ork wprawdzie zawył i zwinął się w kłębek, dając mu na moment poczucie dzikiej satysfakcji, ale kara jaką musiał za to zapłacić była do tej satysfakcji niewspółmierna. Najpierw go pobili i skopali, potem podnieśli i rozpięli pośród rosochatych korzeni zwalonego drzewa, jak muchę w sieci pająka. Zaświstały bicze. Orkowie posługiwali się nimi z wielką wprawą. Potrafili precyzyjnie, kilka razy z rzędu, uderzyć w to samo miejsce. Bili zaciekle, tym zacieklej, że Maeglin nie krzyczał. Nigdy nie podnosił głosu, a już na pewno nie z powodu bólu, teraz więc też nie zamierzał dać się złamać. Zaciskał jedynie zęby i oczy i wstrzymywał oddech. I milczał. To zdawało się doprowadzać ich do szału. To dobrze, miał nadzieję, że go zabiją w tym zapamiętaniu. Teraz, gdy groza Thangorodrimu stała się realna, musiał zrobić wszystko, żeby im uciec. Nawet, jeśli miało to oznaczać ucieczkę do sal Mandosa. Przemknęło mu przez myśl, czy widok jego męczarni napełniłby współczuciem kamienne serce Idril. Nie łudź się. Nigdy jej na tobie nie zależało. Nikomu na tobie nie zależało.
To nieprawda! Matka, Turgon...
Grad ciosów ustąpił równie nagle jak się pojawił. Maeglin przez chwilę trwał nieruchomo, ze wstrzymanym oddechem, cały spięty w oczekiwaniu na kolejną eksplozję bólu. Nie nastąpiła. Zaryzykował zerknięcie przez ramię. Orkowie sadowili się na ziemi, wyciągali jedzenie i bukłaki. Powoli rozluźnił mięśnie, obwisając w pętach. Przez krótką chwilę z ulga powitał odmianę – cały dzień miał ręce skrępowane za plecami, boleśnie wykręcone do tyłu, zaczynał już w nich tracić czucie. Teraz były przywiązane - jedna do gałęzi wysoko nad jego głową, druga do ułamanego konaru po przeciwnej stronie, więc wydało mu się to wytchnieniem. Na krótko. Po pewnym czasie i ta wymuszona pozycja zaczęła być nie do zniesienia. Zaczął się więc nieznacznie ruszać. Wspinał się na palce, stawał na śliskim konarze nad ziemią, dźwigając się odrobinę, żeby złagodzić napięcie w omdlewających rękach. Tak spędził wieczór. Nastała noc i nieprzeniknione ciemności zakryły Anfauglith. Kiedy wykręcał głowę w prawo, widział coś jakby punkciki odległych ognisk, rozsianych po równinie. Nad Thangorodrimem jaśniała krwawa łuna. Ból doskwierał mu coraz bardziej, tak bardzo, że sen, mimo wyczerpania, był niemożliwy.
Jeśli zaraz coś się nie zmieni, zacznę krzyczeć...
Spróbował podciągnąć się wyżej. Jeszcze gorzej. Może zatem w bok. Uschnięte konary zaczęły trzeszczeć i niechcący ściągnął na siebie uwagę orków. Padł na niego cień, znak, że któryś z nich stanął między ogniskiem a pniem. Twarz Maeglina owionął smród. Zamarł. Ork coś powiedział i w obozie zapanowała krzątanina. Odwiązali go od drzewa, nie szczędząc szturchańców na powrót skrępowali mu ręce za plecami i ruszyli dziarsko w noc. Byli u siebie. Tempo narzucili wolniejsze. Im głębiej zapuszczali się w Anfauglith tym więcej ognisk dostrzegali. Zaczęli też spotykać patrole i inne oddziały. Spotkaniom tym towarzyszył hałas, przekleństwa i przepychanki. Jeniec budził zainteresowanie, orkowie, którzy go schwytali nieraz musieli swą zdobycz osłaniać. Nie tylko przed innymi goblinami, ale i wilkami i stworami, jakich Maeglin nigdy jeszcze nie widział. Strach ustąpił miejsca grozie. To się działo naprawdę. Był więźniem Angbandu. Ostatkiem sił woli starał nie poddawać się rozpaczy. Może zawloką go do prosto kopalni? Udowodni im, że jest dobrym kowalem i zna swój fach. Ponoć najlepsi rzemieślnicy byli oszczędzani, pracowali w lepszych warunkach i czasami nawet udawało się im uciec. Może nie zabiorą go przed oblicze Morgotha...
Skupił się na drodze. Każdy krok wzbijał tumany pyłu, jego nogi aż po kolana pokryte były szarym popiołem. Wszystko go bolało, zwłaszcza plecy. Najdrobniejszy ruch przeszywał go bólem, gardło wyschło mu na wiór, był potwornie spragniony i kręciło mu się w głowie. Potrójny szczyt Thangorodrimu coraz wyraźniej rysował się na tle zakrwawionego nieba. Równina, do tej pory milcząca, ożyła odgłosami orków i innych bestii. Wycie, zawodzenie, ryki, jęki. Włos się na głowie jeżył.
Mijali coraz więcej dziur w ziemi – szybów? – z których biły gęste dymy. Opary snuły się nad ziemią, coraz bardziej ograniczając widoczność. Raptem z każdą chwilą zaczęły się zagęszczać i kłębić wokół nich. Wyglądało to na wywołaną czarami mgłę, wycia i krzyki zaczęły dobiegać zewsząd, przytłumione, jakby wydobywały się ze studni. Nie minęła chwila, a dosłownie wpadli na inny oddział, wyłaniający się z mgieł niczym zastęp duchów. Dowódcy najwyraźniej się znali, bo powitali się z hałaśliwym entuzjazmem i rykami. Oddziały przemieszały się i Maeglin wykorzystał okazję, by osunąć się na kolano. Nie dane mu jednak było odpocząć. Dowódca „jego” oddziału, ten wyjątkowo szkaradny łysy goblin z twarzą pooraną bliznami, przepchnął się ku niemu, chwycił za postronek zwisający z obroży jeńca i potężnym szarpnięciem poderwał go na nogi. Maeglin zacharczał i, zataczając się, podążył za oprawcą. Ork niespodziewanie zatrzymał się i podciął go zręcznie, tak, że Maeglin runął na kolana i byłby padł na twarz, gdyby tamten nie trzymał za postronek. Zaczął kasłać, na wpół uduszony, i dopiero po chwili dotarło do niego co się dzieje.
Prezentacja zdobyczy.
Ork chwycił go za włosy i odgiął mu głowę do tyłu, tak by wszyscy zebrani mogli ujrzeć twarz jeńca. Gobliny zaczęły hałasować, wielu z nich spluwało na znak jawnej odrazy do elfa, inni obrazowymi gestami sugerowali co z nim zrobić. Nikt jednak nie ośmielił się go tknąć. Ork puścił Maeglina, a potem kopniakiem posłał go na ziemię i postawił mu stopę na karku, niczym myśliwy na swym trofeum. Maeglin nie próbował walczyć, wykręcił tylko głowę, żeby nie nawdychać się pyłu i tym samym jego wzrok padł na jasny kształt widniejący między stopami orków. Serce mu mocniej zabiło. Patrzył w przerażone oczy dziewczyny. Tak jak on leżała na brzuchu i podobnie miała skrępowane ręce. Za nią majaczył kształt jeszcze jednego jeńca. Chłopak? Maeglin zagryzł zęby. To byli śmiertelnicy. Ludzie. Współczucie rozwiało się jak dym.
Pomiot Morgotha. To wasze miejsce. W pętach i brudzie – to przez nich tak cierpiał. Przez jednego z nich. Przemknął mu przez myśl obraz Idril w ramionach Tuora. Była noc, więc pewnie sobie teraz dogadzali. Tacy zakochani, tacy w siebie zapatrzeni. Do mdłości. Oni tam się gzili, a on cierpiał męki w niewoli. To Tuor powinien tu leżeć. Niewolnik, syn niewolnika. To Tuor powinien...
Nacisk na jego karku ustąpił i Maeglin przekręcił się na bok. Wyglądało na to, że orkowie zdecydowali się na postój. Dowódca usadowił się nieopodal. Wciąż trzymał postronek, ale poza tym nie zwracał już uwagi na jeńca. Maeglin podparł się łokciem, dźwignął się i usiadł, szykując do skoku na goblina. Rzuci się na niego i rozszarpie go zębami, nie zdołają...-
Nagle zamarł i ostrożnie, powolnym ruchem znów osunął się na ziemię. Idril, Tuor, orkowie, wszystko poszło w niepamięć. Nagły poryw furii wywołany wspomnieniem Idril w objęciach śmiertelnika, rozwiał się równie nagle jak się pojawił.
Pęta!
Pęta się rozluźniły. Lina opasująca jego lewy nadgarstek zsunęła się ze srebrnej bransolety na gołe ciało. Dzięki temu zyskał nieco luzu. Mógł poruszyć dłonią. Rzucił okiem przez ramię. Z tyłu miał jedynie dwóch orków, zajętych rozpijaniem bukłaka. Wyczekał, aż się odwrócą i powoli przekręcił się na plecy, by zasłonić sobą ręce. Skroń oparł na ziemi i przymknął oczy, pozorując sen z wyczerpania. Wykręcił prawą dłoń, zacisnął palce na linie, przytrzymując ją i jednocześnie zaczął uwalniać lewy nadgarstek.
Miał bardzo wąskie dłonie. Smukłe, o długich palcach, przypominały raczej ręce artysty niż kowala. Matka powiedziała mu kiedyś, że Feanor miał takie właśnie ręce, kształtne, piękne jak doskonała rzeźba. Maeglin poczuł się wtedy szalenie dumny. Teraz jego dłonie, ów powód do dumy, mogły pomóc mu się uwolnić. Kiedy zginał do środka kciuk, jego dłoń była niewiele szersza od nadgarstka. Lina ślizgała się na mokrej od potu i krwi skórze ułatwiając zadanie. Po chwili wytężonej pracy, Maeglin, wstrzymując oddech, zdołał przecisnąć dłoń przez pętlę. Serce tłukło mu się w piersi tak, jakby ją miało rozsadzić. Udało się! Otworzył oczy i rozejrzał się. Orkowie zdawali się nie zwracać na niego uwagi. Dowódca rechotał hałaśliwie, plując jakimś jedzeniem. Postronek leżał luźno przerzucony przez jego udo. Maeglin podniósł wzrok. Mgła była równie gęsta, może nawet gęstsza niż przed chwilą. A może jednak Valarowie mu sprzyjali. Rozejrzał się ukradkiem. Dwaj dowódcy pogrążeni byli w hałaśliwej rozmowie, która coraz bardziej przypominała kłótnię. Gwar chrapliwych głosów wzmagał się, na prawo trzech orków zaczęło się poszturchiwać, czwarty, wyjąc, wydobył sztylet. W tej samej chwili trzech innych orków nachyliło się nad dziewczyną i podniosło ją z ziemi. Zaczęła krzyczeć.
Teraz, albo nigdy!
Maeglin zerwał się raptownie, chwycił znienacka za postronek, przyciągając go do siebie, tak by ork nie zdążył go złapać i dał nura we mgłę, pomiędzy siedzącymi na ziemi goblinami. Buchnęły dzikie wrzaski. Maeglin zignorował ból i zawroty głowy i zmusił obolałe ciało do biegu, nie zważając na protest mięśni. Z mgły po lewej podniósł się jakiś ork i szczupakiem rzucił mu się pod nogi, usiłując go za nie chwycić i podciąć. Maeglin przeskoczył nad nim zwinnie, unikiem wywinął się następnemu i przyspieszył. Kiedy pokonał pierwszą słabość było mu już łatwiej. Rzucili się za nim w pościg, ale żaden ork nie mógł się mierzyć z synem Aredheli, Białej Księżniczki, która z samym Oromem stawała do wyścigu. Maeglin był jednym z najszybszych i najzwinniejszych młodych elfów w Gondolinie i tu, na płaskiej i rozległej równinie Anfauglith pokazał co potrafi. Ciemności i mgła mu nie przeszkadzały. Orientował się w nich doskonale. W końcu nie na darmo nosił imię Bystrooki. Biegł najszybciej jak potrafił, przed siebie, licząc na łut szczęścia. I szczęście zdawało mu się dopisywać, bo zdołał wyminąć dwa ogniska i nie wpadł na żaden oddział. Kiedy w końcu zaczęło mu brakować tchu, zatrzymał się i przyklęknął, nasłuchując. Mgła tłumiła odgłosy pogoni, okrzyki orków wydawały się odległe, choć w rzeczywistości musieli być znacznie bliżej. Skoncentrował się na swojej wewnętrznej mapie. Do tej pory biegł na ślepo, byle dalej od nich, teraz musiał odnaleźć drogę powrotną. Uspokoił oddech, wsłuchał się w siebie, szukając właściwego kierunku. Obrócił głowę najpierw w lewo, potem w prawo. Tam! Wstał i pobiegł w bok. Nie pędził już jak szalony, poruszał się ostrożniej. Narzucił sobie równe tempo, wytężył wzrok i słuch. Euforia i nadzieja dodały mu sił. Nie da im się złapać. Wróci do domu. I kiedyś, po latach może opowie o tym Turgonowi. A może nie. Opowie Kretom. I trzeba skończyć z tymi wyprawami poza obręcz gór – zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Po dłuższej chwili znów się zatrzymał, oddychając głęboko, pochylając się i opierając dłonie na kolanach. Zwój liny wciąż dyndał mu z prawego nadgarstka. Spróbował go ściągnąć, ale zbyt mocno był zasupłany. Będzie potrzebował noża, by się go pozbyć. Sięgnął do obroży i po chwili szarpaniny zdołał ją zdjąć. Krzywiąc się, odrzucił ją razem z postronkiem precz od siebie, jak najdalej w mgły. Nagle gdzieś z prawej dobiegły dwa głośne wrzaski. Orkowie! Byli blisko, zbyt blisko. Rzucił się do biegu. Było tu mniej wyrw i kolein, mógł przyspieszyć. Bez obroży oddychał pełną piersią, uczucie swobody go uskrzydliło. Wkrótce głosy zostały daleko za nim.
Atak zaskoczył go kompletnie. Usłyszał głuche warknięcie i w tym samej chwili potężne uderzenie w bok ścięło go z nóg, zawirował w locie jak szmaciana lalka i siłą rozpędu potoczył się po ziemi, koziołkując. Oszołomiony upadkiem nie zdołał się podnieść. Ciemny kształt przysłonił mgły i przygniótł go do ziemi. Maeglin uniósł ręce w odruchowym, obronnym geście i...
...jego palce natrafiły na futro.
Olbrzymi wilk wparł łapę w pierś Maeglina, nachylił się rozwierając paszczę i błyskawicznym ruchem chwycił go za gardło. Kły zacisnęły się, gorący i mokry dech owiał skórę.
Nie! Nieeeee! Nie chcę tak umierać!
Maeglin szarpnął się w popłochu, chwytając oburącz pełne garście futra i usiłując odepchnąć bestię. Owładnął nim pierwotny lęk, tłumiąc ostatnią przytomną myśl i zdrowy rozsądek. Zaczął krzyczeć dziko i wyrywać się, wierzgając nogami. W odpowiedzi wilk zawarczał chrapliwie i znieruchomiał, mocniej przyciskając ofiarę do ziemi. Pełen paniki krzyk Maeglina urwał się nagle, przechodząc w jękliwy skowyt. Kły bowiem nie zagłębiały się bardziej, nie rozdzierały ciała. Wilk jedynie poprawił chwyt, znacząco zaciskając szczęki i dając tym do zrozumienia, że zbieg ma się nie szamotać. Maeglin, usiłując zwalczyć panikę, jakiej nigdy jeszcze nie zaznał, wyplątał drżące palce z wilczej sierści i powoli położył ręce po obu stronach głowy w geście poddania. Gdyby wilk chciał rozszarpać mu gardło, już dawno by to zrobił. Maeglin najwyższym wysiłkiem woli nakazał więc sobie spokój i znieruchomiał. Gorąca ślina spływała mu z wolna po szyi, mocząc włosy na karku. Warczenie ścichło. Wilk przez chwilę trzymał go jeszcze za gardło, jakby walczyły w nim dwa sprzeczne nakazy – mordu i schwytania zbiega żywcem, a potem podniósł łeb, oblizał się i spojrzał na niego z góry.
A Maeglin zatrząsł się cały, na nowo bliski utraty zmysłów z grozy. Bo oczy, które na niego spoglądały nie były oczami zwierzęcia. Moc, inteligencja, złośliwość, dzika uciecha i satysfakcja wprost biły z tego spojrzenia. To była pradawna istota, demon w skórze wilka, zło wcielone.
Wilkołak przez czas jakiś mu się przyglądał, napawając się jego przerażeniem, a potem zadarł łeb do góry i zawył przeciągle, raz, przyzywając orków.
Nie! Nie! Nienienienie....
To się nie mogło tak skończyć. Nie po tym, jak się uwolnił i uciekł. Wszystko tylko nie to!
Gdzieś z daleka dobiegły ożywione głosy.
Bestia zawyła raz jeszcze, odpowiedział jej długi orkowy wrzask triumfu.
A Maeglin, bojąc się poruszyć, czy chociaż odetchnąć głębiej, zrobił jedyną rzecz jaką mógł w tej sytuacji: dał się ponieść rozpaczy. Groza, zawód, bezsilność, wyczerpanie – wszystko to znalazło nagle ujście we łzach i Maeglin, ku swojemu własnemu przerażeniu, zaczął płakać. Nie panował już nad sobą i nad własnym strachem. Rozciągnięty na wznak, leżał tak z zamkniętymi oczami i szlochał bezgłośnie i bezradnie. Wilkołak obserwował go z wyraźnym rozbawieniem, obnażając zęby i rozciągając wargi w niby-uśmiechu. A potem pochylił łeb i psim zwyczajem polizał go po policzku swym gorącym, śmierdzącym jęzorem, jakby chciał posmakować łez. Maeglin zakrztusił się własnym szlochem i zamilkł, kamieniejąc z grozy i obrzydzenia. Zacisnął powieki z całych sił, zagryzł zęby i odwrócił nieznacznie głowę. Parzący oddech owionął mu ucho, a potem szyję. Obrzydliwie mokry jęzor raz jeszcze powoli przesunął się po jego policzku w tej koszmarnej parodii czułego psiego gestu, a potem wzdłuż szczęki. Okrzyki we mgle nasiliły się i wilkołak podniósł łeb.
Orkowie nadbiegli tuż po tym.
Odrętwiały, wyczerpany Maeglin nie stawiał oporu. Kiedy go podnieśli z ziemi, zobaczył, że wilkołak zniknął, tak jakby wtopił się w mgłę. Spodziewał się bicia, jeszcze gorszego niż to ubiegłego wieczora, ale orkowie mieli dla niego inną karę. Zawlekli go z powrotem w miejsce, z którego uciekł. Po tamtym oddziale i dwójce jeńców nie było już śladu. Tam orkowie związali go wymyślnie, w taki sposób, że klęcząc musiał zginać się niemal w pół, żeby chwytać oddech. Kiedy próbował się prostować pętla z liny biegnącej wzdłuż kręgosłupa do jego kostek, zaciskała mu się na szyi. Kiedy zaś się pochylał, omdlewały mu mięśnie ud, a plecy płonęły z bólu. Tortura prosta i piekielna zarazem. Po paru chwilach ta nienaturalna pozycja stawała się nie do zniesienia. W rozpaczy próbował sam się udusić, prostując się i pozwalając, by pętla zrobiła swoje, ale jego udręczone ciało, wbrew jego woli, wciąż walczyło o oddech.
Tak spędził resztę nocy.
To, co wydarzyło się potem pamiętał jak strzępki obrazów z koszmarów sennych. Czarny gościniec wiodący do bramy, nierealnie wielkiej. Ogień i dymy. Bezimienne stwory, puste martwe twarze niewolników Angbandu, trupy i niekończące się schody, wiodące w dół, zawsze w dół. A potem wielki sklepiony korytarz, demony ognia po obu stronach żelaznych wrót. Komnata tronowa, olbrzymia i gwarna, rogaty wąż o złotych oczach owinięty wokół kolumny. Stopy Maeglina po kostki zanurzone we krwi. A może to tylko złudzenie...
Patrzył pod nogi, z dziecięcym uporem. Nie podnosił wzroku. Wiedział, gdzie On jest. Tak jak z zamkniętymi oczami można wskazać słońce, tak Maeglin czuł, gdzie bije czarne serce tej twierdzy.
Pchnęli go na kolana. Z całych sił zamknął oczy i pochylił głowę. Nic nie powie, nie dowiedzą się kim jest, niczego nie zdradzi...
- Witaj Maeglinie, synu Eola – zagrzmiał głęboki głos, pełen jadu, a mimo to przerażająco piękny i czysty. - Rad jestem z naszego spotkania.
Rozdzia?? 3 autor: Kasiopea
*
Ponoć dzielnie stawałeś w bitwie u boku Turgona. Widzę w tobie siłę i gniew twego ojca i pasję matki. Pół Noldor, pół Sindar, białe lico, czarne serce i skryty płomień. Idealna krzyżówka, materiał w sam raz na mojego wysłannika i dowódcę. Lub na zabawkę, jeśli materiał nie będzie współpracować. Nim zadam ci pytanie, pytanie o Gondolin, moi słudzy oprowadzą cię po komnatach tortur. Dobrze się tam zastanów, nim odpowiesz Panu Ardy, zabaweczko.

Dźwignie, śruby, klamry i łańcuchy. Kolce, haki i ostrza. Liny i kleszcze.
Przeraźliwe krzyki i monotonne jęki, zawodzenia torturowanych istot, elfów, ludzi, a nawet orków. Jeńcy porozpinani na wymyślnych machinach, obdzierani ze skóry, przypalani, chłostani, pożerani żywcem przez bestie i robactwo, miażdżeni.
Mężczyźni i kobiety.
I dzieci.
Wszyscy nadzy, wszyscy upodleni, umysły i ciała zastygłe w agonii i grozie.
Korytarze bez końca, spowite w dym od kopcących pochodni.
Straszliwy smród, odór gnijącego mięsa i krwi, wilki walczące między sobą o ochłapy, pijące z ciemnych kałuż na posadzkach.
Próbował się od tego odciąć, nie patrzeć, wmawiać sobie, że to koszmarny sen, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę, ale jego oprawcy mu na to nie pozwolili. Jakby wyczuwając, czego boi się najbardziej, pokazali mu z bliska oślepienie i kastrowanie. Ofiarą był jakiś wysoki jasnowłosy elf - na szczęście w trakcie kaźni szybko stracił przytomność i już jej nie odzyskał, mimo wysiłków oprawców. A potem były machiny i tortury, których sam widok groził szaleństwem. Maeglin, do tej pory dający się prowadzić w otępieniu i szoku, zaczął się wyrywać i opierać. Dalej więc był wleczony siłą. Przy machinie zwanej, jak mu powiedzieli, „kołyską Balroga”, w której wyła bezwłosa elfka – czy raczej to co z niej zostało, ścięły go torsje, choć już od dawna nie miał czym wymiotować. Trzymali go, nie pozwalając, by odwrócił głowę, pilnowali, żeby nie zemdlał.
A potem nastąpiło najgorsze. Wymyślne, przypominające tron urządzenie, z uchwytami na ręce, nogi i szyję, najeżone kolcami, hakami – Maeglin starał się mu nie przyglądać, choć przyciągało wzrok z chorobliwą, nieodpartą siłą. Było puste, na szczęście. Jego eskorta zatrzymała się na środku komnaty, dwaj orkowie, którzy go przytrzymywali, odsunęli się. Wszyscy patrzyli na okute wrota, czekając na coś. Po chwili rozległ się odgłos wielu kroków i szamotaniny, otworzyły się oba skrzydła drzwi, do środka wprowadzano kolejno jeńców – pięciu. Młodzi elfowie, widocznie niedawno schwytani, bo nie skatowani, nie noszący jeszcze śladów długiej niewoli, maskujący strach pod tarczą dumy, jedni opierający się, gniewni, inni spokojni i godni. Orkowie, którzy z nimi przybyli, ustawili ich w rzędzie, zmusili, by wszyscy poklękali.
- Wybierz jednego, „mój panie” – wódz eskorty, ni to ork, ni człowiek o sadystycznej twarzy i pejczu u pasa, szyderczo zwrócił się do Maeglina .
Maeglin spojrzał na niego z osłupieniem, a potem odruchowo, zupełnie bezwiednie, przesunął wzrokiem po jeńcach. Trzeci z lewej, czarnowłosy chłopak, Sindar na oko sądząc, przypominał do złudzenia jednego z Kretów, nawet uczesany był podobnie. Maeglin zatrzymał wzrok na jego twarzy.
O mgnienie oka za długo.
-Ten? – Potwór, który uważnie go obserwował, wyszczerzył zęby. – Dobry wybór. Jest silny i rosły, wytrzyma długo.
I skinął ręką, opancerzoną stalą.
- Nie!!! – wyrwało się Maeglinowi w zgrozie, jego głos zlał się z okrzykiem ”wybranego” chłopaka, podrywanego na nogi.- Nikogo nie wybrałem! I nie wybiorę!
Ale było już za późno, odzierany z ubrania młody elf rzucił mu spojrzenie, w którym lęk mieszał się z nienawiścią. W tle dwaj orkowie ustawiali jakieś uchwyty i wajchy piekielnej machiny.
Maeglin bezradnie zacisnął pięści i spojrzał w bok, na bestię, która wprost napawała się tą sceną. Podobnie jak wtedy, w obozie orków, tak i teraz, zdjął go ślepy gniew i bunt. Nie myślał o konsekwencjach. Książę Noldorów nie pozwoli się tak traktować, nie zastraszą go. Jak atakujący wąż, bez ostrzeżenia, rzucił się na rechoczącego z uciechy stwora. Liczył na zaskoczenie, swoją siłę i szybkość. Jeden sprawny chwyt i skręci bydlakowi kark. A potem niech się dzieje co chce. Nawet nie zdążył się zdziwić, kiedy jego zamach zagarnął tylko powietrze, a prawa ręka została pochwycona i zablokowana. Bestia, która musiała spodziewać się ataku, zareagowała z wprawą kogoś, kto uczynił sztukę z poskramiania więźniów. Maeglin, szarpnięty za rękę, stracił równowagę i tej samej chwili oberwał potężnie czymś twardym prosto w pierś, poderwało go w powietrze, komnata zawirowała, a on sam wyrżnął plecami w posadzkę, tracąc dech.
- Jeszcze raz? – zapytał pobłażliwie dowódca, nachylając się nad nim. W ręku trzymał coś na podobieństwo pałki lub pręta, dobytego nie wiadomo skąd i kiedy.
Maeglin natychmiast spróbował się podnieść, ale dziwnie odrętwiałe ciało nie było mu posłuszne. Uderzenie o kamienie posadzki okazało się nad wyraz silne, paraliżujące niemal. Wciąż brakowało mu tchu, nawet kasłanie przychodziło z trudem. A jeszcze trudniej było pogodzić się z faktem, że ten szatański pomiot rozprawił się z nim jak z nieposłusznym szczeniakiem.
- Elfie ścierwo, już ja cię nauczę – obok dowódcy wyrósł mniejszy ork i rozwinął bicz.
- Jeszcze nie teraz, taki rozkaz – potwór odepchnął go niecierpliwie. – Podnieście go. I dopilnujcie, żeby nie uronił żadnego szczegółu przedstawienia na jego cześć.

*

Gdzie jest Ukryte Miasto, Gondolin?
Powiesz mi to, wcześniej czy później. Wiesz o tym. Wiesz, że nie wytrzymasz tego bólu, że wyznasz, ba, wykrzyczysz mi wszystko w nadziei na wytchnienie. Ale wtedy będzie już za późno. Nie będziesz już wtedy widział ani czuł.

Maeglin, bystrooki syn Eola i Aredheli. Zastanawiasz się, skąd tyle o tobie wiem. Ja cię znam, elfiątko. To ja cię stworzyłem. Nie wierzysz mi? Twój ojciec był moim sługą. To w moich kuźniach nauczył się wszystkiego. Nawet nie wiesz, że za jego pośrednictwem uprawiasz moją sztukę, powielasz moje zamysły. Sądzisz, że twoja matka trafiła prosto w jego objęcia z przypadku? To ja pognałem precz jej eskortę, to ja rozsnułem mgły, to ja kazałem pająkom ją przepuścić. Zaplanowałem cię. Dzięki mnie istniejesz. Nie zmienisz tego, kim jesteś. Nie odmienisz przeznaczenia.
Jesteś mój.

…wrota twego umysłu otwierają się przede mną, twoje myśli są moją własnością…

W głębi serca wiesz, że miasto musi upaść. Moi drodzy bracia, Valarowie, sami to wam przepowiedzieli. Ja wyjawię ci sekret: Gondolin nie musi upadać. Jego los zależy od ciebie. Jeśli nie zdradzisz mi jego położenia teraz, zrobi to niebawem kto inny, a wtedy nie okażę już litości i nie pozostawię kamienia na kamieniu. Moja oferta przeznaczona jest tylko dla ciebie, mojego wybrańca, tu i teraz. Jeśli zgodzisz się zasiąść na tronie jako mój wasal, oszczędzę miasto i jego mieszkańców. Dzięki tobie przetrwają. Będziesz bohaterem, będziesz powszechnie podziwiany. Czyż nie tego chcesz?

Turgon? Będziesz mieć skrupuły wobec tego, kto zabił twego ojca? I matkę? Tak, matkę. Dlaczego w porę nie zareagował? Dlaczego nie podał jej odtrutki? Dlaczego tak szybko usunął jedynego świadka, który mógł coś wiedzieć o truciźnie? Chcesz poznać prawdę? Nie było żadnej trucizny, Turgon nie mógł ścierpieć, że jego siostra splamiła się związkiem z Ciemnym Elfem. Więc ją usunął. Bratobójca, objęty Klątwą Noldorów. Ty ocalałeś tylko ze względu na swoją wiedzę i talent. Wiedz, że niewolnicy nie pracują tak ciężko w moich kopalniach, jak ty trudziłeś się w Gondolinie. I jaka była twoja nagroda? Pogarda i odtrącenie. Śmiali się z ciebie za twoimi plecami, nie wiedziałeś? Kpili sobie z ciebie. I bali się.

Twe myśli płoną nazbyt jasno. Kochasz, lecz nie jesteś kochany. Pragniesz, lecz bez nadziei spełnienia. Doznałeś w życiu wielu krzywd – czy dasz się okaleczyć dla tych, którzy cię lekceważą, którzy za plecami nazywają cię Ciemnym Elfem, którzy skąpią ci światła i należnych tobie praw? Którzy skąpią ci… uczucia? Jesteś im coś winien?
Czy to miasto, którego tajemnicy tak gorliwie strzeżesz, odpłaciło ci choć w części za poświęcenie? Jesteś pewien, że warto dla niego umierać w mękach? Byłeś tam szczęśliwy?

Pragniesz jej. Pożądasz. Nie wzdragaj się, w miłości nie ma niczego złego. Chcesz jej, to naturalne. Jest dla ciebie stworzona. Księżniczka dla księcia. Królowa dla króla. Mój wasal powinien mieć godną siebie żonę. Pasujecie do siebie. Twoje bohaterstwo odmieni jej serce, spojrzy na ciebie innymi oczami, masz na to moje słowo. Dasz jej szczęście o jakim nie marzyła. Ocalisz ją. Przed śmiercią. I przed nią samą. Ktoś musi to zrobić, skoro innym odebrało zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości. Królewska krew nie powinna mieszać się z krwią śmiertelników. Ale to jeszcze można naprawić. Na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno.
Możesz mieć wszystko czego pragniesz.

Idril…

Dosyć! Wystarczy!
Znajomy głos wdarł się między wspomnienia. Ktoś Maeglinem potrząsnął, raz i drugi. Obraz sali tronowej zaczął się rozwiewać, jako ostatnie zniknęły oczy Władcy Ciemności, odbijające blask Silmarili.
Patrzył na Turgona, bladego i zdenerwowanego. Byli w jego jaskini. Ile czasu – nie potrafił powiedzieć.
- Już dość – powtórzył Turgon, usiłując zapanować nad drżeniem głosu. – Pokazałeś mi to co chciałem i mam już moją odpowiedź.
Maeglin powolnym ruchem dotknął czoła i raz jeszcze powiódł wzrokiem po wnętrzu swego domu. Siła wspomnień przywołanych w gniewie była tak duża, że wciąż spodziewał się widoku orka lub wilka, wyłaniających się z któregoś z zakamarków. Nagle zrobiło mu się bardzo zimno.
Rozległ się szelest i przykryło go coś miękkiego i ciepłego. Otworzył oczy – to Turgon narzucił mu na ramiona swój płaszcz. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa, a potem król rzekł krótko:
- Zaczekaj tu – i z tymi słowy wyszedł. Maeglin został na podłodze i ograniczył się jedynie do szczelniejszego otulenia płaszczem. Czuł się dziwnie otumaniony i spowolniony, jak wtedy, kiedy w kopalni pod Anghabarem wybuchł gaz i spowodował zatrucie kilku elfów pracujących najbliżej, w tym i jego.
Po chwili znów rozległy się kroki.
- Wstańże już z tej podłogi! – rzekł Turgon rozkazującym głosem, a kiedy nie doczekał się reakcji, ze zniecierpliwieniem ujął Maeglina pod ramię, podniósł i pokierował w stronę łóżka. Siostrzeniec posłusznie przysiadł na brzegu, ponownie ciasno owijając się płaszczem.
- Pij! – Turgon podał mu ozdobny bukłak.
Maeglin wziął go, bo w tonie wuja było coś, co sugerowało, że lepiej się nie sprzeciwiać. Ostrożnie pociągnął pierwszy łyk.
Miruvor!
Nie pił tego… od czasów swych wypraw w góry. I od czasu Nirnaeth Arnoediad. Napój smakował jak zawsze i rozjaśniał w głowie, miłe ciepło rozlało się po ciele.
Zastukał przysuwany stołek – to Turgon usadowił się naprzeciwko, przy swym wzroście i królewskiej tunice wyglądając nieco komicznie na tak małym, topornym zydelku. Maeglin nieśmiało wysunął rękę z bukłakiem, chcąc go oddać, ale wuj skinął przecząco ręką, więc trzymał go dalej, oburącz, by powstrzymać się od nerwowego splatania dłoni. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że odruchowo wodzi palcami po ornamentach i bada zatyczkę, sposób jej zamocowania, spaw przy uchwycie. Dawne nawyki twórcy i pasjonata sztuki kowalstwa i zdobnictwa nie zanikały tak łatwo.
- A więc to tak się odbyło – zamruczał Turgon w zadumie, a Maeglin zwiesił głowę. Przypływ gniewu wywołany dopytywaniem się wuja minął bezpowrotnie, teraz zostało tylko dojmujące zmęczenie. I strach. – Pewną pociechą jest dla mnie, że jednak byłeś też ofiarą Morgotha, a nie tylko katem Gondolinu. Poddano cię ciężkiej próbie i w pewnym sensie nie winię cię, żeś uległ.
Maeglin, zaskoczony, zaryzykował rzut oka na wuja. Jak zwykle wyraz twarzy Turgona był nieodgadniony.
- Tego, czego nie mogę jednak nijak zrozumieć – ciągnął niespiesznie król - to to, żeś nas nie ostrzegł po powrocie. Powiedz, dlaczego milczałeś i taki spokojny, taki radosny, czekałeś aż nadejdzie zagłada, mmm?
- Nie mogłem.- odszepnął.
- Ale dlaczego? – Turgon podniósł nieco głos.
- Po prostu nie mogłem.
- Lojalność wobec Morgotha nade lojalność wobec twego króla i wuja? – Zakpił Turgon.- Czy ty naprawdę uwierzyłeś, że on ci odda nietknięty Gondolin z całym jego ludem i bogactwami? Że będziesz sobie w nim beztrosko panował? Że Idril zgodzi się zasiąść u twego boku, po tym jak za twoją wiedzą wymordują jej najbliższych? Racz też zaspokoić moją ciekawość – jaki los zaplanowaliście dla mnie? Na tronie wszak było miejsce tylko dla jednego króla…
Maeglin przygryzł wargę i nie odpowiedział.
- Naprawdę chciałeś cisnąć Earendila z murów, prosto w płomienie?
- Nie pamiętam. – Odrzekł Maeglin zduszonym głosem, zgodnie z prawdą. Wydarzenia na murach zlały mu się w jeden, chaotyczny obraz. Była tam krzycząca Idril, nadbiegający Tuor i … dzieciak też. Ale co dokładnie się działo w tych ostatnich chwilach, litościwie zakryła mgła. Pamiętał wszystko dokładnie do momentu, w którym odnalazł Idril z prośbą, by się ratowała. Potem – były już tylko strzępki zdarzeń.
- Jakże wygodnie – skomentował Turgon. - Nie zmienia to jednak faktu, że chciałeś posiąść kuzynkę, siostrę można rzec, uprzednio zrzuciwszy w przepaść jej dziecko. Przed tobą wiele pracy, by odzyskać dobre imię i zaufanie nas wszystkich, mój siostrzeńcze.
- Moje imię jest zhańbione na wieki i nie za…
- I tak możemy w nieskończoność, każdy swoje – Turgon przerwał mu obcesowo. – No, dobrze – oznajmił, rozglądając się po jaskini. – Weź co najpotrzebniejsze, nie chcę zbytnio obciążać konia. Po resztę rzeczy, które zdecydujesz się zabrać, przyślemy później.
- Co?- Maeglin pobladł.
- Pakuj się - wyjaśnił spokojnie Turgon. - Wracamy do mojego pałacu. Mam względem ciebie plany i nie zamierzam z nich rezygnować.
Maeglin, nie znajdując słów, zaczął kręcić głową. Wcześniej założył, że nie ma powodu do paniki, bo wuj przecież nie może wymusić na nim powrotu siłą. Teraz, patrząc w te nieugięte władcze oczy, nie był już wcale taki pewien i na samą myśl oblał go zimny pot, a serce zaczęło tłuc się jak oszalałe.
- Cóż tak patrzysz? Chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci tu zostać, skoro już cię znalazłem. Co, według ciebie, miałbym powiedzieć Aredheli i Eolowi? „Tak, tkwi w tej swojej jamie i nie życzy sobie was widzieć”?.
Maeglin coraz szybciej kręcił głową. Eru, miej litość, to wszystko nie tak. Jak w krzywym zwierciadle…
- Nie. Nie mogę. Nie pojadę.
- Nie pytam cię o zdanie. Pozwól, że przypomnę ci dzień w Gondolinie, w którym ślubowałeś mi posłuszeństwo. Miałeś swobodę wyboru i wybrałeś mnie, a nie Eola, dorośnij więc wreszcie do własnej decyzji. Od owego czasu jestem twoim władcą i do mnie należy sąd nad twoim losem, tak jak kiedyś osądziłem twojego ojca. Należysz do mnie, z własnego wyboru. I przypominam ci o tym po raz ostatni.
- To było kiedyś, w innym życiu – Maeglin zaprotestował słabo.
- Przysięga to przysięga! – zagrzmiał Turgon, a oczy mu zalśniły – My, Eldarowie, nie mamy takich wykrętów jak śmiertelnicy. Nie odchodzimy poza kręgi świata, nasze słowo jest wieczne. A ja nie przypominam sobie, bym cię z twojego zwalniał! Wybrałeś służbę u mnie, więc mi służ. Wracasz ze mną, to rozkaz.
- Zlituj się – zaszeptał Maeglin.
- Opacznie rozumiesz litość. Okazuję ci ją właśnie zabierając cię z tej nory. I wyjaśnijmy sobie coś jeszcze, Maeglinie, masz wielki dług do spłacenia. Dług u swej rodziny i u swego ludu. Odmawiając powrotu, pozbawiasz ich prawa do konfrontacji, do oskarżeń, do stawiania pytań. Tak, i choćby do naplucia ci w twarz, dlaczego nie. Lecz przede wszystkim do przebaczenia. Czy tego chcesz, czy nie, czy będziesz chować się w ciemności jaskini, czy odważysz się wyjść, twoje czyny zaważyły na losach tysięcy. Twe piętno nadal spoczywa na ludu Gondolinu. Bez twojej prośby o przebaczenie i bez odmowy bądź udzielenia ci tej łaski, życie Idril jest niepełne, a jej spokój zachwiany, zrozum to wreszcie, głupi mały samolubie! Aredhela nie zazna szczęścia ni radości, dopóki nie weźmie cię w ramiona! Twój ojciec nie stanie się w pełni sobą bez waszego pojednania. Odważ się spojrzeć w twarz Earendilowi i zobacz co znajdziesz w jego oczach. Stań przed twoją Krecią Chorągwią z podniesionym czołem. Daj im szansę, by mogli ocenić i wybrać, przyjąć lub odrzucić.
I stań przede mną.
Nie mogę.
Maeglin przez chwilę trwał nieruchomo, a potem powolnym ruchem ściągnął płaszcz i odłożył go, wraz z bukłakiem, na łóżko. A potem osunął się przed Turgonem na kolano.
- Wybacz mi, królu. - Powiedział jedynie.
I nim wuj zdążył zareagować, wstał i skoczył w mrok korytarza. Turgon krzyknął coś za nim, ale Maeglin puścił to mimo uszu. Przez mgnienie oka motał się w kotarze, zerwał ją w końcu, szarpnął za drzwi i stanął w oślepiającym świetle słonecznego dnia. Piękny długogrzywy rumak, pasący się nieopodal, poderwał gwałtownie łeb i parsknął, nastawiając uszu. Maeglin minął go i pobiegł ku tej części lasu, gdzie panował największy mrok, a drzewa rosły tak gęsto, że nie sposób było wjechać tam konno. Miał nadzieję, że Turgon zrezygnuje z pościgu, jednak rzut oka wstecz pokazał, że wuj biegnie za nim. Już się więc nie oglądał, tylko skupił całkowicie na biegu, jak to miał w zwyczaju. Teren był trudny i pod górę, co i rusz trzeba było skakać przez zwalone kłody i przedzierać przez chaszcze. Omszałe drwa były śliskie od deszczu, cierniste pnącza chwytały za ubranie. Maeglin biegł przed siebie, byle dalej od Turgona, byle tylko uciec.
Ku swemu przerażeniu jednak, zamiast się coraz bardziej oddalać, słabł z każdą chwilą, tracąc tempo. W uszach miał przerażający, chrapliwy odgłos własnego ciężkiego oddechu. Jego dawna zwinność zniknęła. Zaczął się potykać, w końcu źle ocenił odległość między wykrotem a pniem i runął jak długi. Kiedy się niezdarnie podnosił, zobaczył plamę błękitu między drzewami. Turgon wciąż biegł za nim, nie udało się go zgubić. W przypływie paniki Maeglin wykrzesał z siebie jeszcze trochę sił, ale wuj i tak stopniowo i nieubłaganie skracał dystans.
„Co się dzieje?!” – pomyślał w rozpaczy. Dawniej Turgon nigdy by go nie dogonił. NIKT by go nie dogonił. Nawet niedościgłej Aredheli potrafił uciec w lasach Nan Elmoth, a był jeszcze wtedy chłopcem. Coś z nim było nie tak.
Od powrotu z sal Mandosa był wyraźnie słabszy. Szybko się męczył, musiał robić częste przerwy w pracy, potrzebował zaskakująco dużo snu, który zresztą nie przynosił mu wytchnienia. Jadł mało i rzadko, bo miał wstręt do wszelkiego jadła, a jego ciało źle to znosiło. Normalny elf nawet by takiego postu nie odczuł - Maeglin nie potrzebował lustra, by wiedzieć, że jest przeraźliwie chudy. Nie dbał o swój wygląd, więc nie zaprzątał sobie tym głowy. Teraz jednak, kiedy niemalże rzęził z wysiłku, wspinając się pod górę i grzęznąc w nasączonych wodą mchach, przemknęło mu przez głowę, czy to nie jego fea, udręczona ponad miarę, odpowiada za to wycieńczenie. Skoro bowiem jego dusza jest w opłakanym stanie to jakże ma wspierać ciało? W tym momencie zahaczył stopą o zdradziecką plątaninę gałęzi i przewrócił się ponownie. Pozbierał się z trudem, podnosząc na rozdygotanych rękach i ujrzał Turgona, lekko i pewnie pokonującego wzniesienie. Jego sylwetka rosła w oczach. Jeszcze chwila i go dogoni. Maeglin z jękiem ruszył przed siebie, przedzierając się bez wdzięku przez zasłonę gałęzi, nie bacząc na to, że kaleczy sobie twarz i ręce.
Nagle wyrwał się na otwartą przestrzeń i owiało go zimne, rześkie powietrze. Z rozpędu pobiegł jeszcze parę kroków i ledwo wyhamował, machając rozpaczliwie ramionami, bo u jego stóp rozpostarło się urwisko. Zdołał utrzymać równowagę i cofnąć się, nim uderzył w niego kolejny mocny podmuch wiatru, grożąc zepchnięciem ze skały.
Pamiętał to miejsce, kiedyś tu był. Las kończył się jak ucięty nożem, a ze szczytu urwiska rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok. Maeglin jednak, ignorując zielone wzgórza, parujące w słońcu po deszczu, patrzył jedynie w dół, gdzie spienione wody kotłowały się wśród zębatych skał. Korony dorodnych drzew porastających brzegi rzeki wyglądały z tej wysokości jak kulki mchu.
W tyle zatrzeszczały gałęzie - Turgon wydostał się z gęstwiny i stanął jak wryty na widok Maeglina, balansującego na skraju przepaści. Syn Eola i Aredheli spojrzał na niego, a potem znowu w dół. Nagle wyprostował się i odetchnął głęboko, bo spłynął na niego niezwykły, kojący niemal spokój. Wszystkie kawałki układanki wskoczyły na miejsce, by stać się miało to, co musiało się stać. Przeznaczenie go tu przywiodło. Rozwiązanie było tak proste i słuszne – aż dziw, że wcześniej na to nie wpadł.
- Nie! – Zawołał Turgon, przeczuwając co jego siostrzeniec chce zrobić.
Maeglin odwrócił ku niemu głowę, stając pewnie na samym brzegu urwiska. Spod jego stopy posypały się w dół drobne kamyki i grudki ziemi. Nagle zrobiło się przejmująco cicho, nawet wiatr przycichł, jakby i on chciał podkreślić grozę chwili.
- Nie rób tego – pobladły Turgon postąpił krok do przodu i bezradnie zatrzymał się natychmiast, bo Maeglin ostrzegawczo przesunął się jeszcze dalej – stał teraz tak, że jeden niebaczny ruch, a runie w dół wprost na skały. Wuj uniósł obie dłonie w uspokajającym geście, ale nic więcej nie mógł zrobić – nie było mowy, by zdołał pochwycić straceńca i odciągnąć go od przepaści - stali zbyt daleko od siebie.
Maeglin spojrzał mu prosto w oczy, a Turgon zdumiał się, widząc po raz pierwszy tak szczere i gorące uczucie.
Kocham cię. Pokochałem cię od pierwszych chwil i służyłem ci najlepiej jak umiałem. Nie potrafię wytłumaczyć tego, co stało się po moim powrocie z niewoli. I nie umiem żyć z moją hańbą. Wiedz, że nie ma chwili, bym nie tęsknił za matką aż do bólu serca. Lecz nie wrócę. Właśnie dlatego, że was kocham. Nie rozumiecie? Boję się, że znowu wyrządzę wam krzywdę. Jestem przeklęty. Jestem wybrykiem natury, pomyłką Iluvatara. Nie chcę was skazić moją ciemnością. To jest Aman i nie ma tu dla mnie miejsca. Nigdzie go nie ma, poza nicością. Nie powinienem był istnieć i zamierzam to właśnie naprawić. Żegnaj, mój królu.
Maeglin uśmiechnął się smutno, piękniejszy niż kiedykolwiek i odwrócił. Rozpostarł ramiona i…
- Manwe i Vardo, oto wzywam was na świadków mojej przysięgi! – Zagrzmiał za jego plecami głos tak potężny, że wzbudził liczne echa. Zaskoczony Maeglin obejrzał się za siebie, opuszczając ręce. Z oczu Turgona, przerażająco dzikich, bił blask przywodzący na myśl Silmarile w komnacie tronowej Morgotha. – Jeśli skoczysz – król zniżył nieco głos, przez co zabrzmiał on jeszcze dobitniej – jeśli skoczysz – powtórzył, paląc Maeglina wzrokiem – to Valarowie świadkami, przysięgam jednako na Światłość i na Nieprzeniknione Ciemności, że skoczę za tobą. Stało się! Nasze losy splątały się, kiedy mi się pokłoniłeś, a ja cię przyjąłem jak syna. I splątanymi pozostaną. Manwe mi świadkiem – nie chcę umierać, ale jeśli mnie do tego zmusisz to podążę za tobą i do Mandosa. Raz już miałeś moje życie w swym ręku, teraz oddaję ci je po raz drugi. Jeśli skoczysz, zabijesz nas obu. Kochasz mnie, powiadasz. Zatem decyduj o moim losie raz jeszcze. Wiedz jednak, że się ode mnie nie uwolnisz, ni w życiu ni w śmierci.
Maeglin zamarł jak rażony gromem, jego czarne oczy rozszerzały się ze zgrozy, w miarę jak znaczenie słów Turgona w pełni do niego docierało. Poruszył ustami, ale nie był w stanie dobyć głosu. Przez chwilę, długą jak wieczność, patrzyli na siebie bez słowa.
Aż wreszcie Maeglin odstąpił od przepaści, runął na kolana i kryjąc twarz w dłoniach zaczął przeraźliwie krzyczeć, głosem istoty pokonanej i udręczonej ponad miarę. Turgon pospiesznie pokonał dystans między nimi, schylił się i chwycił go za ramiona.
- Przestań! Opanuj się! – spróbował nim lekko potrząsnąć, ale bez rezultatu. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że uderzenie w twarz przerwie tę histerię, ale Turgon wzdragał się przed takim rozwiązaniem.
- Przestań! – powtórzył, z błagalną nutą w głosie, kładąc mu rękę na głowie, ale Maeglin nadal krzyczał bezrozumnie, w mrożący krew w żyłach sposób. W desperacji Turgon uklęknął i nieco nieporadnie zagarnął siostrzeńca w ramiona. Maeglin zachłysnął się i ścichł, spazmatycznie, jękliwie chwytając powietrze. W tym samym momencie Turgon z niejakim zaskoczeniem uświadomił sobie, że obejmuje go po raz pierwszy, w Gondolinie nigdy przedtem tego nie zrobił i nie odczuwał takiej potrzeby. Zdarzało się, że położył siostrzeńcowi dłoń na ramieniu, i owszem, nie szczędził mu też słów pochwały i aprobaty– ale przytulić – nigdy.
„Właściwie dlaczego?” – zdumiał się. Wydawać by się mogło, że Maeglin, dojrzały ponad wiek, też tego nie potrzebował. Ale czy aby na pewno?
Turgon zmarszczył brwi i odruchowo wzmocnił chwyt, jednocześnie z przerażeniem wyczuwając pod palcami same kości obleczone skórą. Z niedowierzaniem przesunął dłonią po plecach i prawym boku siostrzeńca - każdy krąg i każde żebro rysowało się pod koszulą ostrym łukiem. Gniew, który po długich poszukiwaniach, przywiódł króla do jaskini, topniał z każdą chwilą, ustępując miejsca ściskającej za gardło litości.
- Dziecko, coś ty ze sobą zrobił? – szepnął, drugą dłonią usiłując, bez skutku, rozplątać mu zmierzwione, mokre od potu włosy.
Maeglin nie odpowiedział. Wciąż dygotał, a jego płytki, szybki oddech przeszedł w łkanie. Turgon dotknął jego policzka, ale łez nie wyczuł. Ostrożnie spróbował rozmasować mu kark i plecy, ale Maeglin był tak spięty, że nie miało to sensu. Turgon więc ograniczył się do trzymania go w objęciach. Po chwili zniżył głowę i szepnął mu prosto w ucho, bielejące wśród czarnych, splątanych włosów:
- Niespełna pięć dni drogi od Tirionu jest dolina w obręczy gór. Skryta jak perła w muszli, zielona jak klejnot. Można się tam dostać bardzo wąskim wąwozem, który kończy się skalną ścianą. Da się po niej wspiąć i wtedy z góry rozpościera się przejmująco znajomy widok…
Maeglin znieruchomiał i Turgon poczuł, że zaczął go słuchać całym sobą.
- Znaleźliśmy ją trzy lata temu, twoja matka, ojciec i ja. Pokazaliśmy wybranym.
Zwołałem Radę Gondolinu, jak za dawnych lat. Wszyscy byli zgodni. – Ciągnął, nie zdając sobie sprawy z narastającego, dziecięcego niemal, podekscytowania w głosie - Nadszedł czas. Odbudujemy Gondolin, wieża po wieży, fontanna po fontannie, kamień po kamieniu. Golodhrimowie tego chcą, są gotowi opuścić dotychczasowe domostwa i zamieszkać wszyscy razem, jak dawniej. Valarowie udzielili nam zgody. Na nowo zawiązują się chorągwie i bractwa.
Maeglin wyczuwalnie wstrzymał oddech.
- Tak – odpowiedział Turgon – Krecia Chorągiew też. Wiedz, że na Radzie były głosy sprzeciwu, ale ostateczna decyzja należała do mnie. A moją wolą jest, by wszystko było jak dawniej. Nie ma sensu w taki sposób uciekać przed przeszłością. Po pierwszych wahaniach zaczęli się zgłaszać twoi elfowie, na początek niewielu było dostatecznie śmiałych, ale dobre i to. Przekonanie pozostałych to już nie moje zadanie.
Maeglin wciąż milczał.
- Ecthelion zwołuje straże bram. Domyślam się, że nawet w tej chwili architekci pracują, odtwarzając plany miasta. Przed nami dużo ciężkiej pracy. Mamy jednak czas. I będziemy mieć Gondolin w całej jego krasie. Tyle, że nie będzie to już Ukryte Miasto lecz Miasto Gościnne. O siedmiu otwartych bramach. A mówię ci to wszystko, Maeglinie, bo twórców pierwszych sześciu już mam, brak mi jedynie Bramy ze Stali… - to rzekłszy Turgon znacząco zamilkł, czekając na reakcję. I choć Maeglin, co było do przewidzenia, nadal się nie odzywał, jego ręce po chwili drgnęły i powoli objęły plecy wuja, odwzajemniając nieśmiało uścisk. Turgonowi zabiło serce.
- Twój talent i pomoc będą bezcenne – rzekł cicho.- Pytanie tylko, czy zechcesz ich nam użyczyć. Mogę ci to rozkazać, ale nie tego nie zrobię. Odbudowa Gondolinu nie będzie dla nikogo przymusem, nawet dla ciebie. Odpowiedz mi.
- Ja… - stłumiony, słaby głos się łamał -…ja nie mam sił…
- To widzę. – odparł Turgon spokojnie. – I trzeba będzie temu zaradzić, choć nie jest to w tej chwili najważniejsze. Ja nie o siły cię pytam, lecz o to czy chcesz? – I uśmiechnął się kiedy po dłuższej chwili usłyszał w odpowiedzi szept, niewiele głośniejszy od szmeru wiatru:
- Chcę…
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=25