Dol Amroth autor: Nilcamiel
Streszczenie: M??ody Boromir jedzie z wizyt? do wuja Imrahila do Dol Amroth.
Kategorie: Gondor za panowania Namiestnik??w
Postacie: Boromir syn Denethora, Denethor syn Ectheliona, Faramir, Imrahil
Gatunek: Akcja, Przygoda, Refleksja
Ostrze??enia: Brak
Serie: Bracia
Rozdziały: 3 Zakończone: Tak Słów: 21271 Przeczytano: 15276 razy Opublikowano: 2005-12-10 Aktualizacja: 2005-12-10

1. Rozdzia?? 1 autor: Nilcamiel

2. Rozdzia?? 2 autor: Nilcamiel

3. Rozdzia?? 3 autor: Nilcamiel

Rozdzia?? 1 autor: Nilcamiel
Notatka autora:
2002 rok. Perspektywa Boromira. Mi??ego czytania.
DOL AMROTH

I

Gondor! Gondor, min Eryd a Gaear!
Ennas thuiant Sul Annui; i galad erin Geleborn
Pend be ross lim nes saint in-Erain ioer.
A remmais erchail! Beraid 'lain! A rovalthol a mallorchamm!
A Gondor, Gondor! Tirathar Edain Geleborn,
Egor Sul Annui ad thuiatha min Eryd a Gaear?
*1


— Co tam tak skrobiesz, Faramirze?
— Raczej ciebie to, bracie, nie zainteresuje. Ostatnio oddajesz się tylko tak zwanemu rzemiosłu wojennemu. Choć wojny nie ma, chciałbym zauważyć.
— Ale tak trzeba. A skrob sobie, skrob - odpowiedziałem uśmiechem na podejrzliwe spojrzenie brata. - Tylko że skrobaniem wojny nigdy nie wygrasz.
— Na wojnę nie składa się tylko machanie mieczem.
— Machanie mieczem bywa ważne.
— Kiedyś cię w tym jeszcze pobiję.
— Gdy cię wreszcie zobaczę z dala od biblioteki i skrobania, to pogadamy.
Postawiłem nogę na krześle i zapiąłem klamerki buta, wciąż uśmiechając się pod nosem. Brat miał spore zacięcie do łuku i strzał, i nieźle władał mieczem, ale odkąd pobiłem go wprost niegodnie na nieoficjalnym turnieju na polach, wszelkie sztuki oręża nie leżały mu na sercu i jakoś stracił zapał do ćwiczeń. Nie wątpiłem, że ojciec mu szybko za to utrze uszu.
— Tylko ubierz się ciepło, jakbyś wybierał się na dwór, bo wieje zimno i mocno, braciszku - dodałem po chwili, dopinając drugi but i wsuwając nogawki spodni głęboko w cholewy.
Faramir sarknął, pochylając się nad plikiem pergaminowych zwojów, na których marginesach co chwila coś zapisywał - najwyraźniej nie spodobało mu się to zdrobniałe określenie. Fakt, że nie był już moim małym braciszkiem, o którego trzeba było nieustannie dbać i trząść się; ostatecznie wkroczył w poważny wiek lat szesnastu i uważał, że dzieciństwo zostało już daleko za nim. Ja jednak pamiętałem jeszcze czasy, gdy Faramir biegał boso w białej - miejscami - koszulinie po marmurowych posadzkach Białej Wieży, a mama z westchnieniem powtarzała, że ja będę mu obcierać nos, jak się przeziębi. W każdym razie sądziłem, że dzieciństwo Faramira to może już przeszłość, ale do wieku młodzieńczego jeszcze trochę mu zostało, i był najzwyklejszym podrostkiem. Z tym, że najzwyklejsze podrostki o takiej porze raczej polerowały swe pierwsze miecze, a nie oddawały się tak pasjonującym zajęciom jak grzebanie w zakurzonych foliałach, zaś w nocy spały, miast po kryjomu obserwować z okna gwiazdy, jak gdyby były czymś więcej niż zimnymi, lśniącymi punkcikami na niebie.
Zwykłe podrostki nie potrafiły też tak zajmująco opowiadać o zamierzchłych czasach. Czasem, zaczarowany wręcz opowieścią brata, czułem się, jakbym słuchał tego starego czarownika, Mithrandira, który ku niezadowoleniu naszego ojca czasem zawędrowywał do Miasta - i zazwyczaj przynosił ze sobą zamęt.
Ale, brat bratem, ale ja także miałem swoje obowiązki, toteż, wsadziwszy drugą parę butów do sakwy i rzuciwszy okiem na Faramira, dalej skrobiącego po cichu w na pergaminie, wyszedłem z komnaty i pomaszerowałem w dół korytarza, a potem na Plac Fontanny.
Miałem swoje obowiązki - musiałem zamienić kilka słów z jednym z doradców ojca tak, żeby wyglądało to na niezobowiązujące pogaduszki, a nie zasięganie porady, musiałem zajrzeć do zbrojowni i pokazać się swoim ludziom, zaś wreszcie dowiedzieć się co z moimi dziurawymi butami, które zniknęły z pokoju jakiś czas temu. Następcy Namiestnika nie wypadało chodzić w nieco dziurawym obuwiu i mój giermek, zwany na wyrost "adiutantem" dawał mi o tym znać znaczącymi spojrzeniami i powściągliwym pochrząkiwaniem, gdy dziura - i jej rozmiar - dawały się zauważyć. Jednak, najprawdopodobniej za Eöla sprawą, dwa dni temu buty zniknęły i chodziłem w starych, które mnie cisnęły na pięcie.
Banalna była ta ostatnia sprawa, i owszem, ale już zdawałem sobie sprawę, że będąc gdzieś z dala od domu, choćby we wspomnianym Ithilien, marzy się o swoim ciepłym łóżku i tych zwykłych obowiązkach, nie tylko komenderowaniu ludźmi i taktyce. Jednak w chwili obecnej wszystkie sprawy opatrzone mianem "zwykłe" miałem raczej w poważaniu i szukałem czegoś ciekawego do roboty.
Pomaszerowałem przez oświetlony latarniami Tunel, gdzie hulał zimny wiatr, przed którym przestrzegałem Faramira. Otuliłem się ściślej opończą i pozdrowiłem stojących na warcie strażników u wejścia tunelu. Także obwijali się swymi czarnymi płaszczami i odwracali od przenikających zimnem do szpiku kości powiewów. Te same powiewy popchnęły mnie drogą w dół, do piątego kręgu, wśród tłumów spieszących po zakupy na rynek albo do pracy, wozów, koni i wołów.
— A! Panie!
O żesz, pomyślałem ponuro, ledwie opuściłem progi domu, a już się ktoś doczepił. Byleby truł w poważnej sprawie.
— Tak? - odwróciłem się, siłą zmieniając kwaśną minę w uśmiech.
Mój zdyszany adiutant, nadbiegłszy od stajen, złapał oddech, skłonił się i podał mi zwiniętą, zalakowaną wiadomość. Odwróciłem rulon w ręku i zerknąłem na pieczęć. Statek, więc to list od wuja Imrahila z Dol Amroth.
— Wiadomość... dla Namiestnika... -wyrzucił z siebie Eöl, ciężko dysząc. Z jego ust buchały kłęby pary. - Zanieść...
— Ja zaniosę, nie kłopocz się. W zamian odniesiesz dowiesz się co z moimi butami, może odniesione są już może do tego szewca z piątego kręgu, co warsztat ma koło rynku? - rzuciłem młodzieńcowi pytające, autorytatywne spojrzenie i odprawiłem go. Był moim rówieśnikiem, synem Elary i jej męża zajmującego się magazynami. Znaliśmy się od dawna. Gdy zmarła mama, ojciec się załamał i nie zwracał na nas uwagi - wtedy zajęła się nami Elara, dopóki Namiestnik nie wrócił do siebie. Tak więc, łączyła mnie z Eölem poniekąd zażyłość... inaczej krępowałbym się postępować z nim tak swobodnie. A tak mogłem sobie na coś-niecoś pozwolić... w końcu byłem synem Namiestnika.
Odwróciłem się od zatłoczonej bramy szóstego kręgu i ruszyłem drogą w górę, ku przejściu pod skałą Mindolluiny. Zwiastujące niepogodę, wiszące nisko nad Minas Tirith chmury były barwy kamieni, z których wzniesiono domy, kamienice i wieże. Odcinała się na ich tle tylko Góra, godząca w niebo daleko ponad Miastem. Zastanawiałem się, czy znowu będzie padać, gdy przez warstwę chmur przebiło się zgoła nie jesienne słońce i rozjaśniło wszystko wokół; odbiło się od białych ścian budynków, mokrego bruku i kamiennych płyt, zatańczyło w kałużach, witrażach, ostatnich, mokrych liściach drzew usadzonych wzdłuż drogi i kroplach wody na trawie otaczającej wiotkie pnie, zabłysło na szczycie Białej Wieży i jej targanych wiatrem proporcach, każda metalowa ozdoba noszona przez przechodniów, każdy stalowy fragment rynsztunku żołnierzy zalśnił słonecznymi promieniami.
Mieszkałem w tym mieście ponad dwadzieścia jeden lat, a wciąż znajdowałem nowe powody, by zachwycać się jego pięknem, i podejrzewam, że będę je znajdował do końca swego życia. Minas Tirith zmieniało się, tętniło życiem i choć schodziłem je w ciągu tych lat od góry do dołu, nie znałem wszystkich przejść, zaułków i zakątków. Nikt nie śmiał chyba sądzić, że zna je dogłębnie i doskonale, może prócz ojca, bo on widział i wiedział więcej niż ktokolwiek inny.
Zadrżałem na samą myśl, że wiadomość od wuja mogła zawierać złe wieści - wtedy gniew ojca mógłby się skrupić na mnie, lub, nie dajcie moce świata, na mym bracie, będącym w dodatku w okresie szczególnego buntu i uporu.
Mało kto wiedział, co się czasem działo za murami Twierdzy, a ci, co wiedzieli, nie śmiali, jak to się mawia, puścić pary z zaciśniętych ze strachu ust. Władca Minas Tirith miał autorytet i nie było osoby w całym mieście i daleko poza nim, która odważyłaby się go podważyć, a najmniej jego synowie.
Uśmiechnąłem się do przejrzystej kałuży, dodając sobie niezbędnego kurażu, i pognałem do Twierdzy tą samą drogą, którą z niej nie tak dawno wyszedłem.
Na wieży zadzwoniono na czwartą godzinę od świtu.

Dol Amroth, to księstwo daleko na Południu "ziemi między Górami a Morzem", zawsze mnie fascynowało, jako że niezbyt wiele o nim wiedziałem. Wiedza ogólna była mi, owszem, znana, historia, zarys krajobrazu, główne osady, rody szlacheckie - sam się w końcu ze szlachetnej rodziny wywodziłem - ale nie znałem tego miejsca inaczej niż z mętnego wspomnień z odmętów wczesnego dzieciństwa czy czyjejś zasłyszanej opowieści i zazdrościłem każdemu, kto tam mieszkał. Chciałbym znów usłyszeć sobie jak huczy morze uderzające o skalisty brzeg, jak zachodzi nad nim Słońce, jak wieje morski wiatr i grają tamtejsi słynni muzycy! Ponoć ich kunszt jest wyższy niźli kogokolwiek innego.

— Nie, nie pojadę, nie mam czasu na takie drobiazgi - powiedział gniewnie ojciec, rzucił list na fotel i jął przemierzać główną nawę sali tronowej szybkimi, długimi krokami, w tę i z powrotem. - Może nie powinienem mówić: drobiazgi, ale są od tego znacznie ważniejsze rzeczy.
— Jakie rzeczy są ważniejsze od odwiedzin u dawno nie widzianego wuja z okazji narodzin jego córki? - zapytałem cicho.
Ojciec odwrócił się gwałtownie, ale gdy tylko jego oczy spoczęły na mnie, wyraźnie złagodniał.
— Zapamiętaj, Boromirze - powiedział, spoglądając na czarny namiestnikowski fotel - że obowiązek jest wszystkim, największą z radości i najgłębszą z trosk. Obowiązkowi trzeba być wiernym, a obaj wiemy, synu, że Cień ze Wschodu się rozszerza.
— Byłeś w swej komnacie, ojcze?
Wiedziałem, że komuś innemu odmówiłby odpowiedzi, a Faramira nazwałby bezczelnym i odesłał z Białej Wieży. Jednak to ja stałem przed ojcem i tylko dlatego jego oczy nie mieniły się zwykłym lodem.
— Tak, synu, byłem - rzekł ojciec powoli, mierząc mnie badawczym spojrzeniem. - Lecz nie trzeba mej wiedzy, długich studiów i rozważań, by o tym wiedzieć. Otóż, o świcie posłańcy donieśli, że Urukowie pojawili się w Ithilien przed niecałymi dwoma dniami całą chmarą i tylko kwestią czasu jest, by Strażnicy stawili im czoła. Potrzeba tam większych sił, i ty też pojedziesz, Boromirze.
Uśmiechnąłem się niemal bezwiednie i spuściłem dłoń na głowicę miecza. Namiestnik potrząsnął z zadowoleniem posiwiałą głową.
— Widzę u ciebie aprobatę dla tej decyzji, a dobrze, gdy w zadanie wkłada się serce. Ty, na szczęście, zwykłeś to robić dzień w dzień i za to ludzie cię kochają - powiedział ojciec, zbliżając się do mnie i kładąc rękę na mym ramieniu. - Włóż w to zadanie serce, a będę z ciebie dumny, jak zawsze. Pojedziesz do Ithilien za dwa dni z korpusem doborowych ludzi, wśród których będziesz miał jednak coś do powiedzenia. Ekhard ma swoich Strażników i to on nimi rozporządza, ale pamiętaj, że choć nie masz prawdziwej rangi, potrafisz i możesz dowodzić swoim oddziałem.
— Pamiętam. A Dol Amroth? Kiedy mam tam pojechać?
— Dol Amroth, Boromirze?
— Może Faramir tam pojedzie, w końcu dość wyrósł, by podołać trudom podróży.
Twarz ojca stężała i zabrał swą dłoń, nim przejął mnie płynący od niej chłód.
— Idź już, a wieczorem, o szóstym gongu, masz się zjawić na naradzie. Może się czegoś nauczysz.
Wyszedłem, zamknąłem za sobą starannie drzwi i odszedłem na odpowiednią odległość. I rozdarłem się na cały głos z radości.
Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to nie był to żaden powód do radochy. Rozmnożenie się Uruków w najpiękniejszej prowincji kraju, sianie zniszczenia i profanowanie tamtejszych lasów orkowym smrodem i obecnością, dla nas - wyprawa w taką brzydką i zimną porę roku, moczenie butów i onuc w wezbranych potokach, i tego typu nieprzyjemności. Ale dla mnie - o, to była okazja do efektownego rozwalenia kilku łbów, zbryzgania się czarną krwią - i tym podobnych przyjemności. A także utarcia nosa doradcy ojca, który uważał mnie za awanturniczego aroganta, oczywiście za plecami moimi, Władcy Miasta, brata i moich kolegów.
Odwróciłem się plecami do majaczących w głębi sieni drzwi do sali tronowej, praktycznie zapomniawszy już o wiadomości z Dol Amroth, gdy przez łukowate przejście wszedł Faramir i natychmiast mi o wieściach od Imrahila przypomniał. Brat miał minę uczestnika nudnego pogrzebu, a w wiszącej smętnie u boku ręce drewniany miecz do ćwiczeń i mało kto by się nie poznał, że został właśnie zagnany do czegoś, czego nie lubi.
— Beor zapędził mnie do ćwiczeń - powiedział Faramir, tak ponuro, że aż komicznie. - Powiedział, że jeśli nie mogę ćwiczyć z nim, to mam poszukać ciebie. Więc szukam.
— Skąd ta mina? - zagadnąłem go z lekką ironią. - Czyżbyś nie lubił proponowanej przez nauczyciela praktyki, braciszku?
— Na nic mi to, skoro i tak jesteś ode mnie lepszy i to ty wszędzie jeździsz, zostawiając mnie tu samego - odrzekł brat, wydymając wargi.
O, prorocze słowa. Jakby wiedział.
— Słuchaj - wziąłem go pod lewe ramię i wyprowadziłem z Wieży - z takim podejściem można w ogóle dać sobie spokój z życiem i rzucić się ze skały. Nie dąsaj się, bo wyglądasz, jakby to rzec, głupio. Pamiętasz, gdy byliśmy mniejsi, i dostałeś swój pierwszy miecz do ćwiczeń? Jak się cieszyłeś? Jak okładałeś mnie po goleniach?
— To pamiętam - uśmiechnął się Faramir.
— Widzisz więc, tamto nastawienie winno być ci wzorem, wyłączywszy, oczywiście, łupanie mnie w łydki na każdym zakręcie. A teraz słuchaj...
Opowiedziałem mu o liście i reakcji ojca. Faramir zmarszczył brwi w zamyśleniu, całkowicie gubiąc wyraz nadąsanego chłopczyka, a przybierając rozważnego młodzieńca.
— Porozmawiam z nim o tym - powiedział w końcu, gładząc się po brodzie w geście złudnie przypominającym mi Namiestnika - Może go przekonam. Bo, musisz wiedzieć, Boromirze, bardzo pragnąłbym do wuja pojechać.
— Tak też od razu pomyślałem. A teraz chodź, poćwiczymy na miecze, a potem wyzwiesz mnie na łuki.
Objąłem brata ramieniem i ruszyliśmy razem przez Plac Fontanny i Uschniętego Drzewa.

II

Według kronik Ragnira Starszego, Dol Amroth, czy też "Wzgórze Amrotha", to "przylądek we wschodnim Gondorze, dziedziczne księstwo potomków Galadora, który uważany jest za syna Imrazôra Númenorejczyka i Elfiny Mithrellas. Stąd też sądzi się, że w żyłach książąt płynie domieszka krwi Elfów, co ma się uzewnętrzniać w ich urodzie i bystrych umysłach. Jednakowoż przekaz ten jest mocno wątpliwy i nic, prócz prastarych ustnych przekazów Ludzi Dol Amroth, nie jest w stanie go poprzeć. Książęta rządzą przylądkiem z pnącego się wysoko po morskim brzegu zamku..."
Dobrze, że mój brat nie dotarł do tego przekazu, bo z pewnością ostatecznie pozbawiłby mnie nadziei na pokrewieństwo z Elfami. A przecież mama jest dobrym dowodem na wspomniane zmieszanie szlachetnej krwi - gdyby tylko czcigodny Ragnir spotkał naszą matkę, natychmiast zmieniłby swe mniemanie i wpis w kronice. A gdybym ja pojechał do Dol Amroth i zasięgnął języka wuja Imrahila...


Ulice miasta o tej porze powlekała mgła. Gęste jak mleko opary snuły się po przejściach, w bramach, podcieniach kamienic, jej strzępy zaglądały nawet w okna, ale dostępu do domów broniły zamknięte na wszystkie spusty okiennice. Nie było widać dalej niż na setkę stóp naprzód, a nieliczni przemykający się ludzie zdawali się wynurzać z mgły i w niej znikać. Coś we mnie drżało z dziwnego, dziecięcego strachu: przecie w opowieściach i baśniach, jakimi karmią małych wychowanków mamki, babki i opiekunki, zło wypełzało właśnie z mgły, w zimne, jesienne wieczory, by drapać do drzwi i okien drżących pod kocami i okryciami dzieci, dla których każde skrzypnięcie starego domu, jęknięcie okiennicy czy szelest miękkich łapek kota tropiącego mysz-uciekinierkę zwiastowało coś złego. "Przyjdzie dziad i cię weźmie!", straszyła mnie ongi opiekunka za plecami wszystkich rozumniejszych dorosłych i nie wyzbyłem się lęku przed owym dziadem aż do lat młodzieńczych. Gdzieżby, dotąd przygarbiona, masywna sylwetka kogoś przyczajonego w ciemnym, spowitym mgłą zaułku przyprawiała mnie o dreszcze i kierowała rękę do rękojeści miecza.
Maszerowaliśmy rytmicznym krokiem krętą drogą do Twierdzy, późną i, jak wspomniano, mglistą nocą. Miasto było uśpione, ale drzemało niespokojnie, jak strażnik na warcie, budziło się co i rusz, drgało, przejęte nagłym dreszczem. Na dziedzińcu kamienicy nieopodal szczekał monotonnie pies, ale zagłuszały go mleczne opary, na murach chrapliwie nawoływali się wartownicy, w pobliskim domu płakało dziecko. Z półotwartego okna owego budynku we mgłę padał snop ciepłego światła i ginął w niej bezpowrotnie.
— Mój syn ma mocne płuca - powiedział z dumą ktoś z tyłu. Od razu poznałem, że to Tarandir. - Kapitanie, czy mogę prosić o...
— Idź - Ekhard przebił głosem unoszące się nad ziemią białe opary. - W domu cię oczekują.
— Bywajcie tedy!
Żołnierz odbił szybko od oddziału. Jego kanciasta, barczysta sylwetka zarysowała się na chwilę w podświetlonym poświatą ognia drzwiach, które zaraz się zatrzasnęły. Kwilenie dziecka nagle ustało.
— Ten to ma dobrze - westchnął jeden z młodszych ludzi. - Podejmą go ciepłym posiłkiem, łóżko zastanie zasłane...
— Dzieciaka wrzeszczącego... - podsunął żartobliwie inny i kilku młodzików cicho się roześmiało. - Hejże, Gelaen, nie myśl sobie, trzeba jeszcze zdać raport. Nieważne, jak brudni jesteśmy i jak nam w brzuchach burczy, w Twierdzy musimy się pokazać.
— Posłuchałby was kto i pomyślałby: bohaterowie wracają z wojny! - sarknął wojownik bardziej posunięty w latach, chrzęszcząc kolczugą tuż za moimi plecami. - A to tylko młodziki ścięły kilku orków!
— Ale jakich dużych! - podsunął Gelaen, urażony określeniem starszego towarzysza.
Nie do końca można było go uważać za zupełnego młodzika: lat miał dość i swoje też już za sobą. Znałem go nieźle, całkiem nieźle, i zaprzyjaźniliśmy się ostatnio, w Ithilien. Nie miałem jednak sił wtrącać się do sporu. Cieszyłem się tylko, że znów jestem w domu, po upiornych tygodniach pełnych krwi, czarnej i szkarłatnej, niewyspania, głodu burczącego w żołądku jak rycerzyk na zepsutej trąbce, ciężkich wart w mroku i mroźnym powietrzu nocy.
Tutaj powietrze też było zimne, ale oprócz stęchłej wilgoci pachniało także domem.
Pomaszerowaliśmy w górę ulicy, coraz wyżej, i wyżej, przez jedną bramę, drugą, aż do bramy twierdzy; mgła powoli rzedniała. Wszędzie witali nas lekko zaspani, ale ucieszeni strażnicy i przez zasłonę mgły widziałem kilka postaci bieżących przodem do siódmego kręgu, najpewniej z wieściami o naszym powrocie.
Szum, który słyszeliśmy na kilkadziesiąt stóp przed bramą w ostatnim murze, wezbrał tylko, gdy tylko ją przekroczyliśmy. Aż się zdziwiłem, ile osób było jeszcze na nogach; pominąwszy Straż Białej Wieży, obecna była przynajmniej połowa służby, giermkowie, pachołkowie, stajenni, kilka kobiet, które od razu zawiesiły się przybyłym mężom, synom lub braciom na szyjach, uniemożliwiając im wszystko inne. Rozejrzałem się bacznie z cienia pod bramą, nie ściągając z głowy kaptura.
— Boromirze?
Głos ojca zadźwięczał jak dzwon wśród gwaru rozmów i śmiechów, i tłumek rozstąpił się prędko, pozwalając przejść wysokiej postaci odzianej w czerń i srebro. Na jej widok wystąpiłem z cienia i odsłoniłem głowę, jakkolwiek obandażowaną po niewielkim urazie, ale trzymaną zwyczajem wysoko i pewnie.
Ojciec uśmiechnął się, wydarzenie godne odnotowania.
— Mój syn powrócił, raz jeszcze niosąc zwycięstwo - powiedział Namiestnik.
I wszystko rozmyło się we mgle, i radość, i śmiech, i liczne słowa, także moje; brzęk kolczug żołnierzy i szelest szat kobiet i sług, stuk stawianych na stołach naczyń z białym chlebem i czerwonym winem, znów słowa, oczy pełne blasku mimo późnej pory.
Wymknąłem się z sali cichaczem, gdy większość ludzi udała się już na spoczynek, a ojciec przesłuchiwał adiutanta Ekharda - marny jego los, bo absurdalnie po kilku kubkach napitku elokwencją nie grzeszył - i pomknąłem do kwater moich i brata przez miernie oświetlony dziedziniec twierdzy, pozdrawiając po drodze kilku wartowników i nurzając postrzępione poły płaszcza w kałużach kryjących się podstępnie pod warstwami mgły w zagłębieniach ulicznych płyt. Przede mną zamajaczyła solidna bryła namiestnikowskiego skrzydła pałacu. Jeszcze tylko wzmacniane metalem odrzwia, jeszcze sień, zwieńczone starodawnym łukiem przejście i odpowiedni korytarz i będę u siebie.
Drzwi po lewej to mój nieporządny i zabałaganiony pokój - jego okna wychodzą na Wschód, a po prawej brata - te okna patrzą na Zachód.
Wszedłem cicho do zachodniej komnaty, zostawiając drzwi uchylone, by z rozświetlonego pochodniami korytarza padało do ciemnego wnętrza nieco światła.
Z początku stawiałem kroki bardzo ostrożnie, by na nic nie wpaść bądź nie rozdeptać, ale po chwili doszedłem do wniosku, że to w końcu pokój brata, gdzie zawsze panuje porządek. Tak więc pewniej już podszedłem do stojącego pod oknem łóżka, zarzuconego księgami i skłębioną pościelą, mijając po drodze krzesło, przez które schludnie przewieszona była opończa i kaftan.
Faramir spał spokojnie, przykryty kocem aż po brodę. Jedna okiennica była niedomknięta i słaby blask księżyca pomieszany ze światłem latarni twierdzy wydobywał z mroku wyrazistą, bladą twarz brata. Rozwichrzone, czarne włosy zasłaniały mu policzek, a spod rąbka pledu wystawał raptularz, na którym Faramir zaciskał kurczowo szczupłe palce, jakby był to skarb, którego nikt inny nie winien ważyć się tknąć.
Usiadłem najciszej i najdelikatniej jak mogłem na brzegu łoża, ale Faramir od razu się ocknął i zamrugał nieprzytomnie oczyma.
— Śpisz jak stary smok na skarbach - mruknąłem. - Nie chciałem cię budzić, ale pewnie czekałeś niecierpliwie.
— Boromirze, to ty? - zamamrotał Faramir sennie, szukając po omacku mojego ramienia. - Paskudnie pachniesz.
— Dzięki. Pogoda i warunki nie sprzyjały częstym kąpielom. Mile mnie witasz, braciszku. Zaspałeś i wybrzydzasz na zapachy. Powiem szczerze, że nie tego się spodziewałem...
— Czekałem - odrzekł brat markotnie, przecierając oczy - ale jakoś nie doczekałem... wybacz. Uczyłem się całe popołudnie, Beor mocno wziął mnie do galopu. Ale dobrze, że jesteś.
Faramir błysnął zębami w półmroku i nie mogłem zrobić nic innego, jak go uścisnąć, śmiejąc się także.
— Wróciliśmy prawie wszyscy, Ithilien odbite... Ojciec jest teraz zadowolony, najpewniej zapomniał ci wszystko, co sobie mogłeś naskrobać.
— Nic sobie nie naskrobałem, bracie - odrzekł nieco nadąsany Faramir, wyzwalając się z mojego uścisku. - Nic a nic. Mimo że słyszałem, iż przyjechać ma Mithrandir, nic nie mówiłem o tym ojcu.
— Słusznie, pewnie i tak wie, a urwałby ci głowę, jak mi próbował jeden ork. Na szczęście mam ją mocno na karku, jak każdy z tej rodziny i nie udało mu się to ani trochę...
— O! Pokaż! Blizna do kolekcji?
— Nie, muszę cię rozczarować, tylko zadrapanie w komplecie z potężnym siniakiem. Lecz porozmawiamy dłużej jutro, przyrzekam na honor, że ci wszystko opowiem. Kładź się spać, ja muszę jeszcze wrócić do ludzi, nim zaintryguje ich moje zniknięcie.
— Ale ja teraz nie zasnę...
— Dobranoc, Faramirze - powiedziałem tonem nie znoszącym sprzeciwu, przemieszczając się wzdłuż plamy światła z korytarza do drzwi.
— Dobranoc, Boromirze - dobiegło mnie westchnienie od strony łóżka, kiedy zamykałem cicho drzwi.

Niedawno, kosztem w połowie nieprzespanej nocy, odkryłem cały ustęp o wspomnianej wcześniej Mithrellas w pewnej szacownej księdze... to niezwykłe. Tekst, napisany na starą modłę i miejscami trudno zrozumiały, bo inkaust tworzy rozległe plamy, mówi wyraźnie, że owa Mithrellas była towarzyszką jakieś elfiej księżniczki sprzed tysiąca lat, że zabłąkała się w Białych Górach i nigdy nie dotarła do swego celu... Elfina, sama w Ered Nimrais, zagubiona, obdarta, głodna - taką ją zapewne znalazł mój Númenorejski przodek, Imrazôr się zwał bodajże. Pokochał ją tak mocno, że wziął za żonę. Nie, trudno mi powiedzieć: wziął. Zgodziła się raczej być mu żoną i matką dla dwojga dzieci. Tak piękna jak jej bohaterka historia ma jednak smutne zakończenie: Mithrellas po kryjomu opuściła swą krainę i rodzinę, i nigdy więcej Edainowie jej nie widzieli. Jednak jej syn nazywany jest już pierwszym księciem Dol Amroth.
Sam nie wiem, czy w to wierzyć, czy to prawda, czy przekaz ino, mit, legenda, której zadaniem ma być wskrzesić w nieszczęsnej duszy takiego poszukiwacza, jak ja, niezdrową nadzieję.



— Powiedział, że ty, Faramirze, nie pojedziesz w żadnym wypadku...
— Czemu?
— ...że pchnął gońca z wiadomością o moim przyjeździe jeszcze wtedy, gdy byłem w Ithilien...
— Nic o tym nie wiedziałem.
— ...że na pewno ciebie samego nie puści. Brał ponoć pod uwagę, iż miałby ci towarzyszyć Beor, ale sam wiesz, jak kruchego zdrowia jest ostatnio staruszek...
— Wiem, ale czy nie mieszkamy w wielkim mieście pełnym ludzi, którzy mogliby ze mną jechać, nie wspominając już o tobie?
— ...i powiedziałem mu dokładnie to samo, może nie słowo w słowo, ale odrzekł, że masz zająć się nauczycielem, odwiedzać go w Domach Leczenia, i tak dalej, i się z tym zgadzam. Co ważniejsze, oświadczył, iż w tak niespokojne czasy nie może obu synów wypuszczać z domu.
Tym razem odpowiedziało mi milczenie. Faramir stał pośrodku ścieżki na Polach ze spuszczoną głową. Aż przykro mi się zrobiło na jego widok - biedny, tak liczył na wyjazd do wuja, a tu taki zawód... z drugiej strony, można się było tego spodziewać, znając ojca i panującą sytuację.
Znałem też historię, przynajmniej jej fragment. Syn króla Ondohera, Faramir, pozostawiony z królewskim rozkazem w Minas Tirith na czas wojny z Woźnikami wymknął się w przebraniu z Miasta i zginął.
Oczywiście, nie byliśmy w stanie wojny i nigdzie nie było powiedziane, że na gościńcach Belfalas grasują jakieś niezwykłe niebezpieczeństwa, gromady żądnych krwi i pieniądza rabusiów czy bandy korsarzy z Południa, ale zawsze jest to wiele dni drogi. A kraj coraz bardziej niepewny - wspomnijmy chociaż ostatnie rzezie w Ithilien.
— Zrozum - powiedziałem do niego. - Ja pojadę tam tylko na kilka dni, z niewielkim pocztem i oficjalnym listem od ojca. Nie uśmiecha mi się siedzieć wśród tych wszystkich roztkliwiających się nad bobasem bab.
Faramir zerknął na mnie zza zasłony włosów uwolnionych z więzów rzemyka na karku, a jego spojrzenie wyraźnie potępiało mnie za ironię i drwinę.
— Chyba nie nazywasz wuja babą?
— Miałem raczej na myśli dwórki i piskliwą ciotkę Ileanę!
Na moją imitację wysokiego głosiku i sztywnych manier żony wuja Imrahila brat najpierw się wykrzywił, potem uśmiechnął blado, a wreszcie parsknął śmiechem, który poniósł się po drodze aż do pasterki spędzającej krowy z pastwiska na wieczór. Hoża dziewoja odwróciła wzrok, a poczciwe mućki zastrzygły uszami.
Usiedliśmy obaj na kamieniu przy drodze, chcąc przepuścić stadko krów w stronę niedalekiej stodoły.
— Boromirze? - zapytał po chwili Faramir, wiercąc się na wilgotnym i omszałym głazie.
— Tak, braciszku?
— Nie myślałeś o... zamianie?
— Co masz na myśli, mój bystry bracie?
— Wszakże nieraz psociliśmy...
— Jestem za stary na psocenie - napuszyłem się, głównie na użytek przechodzącej obok nas dziewczyny, popędzającej mleczne krasule witką urwaną z przydrożnej karłowatej wierzby.
— Nie chodzi mi o psocenie - kontynuował Faramir, że skupieniem wydłubując brud zza paznokci. - Chodzi mi o sprytne posunięcie. Na przykład: ty się pakujesz, przygotowujesz, żegnasz, ale to ja z rana wyjeżdżam do Dol Amroth z listem do wuja za pazuchą.
— To nijak nie wypali - zaciągnąłem się chłodnym powietrzem, jako że krowy i ich zapaszek już się oddaliły. - Po pierwsze, to aż tak podobni, by nas ze sobą pomylić, nie jesteśmy.
— Konkretnie? - zażądał Faramir, przyglądając mi się krytycznie.
— Ja jestem większy, i wzdłuż, i wszerz. Zaś po drugie, za dużo ludzi trzeba by w to wtajemniczyć, a nikt nie wie, kogo ojciec wyznaczy, by mi towarzyszył. Nie chciałbym też widzieć miny ojca po takim przekręcie. No a do sakwy także się nie zmieścisz.
— Prawda to - przyznał ostrożnie brat, najwyraźniej dumając nad kolejnym niemożliwym do zrealizowania konceptem, ale przerwałem jego przemyślenia dyskretną sójką w bok.
Od strony miasta szybkim truchtem zbliżał się jakiś człowiek, sądząc po lekkości i sprężystości kroku, młody. Obserwowaliśmy w ciszy i zaciekawieniu, jak pędzi główną drogą, znika na chwilę między wierzbami, którymi była obsadzona sąsiednia ścieżka, potem wreszcie skręca w naszą stronę, potyka się i wreszcie, dysząc, zatrzymuje przy nas. Był to Gelaen.
— Co jest? Z Uschniętego Drzewa spadłeś? - zapytałem, nie dając nowo przybyłemu szansy na wysłowienie się.
— Przyleciałem do was najszybciej jak mogłem, panie! Lord Denethor jest zły, bardzo zły. Wykrzykuje coś o nadciągającym Cieniu, chłopcu z książką i nadziei Białego Miasta... - powiedział młodzieniec w przerwach między sapnięciami.
— Skąd to wiesz? - wypalił Faramir, zrywając się z prowizorycznego siedziska.
— Wracałem z wykonanym zadaniem - odparł szybko Gelaen. - Lord najpewniej mówił do siebie, nie chciałem słyszeć, ale że był rozgniewany, przybiegłem do was, paniczu...
— Słusznie zrobiłeś - wciąłem, podnosząc się z kamienia. - Jak najbardziej słusznie. Chodź, Faramirze, do twierdzy!
I ruszyliśmy, z początku lekkim truchtem, potem szybkim krokiem, tym razem we trójkę. Gelaen szybko został w tyle, ale Faramir dzielnie dotrzymywał mi kroku aż do samej siódmej bramy, czy to na schodach, czy w ciżbie, czy w zimnych przejściach pod skałą Mindolluiny.
Kiedy wpadliśmy na Plac Fontanny, zauważyliśmy ojca stojącego przed Białą Wieżą. Był już spokojny, trzymał swój zwykły sztywny fason i w pełni panował nad sobą. O ile w ogóle stracił to panowanie, bo nic o tym już nie świadczyło, ale z drugiej strony nie było powodów, by nie wierzyć przejętemu i przestraszonemu Gelaenowi. Nikt nie leciałby z twierdzy aż na Pola Pelennoru bez wyraźnego powodu.
Namiestnik spojrzał na nas pytająco. Od razu przejąłem inicjatywę, bo Faramir wyglądał na zacukanego.
— Myślałem, że coś od nas chciałeś, panie ojcze.
— Przed chwilą z tobą rozmawiałem - odparł spokojnie Namiestnik, mierząc nas bliżej nieokreślonym spojrzeniem. - Nie mam ci nic więcej do powiedzenia, Boromirze. Ale twój brat najwyraźniej pragnie dojść do głosu.
Faramir zebrał się w garść, uniósł głowę i powiedział, co mu na sercu leżało, prosto i zwięźle, bez ozdobników, którymi zazwyczaj popisywali się doradcy ojca na nudnawych naradach.
Ojciec przyjął to wszystko do wiadomości, przekrzywił głowę, jakby spoglądając, jak daleko od nas stoją pełniący wieczorną wartę Strażnicy Twierdzy i powiedział Faramirowi coś bardzo, bardzo cicho. Te strzępki jego słów, które usłyszałem wprawiły mnie w osłupienie przemieszane ze złością i poczuciem, że muszę coś zrobić, by ocalić brata od bezlitosnych osądów ojca. A jednak nic zrobić nie mogłem, bo odezwanie się znaczyłoby tyle, ile jawne przeciwstawienie się Namiestnikowi na oczach wszystkich ludzi, których nogi niosły po dziedzińcu twierdzy.
— Dobrze ci radzę, synu, byś zrezygnował z bezczelności i krnąbrności - dodał ojciec na odchodnym. Nie podniosłem oczu, dopóki nie wyczułem, że zniknął już w cieniu Merethrondu*2. Faramir zbladł wyraźnie i zacisnął usta w wąską linię, jak zwykle tłumiąc zimny gniew w sobie, podczas gdy ja bulgotałem ze złości, w głównej mierze na siebie.
— Przepraszam - powiedziałem w końcu, a brat zamrugał oczyma i rozluźnił zaciśnięte kurczowo pięści.
— Przestań, nie masz za co. Sam się prosiłem o to, sam pytałem.
— Nie usprawiedliwiaj ojca za to, co ci zrobił.
— Przecież nic mi nie zrobił - wyrzucił z siebie Faramir, usiłując bezsensownie załgać i siebie, i mnie, i ojca, jednak widziałem, że dziękuje mi w ten sposób za spóźnione wsparcie. - Na twoim miejscu poszedłbym zbierać się do podróży - dodał gorzko, z powagą zgoła nie przynależną chłopcu w jego wieku.
Obserwowałem jego odejście jak przyrośnięty do ziemi, starając się pojąć zawiłości umysłu i duszy mojego brata i szczerze mówiąc, miałem ochotę komuś solidnie przywalić. Nieraz wdawałem się w bójki, z różnych powodów - włączając w to złość - i nigdy potem nie łudziłem się, że wieść o tym nie dotrze do uszu ojca. Zawsze docierała i zawsze ponosiłem tego konsekwencje - tym większe, im więcej było widocznych śladów po bitce. W końcu nauczyłem się wychodzić z bójek bez obrażeń, a od tamtych lat - także panować nad szczeniackimi porywami.
Okiełznaj swój temperament, zawsze powtarzał mi Beor. Wspomnienie tego irytującego, choć w gruncie rzeczy rozsądnego powiedzenia przypomniało mi, że miałem jeszcze odwiedzić biednego staruszka w Domach Uzdrawiania, gdzie wśród kwiatów i drzew leczył swoje płuca. Tak więc ruszyłem do bramy twierdzy, z rękoma za pasem i oczyma wbitymi w migające mi pod stopami kamienne płyty dziedzińca.

III

Z wczesnego dzieciństwa, gdy jeszcze mama była pośród nas, pamiętam bardzo niewiele. Wbrew pozorom nie obrazy sielanki, tkliwe i rozczulające świadectwa rodzinnej miłości i niezmąconego szczęścia, dominujące w opisach tego etapu życia w biografiach słynnych mężów, lecz raczej nieprzyjemne przeżycia, jak ścinanie włosów. Była to cała ceremonia, szczegóły dopowiadał mi Boromir, bo pamiętam tylko, że chwytał mnie albo brat albo jakiś sługa i sadzał u mamy na kolanach. To jeszcze nic nie znaczyło. Dopiero gdy pojawiały się fryzjerskie narzędzia, takie jak budzące grozę nożyce albo szczerzący zęby grzebień, zaczynałem się drzeć i po zamknięciu mi buzi oraz unieruchomieniu na maminych kolanach następowało przycinanie. Mama, jedyna osoba zdolna mnie utrzymać przy tej okazji, rozczesywała mi splątane włosy grzebykiem, brała delikatnie kosmyk po kosmyku, zgrzytała nad uchem nożycami i frunęły na podłogę czarne pukle jak piórka wrony. Boromir stał niedaleko z rękoma za plecami i jako że zawsze szedł na pierwszy ogień, potrząsał przyciętą wcześniej czupryną i uśmiechał się wrednie.
Jeśli chodzi o ojca, to z owego czasu pamiętam tylko groźny cień, jaki rzucał, stojąc przy filigranowej mamie.


Skończyłem czyścić stos brzęczącego żelastwa zwany kolczugą i schowałem dobrze naostrzony miecz do pochwy. Klinga weszła gładko, z przyjemnym sykiem, porównywalnym tylko z dźwiękiem brzeszczotu dobywanego przed walką.
Słudzy od niesłychanie wczesnych godzin krzątali się szaleńczo po całym pałacu i sąsiadujących zabudowaniach, przypuszczalnie przygotowując zapasy; dokładnie stwierdzić nie mogłem, gdyż za szybko się poruszali. Co i rusz po korytarzu za uchylonymi drzwiami przemykała jakaś spódnica lub płaszcz.
— A coś ciepłego, jakby tam w zamku zimno było? - wypalił ni stąd, ni zowąd mój adiutant i trochę czasu mi zabrało, nim rozszyfrowałem znaczenie owej wypowiedzi.
Zerknąłem na Eöla pobłażliwie.
— To znaczy, ponoć są świeże koszule, tylko służąca odłożyła je do pokoju waszego brata, nie wiem czemu, a nie chciałbym tam wchodzić - powiedział syn Elary, zajęty rozplątywaniem troków sakwy z przyodziewkiem. - Nie chciałbym waszemu bratu przeszkadzać albo co...
— Mój brat nie śpi i chyba już wyszedł.
— To pójdę...
— Nie, dziękuję, sam to zrobię, nie musisz wokół mnie skakać - rzuciłem w kierunku młodziana, leniwym krokiem opuszczając komnatę. W istocie nie chciałem, by ktoś naruszał niezwykłą atmosferę pokoju Faramira, pachnącego zawsze starymi zwojami, atramentem i czymś jeszcze, czego określić już nie potrafiłem.
Wszedłem tam ostrożnie. Stos złożonych świeżych, grubych koszul leżał tam, gdzie zapewne zostawiła go pokojówka, na brzegu łóżka. Zgarnąłem je wszystkie od razu, żeby stosik się nie rozsypał i najwyraźniej nie zauważyłem, że zabrałem coś oprócz koszul.
Przez myśl mi to nawet nie przeszło. W pokoju, jak zawsze, panował wzorowy porządek i wszystko, nie wyłączając przyborów do pisania, leżało na swoim miejscu.
Koszule podrzuciłem od razu mojemu "adiutantowi" i ten przez dłuższą chwilę pochłonięty był upychaniem całego złożonego stosiku w torbie i dopinaniem jej tak, by nic nie wystawało. Poświęcał temu zajęciu całą swą uwagę, posapywał, marszczył brwi i pomagał sobie kolanem, przejęty znacznie bardziej ode mnie.
Nigdy nie pozwalałem nikomu tknąć mojego rynsztunku i nie inaczej było tym razem. Sam dopilnowałem, czy wszystkie zapięcia i klamry są całe, metal lśni, a nowiutkie, pachnące wyprawioną skórą buty - stare nigdy nie wróciły od szewca - dobrze zasznurowane.
Wciągnąłem, co należało, na grzbiet, zatrzasnąłem okiennice i pociągnąłem Eöla za kołnierz na korytarz. Giermek otrzepał się, wyprostował i uśmiechnął, gdy wyminąłem go w przejściu, przejmując jedną z toreb; zauważyłem przy tym, że przyjrzał się moim butom.
Wyszliśmy na dziedziniec, gdzie skupiła się niewielka grupka ludzi z moim ojcem i bratem na czele. Nie chciałem sobie umysłu zanadto mącić a humoru warzyć łzawymi pożegnaniami, więc sypnąłem tylko kilkoma zgrabnymi zdaniami, które miałem już wprzódy przygotowane. Następnie uściskałem brata, pożegnałem się sztywno i oficjalnie z ojcem, który przekazał mi list do wuja. Potem wraz z orszakiem udałem się do stajni. Końskie kopyta zastukały na bruku, kiedy ruszyliśmy w dół drogi do bramy. Zdaje się, że opuszczenie Miasta i Pól było najtrudniejsze, ale wreszcie w miarę bezboleśnie się udało.
Naiwnie sądziłem, że nie spadną na mnie jakieś troski i problemy, zaprawdę, naiwnie. W chwilę po tym, jak podkute kopyta naszych koni zastukały na utwardzonym gościńcu wiodącym na Południe, do Pelargiru, dowiedziałem się, że Cień istotnie się rozszerzył, a niedawna wyprawa do Ithilien nie zmieniła zbyt wiele, a może nawet rozjątrzyła tamtejszą ranę, której na imię było orkowie. Gdybym wiedział to wcześniej, poważniej zastanowiłbym się nad wyjazdem do wuja, ale teraz pozostawało mi tylko słuchać, co starsi wiedzą i co się nam o uszy obije w dolinie Anduiny.
Podróż trwała nieco dłużej, niż się spodziewałem, pewnie dlatego, że pogoda pozostawiała wiele do życzenia. Codziennie mokliśmy jak kury i co kilka dni zlecałem Eölowi szorowanie kolczugi, żeby nie pokryła się znienawidzoną rdzą. Nasze wierzchowce szły leniwie, a my nie chcieliśmy ich forsować, jako że wątpliwe było, aby po drodze trafiła się okazja do ich zmiany. Moi towarzysze byli przeważnie ponurzy, niespokojni i niewiele mówili; jak długo jechaliśmy przez Lossarnach wzdłuż Anduiny, odwracali spojrzenia do Ithilien i ciemnych stoków Ephel Duath, jakby spodziewali się ujrzeć nadciągające stamtąd ciemne chmury i czarne hordy orków. Przysłuchiwałem się ich rozmowom i brałem w nich także udział, gdy miałem co do powiedzenia, a traktowali mnie z należytym szacunkiem zabarwionym jednak nutą pobłażania dla "młodzika".
Potem droga powiodła nas przez Lebennin, Krainę Pięciu Rzek, schodzącą do Morza łagodnymi nizinami i polami. Przekroczyliśmy Celos trochę poniżej miejsca, gdzie wpadał do Sirithu i skierowaliśmy się do okolonego lasem, leżącego nad błękitną Serni Minas Brethil*3. Zdaje się, że to w tych okolicach pewnego ranka znalazłem w swoich bagażach zwoje z całą pewnością do mnie nie należące. Rozbudziłem się, jak zazwyczaj, o odpowiedniej godzinie, ani zbyt wcześnie, ani zbyt późno; zawinięty w wilgotny koc jak nie przymierzając jeden z naleśników, którymi w Mieście uwielbiają nas karmić co tydzień kucharki; sięgnąłem do sakwy po świeżą koszulę, ale zamiast niej wyciągnąłem plik związanych rzemykiem pergaminów.
Gdy tylko rozwinąłem pierwszy z nich, zrozumiałem, do kogo należał; poznałem czyste, zgrabne pismo; dobór poetycznych wyrażeń pasujących raczej do dawnej księgi; wyciągi ze starodawnych zwojów; trafne i przerażająco prawdziwe spostrzeżenia oraz obserwacje.
"Gondor! Gondor, min Eryd a Gaear!", głosiła pierwsza linijka na pierwszej stronie.
Zdusiłem w gardle drobne przekleństwo i schowałem własność brata z powrotem do torby, zerkając dookoła, czy nikt tego nie przyuważył. Z jakiegoś powodu zdawało mi się to niestosowne, bo zapiski Faramira wyglądały na sekretne i drogie jego sercu i jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że podprowadziłem mu te zwoje z premedytacją, a nie zupełnym przypadkiem.
Eöl mlasnął przez sen i przeciągnął się po kociemu. Stary Vardil ziewnął spod kaptura i rozprostował ramiona, szykując się do wstania.
Zapiąłem szybko torbę, jak rzezimieszek przyłapany na gorącym uczynku. Pięknie! Brat się pewnie miota po całej Cytadeli, szukając swych pergaminów, a okazało się, że to ja go zgarnąłem z ubraniami.
Przez następne dni monotonnej - i mokrej - podróży męczyła mnie myśl, by czy do zwojów Faramira nie zajrzeć, ale uporczywie ją odrzucałem, jako że zdawało mi się to niehonorowe lub wręcz nieprzyzwoite, czytać czyjeś prywatne zapiski bez jego wiedzy. Z drugiej strony kusiło mnie - był moim bratem, braciszkiem, moim najbliższym przyjacielem, przez którym nie miałem tajemnic, a on, przynajmniej przypuszczalnie, nie miał ich przede mną. Co więc złego mogło być w odczytaniu jego przelanych na pergamin myśli?
Wreszcie iście niewieścia ciekawość przemogła. Jako że w okolicy nie było żadnej wsi ani miasteczka, gdzie mogliby nam udzielić gościny, zatrzymaliśmy się w zagajniku opodal południowego gościńca. Było to chyba jakieś kilka dni od Linhiru... mniejsza z tym. Trzymałem pierwszy wartę i gdy wszyscy posnęli, o czym świadczyło cichsze lub głośniejsze chrapanie, wyłuskałem z sakwy pergaminy. Delikatnie otworzyłem zwój drogi, opatrzony datą sprzed kilku miesięcy i zacząłem czytać.
Pisał o wszystkim. O tym, co przeczytał, co usłyszał, co powiedziałem mu ja lub ojciec. Spisywał sny i wspomnienia z dzieciństwa, moje głupoty i mądrości Beora.
Przejmująco pisał o mamie.




*1 Pieśń o Gondorze albo Wołanie Aragorna, Księga Trzecia Władcy Pierścieni. Przekład na sindariński według Ryszarda Derdzińskiego.
*2 Merethrond, czyli Sala Uczt w siódmym kręgu Minas Tirith (Silmarillion; Atlas Śródziemia Karen Wynn Fonstad).
*3 Te i dalsze dziwne i niespotykane nazwy miejscowości itp. na podstawie niezwykle szczegółowej Mapy Południowego Gondoru.
Rozdzia?? 2 autor: Nilcamiel
Notatka autora:
I drugi rozdzia??. Uprzedza??am, ??e to d??ugie... ;)

DOL AMROTH

IV

Kilka miesięcy temu dokonałem ważnego znaleziska, jak zwykle, w bibliotece. Wyciągnąłem z półki i rozwinąłem plik zwojów pokrytych grubą warstwą kurzu, który najpewniej zbierał się całymi dziesięcioleciami. Była to chyba rzecz o flocie Ar-Pharazôna Złotego, ostatniego króla Númenoru, ziemi Westernesse, zalanej czarną falą Belegaeru. Stojąc tak wśród wysokich półek Wielkiej Biblioteki, przeglądałem wspomniane zwoje i wśród nich znalazłem złożony we czworo kawałek starego pergaminu. Wiedziony ciekawością, rozłożyłem ten pergamin i przekonałem się, że to list sprzed bez mała dwudziestu lat, przynajmniej tak głosiła data u jego góry. Był mocno sfatygowany, jakby przejechał daleką drogę, a potem długo go noszono, może w kieszeni, może za pasem, aż wreszcie trafił do tej nieszczęsnej księgi.
Ale to tylko detale. Tym, co mnie mocniej uderzyło, byli nadawca i adresat listu. Mama i ojciec. Mama pisała z Minas Tirith do Pelargiru, gdzie przebywał ojciec, najprawdopodobniej na przeglądzie sił wojskowych. Jej pismo jest płynne i wydaje się być jak melodia ładnej pieśni. Wspominała, że czuje się samotna w twierdzy, że czas leci jej tak szybko, iż nie zdaje sobie sprawy z jego upływu, że są już małżeństwem od pół roku. Pół roku...
To wystarczyło, żebym ujął wymiętoszony kawałek pergaminu jak drogocenny materiał z dalekiego Południa i zadumał się z zamglonymi oczyma.
Jeszcze dopisek na końcu listu: "Ciągle Cię widzę koło mnie, wszędzie, gdzie jestem. Finduilas."
Uświadomił mi, że go kochała.


Linhir był miastem gwarnym, ludnym, z portem trochę większym od naszego Harlondu. Ruch w owym porcie był jednak taki sam jak w minastiritskiej przystani, gdzie często się z bratem przypatrywaliśmy żeglarzom oporządzającym statki oraz barki i tragarzom w pocie czoła dźwigającym towary. Jedna z kuchennych służek, co i rusz wysyłana tam po przyprawy do potraw, zawsze nas upominała, byśmy nie wpadli do wody i nie utopili się, jak jej kuzyn.
Bywałem już w południowych prowincjach, topiłem się w letnim skwarze Belfalas i chadzałem wśród straganów na Wielkim Targu w Pelargirze, ale powietrze na południu było zupełnie inne niż u nas na północy. Zamiast lasów Anórien i Ithilien jechaliśmy pośród wielkich pól, winnic i owocowych sadów, a wszystko tu pachniało Morzem i czymś specyficznym, niezwykłym, aromatem Południa.
Byłoby bardzo pięknie i przyjemnie, gdyby nie fakt, że to wszystko zwykła przykrywać mgła, wisząca niemal codziennie nisko nad ziemią. Vardil zwykł powtarzać, że dawno nie widział tak mglistej późnej jesieni i mruczeć pod wąsami, że to zapewne zły omen.
Coś w tym musiało być, bowiem wśród wszechobecnych oparów czułem się nieswojo, nic prócz najbliższego odcinka traktu, przydrożnych drzew, domów lub strażnic nie było widać. Miasteczka, wsie, zagajniki wyłaniały się z mgły jako rozmazane cienie, stopniowo nabierając proporcji i konturów. Kusiło mnie, aby przejeżdżając obok stawów lub jezior, zajrzeć w pozornie puste lustra wody, bo nie wiedziałem, co w nich będę mógł ujrzeć - siebie, mgłę, czy co innego?
Moi towarzysze jak jeden mąż łapali za rękojeści mieczy, gdy ze mgły naprzeciw nas wyłaniali się piesi - niby orkowie z gorących oparów Czarnego Kraju - lub konni - jak legendarne Czarne Upiory pod służbą Bezimiennego, których mroczną potęgę zlekceważył Ostatni Król. Jednak ja za każdym razem widziałem coś gorszego, wyobraźnia podsuwała mi obraz rozwścieczonego brata, pędzącego na karym rumaku z rozwianym włosem i krzykiem domagającego się zwrotu zawłaszczonych przypadkiem pergaminów. To dopiero była przerażająca wizja. Co gorsza, zdawałem sobie sprawę, że Faramir byłby zdolny do takiej galopady, szczególnie, gdyby mu coś odstrzeliło, jak to się z rzadka zdarzało. Rzucałem czasem okiem w kierunku brata i widząc go siedzącego spokojnie w fotelu lub zajętego swoimi sprawami odwracałem wzrok, a po chwili bądź nie było go w owym miejscu, bądź miałem go już na plecach, śmiejącego się jak diablę, bądź widziałem złowróżbną iskrę przeskakującą mu w oczach.
Mgły zrzedły, a następnie zanikły, gdy wkroczyliśmy w Dor-en-Ernil, dolinę za wzgórzami Tarnost, zwaną Ziemią Księcia. Dalej szlak poprowadził przez Cum Taran, nieco mniejszą, ale tak samo gęsto zaludnioną dolinę wiodącą ku przejściu w łańcuchu kolejnych wzgórz, Cirith Dunrandir, czyli Rozpadliny Zachodniego Wędrowca. Takie szumne nazwy na pewno by się spodobały Faramirowi, ale mi miast nazw podobały się okolice, tłusta, urodzajna ziemia, zadowoleni z siebie, spokojni ludzie, którzy pozdrawiali nas jeszcze z daleka, nie wiedząc zapewne do końca, kto dokładnie jedzie przez ich ziemie.
Każdego wieczoru, nieważne, gdzie przyszło nam spać, czy w gospodzie, czy na świeżym, chłodnym powietrzu pod gwiazdami, czekałem, aż moi ludzie wygadawszy się posną i wyciągałem notatki brata. Czytałem część jego zapisków - powoli, smakując każde słowo - a potem z brudnym sumieniem kładłem się spać.

Brat mój zresztą zdaje się być urodzonym do tego, co robi i do tego, co kocha. Jest człowiekiem, który stworzony został dla rządzenia, a ludzie, wygląda na to, by go słuchać. Nigdy nie prosi o pomoc lub przysługę, przyjmuje je zaledwie, gdy zostaną zaproponowane, a w sytuacji ostatecznej jedynie sugeruje coś zasięgnięcie pomocy - tak daleko sięga jego duma i poczucie niezależności. Też mam własną dumę, ale chyba więcej rozsądku.
Jego dłonie są grube i duże, jak wyciosane z granitu przez wprawnego rzeźbiarza do miecza, nawet przyozdobione kilkoma odciskami, podczas gdy moje ręce są wąskie i szczupłe. Ponoć lepiej naciągam przez to cięciwę, ale pamiętam z dalekiego dzieciństwa, że przyczyna jego niechęci do łucznictwa jest zgoła inna... on umie walczyć z pasją, oddaje się temu jak sztuce. Sztuce wojowania. A dla mnie to jedynie środek, a nawet powiedziałbym: półśrodek, prowadzący do czego innego; zaledwie powód lub konsekwencja jakiegoś zdarzenia, na którym warto skupić uwagę bardziej niż na samych przyczynach lub następstwach. Wiem, że brat mój potępiłby te słowa, gdyby usłyszał je z moich ust, ale w głębi serca to wie i toleruje.


Wreszcie dotarliśmy do górzystego cypla, na którego północnym krańcu stał zamek wuja. Ziemie należące do książąt Dol Amroth były bogate i zadbane, drogi brukowane i porządniejsze niż w Belfalas, jakby księstwo nie należało do lenn i prowincji tworzących nasz kraj, tylko było osobnym państewkiem.
Zamek wyłaniał się powoli spomiędzy zielonych i skalistych pagórków. Zbudowana z szarego kamienia strzelista twierdza z godzącą w niebo nad Belegaerem Morską Wieżą górowała znacznie nad miasteczkiem położonym u stóp klifu, między porośniętym jesiennym, widnym lasem stokiem nadmorskiego wzgórza a kamienistą plażą i zatoczką, w której tłoczyło się kilka statków. Nad klifem kołowały krzykliwe białe mewy, a uderzenia zimnego, pachnącego solą wiatru wręcz zapierały dech.
O Minas Aear mówiło się, że przed wiekami wzniosły ją elfy; sama okolica tchnęła też spokojem wieków, które pozostawiły tu niewielkie piętno. I jak ponad tysiąc lat temu pod Mindolluiną wznosiła się tylko Minas Anor i kwitły ogrody letniej rezydencji królów Gondoru, a teraz stoi Białe Miasto, tak tu nieodmiennie strzela w niebo obwarowana Wieża, u której stóp kwitnie życie w nadmorskiej osadzie.
U bramy muru, którym otoczone było owo miasteczko, natknęliśmy się na niewielki orszak zbrojnych; z dala, po płaszczach, kołpakach i zielonym proporcu poznałem ludzi z Pinnath Gelin. Na ich czele jechała dojrzała kobieta w męskim stroju podróżnym, a za nią, w otoczeniu wojowników, dwie podobnie odziane panny.
Kobieta zatrzymała orszak krótkim słowem i gestem, stanęła w kulbace, wytężyła wzrok i pozdrowiła nas energicznie dłonią w przetykanej metalem rękawicy.
Poznałem ją od razu. Była to pani Ivriniel, dla mnie i brata ciotka, a dla mamy i wuja starsza siostra. Mieszkała w Rond Rhandir w Pinnath Gelin z dwoma młodszymi ode mnie o dwa-trzy lata i dość swobodnie wychowywanymi córkami Dariniel i Tíriniel; zawsze, gdy się z nimi spotykałem, uśmiechały się, podkasały sukienki i biegły bawić się w chłopięce gry. Przestawały ze mną i bratem, gdy gościły w Białym Mieście, a ja na początku na towarzystwo dziewczyn kręciłem nosem. Dopiero potem, gdy dorównały mi we wspinaniu się na mury, nabrałem do nich szacunku. Mąż ciotki zginął kilka lat temu w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Goniec przysłany do nas przebąkiwał coś o polowaniu, słabym zdrowiu i nie wiadomo czym jeszcze. Od owego czasu odwiedziny tej rodziny w Białym Mieście ustały. W każdym razie, Heniona pochowano w jego ojczyźnie, Zielonych Grzbietach, a Ivriniel jako kobieta rozsądna, żywiołowa i zdecydowana przejęła zarządzanie niemałymi rodzinnymi włościami; Hirgalen, władca tej prowincji, krzywo na owe babskie rządy spoglądał, ale to inna historia. Wracając do Ivriniel, nieodmiennie miewałem wrażenie, że jestem do niej z charakteru podobny, podczas gdy Faramir wdał się raczej w mamę.
— Boromirze! - zawołała ciotka, wiodąc swój orszak w kierunku moim i minastiritskich wojaków, a Dariniel i Tíriniel równocześnie się wyszczerzyły. Miałem złe przeczucia. I słusznie, bo Ivriniel podjechała blisko i zamierzała z siodła solidnie mnie wytargać, jakbym dalej był chłopcem. Nie dałem się jednak, krępując się w obecności żołnierzy z Miasta - Vardilowi drżały już wąsy, co zwiastowało pewien politowania uśmiech w niedalekiej przyszłości.
— Witam, pani na Rond Rhandir.
— Porzućmy tytuły, bo zacznę ci nazywać następcą Namiestnika, Boromirze - uśmiechnęła się Ivriniel, pozdrawiając z kolei moich rycerzy. - Wjedźmy razem do miasteczka, a stamtąd drogą w górę do zamku, w którym najpewniej niecierpliwi się mój brat. Dawno się nie widzieliśmy, bo wynikły pewne niespodziewane przeszkody, a twój ojciec nieskory jest do pielęgnowania dalszych więzów rodzinnych, szczególnie po śmierci siostrzyczki; zresztą kim ja jestem, włościanką zaledwie z tego zaścianka, Pinnath Gelin, daleko od wielkiego świata i Minas Tirith!
— Niech ciocia nie przesadza - bąknąłem niezgrabnie, ale pod bezczelnymi spojrzeniami sióstr zaraz wróciła mi arogancka pewność siebie. - Witam i kuzynki! Jakbym śmiał przy kuzynkach mówić, że Pinnath Gelin to zaścianek Gondoru, nieprawdaż? Vardilu - odwróciłem się do starego wojaka, wiercącego się dyskretnie w siodle - ruszamy do twierdzy, jak sądzę.
Vardil pokiwał głową i ręką zwołał resztę żołnierzy, mieszających się już z wojownikami z wybrzeża.
Wpuszczono nas do miasteczka ze wszelkimi honorami i po przemierzeniu ze stukotem kopyt głównej - i jedynej - ulicy, zaczęliśmy się piąć w górę stromej dróżki ku zamkowi osadzonemu na klifie niczym orle gniazdo, obserwowani i pozdrawiani przez mieszkańców, szlachetnych i zamożnych z wyglądu jak wszyscy ludzie z cypla, jakich dotąd widzieliśmy. Po mojej lewicy jechały Dar i Tír, jak je w skrócie zwano, a po prawicy ich matka, wypytująca mnie o to, co się działo na przestrzeni ostatnich kilku lat w Białym Mieście, a że było tego sporo, to i miałem sporo do opowiadania. Ivriniel słuchała i wypytywała, zaś kuzynki, miast skromnie spuścić wzrok i grzecznie słuchać, strzelały oczami i bezczelnie się wtrącały. Matka musiała im dociąć, żeby powstrzymały swą nadmierną ciekawość.
Zamek był z pozoru niewielki, ale rozległy; choć zbudowano go w dwa tysiące lat po czasie, gdy ludzie Elendila wznosili twierdze wzdłuż Anduiny, przypominał owe budowle strzelistą Tirith Aear oraz stylem zabudowań wewnątrz grubego muru. Taka twierdza, nie miałem wątpliwości, mogła długo opierać się potencjalnemu najeźdźcy. Nawet korsarze z Umbaru nie daliby rady jej wziąć, ni od lądu, ni od morza, gdzie bronił jej wieniec ostrych skał u stóp klifu.
Kiedy tak rozpływałem się w zachwycie nad twierdzą, drzwiczki w jej bramie otworzyły się i pewien giermek ostrożnie wyjrzał na drogę, przebiegając oczyma najpierw po zbrojnych, a dopiero potem po ich przywódcach. Ivriniel przewróciła oczyma, westchnęła niecierpliwie, odgarniając siwiejące włosy z czoła. Zamierzała już zadziałać, kiedy dłoń w rękawicy wysunęła się zza framugi drzwiczek i pacnęła giermka w kędzierzawą głowę. Potem rozległ się ostry głos opisujący dosadnie niedostatki intelektualne wspomnianego chłopaka.
— Cóż jest winny, że nie zna rodziny swego pana? - prychnąłem i otrzymawszy aprobujące spojrzenie starszej z kuzynek, uniosłem wyżej głowę.
Tymczasem Ivriniel podjechała już do bramy i za jej sprawą droga na wewnętrzny dziedziniec twierdzy została otwarta. Kopyta zadudniły na kamiennym bruku i odezwały się brzęczącym echem w głębokich krużgankach; wtórował im tupot obutych ciężko stóp i szelest trzewików.
Otoczyli mnie ludzie, wszyscy wysocy, smukli, ciemnowłosi, niektórzy podobni do mamy tak bardzo jak ciotka Ivriniel - a więc moi krewni. W najwyższym z mężczyzn, z włosami lekko przyprószonymi siwizną, mimo domowego, swobodnego stroju rozpoznałem żołnierza. Był to Imrahil. Wuj trzymał pod rękę szczuplutką, czarniutką kobietkę o bystrych, rozbieganych oczach, Ileanę. Trzej szarpiący się, kłębiący obok tej pary rozchichotani chłopcy, trzy małe szarookie Faramiry - to kuzyni, Elphir, Erchirion i Amrothos. Była też rodzina nieco dalsza - od strony Ileany - oraz tłumek służby, w tym niańki, przyboczni, pokojówki, ochmistrz, ba, kucharki nawet, jak poznałem po zaplamionych brunatnym sosem fartuchach.
Zsiadłem z konia i zostałem zaraz porwany w ramiona wuja. Jego żona ograniczyła się do potargania mi włosów, szczebiocąc "jak to wyrosłem", a ja ani targania, ani szczebiotania nie znosiłem. Mój przygaszony entuzjazm nadwerężyło dodatkowo trzech chłopców w wieku od lat pięciu do dwunastu, szarpiąc za rękawy kaftana, jakby chcieli je urwać i wziąć sobie na pamiątkę.
Po chwili w ten obłęd wcisnęła się jeszcze ciotka Ivriniel ze swoimi dwoma energicznie rozpychającymi się łokciami córkami, potęgując zamęt. Potem w jakiś dziwny sposób zaciągnięto mnie do wielkiej sali, gdzie było ciepło i pachniało jedzeniem, zostałem wzięty w ogień pytań, aż lekko od tego i mnogości osób oraz głosów zgłupiałem. Wolałem być panem sytuacji niż biernie się jej poddawać, a tu nie było innego sposobu.
Oczywiście, doskonale było widzieć znów wuja z jego dobrotliwym uśmiechem i moich rozgadanych, szalonych kuzynów, ba, nawet ciotkę Ileanę, zawsze egzaltowaną i przestrzegającą mnie i brata przed nabawieniem się plam na spodniach i koszulach.
Wuj rychło sprawnie zapanował nad sytuacją i ogłosił, że nim postawią posiłek, czas na główną atrakcję. Miał tu na myśli dziecko - czuć to było w jego dumnym tonie. Przyszło mi na myśl, że podobnie musiał kiedyś brzmieć ojciec dwadzieścia jeden bądź szesnaście lat temu.
Wraz z Ivriniel, Dariniel i Tíriniel zostaliśmy wprowadzeni przez księcia na piętro części mieszkalnej dolamrodzkiej twierdzy, a potem do dużej komnaty na końcu głównego korytarza, urządzonej z przepychem godnym przynajmniej namiestnikowskiego skrzydła pałacu w Cytadeli Minas Tirith. Obok wysokiego łoża stała tam niewielka kołyska, nad którą pochylała się rozszczebiotana niania. Na nasz widok dziewczyna szybko usunęła się w ciemny kąt, z dala od wpuszczających dzienne światło okien, robiąc miejsce dla matki i ojca dziecka oraz ich gości.
— Boromirze, Ivriniel, to moja córka, Lothíriel - powiedział Imrahil, czyniąc zapraszający gest nad kołyską. Ciotka pchnęła mnie od razu w tamtą stronę, nie pozwalając ani na chwilę wahania, i ujrzałem w łóżeczku niewielki tobołek o różowym, drobnym obliczu, z czerwonymi usteczkami wygiętymi sugestywnie w podkówkę. Nie wiem, czy to na mój widok się tak wykrzywiła - bądź co bądź goliłem się co rano i niedawno dałem sobie przyciąć włosy - czy przestraszyły ją moje krewniaczki.
Spodziewałem się też, że Ivriniel zacznie szczebiotać, jak każda kobieta przy dziecku, ale nie - ciotka uśmiechnęła się tylko i pogładziła niemowlę po policzku.
Nie wytrzymałem.
— Ładna to ty na razie nie jesteś...
— Boromirze! - zganiła mnie Ileana, a wuj roześmiał się:
— Młodzieńcy nie widzą nic pięknego w małych dzieciach, moja droga, to nic nowego. Bądź pewna, że to się zmieni, gdy jemu urodzi się potomek.
Kuzynki zachichotały cicho, pochylone nad kołyską. Mnąc w ustach ostrą odpowiedź, iż żadni potomkowie mnie nie interesują, odsunąłem się od łóżeczka i uśmiechnąłem przepraszająco do cioci, gotowej bronić swego maleństwa przed moim krytycyzmem.
— To bardzo... interesujące dziecko - orzekłem, chcąc załagodzić sytuację. - Widywałem brzydsze.
— Wierz mi, Boromirze, nie należałeś do najładniejszych niemowląt - odezwała się Ivriniel, ustępując miejsca przy kołysce matce małej Lothíriel. - Za to byłeś uroczy jako kilkuletni brzdąc.
— Niewątpliwie, drogi kuzynie - prychnęła Dariniel, rozśmieszona moim gniewnym spojrzeniem i rumieńcem zawstydzenia.
— Zostało ci to - dodała jej siostra.
Zbliżałem się do granicy swej wytrzymałości pod względem gniewu i zażenowania - bezczelne dziewuchy, widziałby kto, moje kuzynki. Imrahil musiał to zauważyć, bowiem podszedł do mnie, otoczył opiekuńczo ramieniem i nim zdążyłem powiedzieć, iż sam sobie dobrze poradzę, wyprowadził mnie na korytarz.
— Zostawmy je same z dziewczynką - powiedział wuj, wypuszczając mnie spod ramienia. - Ty czujesz się osaczony, a damy na pewno wolą porozmawiać o nadobności niemowląt bez uciążliwego męskiego towarzystwa. Chodź, siostrzeńcze. Tu, pierwsza od drzwi, będzie twoja komnata, ten twój młodzieniec wniósł już bagaże. Obejrzysz ją później, ma widok na morze, jak lubiła Finduilas. Ludziom z Minas Tirith dałem kwatery w murach od bramy, z wszelkimi wygodami. Pewnie zeszli już do wielkiej sali na posiłek.
— Dołączyłbym do nich. Jestem głodny jak wilk.
— Tak sądziłem. Mamy zresztą kłopot z watahą głodnych wilków rozszarpujących owce na południu cypla, bestie są na tyle chytre, że zwykli myśliwi nie dają im rady... - ciągnął Imrahil, kierując się w dół, do wspomnianej sali posiłkowej. - Ale to miejscowe sprawy, nic ważnego. Powiedz mi teraz, co się dzieje w Minas Tirith i czemu nie wziąłeś ze sobą Faramira?
— Nie zezwolił na to ojciec, wuju... - zatrzymałem się w przejściu, nie chcąc poruszać tematu ojca wśród większej publiki. - Mimo, że Faramir bardzo pragnął przyjechać, a ja chciałem go mieć u swojego boku.
— Co było powodem takiej decyzji?
— Chyba wiesz, książę, o poruszeniu w Czarnym Kraju?
— Wiem. Doszły mnie także słuchy, żeś ruszył do Ithilien i powrócił z naręczem nieprzyjacielskich głów.
— Nieprzyjacielskich głów? A wuj jest pewien, że z Faramirem nie rozmawiał ostatnio o podobnych sprawach?
Imrahil roześmiał się donośnie.
— Bo to brat zwykł tak mówić o moich podbojach - dodałem, opierając się o zimną ścianę, przypominającą mi swojskie mury twierdzy na Wysokim Podwórcu. - Gustuje w podobnych wyrażeniach. Owszem, byłem w Ithilien z ludźmi z Miasta dosłanymi do pomocy Strażnikom, zagrożenie było spore, wielcy orkowie zeszli z Gór Cienia, a od północy - Morannonu - widziano nawet trolla. Niestety, nie udało się nam go wytropić...
— A wy ciągle o polityce, o Cieniu, o zagrożeniu... - dobiegł nas głos z podestu schodów i w zasięgu światła pochodni ukazała się ciotka. - Mężczyźni! Cieszmy się raczej, że na świat przyszła kolejna członkini tak wspaniałego rodu.
— O, Ivriniel, sprowadzasz rozmowę na przyziemne tory - odezwał się Imrahil - Nic to. Ileana się już położyła?
— Tak, jest jeszcze osłabiona. Swoje pociechy także posłałam już do łóżek.
Wyrwało mi się sapnięcie ulgi i naturalnie zostało ono zauważone przez oboje moich krewnych.
— No, no, Boromirze - Ivriniel zmierzyła mnie uważnie wzrokiem. - Wyrosłeś na przystojnego młodzieńca. Jeszcze trochę i ożenek, hę?
— Siostro... - odrzekł z wyrzutem wuj, widząc, jak w zakłopotaniu się wycofuję nieco w cień schodów. - Ma jeszcze czas! Nie nosi nawet Rogu. Chociaż mógłby się już oglądać za jakąś panną.
Gadanie! Oglądanie się to jedno, ale ślub - drugie! A chcieliby mnie już swatać!
Nie powiedziałem w końcu nic, żeby nie zabrzmieć jak wróg sukien i pieluch. I firanek. I pomyślałem od razu o jedynym powodzie, dla którego dobrze, iż Faramir nie przyjechał - czułby się niezręcznie w towarzystwie dziewcząt. Twierdził zawsze, że nie jestem dobry w sztuce słowa, a znają się na tym kobiety, jednak sam nie miał do nich ręki. Kuzynki bywały złośliwe i boleśnie szczere i musiałbym przed nimi brata bronić. A gdyby ciotka zagaiła do niego w podobny sposób, jak przed chwilą do mnie, chyba zapadłby się pod ziemię - a potem zasypał mnie niewygodnymi pytaniami.
— Zejdźmy może do głównej sali - zaproponował wreszcie wuj, ruszając w dół schodów. - Siostro, wprawiłaś siostrzeńca w zakłopotanie. Przez ciebie będzie się na nas boczył cały wieczór.
— Przez ciebie też, bracie! - odparowała Ivriniel i podążyła za wysoką sylwetką wuja.
Uśmiechnąłem się krzywo do nikogo w szczególności i zstąpiłem ostrożnie po śliskich kamiennych stopniach do rozjaśnionej łuną pochodni z wielkiej sali sieni.

V

Pamiętam, jak Boromir opowiadał mi o swej pierwszej bitwie... miała miejsce cztery lata temu, podczas wyprawy na Południe, gdy zawędrował z oddziałem ludzi z ithilieńskiego korpusu aż do Harithilien, na brzegi Porosu, gdzie w 1944 odbyła się jedna z ważnych bitew wojny z Woźnikami, brawurowo dowodzona przez Eärnila, Dowódcę Armii Południowej (zmiażdżył tam siły Haradu, piękne zwycięstwo)*4. Zaś wedle słów brata, o zmierzchu napotkali w owym miejscu grupę wędrownych orków, nie wiadomo, skąd te poczwary przybyły, czy z Dalekiego Wschodu, czy od wzgórz Czarnego Kraju.
Brat mówił, że dostrzegli orków z daleka i od razu, odruchowo popędzili konie naprzód. Przeciwnicy znacznie przewyższali naszych liczebnie, choć byli pieszo i licho uzbrojeni. Boromir mówił, że zgrzyt metalu był dla niego nie do zniesienia, że pocił się ze strachu i wstyd było mu o tym dotąd komukolwiek opowiadać. Że nic się nie uchowało z tej szlachetnej walki o honor i ojczyznę, jaką sobie wyobrażał, a pozostawało tylko dbanie, by żadna upadła istota nie strąciła mu głowy z karku zamaszystym cięciem jataganu z podłej stali.


Budziłem się powoli, stopniowo odzyskiwałem zwykłą świadomość. Widok ciemnej, kamiennej komnaty zastępował obrazy ze snu, jednak ilekroć zamykałem oczy, traciłem kontrolę nad swym umysłem, który uparcie wracał do upiornych obrazów walki. Wirujące niczym śnieg podczas zawiei kłęby myśli układały się pod moimi powiekami jak zaspy, przywołując z pamięci to, o czym chciałem zapomnieć. Pragnąłem po prostu pogrążyć się we śnie w pachnącej swojsko pościeli i odespać wszelkie niewygody podróży, ale obrazy z koszmaru powracały natrętnie.
Panicznie odbijałem ciosy orkowej szabli tarczą, na odlew wymachując klingą, gdy potknąłem się o coś miękkiego i zachwiałem, wytrącony z równowagi. W piachu leżał niewiele starszy ode mnie towarzysz broni, młode życie uchodziło zeń gorącą, czerwoną strugą i wsiąkało w suchą ziemię.
Równie dobrze ja mógłbym tam leżeć, pomyślałem, przewracając się na lewy bok.
— Artam padł! - ryknął jakiś wiarus, ratując mnie przed śmiercią kilkoma sprawnymi cięciami. Ork zawirował od impetu uderzenia weterana w obłoku piachu i padł jak kłoda, brocząc czarną krwią.
Równie dobrze mógłbym nigdy tego Faramirowi nie opowiadać..., wyrzucałem sobie, wtulając policzek w pachnącą pierzem poduszkę.
Piasek był czarno-szkarłatny, broniłem się jak mogłem, by weń nie upaść, a obrona ta była mierna, zupełnie inna niż na licznych odbywanych treningach. Była niezgrabna, słaba i dzięki mocom świata, iż orkowie byli na tyle głupi, by nie dostrzec nowicjusza wśród zahartowanych w boju rycerzy.
Równie dobrze mógłbym nie czytać tego przed snem i wreszcie się rozbudzić, powiedziałem sobie, otworzyłem oczy i usiadłem prosto w łóżku.
W komnacie panował zupełny mrok. Morze huczało w dole, za zamkniętymi okiennicami. Było zimno. Wszystko to składało się w zgoła zniechęcającą do wychodzenia z łóżka kombinację, ale naturalna potrzeba była o wiele silniejsza i wreszcie, z omdlewającym westchnieniem, wypełzłem spod okryć i poszukałem butów. Oczy mi się kleiły, więc po omacku odnalazłem drzwi i otwierający je uchwyt. Ziewanie wręcz rozdarło mi usta, gdy wylazłem na korytarz, przeczesując ręką włosy. Dalszą drogę pokonywałem, opierając się na zmyśle dotyku; wiedziałem, że aby dotrzeć do gdaniska, musiałem zejść po schodach koło głównej sali i przejść przez dziedziniec. Szło mi dobrze, byłem już na wysokości sali posiłkowej, kiedy usłyszałem coś podejrzanego - czyjeś ciche kroki. Od razu sięgnąłem do pasa, ale czekał mnie zawód, bo wychodząc z komnaty nie przypasałem miecza. Niezniechęcony, sięgnąłem do cholewy po sztylet, który nosiłem tam przezornie "na wszelki wypadek".
Jeśli kroki były omamami słuchowymi, to dołączyło do nich złudzenie wzrokowe: pochylona, zakapturzona sylwetka skradała się w moim kierunku na miękkich nogach. Momentalnie ściął mnie strach jak mroźny rohański poranek ścina lodem wodę w balii i mocniej ścisnąłem w ręku rękojeść noża. Ktoś bardziej rozsądny - lub strachliwy - zrejterowałby do komnaty, zapominając o ilościach wina wypitych wieczorem, wpełzłby z powrotem pod ciepłe kołderki i zasnął. Ale nie ja. Ja tchórzem nie byłem, toteż przypłaszczyłem się do łuku przejścia prowadzącego dalej do sieni i głównej sali lub na dziedziniec i oddałem się obserwacji zakapturzonej postaci. Wyglądała z dala jak jakiś ork, wypisz-wymaluj z mojego snu, zgarbiona, kryjąca swą szkaradność pod płaszczem i w ciemności nocy. Nie pomyślałem, jakim sposobem jakikolwiek uruk byłby w stanie dostać się do drugiego najbezpieczniejszego po Cytadeli miejsca w Gondorze i czego tu szukał - tylko, że musiał mieć złe intencje.
Na swe szczęście, domniemany ork nie skierował się na schody, ale ku kuchennym pomieszczeniom przylegającym do głównej sali. Gdy tylko zniknął w przejściu, pomknąłem za nim jak lis, wciąż z nożem w dłoni.
Światła nie było w dalszym ciągu, ale poznałem, że nocny wędrowiec stanął przy niewielkich, drewnianych drzwiczkach w kuchennej sieni i gmerał przy zamku. Mogła to być jakaś komórka albo spiżarka, nie wiedziałem. Pewne było, że w okolicy prócz nas nie było żywego ducha; nawet moi ludzie dawno posnęli w swych kwaterach z pełnymi żołądkami, ululani aromatem sfermentowanych owoców.
To była moja szansa.
Skoczyłem w kierunku ciemnej postaci jak ithilieński żbik na polowaniu i ciężarem ciała przycisnąłem ją do drzwi. Napadnięty zapiszczał, upuszczając podłużny przedmiot, którym gmerał w zamku i szarpnął się pode mną, ale ochota na protesty przeszła mu jak tylko błysnąłem ostrzem noża.
— Aa, paniczu, ostawcie, ja tylko do komórki... - głos złapanego na gorącym uczynku zgoła nie był orkowy, choć jeśli o zapach, to byłbym skłonny się kłócić. Ściągnąłem więc kaptur z głowy nocnego wędrowca, by odkryć, że należała do znanego mi z poprzedniego dnia kędzierzawego i przygłupiego giermka.
— Do komórki? A po cóż to po nocy? - zapytałem, odsuwając się od chłopaka i starając się brzmieć jak ojciec rozmawiający ze swym doradcą - tym, co mnie uważał za aroganta.
— Po... konfitury - pisnął chłopak, nie spuszczając oczu z mojego noża.
— I?
— I kawałek słoniny.
— I?
— Gąsiorek wina...
— Jak?
— Gdy pan Túrren nie patrzy... dowódca straży zamkowej.
Żołnierz, co mu wczoraj napukał do tego kędzierzawego łba - domyśliłem się, trzeba przyznać, nieco zawiedziony. Spodziewałem się wielkiej przygody, a tu złapałem jedynie giermka podkradającego zapasy ze spiżarni twierdzy i nie wykazałem się tedy żadną niesamowitą odwagą...
— Książę, domyślam się, o tym nie wie?
— Nie.
— To czas mu powiedzieć... - uśmiechnąłem się krzywo.
— Nieee, paniczu, niech panicz nie donosi! Obiją mnie!
Nie podobało mi się określenie "donosić", a wuj chyba nie zginie bez słoika konfitur albo pęta kiełbasy, nieprawdaż?
— Jeśli będzie to ostatni raz - rzekłem ostrzegawczo - to nic nie powiem.
— O, dziękuję - wybałuszył oczy giermek i narzuciwszy kaptur, wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł, kłaniając mi się w pas.
Zmarkotniały, oparłem się o ścianę spiżarni. Od ciągnącego od niej zimna po osłoniętych li i tylko lnianą koszulą plecach przeszedł mi dreszcz. Nic nie wyszło z moich planów błyśnięcia odwagą przez kuzynkami z Pinnath Gelin i gorzko tego żałowałem.
Pozostała jeszcze udać się do gdaniska, a tego w odróżnieniu od popisywania się nie należało przekładać na później. Schyliłem się, podniosłem metalowy ułamek, którym chłopak gmerał w zamku i już chciałem go gdzieś na zaś upchnąć, gdy rozległ się głośny tupot stóp w trzewikach. Coś małego oraz gibkiego wskoczyło mi z impetem na plecy i oplotło drobnymi rękoma szyję.
— Kuzynie! - chuchnął mi w ucho chłopiec.
— Elphir - zaryzykowałem, odwracając się od drzwiczek komórki z najstarszym z kuzynów uczepionym pleców i otworzyłem szeroko oczy, by łatwiej rozpoznać postać stojącą w łuku schodów. - O, dobry wieczór, wuju.
— Podkradamy ze spiżarki, Boromirze?

Mój brat ma nieposkromiony apetyt, a kucharki zawsze to tłumaczą tym, że "rośnie" i porównując ilości jadła pochłaniane przez niego, z tym, co jadam ja, usiłują i mnie nafaszerować przeróżnym mięsiwem i ciastem. Wracając do ciasta, najlepsze kruche, polukrowane ciasteczka w kształcie gwiazdeczek piekła stara Georda, którą kilka lat temu na zawsze oddano w pieczę kamiennego grobowca.
Zresztą nie o jakość ciasta mi tu chodziło, ale o ludzką mentalność: wątpię, by gdzieś poza Miastem dało się znaleźć równie oddaną obowiązkowi służbę. Słowo "służba" nie jest tu pogardliwym określeniem, jakie wielmoża stosują mówiąc o ludziach, których zatrudniają do pomocy przy dworze, ale ogólnikiem, w którym zawiera się troskliwość kucharek o moją posturę, dobrotliwość Elary i jej macierzyńska opieka, gdy zdawałem się być pozbawiony obojga rodziców, gotowość do wyszukania w magazynach Cytadeli czegokolwiek bym zechciał bez względu na porę dnia i przyczyny poszukiwań, pobłażliwość bibliotekarzy i dobre słowo Strażników nudzących się na warcie w Twierdzy, a także ślepy upór pokojówek usiłujących doprowadzić pokój Boromira do porządku.


Czas płynął leniwie i Cień, groźba wojny i zagrożenia granic rzeczywiście była gdzieś w tle, pozornie tracąc na ważności. Swojską ciszę panującą w twierdzy przerywały tylko wrzaski małej Lothíriel, irytujący falset ciotki Ileany i tupot nóg trzech małych kuzynów. Ci zresztą nieustannie mnie męczyli, bym im pokazał, jak najłatwiej ściąć orka i domagali się opowiadania o ithilieńskim trollu, a wuj - człowiek, który po śmierci mamy ośmielił się zasugerować Namiestnikowi, że mógłby się mną i bratem zająć z dala od spraw i trosk Białego Miasta - rzucał mi podejrzliwe spojrzenia, najpewniej wspominając nocny incydent ze spiżarką.
Po dwóch dniach spędzonych w Dol Amroth ściany zamku zaczęły się na mnie zamykać. Byłem nieustannie na czyimś bacznym oku, nie miałem gdzie się wyszaleć, stawałem się powoli coraz bardziej złośliwy. Jedynie kuzynki zdawały się nie być tym zniechęcone - śmiem wątpić, by cokolwiek zniechęciło je do mojej osoby - i w końcu wyciągnęły mnie na konną przejażdżkę brzegiem morza, niepomne przestróg ciotki dotyczących korsarskich wypraw lądujących rzekomo w tych okolicach.
Korsarzy, rzecz jasna, owego dnia nie uświadczyliśmy. Jedynie koń Dariniel zapędził się nieco, gdy galopowaliśmy po plaży, i wbiegł w wodę. Wierzchowce moje i Tíriniel zapragnęły nagle do niego dołączyć, ale zdołaliśmy okiełznać ich narowy. Jak tylko deresz w miarę się uspokoił, zeskoczyłem z siodła i wskoczyłem do morza za kuzynką.
Jej koń rozpętał istne piekło, dziewczyna piszczała, trzymając się jakimś cudem w siodle, a wierzchowiec wierzgał, szalał, prychał, bryzgał wokoło słoną wodą i młócił kopytami nad moją głową. Gdy wreszcie złapałem mokre wodze w dłonie, szarpnął się tak, że aż skrzypnęło mi w barkach. Zaparłem się jednak mocno na kamieniach i poskromiłem bestię siłą, po czym ociekający zimną, słoną wodą wyprowadziłem konia na brzeg i chciałem pomóc Dariniel zsiąść. Odmówiła mojej pomocy, nieco rozdygotana zeskoczyła sama. W chwilę później zostałem uznany za rodzinnego bohatera. W takiej glorii wróciłem do twierdzy przemoczony do suchej nitki, z włosami lepiącymi się do twarzy, a przyodziewkiem do ciała, zziębnięty jak po zimowej nocy spędzonej w stepach Calenardhonu, gratulując sobie, że nie ubrałem owego ranka kolczugi.
Dopiero później pan Túrren wspomniał, że w owych okolicach widziano kilka zdziczałych wilków.
Moja eskorta nie wiedziała o tym nic. Nudziła się natomiast na potęgę i uważała to za argument za spędzaniem całego dnia w zajeździe w dolamrodzkiej osadzie u stóp klifu.
Eöla najczęściej widywałem na kamienistej plaży, pochłoniętego przyglądaniem się żmudnej pracy rybaków, dzięki której co dzień mieliśmy ryby na kolację - za każdym razem, gdy dostawałem takie danie, najczęściej smażone, wyobrażałem sobie reakcję Faramira. Najpierw skomlałby i narzekał, że nie lubi ryby, następnie kazałby mi dokładnie ją oczyścić, a potem i tak wskazywałby palcem: "O, tu jest ość! I tu! Chcesz, żebym się zadławił na śmierć?!", i odmawiałby kategorycznie jedzenia. Nigdy zresztą nie dojadał i skrzętnie ukrywał to przed wszystkimi, dyskretnie podrzucając mi swoje resztki - o ile, oczywiście, nie stała nad nami stara Georda czy inna kobieta z kuchni z groźną miną i warząchwią w ręce. Wracając do Eöla, często zatrzymywałem się przy nim na krótką rozmowę; jeśli były ze mną kuzynki, mój giermek czerwienił się i stawał dziwnie mało elokwentny, zaś te dwie diablice uśmiechały się szelmowsko.
Całe przedpołudnie trzeciego dnia pobytu u wuja przełaziłem po okolicy z małymi kuzynami, jak żywo przypominającymi małego Faramira. Najmłodszy, Amrothos, był w okresie nieustannego zadawania pytań i często miewałem ochotę zatkać mu tę nie zamykającą się gębę czym bądź. Średni syn Imrahila, Erchirion, z kolei miał obsesję na punkcie żołnierskiego fachu i nie mogłem się opędzić od jego rączek ciągnących mnie za różne fragmenty ekwipunku i ubioru. Najstarszy zaś, Elphir, był w fazie ważniactwa i nadymania się bez przyczyny, toteż bardzo trudno było go znieść. Mój brat też przechodził przez to wszystko, więc z grubsza wiedziałem, jak z kuzynami sobie radzić.
Wróciliśmy do twierdzy w południe i oddałem chłopców pod opiekę matki, która natychmiast zganiła ich za brudne kaftaniki i rozdarte spodnie. Przybrałem najbardziej niewinną minę pod słońcem i wycofałem się, nie chcąc ryzykować starcia z nerwową ciotką, która zawsze wszystko wiedziała najlepiej, szczególnie, gdy chodziło o jej dzieci.
Ja jako chłopiec często chodziłem brudny i nikt nie urządzał mi awantur z tego powodu... może dlatego, że nie miał ich kto urządzać.
Opierałem się o kamienny krużganek nad gwarnym dziedzińcem twierdzy. Obserwowałem właśnie poranną, leniwą toaletę pręgowanego kota o wielkich, zielonych oczach siedzącego nieopodal na parapecie, kiedy niemal bezszelestnie zjawiła się Ivriniel. Stanęła obok. Miała na sobie jasną suknię, w której przez jedną krótką chwilę przypominała mamę. Potem jednak to wrażenie zniknęło bez śladu, jako że ciocia była mocniej od mamy zbudowana i... inna, tak jak ja różniłem się od Faramira.
— Zdecydowałeś jutro wyjechać? - zapytała krótko.
— Owszem. Tęsknię za bratem i boję się, że...
Przygryzłem wargi, nie chcąc się wygadać. Najwyraźniej zbyt wiele myślałem o bracie przed chwilą i te myśli znalazły drogę do wypowiadanych słów.
— Zaczynasz przypominać Thorongila, Boromirze - powiedziała Ivriniel, nachylając mi się nad ramieniem, po czym wyciągnęła rękę i uspokoiła moje stukające w kamienną płytę palce. Jej dłonie były o wiele mniejsze od moich, choć bardziej spracowane.
— Thorongila? - przypomniałem sobie mgliście, co mi mówiono o dawnym doradcy dziadka, który, z tego, co wiedziałem, miał na pieńku z ojcem. - Czemu?
— Znałam go. Byłam w Mieście, kiedy szykował swą słynną kampanię skierowaną przeciwko korsarzom z Umbaru. Był wówczas równie niespokojny i niecierpliwy jak ty i równie dobrze to maskował.
— Myślałem, że chodzi cioci o inne podobieństwo - podsunąłem, oglądając się na kobietę opartą o moje ramię.
— Z twarzy go nie przypominasz, to prawda. Twój ojciec natomiast był niezwykle do niego podobny, czy raczej to Thorongil przypominał przyszłego Namiestnika... - Ivriniel uśmiechnęła się do jakiegoś wspomnienia z czasów, gdy chadzałem w pieluchach. - Ale nie próbuj odwrócić mojej uwagi takimi uwagami, siostrzeńcze, dobrze? Nie działają na mnie, więc daj sobie spokój.
Zawiedziony, zrezygnowałem z tej taktyki i oparłem brodę na rękach. Kot wyciągnął się na parapecie i w skupieniu lizał tylnią nogę.
— Tak lepiej - oświadczyła władczo ciotka, nie zwracając uwagi na kocura, tak jak on ignorował ją. - Tak więc, chciałam zapytać, co z ojcem?
— Moim?
— Uparta z ciebie bestia, Boromirze... jasne, że mówię o czcigodnym Namiestniku, a nie o księciu Adrahilu na ten przykład. Mam na myśli... nie wiem, jak się wyrazić... kiedy ostatnio mocno się złościł na was?
— Nie powinna ciotka pytać! - odstrzeliłem od razu, odwracając się tak gwałtownie, że Ivriniel aż odskoczyła, a pręgowany dachowiec przerwał czyszczenie futerka i spojrzał w naszym kierunku, najwyraźniej oburzony tym, że jacyś nędzni ludzie przeszkadzają mu swoimi głośnymi rozmowami w celebrowaniu toalety.
— Jestem siostrą twojej matki. Jak nie ja, to kto może pytać o podobne rzeczy? - odparła po chwili ciotka, rozdymając nozdrza.
Natrafiłem na przeciwnika trudniejszego, niż z początku myślałem, lecz nie zamierzałem się poddać. Zmierzyłem ciotkę wzrokiem i fuknąłem gniewnie:
— Matka nie żyje. A ojciec złości się nieustannie. Szczególnie od kilku miesięcy, coś zdaje się zakłócać jego zwykły ład. Faramir obrywa coraz częściej, ale ostatnie prawdziwe lanie odbyło się dwa lata temu. I co chce jeszcze ciotka wiedzieć? Ile chleba zjadamy na śniadanie?
— Pewno ze dwa bochenki, inaczej nie miałbyś tyle siły, by się złościć - odparowała Ivriniel, rozgniewana. - Pytam z troski o was! Dobrze pamiętam, jak to było, gdy pochowano już moją biedną siostrę.
— Ciotka zawsze była do ojca uprzedzona, ja o tym dobrze wiem - odwarknąłem, nieco złośliwiej, niżbym chciał.
— Nie byłam uprzedzona, nie mogłam i nie mogę być. Znałam go nim się urodziłeś, panie młody gniewny - odparowała, opierając się o pobliską kolumienkę galeryjki. - Pytam, bo wiem, że sytuacja jest napięta i wy szczególnie musicie to odczuwać.
— Taki nasz los.
— To zabrzmiało wierno-poddańczo, co zgoła do ciebie niepodobne, Boromirze.
— Po prostu nie ma o czym mówić. W końcu tak dobrze znasz mojego ojca.
Po tym pełnym ironii docinku uniosłem oczy z dziedzińca i krzątających się na nim dziewcząt służebnych i napotkałem oczy Ivriniel, pełne żalu i zawodu, choć przenikliwe. Momentalnie wezbrało we mnie pewne dziwne uczucie, nie licujące z postawą prawdziwego wojownika, coś podobnego, jak wtedy, gdy odwiedzałem mamę leżącą w łożu w Domach Uzdrowień. Tylko podobne, ale wówczas wystarczyło, by mnie ułagodzić. Ojciec też zapewne je miewał i już rozumiałem, czemu nigdy nie pozwalał nam leżeć w Domach Uzdrowień, gdy tylko wymagała tego sytuacja, ale tylko w Cytadeli, w naszych własnych łóżkach.
Wyprostowałem się i wyciągnąłem do Ivriniel rękę, by ująć jej wąskie, choć wyżyłowane przedramię w żołnierskim geście pozdrowienia i zaufania.
— Wybacz, ciociu - powiedziałem. - Ja, Boromir II, syn Denethora II, zapraszam cię w najbliższym czasie do Białego Miasta. Z córkami.
Ciotka uśmiechnęła się wtedy.
— To brzmiało niemal jak twój dziadek. A przyjmuję zaproszenie, mój uparty siostrzeńcze.
Czy wspominałem, że przy tej rodzinie nie można niczego powiedzieć ani zrobić, by nie zostać porównanym do któregoś z jej członków?
Wyszczerzyłem się w odpowiedzi, a ciotka odeszła, cicho jak niegdyś mama chadzająca po korytarzach pałacu w twierdzy.
Później, wieczorem, tego samego dnia, wreszcie znalazłem dość czasu, by zajrzeć do notatek Faramira. Tak więc usiadłem na parapecie, spoglądając z wysoko położonych okien zamku na kłębiące się wściekle, ciemne morze poniżej - skały udekorowane były kołnierzem z grzywaczy, jak jakiś wielmoża w ciemnym płaszczu z wykończeniem z białych soboli.
Wyciągnąłem któryś ze środkowych zwojów i zacząłem czytać.

Pamiętam, jak nieciekawe skutki miały kiedyś nasze łowcze zapędy... a raczej moje. To ja, "klejnot wśród myśliwych"*5, ze dwa lata temu namówiłem brata na wyprawę na kuropatwy żyjące pośród łanów zbóż na polach Pelennoru. Było gorące, duszne lato, to pamiętam. Pamiętam też, iż wiedziony dziwnym impulsem podprowadziłem bratu jego ulubiony nóż, długi, myśliwski, nieco wykrzywiony, z rękojeścią zdobną i pięknej roboty - byłem przekonany, że bez takiego noża absolutnie się nie obejdzie. Słowem, odezwał się we mnie tak zwany "zew młodości" , coś, czym później ludzie bardziej posunięci w latach zwykli tłumaczyć głupie czyny mącące krystaliczną taflę przeszłości.
Tak więc z rana pewnego parnego dnia wybraliśmy się na te kuropatwy, Boromir, zdaje się, z gołymi rękami, ja miałem nóż schowany za pasem. Wparowaliśmy w zboże, w łąki, pastwiska, w pszenicę i owies, zaczailiśmy się na ptaszki, zasadzka nie poskutkowała raz, to próbowaliśmy drugi. Spędziliśmy na tym polowaniu całe przedpołudnie, biegając, skacząc, czając się w zasadzkach, bawiąc się wyśmienicie, ale gdy wreszcie brat złapał kuropatewkę i ukręcił jej łebek, a ja miałem zamiar triumfalnie wydobyć nóż, okazało się oczywiście, że go nie ma. Musiał mi wypaść gdzieś po drodze, może w pszenicy, może w wysokiej trawie, a może na zarośniętej miedzy? Szukać nie było sensu.
Nigdy nie widziałem Boromira tak wściekłego. Staliśmy, cali mokrzy od potu, podrapani od chwastów, w polu, a on na mnie wrzeszczał i wrzeszczał. I wiedziałem, że miał ochotę złapać mnie za kaftan i pas i porządnie przetrzepać skórę. Ale oczywiście tego nie zrobił. Po prostu nabawił się dożywotniej niechęci do kuropatw i był obrażony dobry tydzień, nim go uładziłem.





*4 Niedokończone Opowieści, Część Trzecia: Trzecia Era, II. Cirion i Eorl - Przyjaźń Gondoru z Rohanem; 1.Ludzie Północy i Woźnicy.
*5 Tłumaczenie imienia "Faramir" na quenejski i sindariński, według Marii i Cezarego Frąców, a także według słownika sindarińskiego "Hiswelókë - Le Dragon de Brume".
Rozdzia?? 3 autor: Nilcamiel
Notatka autora:
I to wszystko. Trzy rozdzia??y. :)
DOL AMROTH


VI

W sumie wcale tak nie było! Nie chciałem go zlać. Ale ten nóż był taki piękny, taki unikalny - a brat go wziął na to żałosne polowanie na kuropatwy... w głowie mi się to wciąż nie mieściło, choć od samych łowów upłynęły istotnie dwa lata, zaś od czasu, gdy w dolamrodzkiej twierdzy sobie o tym przypomniałem - kilka dni, wszak do domu ruszyliśmy czwartego dnia z rana, to jest 26 miesiąca Hithui*6.
Dom... tęskniłem już za nim, choć u wuja panowała atmosfera przyjaźniejsza i zdrowsza niż w namiestnikowskim pałacu, a rodzina dogadzała, jak mogła. Tęskniłem za bratem, wiedząc, że dla niego rozłąka ta musi być jeszcze trudniejsza. A z drugiej strony bałem się jego reakcji - w związku z tymi nieszczęsnymi pergaminami, rzecz jasna - i nawałem obowiązków czekających na mnie w Minas Tirith.
Ów "nawał" zazwyczaj wcale nie wyglądał tak, jak powinien. Był raczej jak kryjący się wróg, jak nasi Strażnicy w zielonych jak lasy Ithilien płaszczach. Takie drobiazgi - zajrzyj tu, zajrzyj tam, zgadaj się z tym i z tamtym, tu narada, tam pogadanka z kimś, kto mnie zatrzymuje na ulicy - nagle zajmowały cały dzień, od świtu do zmierzchu. Coraz częściej ostatnimi czasy musiałem wypatrywać sobie oczy przy pełgającym płomyku świecy w pokoju, gdzie panował zdaniem Faramira "artystyczny nieład", gdzie pergaminy przylepiałem do blatu stołu woskiem ze świecy, w obawie, że wiatr od uchylonego okna mi je zwieje, gdzie na ścianie nad twardym łóżkiem wisiały batalistyczne ryciny i koślawe rysunki brata, ułożone chronologicznie - od najwcześniejszych, gdy uczył trzymać się pióro w łapce, po najnowsze szkice Nimloth w rozkwicie, gdzie często układałem Faramira do snu, kiedy prześladowały go koszmary. Ten pokój odżywał, ilekroć do niego wchodziłem i już nie mogłem się doczekać kolejnego powrotu do swojskiego nieporządku.
O ile mi nie posprzątali, rzecz jasna.
Pogoda jednak nie sprzyjała podróży i dobrym humorom. Dzień w dzień zaczynał się podobnie... I tylko jeden z nich wyrył się w mojej pamięci w każdym szczególe.
Ów poranek był zimny i mokry, okolice szare i ponure. Krople wody kapały z nagich gałęzi drzew porastających ściany jaru i wzgórza wnoszącego się nad naszym obozowiskiem. Konie prychały i niespokojnie grzebały kopytami w rozmiękłej ziemi. Panowała cisza, przerywana tylko szelestem kropli opadających na ściółkę i chrzęstem miażdżonych liści i gałązek pod moimi podeszwami.
Miałem mokre włosy i irytująco przesłaniały mi oczy, gdy usiłowałem przejrzeć się w pobliskiej kałuży i ocenić, czy się golić, czy nie. Doszedłem do wniosku, że cień zarostu jeszcze nikomu nie zaszkodził i, ślizgając się liściach, podreptałem do pobliskiego strumyka. Ukląkłem na brzegu i zanurzyłem odkorkowany bukłak w potoczku. Palce mi szybko zgrabiały z zimna. Skórzany woreczek wymknął się z ręki i popłynął radośnie z nurtem w ogólnym kierunku zatoki Belfalas, ale szybko zaplątał się w naniesione przy brzegu gałęzie. Zamruczałem pod nosem szkaradne słowa, za które Faramir zmyłby mi głowę i zacząłem łowić nieszczęsny bukłak, nie wiedząc, że jestem obserwowany.
Uświadomił mi to dopiero dobywający się z głębi gardzieli warkot.
Uniosłem powoli wzrok z bystrego strumyka, by ujrzeć wilka o wyszczerzonych długich, białych kłach, gotującego się do skoku z przeciwległego brzegu.
Odskoczyłem w panice do tyłu i wpadłem w krzaki. Wilk wybił się, przesadził potoczek rozmazany w szarą smugę, wpadł na mnie rozpędzony i przygniótł do ziemi. Odrzuciłem go prawym ramieniem i uniosłem na nogi, rycząc na całe gardło w nadziei rozbudzenia swej eskorty w niedalekim obozie.
Wilk wpadł na kamienie w strumyku i zaskomlał z bólu, ale na drugim brzegu przyczaiło się już kilka podobnych bestii o obnażonych zębach i zjeżonym szarym futrze, w tym wielki basior z oberwanym uchem, zapewne weteran wielu starć.
Machinalnie sięgnąłem do boku, by wyrwać miecz z pochwy, ale czekało mnie zaskoczenie - ostrze najzwyczajniej w świecie przymarzło w okienku i nie dawało się wyszarpnąć. Pochyliłem się więc i capnąłem za rękojeść noża w cholewie, lecz nie zdążyłem się wyprostować; basior, przeskoczywszy strumień, obalił mnie i rzucił się do gardła. Zatopiłem mu nóż między żebrami, ale wilk nie zaprzestawał szarpania za lewą rękę, którą osłaniałem szyję; jego ziomek zatopił zęby w cholewie buta, kolejny szarpał za płaszcz w szale i żądzy krwi. Wrzasnąłem w cierpieniu, złości i beznadziejnym usiłowaniu strząśnięcia bestii rozszarpujących mnie żywcem tuż pod nosem mojej własnej eskorty.
Wtedy przez warkot i chrapnięcia oszalałych wilków i odgłosy starcia przedarł się szum lotek strzały. Jeden z wilków odpadł od mojej nogi z charkotem przeradzającym się w długi i bolesny wizg, zakończony bezwzględnie przez świst ostrza tnącego powietrze.
— Valarowie, miecze, miecze! Kto strzela, do diaska?! - wrzasnął ktoś głośno, kolejny wilk zawył w agonii, ale basior dalej szarpał moje rękawy i ochraniacze, starając się dorwać do gardła.
Znów usłyszałem świst strzały i na pierś zwaliło mi się kłębowisko śmierdzącego futra i łap. Kły nie wgryzały się więcej w rękę, natomiast lewe ramię przeszył nagły ból, a potem przedziwne uczucie, jakbym tej części ciała w ogóle już nie posiadał, za co byłem ogromnie wdzięczny.
— Jak strzelasz, ciemniaku! - rozdarł się znów ktoś, przypuszczalnie Vardil, a ja zwinąłem się w kłębek w obronnym odruchu. - Durny pasterz, łowca w ciemię bity... Zabił-
— Bogowie, zabił Boromira?! - ktoś targnął mnie za zdrową rękę, którą osłaniałem głowę. - Zabili cię, panie?
— Żyje, młodziku! Co za pytanie... Usuń się, obejrzę księcia - zakomenderował Vardil nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Toć ten wieśniak prawie mu rękę przestrzelił! Strzała poszła przez wilczy kłąb...
Zawyłem raz i drugi, kontrapunktując wypowiedź Vardila starającego się obejrzeć moje ramię i zsunąć wilczego trupa.
— Niech no kto leci za tymi pasterzami... łowy na wilki sobie urządzili, psia ich mać!
— Nie ma, znikli, musieli za resztą watahy pobiec...
— A niech ich diabli porwą i wilki zagryzą... Eöl, trzymaj Boromira, wyrwę strzałę.
— Nieee! - zaryczałem w proteście, usiłując odsunąć od siebie wilcze zwłoki i ochronić rękę przed zakusami ludzi. - Zaraz sam dorwę tych pasterzy! Tylko zostawcie! Zaraz ich dopadnę i jak wygarbuję skórę...! Nie, zostawcie!
— Nie bądź tchórzem, Boromirze! - huknął Vardil, przemawiając raczej do mojego poczucia godności i dumy niż rozsądku, a Eöl i kilku starszych unieruchomiło mnie, rozwścieczonego, w uścisku ramion. Vardil pochylił się nad moim ramieniem, przykrytym zwalistym cielskiem martwego basiora, zaciął wąsko usta i szarpnął za brzechwę wbitą w pierś wilka. Spazm bólu oznajmił mi, że strzała została wyciągnięta, wielka ulga natomiast, że zwłoki basiora usunięto na bok.
Ktoś podciągnął mnie ostrożnie do pozycji siedzącej i wziął pod brodę, żeby spojrzeć w oczy. Z trudem skoncentrowałem wzrok na ogorzałej twarzy Vardila.
— W pełni świadom, nie jest źle - orzekł wojownik, a ja potrząsnąłem głową w zaprzeczeniu.
Vardil puścił mnie na chwilę, od razu osunąłem się w czyjeś pomocne ramiona, bo poprzednie wyczyny mnie wyczerpały i wreszcie uświadomiłem sobie, że to nie byle draśnięcie, że boli o wiele mocniej, niż sądziłem, że leje się krew. Ktoś dotknął mojej skroni, a potem uniósł podbródek, by obejrzeć szyję. Tuż przed nosem dyndała mi naga gałązka krzewu. Pąk, z którego na wiosnę wyjdą liście, był pokryty krwią, do której przylepiło się kilka szarych i czarnych włosów. Mogły być równie dobrze moje, jak i wilcze, tak samo krew...
Podciągnięto mnie do góry, ramię przeszył ból jak kolejne ukąszenia wilków. Zagryzłem zęby, żeby więcej się nie zbłaźnić wyciem z cierpienia. Zawieszony na ramionach towarzyszy zostałem na poły zaciągnięty, na poły zaniesiony do obozu, gdzie krzątał się już Eöl przy garnczku grzanej nad ogniskiem wody i płótnie, którym chciano mnie obandażować.
Opatrywanie ran było jedną z najgorszych rzeczy, jakie w życiu przeżyłem. Czułem wszystko, każdy dotyk, każde szarpnięcie i targnięcie, wszystkie komentarze wygłaszane przez towarzyszy nad moim ramieniem - przestrzelonym, tak, że z boku zwisał spory płat skóry i bolało jak diabli. To pół biedy. Istną torturą było to, że komentarze wygłaszano takim tonem, jakbym w ogóle nie istniał jako poszkodowany, tylko został zredukowany do bezwładnego płata mięsa, jakim było zranione ramię. Nie mogłem zrobić nic, bo trzymano mnie za ręce, bandażowano prawą, pogryzioną rękę i przemywano ranę w lewym ramieniu, za nogi trzymał jeden z młodszych żołnierzy i tak mi zesztywniały, że ledwie ruszałem palcami u stóp. Czułem się jak marionetka na sznurkach, jak jedna szmacianych lalek, którymi bawią się w dzieciństwie dziewczynki.
Obrzydliwe uczucie.


Idziemy stromą, wąską ścieżką i ślizgamy się na oblodzonych kamieniach, choć "ludzie gór" wspinający się na czele nie mają podobnych problemów. Cóż, górale przywykli do śniegu i lodu, nie jak my, "miastowi", albo ludzie z nizin i znad morza, co nigdy nie widzieli płatków, jakimi zamarznięta woda spada z nieba i nie czuli prawdziwego mrozu. Takiego mrozu, który sprawia, że szczypią spurpurowiałe policzki, nie czuje się palców od nóg schowanych w grubych, ciepłych butach i wydychane powietrze zamarza niemal na ustach.
"Lubię, jak chrzęszczą grudy zmarzniętego śniegu pod butami", mówi Boromir niewyraźnie zza szala zasłaniającego mu usta i brodę. Spod futrzanej czapy i owego szala wystaje jedynie wydatny, czerwony od zimna nos. "Lubię, jak pachną nasze futra."
"Stęchlizną", zauważam, starając się dotrzymać mu kroku, a nie jest to łatwe, zważywszy, jak śliska jest ścieżyna i jak nogi brata są dłuższe od moich.
"Myślałem, że lubisz takie zapachy", mamrocze brat, dłonią w grubej, obszywanej futrem rękawicy poprawiając szal.
"Lubię", wyjaśniam. "Tylko, że w mrozie znika cały ich urok, gdyż jestem skoncentrowany na niewygodach związanych z przemarznięciem!"
Boromir ponownie poprawia szal i w obłoczku pary błyskają spod niego odsłonięte w uśmiechu zęby.
Zeszłej zimy byliśmy wysoko w górach.



Podróż powrotna do Dol Amroth była... cóż... nie mogę znaleźć słów... paskudna. Parliśmy z uporem przez kaprysy jesiennej pogody, mgły, deszcze i Valarowie wiedzą, co jeszcze; pewnego ranka wśród wzgórz Tarnostu był nawet przymrozek i w pozostawionym przez Eöla na wierzchu bukłaku wodę ścięło lodem. Jechaliśmy stosunkowo powoli ze względu na mnie. Sfastrygowane przez Vardila ramię bardzo bolało i goiło się powoli, podobnie jak rany po ugryzieniach wilków na łydkach i prawej ręce. Zresztą i tak dwa dni po ataku wilków spędziliśmy w obozowisku, bo na przemian gotowałem się ze wściekłości i zasypiałem na całe godziny. Cudem uniknąłem gorączki i zakażenia - gdyby dostały mnie w swoje szpony, musielibyśmy zawrócić do Dol Amroth.
Towarzysze sporządzili mi temblak na lewą rękę. Wodze trudno było dzierżyć jedną dłonią. Prawdę mówiąc, wszystko było utrudnione: jedzenie, ubieranie się; o walce nawet nie chciałem słyszeć - Vardil straszył mnie, że jeśli rana dobrze się nie zrośnie, mogę nigdy nie być tak sprawny, jak kiedyś. Podziękowałem mu bardzo za takie podnoszenie na duchu i zagryzłem zęby, dziękując bezgłośnie mocom świata, że nie zostałem postrzelony w rękę od miecza.
Ów zezowaty pasterz, który wyrządził mi niechcący taką krzywdę nigdy nie został odnaleziony. Na swe szczęście, bo miewałem w drodze napady takiej frustracji i złości, że gdybym go dostał w swe ręce, obdarłbym chyba żywcem ze skóry.
Często zatrzymywaliśmy się w gospodach i zajazdach - muszę szczerze przyznać, iż tylko dla mojej wygody. Łatwiej było tam zmienić opatrunki, dostać świeżej, czystej - czasem nawet ciepłej - wody, ciepłego jadła, nie zdrzemnąć się na twardym legowisku, ale przespać porządnie we względnie miękkim łóżku.
Podróż nieco się przeciągnęła, tak że w Lossarnach znaleźliśmy się kilka dni później, niż przewidywaliśmy, gdzieś w połowie Girithron*7. Zażądałem wtedy zdjęcia temblaka i spełniono moje życzenie; lewe ramię było wolne, ale słabe i obolałe. Żeby nie wisiało bezwładnie u boku, zaciskałem dłoń na głowicy swego zdradzieckiego miecza. Dlaczego zdradzieckiego? Ano dlatego, że nie pomógł w prawdziwej potrzebie.
Gdy tylko pewnego zimnego dnia na horyzoncie zamajaczyło Minas Tirith, stałem się niespokojny i rwałem się do przodu. Jako pierwszy z oddziału dojechałem do południowej bramy Rammas Echor i powitałem jej strażników. Na mój widok oderwali się od jedzenia ciasta, wstali i uczynili gest pozdrowienia. Wyszczerzyłem do nich zęby, dziwnie z siebie zadowolony.
— Paniczu Boromirze! - zasapał Eöl, który był drugi u bramy. - Czekaj na mnie następnym razem.
Rzuciłem mu dzikie spojrzenie. Adiutant zignorował je i zawołał wesoło do jednego ze strażników, w którym rozpoznał swojego kuzyna ze strony ojca. Droczyli się przez chwilę, po czym żołnierz otworzył bramę i mogliśmy wjechać na pola Pelennoru.
— Spokojnie, już blisko do domu - syn Elary poklepał po szyi swojego spienionego wierzchowca. - Niedługo odpoczniesz. Bogowie, jaki jestem głodny. Mam nadzieję, że zauważono nas już z wyższych kręgów i mama zacznie coś pichcić.
— Na pewno zdążyła zaalarmować całą kuchnię - roześmiałem się po raz pierwszy od jakiegoś czasu. - A kucharki to takie niezrównane plotkary, że cała Cytadela zapewne wie o naszym przyjeździe. Z kolei Strażnicy Twierdzy nie mają o czym zazwyczaj gadać na warcie, więc przekazują sobie plotki. To w ten sposób handlarz warzywami z pierwszego kręgu już w południe wie, że dowódca rano zgubił klucz do spiżarni kompanii.
— Nienawidzę plotek - wzdrygnął się mój adiutant. - Mam dwie sąsiadki, takie kumy, co już z samego rana wychylają się z okien i pytlują, podlewając kwiatki w donicach na parapetach. Najgorzej, jak moja matka się dołączy... Boromirze, czemuś się zatrzymał? Co tak spoglądasz...?
Zaciąłem nagle konia do cwału; błoto na drodze pryskało spod kopyt na boki. Gdy ściągnąłem wodze, wierzchowiec poślizgnął się, bryzgnął błockiem, zarżał, zatańczył. Ramię zatętniło głuchym bólem, ale niepomny tego uniosłem głowę wysoko do góry, aż chłodny wiatr owionął mi gardło.
Minas Tirith wznosiło się setki stóp nade mną, onieśmielające w swej potędze i piękności nawet dla mnie, rodzonego syna Miasta, co długo chadzał w cieniu jego murów; lśniące i jasne w porze późnego ranka; majestatyczne na tle posępnych gór zdobnych w białe czapy śniegu.
Znów pogoniłem konia do biegu, puszczając mimo uszu pokrzykiwania starającego się mnie dogonić Eöla. Otwarto Wielką Bramę; przechodnie, jeźdźcy i wozy usunęły się na boki, gdy przefrunąłem między nimi i wpadłem na gwarny plac pierwszego kręgu, z którego wyrastała niewzruszona skała Mindolluiny.
Osadziłem konia w miejscu i zsiadłem wśród ludzi i straganów targu. Nic nie mogło równać się z uczuciem swojskości i bezpieczeństwa, jakiego wtedy doznałem. Potrafiłem je określić jednym, jedynym słowem: dom.


Jak każde dziecko przechodziłem gorączkę w wieku lat jedenastu-dwunastu. Sam nie wiem, kiedy i jak się nią zaraziłem, czy od syna płatnerza, z którym wtedy przestawałem, czy od jakiegoś pacjenta z Domów Uzdrawiania, gdzie czasem zaglądałem do ogrodów - mylą się ci, co sądzą, że książęta nie chorują na coś tak pospolitego, jak gorączka. Pewne było, że gdy pewnego wieczora wróciłem do twierdzy, nogi załamały się pode mną na samym Placu Fontanny... co było dalej, opowiadano mi, gdy się wykurowałem. Że brat zaniósł mnie do mojej komnaty i przez kilka dni dopuścił do mojego łóżka jedynie samego Opiekuna z Domów, warując przy mnie nieustannie. Że sam się zaraził, oczy błyszczały mu gorączką, czoło spływało potem, majaczył, miał dreszcze, ale siedział przy mnie dzień i noc i nie było człowieka, który śmiałby mu się sprzeciwić. O ojcu wspomniano mi zaledwie, że każdą wolną chwilę spędzał po drzwiami komnaty, w której leżałem...
Brat dał się położyć do łóżka dopiero, gdy pewne było, iż wyzdrowieję całkowicie. Wtedy jednak okazało się, że nie ma co leżeć, ponieważ jego ciało zwalczyło chorobę, kiedy jeszcze siedział u mojego boku.
Kocham go za to.


Siedziałem przy stole w kuchni, rozkoszując się zapachem jedzenia i ziół i ciepłem promieniującym z pobliskiego paleniska. Lewą rękę wsparłem o blat stołu, starając się, by wyglądała naturalnie. Jeszcze nikomu nie zdążyłem opowiedzieć o podróży, pokazałem tylko ojcu, że wróciłem w całości, podrzuciłem korespondencję od wuja i pognałem do kuchni.
Gdy kucharka postawiła przede mną parującą miskę rosołu, podziękowałem tylko skinieniem głowy i zabrałem się do jedzenia, pomrukując z ukontentowania, głodny i zmęczony ponad wszelkie wyobrażenie.
Kucharka postała chwilę nade mną, kontrolując szybkość spożywania posiłku, po czym z zadowoleniem pokiwała głową i odeszła pilnować kociołka z zupą. Cały czas jednak łypała na mnie zza ramienia, jakby chcąc się upewnić, że wciąż siedzę w jej kuchni i pałaszuję wyśmienity rosół, a nie zrejterowałem do jadalni żołnierskiej, gdzie ciepła strawa dopiero się gotowała (Eöl pewnie stukał łyżką o blat i dostał przez łeb ścierką od jednej z kobiet, nieraz to widziałem. Nie miał takich "chodów" jak ja). Inne służki krzątały się przy pieczystym i garach, brzękając naczyniami i świergoląc między sobą.
W chwili, gdy moja łyżka skrobnęła o dno miski, drzwi kuchni otworzyły się z trzaskiem i wtoczył się Faramir, półgłosem przepraszając jedną z dziewek kuchennych za to, że rozdeptał ją po drodze. Potem dopadł stołu i zasiadł naprzeciwko mnie z błyskiem w oczach.
Kiedy nie uzyskał z mojej strony satysfakcjonującej reakcji na swe przybycie, wymierzył mi kopniaka w goleń. Uniosłem głowę znad miski i uśmiechnąłem się szeroko, a ten uśmiech odbił się jak w wypolerowanej powierzchni tarczy na twarzy brata.
— Smacznego się mówi - zwróciłem mu uwagę. Faramir zaniósł się szaleńczym śmiechem, odchylając głowę daleko do tyłu, i złapał mnie kurczowo za prawą rękę; porzuciłem łyżkę i odwzajemniłem ten uścisk.
— Mówi się: "dzień dobry, mój ukochany braciszku, straszliwie za tobą tęskniłem!" - zachichotał Faramir, kopiąc mnie pod stołem.
— Mówi się: "witaj w domu, bracie, wreszcie wróciłeś, będzie miał kto zawiązać mi buty..." - zrobiłem maślane oczy i oddałem kopniaka w kostkę.
— Chyba: "stęskniłem się też za twoimi wrednymi kolegami!".
— Moimi kolegami! - zatchnąłem się aż ze wzburzenia i Faramir parsknął śmiechem. - A ja za setkami twoich upierdliwych pytań i irytującymi szczegółami z historii Númenoru, braciszku...
— A ja za twoimi... za twoimi... hm... - zadumał się brat i wysunął swoją spoconą rękę z mojej. - Mmm... za całym tobą, i już.
— Ja też.
— Co ci się stało w rękę? To chyba nie jest nic poważnego? - brwi Faramira zjechały się nad nosem w stanowczą czarną kreskę, gdy zauważył wybrzuszenie bandaża na moim niesprawnym ramieniu.
— Opowiem ci w szczególe po posiłku, teraz starczy powiedzieć, że napadły mnie wilki, przed których watahą ostrzegał mnie zresztą wuj.
— Cała wataha cię napadła?! - brat zrobił wielkie oczy.
— Nie, szczęściem. Pogryzło mnie kilka, bo miecz mi przymarzł, a jeszcze jakiś wieśniak nie potrafił dobrze wycelować z łuku, i... aj, opowiem ci. W każdym razie prawie się wykurowałem.
— Całe szczęście, bo się poważnie przestraszyłem. Wiesz, widziałem we śnie kilka wilków i miałem złe przeczucia, ale co ja ci będę teraz o tym opowiadał, tylko namieszam. Co u wuja? Jak nazywa się jego córka?
— Lothíriel.
— Ładne imię.
— Ale dziecko nie jest wcale takie ładne.
Faramir się rozchichotał.
— Poza tym... trochę się wydarzyło, obiecuję, że ci wszystko opowiem. Była też Ivriniel i jej córki!
— Czyli dobrze, że nie pojechałem... - westchnął brat z udawanym dramatyzmem.
Kucharka zbliżyła się do nas ostrożnie i podstawiła "paniczowi Faramirowi" porcję rosołu. Brat zmierzył ją - miskę, nie kobietę - uważnym wzrokiem, jakby marchew miała na niego wyskoczyć z wywaru i ugryźć w nos.
— Jedz, bo ci zjem - ostrzegłem, zaśmiewając się z jego reakcji. To podziałało, brat złapał łychę i pochylił się ze skupieniem nad jedzeniem. Doprawdy, pies ogrodnika, nie je, dopóki nie zagrozi mu się odebraniem jadła.
Tak więc konsumowałem sobie ten rosół, tak gorący, że aż parzył w język, i relacjonowałem wydarzenia ostatnich tygodni, nie szczędząc soczystych szczegółów. Faramir zaś z lekkim uśmiechem grzebał łyżką w swojej misce, wyciągał marchewkę albo kawałek mięsa i zjadał je powoli, żując dokładnie każdy kęs. Wszystko było w największym porządku, jakbym wcale nie opuścił domu na tyle tygodni. Lubiłem to uczucie.
— Boromirze? - brat wreszcie przerwał mój monolog.
— Tak?
— Nie wiesz czegoś może o moich pergaminach? - zapytał z głupia frant.
— Jakich pergaminach? - usiłowałem grać na głupiego, ale zobaczywszy oczy brata zmrużone w wąziutkie szparki, zwątpiłem w tę metodę. - Ach, tych.
— Wziąłeś je - zaatakował Faramir.
— No - przyznałem niechętnie, chuchając na zawartość łyżki przed włożeniem jej do ust. - Przez przypadek.
— Przypadek - powtórzył nerwowo brat. - A przez przypadek czytałeś?
— No... tego...
— Czytałeś?
— Owszem.
— Ty... ty... - zagotował się brat - ty zdrajco! Ty paskudny, tchórzliwy zdrajco! Jak mogłeś zrobić coś takiego! To jak grzebanie w czyjejś duszy, to jak pogwałcenie wszelkich ludzkich zasad! Zdrajca!
— Ej, ej, pohamuj się...
— Jak mam się pohamować, skoro zaglądałeś mi do notatek! No jak! Grzebałeś w czymś nie należącym do ciebie! Jak... stara, ciekawska baba!
— Uważaj na słowa, bo zaraz dostaniesz - zagroziłem mu, wiedząc jednak, że wobec gniewu brata jestem na straconej pozycji.
Faramir zerwał się na nogi, o mało co nie wywalając ławy i wstrząsając stołem tak, że aż zadzwoniła moja miska i zadrżała mi ręka z łyżką, a lewe, zranione ramię przeszył nagły dreszcz bólu. Wszystkie kucharki spojrzały w naszą stronę i zaraz się odwróciły, udając, że nic nie widzą.
— Przestań jeść i spójrz na mnie - zażądał brat. - Skąd miałeś pergaminy?
— Słuchaj... raz, że przeszkadzasz mi w jedzeniu, a to niewybaczalne, a dwa, że nazywasz mnie babą, a to z kolei ujma na honorze... aj, Faramirze! - zawołałem, widząc drżące usta brata, i opuściłem łyżkę, którą dotąd energicznie gestykulowałem. - Opanuj się! Zgarnąłem je niechcący z koszulami w dzień wyjazdu. Wybacz!
— Nie wiem, czy ci w najbliższym czasie wybaczę - upierał się brat, założywszy ręce na piersi. Wyglądał na poważnie urażonego i wyprowadzonego z równowagi. - Naprawdę nie wiem. nadużyłeś zaufania, zdajesz sobie sprawę? Przeczytałeś wszystko, co napisałem o tobie, rodzicach i reszcie...?
— Tak.
Faramir ukrył twarz w dłoniach, ramiona aż mu się trzęsły z wstrzymywanego gniewu. Byłem pewien, że na tym rozprawa się jakoś zakończy, ale poważnie się myliłem.
Mój cichy, spokojny i opanowany brat nagle wykonał kilka dzikich susów w kierunku ławy, na której siedziałem i złapał moją podręczną sakwę nim zdołałem go zatrzymać. W porywie nieokiełznanych młodzieńczych uczuć odwrócił ją i wysypał całą zawartość na posadzkę. Oprócz zapasowej koszuli, bandaży, opończy i kilku drobiazgów wyleciał też zwitek zwojów i Faramir podniósł go błyskawicznie z podłogi, rozwinął rzemyk i rzucił w powietrze. Kilkanaście pergaminów spadło na podłogę, stół, ławy, mnie i brata, powoli, z szelestem, jak wielkie, suche liście. Sprawca tego stał pośród nich z pobladłą twarzą. Kucharki obserwowały go z jawnym przerażeniem, przywykły bowiem do moich wybuchów złości, ale powszechnie uważano, że Faramir nie miał takie temperamentu.
— Przepraszam - odezwał się po chwili brat. - Obiecuję, że nigdy więcej czegoś podobnego nie zrobię. Muszę panować nad sobą. Przepraszam cię, Boromirze, i was, moje panie - skłonił się galanteryjnie kobietom ze służby i ukląkł na podłodze. Ręce mu drżały, gdy sięgał po rozrzucone pergaminy. Zebrałem te zwoje, które leżały na stole i ławie i kucnąłem przy Faramirze.
— Braciszku - powiedziałem doń łagodnie. - Nie mam do ciebie żadnego żalu, serdecznie przepraszam za czytanie tego, co nie należało do mnie. Nie gniewaj się, braciszku.
Faramir uniósł głowę, spojrzał na mnie i nie po raz pierwszy - i nie ostatni - zdumiała mnie głębia, jaką dojrzałem w jego oczach.
— Naprawdę przepraszasz? Tak... naprawdę naprawdę?
— Naprawdę. Poważnie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że przeczytałem. Nie wiedziałem, że aż tak to cię tknie. Więc wybaczysz mi?
— Nie wiem...!
— Jeszcze raz przepraszam. Mogę to jakoś odpracować. Mogę coś dla ciebie zrobić. Co zechcesz.
— Przez tydzień?
— Cały tydzień od dzisiaj. Tylko się nie gniewaj.
— Nie gniewam się, bracie... a dobrze ci się czytało?
— Dobrze, bracie.


Sam nie wiem, czemu umieszczam tu te zapiski. Wszak niczemu nie służą, a mogą okazać się tylko zarzewiem niepotrzebnych kłopotów, zmartwień i sporów. Kawałki wyprawionej, zwierzęcej skóry stały się dla mnie droższe niż to, co na nich zostało zawarte, a co żyje wciąż w mym umyśle i pamięci. Niniejszym zwinę ten plik pergaminów, opatrzę go lakową pieczęcią i schowam w bezpiecznym miejscu, dopóki nie znajdę go po latach lub nie zrobią tego moi potomkowie... Boromirze, dlaczegoż to zaglądasz mi przez ramię?!


Koniec.


25.12.2002r. 22:30



*6 To jest listopada (w quenejskim - "Hísimë"), co w naszej rachubie odpowiada 11 dniu tego miesiąca (patriotycznie). "Hithui" - "mglisty", według ww. słownika.
*7 Grudnia, czyli quenejskiego "Ringarë".
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=16