Nocne braci rozmowy autor: Kasiopea
Streszczenie: Nie ma to jak dobry brat. I dobre wino. Impresja napisana z my??l? o tolkfolkowym czytaniu w roku 2006.
Kategorie: Gondor za panowania Namiestnik??w
Postacie: Boromir syn Denethora, Faramir
Gatunek: Humor/Parodia
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 2048 Przeczytano: 3396 razy Opublikowano: 2008-05-23 Aktualizacja: 2008-05-23

1. Rozdzia?? 1 autor: Kasiopea

Rozdzia?? 1 autor: Kasiopea
Braterska impresja
3 lipca Ithilien

- No to teraz mów – Boromir zapadł w niedźwiedzie futro, łaskawie przyjmując od Myszy kolejny, trzeci już wedle rachub Faramira, puchar z winem. - Mów bratu wszystko, opowiedz całe swoje życie w tej smętnej dziczy, począwszy od 14 dnia Viresse, a mądry i cierpliwy brat wysłucha, doradzi i...
- Wyśmieje, tak, wiem. – Przerwał mu uprzejmie Faramir, gestem pokazując Myszy, że ma jeszcze wino i nie potrzebuje dolewki. Giermek skinął głową i wycofał się za zasłonę, oddzielającą kapitańską część jaskini od kwater strażników. – A można wiedzieć dlaczego od 14 dnia akurat?
- Bo wtedy widzieliśmy się ostatnio, mój mały pamiętniczku. Ach, byłbym zapomniał, ojciec każe cię czule pozdrowić. A więc niniejszym to czynię. Czule – I Boromir uniósłszy kielich w salucie, osuszył go niemal do dna.
Na moment zapadła cisza.
- Miło, że tak kłamiesz – Faramir uśmiechnął się do niego.
- Nie kłamię! Ojciec pamięta o tobie i bardzo się o ciebie troszczy.
- Tak? A można wiedzieć co takiego dokładnie powiedział?
- Powiedział, że mógłbyś się bardziej postarać, bo tak lakonicznych raportów nawet ork by się nie powstydził. Uważa też, że to skandal, iż nie raczyłeś pojawić się w Mieście na wiosennej Zmianie Wart. Czyli, innymi słowy – myśli o tobie i bardzo tęskni.
Faramir zaśmiał się gorzko i dopił własny puchar.
- „Innymi słowy” – rzekł cicho z przekąsem.
- Nie żartuję – Boromir popatrzył na niego z nieoczekiwaną powagą.
- Daruj sobie.
Boromir już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Zamiast tego zajrzał uważnie w głąb swego pucharu.
- Myszaaa!
Zasłona niemal natychmiast uchyliła się i w szparze pojawiła się twarz Berna oraz jego uszy.
- Wina nie mamy, mój chłopcze.
- Dlaczego ty zawsze musisz upijać się w mojej kwaterze? – westchnął Faramir, z rezygnacją podsuwając swój puchar Bernowi.
- Ja się nie upijam, jeno walczę o podtrzymanie życia. Poziom melancholii w tej ponurej jamie przerasta nawet moje osławione męstwo. A skoro już o wyśmiewaniu była mowa... czy to prawda, że nie dalej jak dziesięć dni temu zgubiłeś połowę oddziału na bagnach?
- Nie zgubiłem, tylko dokonałem strategicznego rozdzielenia sił. Ejże, zaraz, zaraz! A niby skąd ty o tym wiesz?
- Wódz-kapitan wie wszystko. Widzi wszystko. Pamięta o wszystkim.
- Przywiozłeś mi tę książkę od wuja? – zapytał Faramir błyskawicznie.
- Zapomniałem – odrzekł Boromir swobodnie. – Wyjeżdżałem w dość dużym pośpiechu. Mysza, nie odchodzisz daleko, tak?
- Wino się skończyło. – Giermek pomachał pustym dzbanem.
- A, zatem odchodź, dziecino, odchodź choćby i daleko. Bylebyś zaraz powrócił w obfitość uzbrojon.
- Nie spiesz się, chłopcze! – zawołał za nim Faramir. – Bo twemu panu niewiele już trzeba, lada moment a zacznie wierszem przemawiać.
- Kto jak kto, ale ty powinieneś być wniebowzięty – zauważył Boromir z godnością.
- Skoro już o wyśmiewaniu rozprawiamy, opowiedz mi lepiej – ciągnął Faramir niewzruszony – jak tam twoje miłosne podboje, mmm? Któraż to panna wpadła ci ostatnio w oko?
- A wiesz, nawet wpadła mi, wpadła – Boromir pokiwał głową z nagłym ożywieniem.
Faramir uniósł brew.
- Nie może być. A któż to?
- Ha! – Boromir uśmiechnął się tajemniczo. - Czarnulka, oczęta aksamitne, krągłości apetyczne, kibić wąska, brew jak skrzydło kruka, a i pogadać jest z nią o czym. Naprawdę niegłupia, z poczuciem humoru, jakie lubię. Wreszcie mi się trafia taka, która coś w mojej obecności potrafi zrobić, poza trzepotaniem rzęsami. A i trzepocze swoją drogą bardzo ładnie. I z rodu zacnego, zbiedniałego, ale przyzwoitego. Dziewiętnaście wiosen, czyli akuratnie. Nie jak te dzieci trzynastoletnie, które mi pod nos przy każdej okazji podstawiają. A jednocześnie na tyle jeszcze młoda, że i kształtować można swobodnie. Podsumowując - kobieta moich marzeń.
- Valarowie litościwi, ażem zbladł, to brzmi poważnie! – Faramir aż się wyprostował w swoim siedzisku.
- Pewno, że poważnie. Mówię ci, bracie, między nami, szczerze i od serca – od dawna żadna mi się tak nie podobała. Aże mi krew żywiej w żyłach krąży i te tam, soki kipią.
- Soki to mi raczej daruj, ale mówże kto to, nie katuj rodzonego brata!
- Miriel.
- Miriel? – Faramir w pierwszej chwili nie skojarzył.
- Ta młoda żona Andahera – wyjaśnił mu brat z błyskiem w oku.
- Idiota! – Rozeźlony Faramir cisnął w niego rękawicą.
Boromir uchylił się wprawnie i ciągnął dalej:
- Tak po prawdzie to Andaher zapatrzony jest we mnie jak w obraz. Myślę, że przy delikatnej sugestii chętnie by się ze mną podzielił... wszystkim co ma. Dla dobra Gondoru, rzecz jasna.
- Skoro tak ci się Miriel podoba, to czegoś jej, głupcze, nie brał, kiedy była wolna?
- Albo to ja głowę do tego miałem. A poza tym wtedy mi się nie podobała – Boromir wzruszył ramionami. – Chuda jakaś taka była. I plotła od rzeczy. Teraz to co innego. O, teraz to jej chcę.
Faramir obserwował go kręcąc z wolna głową.
- Mam nadzieję, że ojca nie uszczęśliwiłeś tą rewelacją?
- Gniótł mnie i gniótł, to i owszem, uszczęśliwiłem. Ale teorii gondorskiego dobra wspólnego już mu nie zdążyłem wyłożyć.
- To stąd ta nagła wizyta! Dlatego tu jesteś! – domyślił się Faramir.
- Dlatego tu jestem – odrzekł Boromir zgodnie. - Pozwolisz, że odczekam trochę w twojej gościnie i wrócę aż ochłonie. To będzie tak za rok, mniej więcej.
- A ja myślałem, że się za mną stęskniłeś!
- Bo się stęskniłem. Mogłem wszak uciekać do Osgiliath. Albo jeszcze lepiej, do Dol Amroth. A uciekłem tutaj.
- Jestem wzruszony. Ale od odpowiedzi nie uciekniesz. Pytam zarówno z ciekawości, jak i poważnie: kiedy raczysz mnie uszczęśliwić szwagierką?
- Kiedy tylko Rada unieważni ślub Andahera.
Faramir rozejrzał się za drugą rękawicą i z jej braku, cisnął w brata jabłkiem.
- Ała – Boromir spojrzał na niego z wyrzutem. – Dajcież wy mi wszyscy spokój! Mam dopiero trzydzieści lat, jestem młody, płochy i jeszcze nie dojrzałem. A jak dojrzeję to spadnę i wtedy dam wam znać. Póki co, mam prawo do odrobiny spokoju. Co to ma niby być, szturm zbiorowy? Nie macie innych zmartwień? Anduina przypadkiem nie wylala? Może gdzieś się ciele dwugłowe urodziło? Doprawdy, ojciec, wuj, Rada, teraz ty.
- Skończyłeś trzydzieści lat, więc się przyzwyczajaj, bo to pytanie będzie ci odtąd towarzyszyć na każdym kroku – odparł Faramir, nie przejmując się tą gniewną tyradą. - Lud chce stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa związanego z pojawieniem się nowego dziedzica rodu. Jakby nie było, zapewnienie sukcesji namiestnikowskiej to twój... co robisz?
- Czekaj, czekaj – sapnął Boromir, zgięty wpół i badający wzrokiem podłogę - przerwij na moment, szukam pióra, muszę to sobie zapisać. Masz złoty inkaust?
Faramir wzniósł oczy ku niebu.
- Takie sentencje powinno się zapisywać krwią własną – odparował.
- Co racja, to racja. Masz zatem brzytwę?
- Jesteś wrzodem na obyczajowości tego Miasta, Boromirze.
- Oraz wisienką na namiestnikowskim torcie władzy – zgodził się Boromir z miłym wyrazem twarzy. - Dziękuję, robię co w mojej mocy. Myszaaaa!
- Nie! – sprzeciwił się Faramir, ruchem ręki zakazując Bernowi wejścia. – Masz już dość, zaczynasz bredzić o wisienkach, a ja chciałbym jeszcze z tobą porozmawiać na poważnie.
- To ty się robisz zamazany, nie ja. A ona mi się naprawdę podoba – dodał rozmarzonym głosem.
- Miriel? – Faramir ściągnął brwi.
- Kto? – Boromir rzucił mu roztargnione spojrzenie. – Jaka Miriel? Nie, o tej alegorii mówię. O wisienkowej.
- Alegorię? Masz chyba na myśli przenośnię?
- Pszenośnię-blablanośnię. Tak. Wisienka.
- Sam to wymyśliłeś?
- Nie, to elfy.
- Bern? – Faramir podparł czoło dłonią. – Zmieniłem zdanie. Chodź tutaj. Za trzeźwy jestem na jego towarzystwo.
- Kapitan nie może się upijacz na służbie – pouczył go Boromir wyniośle.
- A ty to co?
- Ja tu jestem nieofisjalnie.
- Skoro tak, to dlatego zrobiłeś mi przegląd oddziałów?
- Nieofisjalny – Boromir mrugnął do niego. – Taki odruch, rozumiesz.
- To po co mój skryba spisuje teraz to wszystko?
- Słońse, płacimy mu se skarbu Miasta prawie szetkę na półrocze. Niech troszkę poskrybuje... popraszuje za te pieniące.
- Ty się naprawdę upiłeś. Wiesz, że seplenisz?
- Nieprafda. Mysza, szy ja szeplenię?
- Nic nie słyszę, mój panie.
Boromir z aprobatą pokiwał palcem w jego kierunku.
- Chłopak daleko zajsie – stwierdził z dumą. – Niegupi jest. Mófię ci.
- Natomiast ty już nigdzie dziś nie zajdziesz, braciszku – zauważył Faramir. - Szczerze mówiąc, trochę jestem zaniepokojony twoim brakiem formy, zazwyczaj pół butelki tak cię nie ścina... co? Dwie butelki? – Faramir zmarszczył brwi widząc znaki, jakie dyskretnie czyni Bern za plecami swego pana. – DWIE I PÓŁ? Kiedy zdążyłeś wypić dwie butelki?
- W drodze troszkę śfiętofałem.
- Niby co?
- Fakacje – Boromir uśmiechnął się chytrze.
- Na oczach twojej eskorty?
- Kazałem im samykasz.
- Miejmy nadzieję, że ojciec się nie dowie.
- Mam fakacje! I pofód, szeby się napiś. Kobieta mojego szycia jest szoną mojego szyjaciela...
- Ona nie jest kobietą twojego życia, Boromirze. Wymyśliłeś to, żeby się na nas zemścić za te wszystkie pytania. Znam cię.
- Psdura.
- Tak? To przypomnij mi, proszę, jak ona ma na imię.
- Hto ma na imię?
- Tak myślałem. Idź spać – Faramir wstał i wyjął mu pusty puchar z ręki.
- A mogę w tfoim łószeczku?
- Możesz. Ja i tak pójdę na obchód. Bern cię popilnuje.
- Ale pszettem się fyhąpię f tfoim fodospasie.
- Nie, nie wykąpiesz się w moim wodospadzie.
- Zafsze się hąpię f tfoim fodospasie.
- Trzeźwy tak.
- Jestesz ufierdlify.
- Jestem trzeźwy.
- Tosz mofię. Pokazasz si sztuszkę?
- Nie! Eru uchowaj. Zrób taką sztuczkę, żeby trafić do łóżeczka.
- Ufaszaj, - Boromir szerokim gestem rozłożył ręce. - Sztuszka. Ufaszasz? Psztryk – to mówiąc pstryknął palcami obu dłoni. – I czary-mary, wytrzeźwiałem – oznajmił swoim normalnym głosem. - No, to pora sposobić się do snu – to rzekłszy, klepnął się energicznie w kolana i wstał raptownie, bez żadnego zataczania się. – Mysza, przynieś mi moją sakwę. Tę z rzemieniami.
- Ty udawałeś wcześniej, czy udajesz teraz? – Faramir zmarszczył brwi.
- Sztuczka – Boromir mrugnął do niego znad krzesła, na którym poprawiał futra. – Jak będziesz duży to cię jej nauczę. A teraz idę popływać. Idziesz ze mną?
- W środku nocy?
- Bracie, pozwól, że podzielę się z tobą mądrością życiową. Słuchasz? No. Wakacje to cudowna rzecz. Nadają smak takim czynnościom, jak nocne pływanie w towarzystwie smędzącego brata. No, chodź, złapię dla ciebie świetlika.

Koniec
Wysłuchała i spisała Kasiopea
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=195