Historia jednego cz??owieka autor: ZairUgruNad
Streszczenie: Akcja dzieje si? w Drugiej Erze, na dalekim wschodzie ??r??dziemia, w jednym z pa??stw rz?dzonych przez ludzi. Oko??o 1870 roku dociera tam niezwyk??y w?drowiec z niezwyk??ym darem.

Dziewi?? dla ??miertelnik??w, ludzi ??mierci podleg??ych... - ten fragment wiersza o Pier??cieniach wystarczy za reszt? streszczenia.
Kategorie: Inne
Postacie: Numenorejczycy, Sauron
Gatunek: Refleksja
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 6 Zakończone: Tak Słów: 17746 Przeczytano: 38272 razy Opublikowano: 2007-02-03 Aktualizacja: 2009-03-22

1. Rozdzia?? 1 - Dar autor: ZairUgruNad

2. Rozdzia?? 2 - Zwyci?stwa autor: ZairUgruNad

3. Rozdzia?? 3 - Strach autor: ZairUgruNad

4. Rozdzia?? 4 - Zimno autor: ZairUgruNad

5. Rozdzia?? 5 - Ciemno??? i pojedynek autor: ZairUgruNad

6. Epilog autor: ZairUgruNad

Rozdzia?? 1 - Dar autor: ZairUgruNad
Notatka autora:
Dzi?kuj? wszystkim przyjacio??om, kt??rzy nie szcz?dzili dobrego s??owa, motywacji oraz konstruktywnej krytyki na temat tego tekstu - bez Was na pewno nie mia??by obecnej formy. Hannon le :)

Wybaczyć nie oznacza zapomnieć.
Zrozumieć nie oznacza usprawiedliwiać.


Rozdział I - Dar


c.a. 1873, II Era

Za oknem jesienny wiatr pochylał gałęzie drzewa rosnącego na dziedzińcu. W komnacie o kamiennych ścianach i wysokim sklepieniu, przy stole zawalonym papierami i mapami siedział barczysty mężczyzna. Wpatrywał się w rozrysowane na jednym z arkuszy szkice skomplikowanych geometrycznych wykresów oraz map, analizując je w skupieniu i od czasu do czasu notując złożone obliczenia. Płonące świece rzucały na jego postać złotą poświatę.

Przeczesał palcami zmierzwione, ciemne włosy i spojrzał w kierunku okna. Światło dnia pomału zastępował łagodny zmierzch. Wstał od stołu i sięgnął po wiszący opodal na ścianie miecz. Przyjrzał się wypolerowanej klindze, przeciętej przez środek wąskim zbroczem. W błyszczącej stali, oprócz płomienia świecy, odbiły się również oczy człowieka – szare jak pochmurne jesienne niebo. Oprócz wieloletnich trosk i doświadczeń można było w nich wyczytać uparte poszukiwanie odpowiedzi na zadawane od wieków pytania, wywoływane przez ciągle niezaspokojoną ciekawość świata. Świata, którego niemal każda rozwiązana zagadka otwierała drogę do kolejnych, a ogrom tego pasjonującego labiryntu wydawał się nie do ogarnięcia.
Ciszę panującą w komnacie przerwał odgłos zbliżających się kroków i po chwili u wejścia pojawił się szczupły mężczyzna o ciemnych, przetykanych siwizną włosach, sięgających do ramion. Na jego widok poważną i zamyśloną twarz Númenorejczyka rozjaśnił uśmiech.
– Ariduian. Dobrze że przyszedłeś.
– Czas na trening, panie.
– Wiem. Czekałem na ciebie. Chodźmy do zbrojowni.

Kiedy wrócili, dochodziła północ.
– Dziękuję, mistrzu. Jak zawsze dużo się od ciebie nauczyłem. – Wysoki Númenorejczyk skłonił się przed Ariduianem z szacunkiem.
– Ja również dziękuję, panie. – Ariduian pochylił głowę.
– Spokojnej nocy ci życzę. Przede mną jeszcze dużo pracy – to powiedziawszy, jego pan zniknął w swojej komnacie.

Ariduian chwilę popatrzył za nim, po czym wyszedł na dziedziniec i głęboko wciągnął w płuca chłodne, nocne powietrze. Zamyślił się. Desperacja i zawziętość, z jaką jego pan angażował się w treningi walki, coraz częściej doprowadzała go do stanu bliskiego przerażenia. Ariduian był szybki, zwinny i silny. Jako mistrz miecza przypłynął do Śródziemia prawie dwadzieścia lat temu, zachęcony opisami tej pięknej krainy. Później, oczarowany widokiem Gór Mglistych, nie chciał wracać na Wyspę. Wędrował po Śródziemiu, zachwycając się każdym wyłaniającym się zza kolejnej przełęczy widokiem. W końcu dotarł do jednego ze wschodnich królestw, rządzonych przez jego rodaków, którzy wcześniej niż on opuścili darowaną im przez Valarów wyspę. Gdy ujrzał władcę tego niewielkiego, ale silnego państwa, wyczuł w nim to coś, co czasami dostrzegał u ludzi, w których płonął silny duch żądny wiedzy i tworzenia. Małomówny, o przenikliwym spojrzeniu – człowiek, który kroczy swoją drogą z uporem i żelazną konsekwencją. Który świadomie swoim fëa dominuje nad innymi.

Ariduian cieszył się wielkim szacunkiem jako nauczyciel fechtunku. Nie był zdziwiony, gdy pewnego wieczoru w samotnej kolacji przeszkodziło mu dwóch gwardzistów. Władca tego kraju chciał się osobiście z nim widzieć.
Skończyli rozmawiać o świcie. Ariduian wyszedł z uczuciem głębokiej, ale i w jakimś nikłym stopniu niepokojącej fascynacji tym człowiekiem. Przez długi czas później na treningach zadawał sobie pytanie, dlaczego są one tak różne od wszystkich innych, jakie w swoim pracowitym życiu prowadził. W końcu zrozumiał – była to koncentracja. Jeszcze nigdy nie spotkał człowieka, który by potrafił tak głęboko skupić jednocześnie swój umysł i ciało na walce. Jego pan był pierwszym i jedynym uczniem, który nigdy nie patrzył w walce na miecz przeciwnika, ale na niego samego. I nigdy się nie cofał ani nie oddawał przeciwnikowi inicjatywy. Natura obdarzyła go wysokim wzrostem, silnymi ramionami oraz szybkością niezwykłą jak na człowieka. Ariduian widział jednak, ile godzin spędza na samotnych treningach i jak ciężką pracą doskonali swoje umiejętności.

Teraz, po latach był świadom, że jego uczeń prześcignął go. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z kimś tak pracowitym i o takich zdolnościach. Był świadkiem, jak jego miecz sięgnął głowy przywódcy dzikiego ludu z południa, nękającego ich kraj częstymi najazdami, zanim tamten zdążył podnieść swój. To wystarczyło. Wroga ogarnęła panika i strach, a o niezwyciężonym Númenorejczyku, władającym silnym państwem na wschodzie zaczęły krążyć legendy. Mówiono, że potrafi czytać w myślach, a do walki staje z zawiązanymi oczami i nawet wtedy sieje postrach wśród wrogów. Ci, którzy go widzieli, twierdzili, że nic nie jest w stanie się ukryć przed jego stalowym, przenikliwym spojrzeniem. Wielu było zdania, że zawdzięcza to wszystko ogromnej wiedzy na temat świata i rządzących nim praw, którą wytrwale zgłębia od wielu lat. Często widywano go podczas bezchmurnych nocy, jak przyglądał się gwiazdom i księżycowi i potem w skąpym świetle świecy w swojej komnacie szkicował tory ruchu, pochłonięty ich analizą.

Ariduiana od pewnego czasu nawiedzały sny. Wcześniej śnił rzadko – zmęczony całodziennym szkoleniem númenorejskich wojowników, zapadał zwykle w głęboki sen, pozbawiony jakichkolwiek marzeń i budził się dopiero o świcie. Jednak od czasu, gdy zauważył, że jego panu walka i zwycięstwa nad wrogiem sprawiają największą przyjemność, zaczął widzieć w snach obrazy mrożące krew w żyłach.

Widział olbrzymią twierdzę, otoczoną przez górskie pustkowia, smagane lodowatym wiatrem, przez które przewalały się mgły. Na murach stał wysoki człowiek, cały w czerni, z uniesionym do góry mieczem, lśniącym zimną, bladoniebieską poświatą. Z daleka, chociaż nie był w stanie określić, skąd, dochodziły odgłosy bitwy – szczęk oręża, krzyki nienawiści, cierpienia i strachu. Jak przez mgłę widział ginące w pożodze wojny całe wsie, osady i miasteczka.

Stojący na murze odwrócił się, zrobił krok w jego stronę i Ariduian rozpoznał go. Poczuł na gardle bezlitosną obręcz strachu.

– Już jest za późno... zbyt dobrze mnie nauczyłeś. – Z tymi słowami wysoki człowiek odwrócił się, opuścił miecz, pochylił barki, jak gdyby pod ciężarem olbrzymiego brzemienia, po czym zniknął w ciemności.

Z tych snów Ariduian budził się zlany potem. Cały czas zadawał sobie pytanie, czy pokazują mu przyszłość. A jeśli tak, to jak odległą? Czy też może są efektem wyczulonej wyobraźni człowieka, który większość życia spędził walcząc i wędrując?

Od tego czasu zaczął baczniej obserwować swojego pana. Stał się swojego rodzaju szarą eminencją na jego dworze. Obecny na naradach i spotkaniach, zawsze przedstawiany był jako mistrz miecza i najbliższy doradca. Posiadał zdolność dostrzegania nawet najstaranniej skrywanych wrogich zamiarów, podczas gdy jego pan był pewien, że docierając do myśli, można zniweczyć plany każdego nieprzyjaciela.

***


Był chłodny dzień u schyłku zimy. Ariduian wraz z władcą oraz niewielką grupą gwardzistów wracali do twierdzy po kilkudniowej wizycie w przygranicznych rejonach państwa. Chłodny, rześki wiatr rozwiewał im włosy, gdy żwawym kłusem pokonywali kolejne mile.

– Czy widzisz, panie to, co ja? – Ariduian zwolnił do stępa i wskazał ręką przed siebie.
– Pieszy wędrowiec – odparł jego pan. – Może potrzebuje pomocy. Dogonimy go.

Wędrowiec usłyszał odgłos końskich kopyt na gościńcu i obejrzał się. Númenorejczycy wyminęli i okrążyli go. Dłonie gwardzistów wymownie spoczęły na rękojeściach mieczy.

– Skąd jesteś i dokąd zmierzasz? – spytał jeden z nich.
– Szukam najbliższej gospody, chcąc odpocząć po długiej wędrówce. Przemierzyłem Śródziemie z zachodu na wschód, żeby dotrzeć do tego kraju, o którym krążą legendy.
– Z zachodu? – Władca przyjrzał się wędrowcowi.
Barczysty, lekko zgarbiony, tylko trochę ustępował mu wzrostem. Włosy miał gęste, o pięknej, srebrzystej barwie mithrilu. Wydawał się kurczyć pod spojrzeniem Númenorejczyka. Jednak jego szarobłękitne oczy patrzyły z ufnością, mądrością i zrozumieniem. Odziany był w wypłowiały od słońca i mocno znoszony strój. Na ramionach miał ciemnoszary płaszcz, a przez plecy przewieszony worek z niezbędnymi w podróży drobiazgami. Poza grubym kijem nie posiadał żadnej broni.
– Wieści o tym kraju dotarły nawet do Eregionu. – Wędrowiec pochylił głowę, jakby to słowo wywoływało w nim niezwykle przykre i smutne wspomnienia. Po chwili podniósł oczy i spojrzał na Númenorejczyka. – O tobie, panie, również – dodał i skłonił się z szacunkiem.
– Kim jesteś, że mnie poznałeś? – Númenorejczyk spytał ostrym tonem.
– Na imię mam Annatar. Wybacz, panie, że się wcześniej nie przedstawiłem.

Imię Annatara było znane na Wschodzie, choć uważano go bardziej za bohatera z odległej przeszłości. Krążyły o nim niezwykłe wieści – mędrzec, nauczyciel, wysłannik z najdalszego Zachodu. Dzielił się swoją wiedzą wszędzie, gdzie tylko zawędrował.

– Mędrzec rozpoznaje od razu drugiego mędrca. – Cichy, pełen pokory głos Annatara przerwał ciszę, jaka zapanowała.

Ariduian uważnie przyglądał się Annatarowi. W pewnym momencie poczuł bolesne ukłucie, jakby ktoś ognistym ostrzem próbował sięgnąć w głąb jego duszy. Jego pan wyczuł to i zacisnął dłoń na jego przedramieniu.
– Nie pozwolę się oszukać – szepnął, po czym zwrócił się do wędrowca. – Jeśli nie masz innych planów, Annatarze, pojedź z nami. Chętnie dowiem się więcej o tym, co się dzieje na zachodzie od kogoś, kto stamtąd przybywa. – Stalowy wzrok Númenorejczyka był ciągle pełen nieufności.
– To dla mnie zaszczyt, mój panie. – Annatar skłonił się jeszcze raz i z wdzięcznością w oczach dosiadł prowadzonego przez gwardzistów siwego wałacha.

Po całym dniu podróży dotarli do twierdzy. Późnym wieczorem usiedli do kolacji. Kiedy podano wino, Annatar zaczął opowiadać o swoich podróżach. Númenorejczyk słuchał z uwagą i nie przerywał. Annatar skupił zamyślone spojrzenie na kielichu wina, który postawił przed nim służący. Jego oczy, szare jak skała i jednocześnie błękitne jak woda, w której odbija się bezchmurne niebo, wyrażały smutek, tęsknotę, ale również radość, jaką czuje nauczyciel, który napotyka wdzięcznych słuchaczy. Mówił wiele o tym, jak bardzo Śródziemiu potrzebna jest głęboka wiedza o świecie.

– Wiele lat spędziłem, przekazując elfom wiedzę, jak zachować na wieczność wszystko to, co w Śródziemiu kochają najbardziej, a co jednocześnie przemija.
– W Śródziemiu przemija tylko czas. A wraz z nim ludzkie pokolenia. – Númenorejczyk spojrzał na zamyślonego Annatara. – Elfowie nigdy do nas nie dotarli, choć wiem, że ciągle licznie zamieszkują Śródziemie.
– Życie ludzi zawsze było i jest dla nich krótkim, niewiele znaczącym epizodem w ich nieskończonym trwaniu. Najważniejszy dla nich jest ich własny kunszt i umiejętności.
– Dlaczego wyczuwam w twych słowach żal? – spytał Númenorejczyk.
– Pragnąłem, aby elfowie byli nauczycielami ludzi, a swoją mądrością i doświadczeniem pomogli rasie ludzkiej uczynić ze Śródziemia krainę, w której by nie znano nieszczęścia, chorób, głodu ani wojen. – Srebrzystowłosy mędrzec pochylił głowę.
– Elfowie są mistrzami i wielkimi nauczycielami moich przodków. Nic mi nie wiadomo, żeby niechętnie dzielili się swoją wiedzą. – W głosie Númenorejczyka dało się wyczuć zniecierpliwienie.
– Tak... wielcy elfowie z Zachodu podarowali wam, ludziom Andoru olbrzymią wiedzę, która jak niegasnące światło, właśnie dzięki wam, rozjaśniła najdalsze zakątki Śródziemia. Ja uczyłem elfów, którzy za swoją ojczyznę uznali tę właśnie krainę. Uczyłem ich, jak ocalić umiejętności leczenia chorób, ran i wszelkich innych bolączek tego świata, które tak bardzo odczuwają ludzie. Elfowie mają niezwykle zręczne ręce, bystre umysły i wielowiekową mądrość. I udało się. Zamknęli wszystko, co najpiękniejsze i najcenniejsze, w trzech pierścieniach. Niestety... uznali, że to wszystko jest ich wyłączną własnością, choć zdradzałem im największe tajniki swojej wiedzy w intencji uratowania wszystkich ras Śródziemia od tego, co je gnębi i smuci. – Po policzku Annatara spłynęła łza.

W komnacie zapadła cisza. Ariduian wyraźnie czuł, jak jego pan próbował przeniknąć na wylot myśli Annatara. Westchnął w duchu, przeczuwając, co się stanie. Kątem oka złowił błysk ostrza dobywanego sztyletu.

– Czego oczekujesz ode mnie? Dlaczego po wojnie, o której krążą wieści, żeś sam ją wywołał, przybyłeś do mojego kraju? Jaki plan znowu knujesz? Mów, albo mój widok będzie dla ciebie ostatnim. – Númenorejczyk mówił to beznamiętnym i spokojnym głosem, a Annatar wyraźnie zbladł, nie dostrzegł bowiem, kiedy sztylet znalazł się przy jego gardle, a druga dłoń władcy mocnym chwytem za włosy unieruchomiła mu głowę.
– Panie, wybacz, nie powiedziałem ci wszystkiego – wykrztusił słabym głosem. Ariduian nie był pewien, czy mu się zdawało, czy rzeczywiście dostrzegł w oczach starego mędrca błysk gniewu i żądzy zemsty.
– Mów – rzucił władca. Chwytu jednakże nie rozluźnił.
– Elfowie, poznawszy sekrety wiedzy, jaką im przekazałem, wykuli więcej pierścieni. Nie tylko te trzy, o których wspomniałem... Stworzyli też piękne pierścienie, które miały pomóc wam, ludziom... miały pomóc odróżnić prawdziwą mądrość od oszustwa, zachować jasność umysłu i zdrowie na wiele lat. Nie pragnąłbyś, panie, aby twoi poddani cieszyli się dłuższym życiem w pełni sił? Chcesz wiedzieć, jakie było prawdziwe oblicze wojny? Elfowie, gdy skończyli swoje dzieła: idealne, prawdziwy kunszt rzemiosła, sięgającego tradycją legendarnego i wielkiego Feänora, nie chcieli się z nimi rozstać. Zamknęli w nich tyle piękna, jakie istnieje w Śródziemiu... Traktowali je jak swoją własność i nie chcieli myśleć o pierwotnym celu całego przedsięwzięcia. Zrozum, mój panie i zechciej spojrzeć na mnie jako na kogoś, kto został oszukany, kto ma za sobą krwawe wojny i nieszczęścia, a przed sobą nawet cienia nadziei... nic mi nie pozostało. – W oczach Annatara ponownie zagościły łzy. – Chciałbym jednak, aby ludzie z dalekich zakątków Śródziemia poznali prawdę. I taki jest cel mojej długiej i ciężkiej wędrówki.

Númenorejczyk po chwili puścił Annatara. Ten odetchnął z wyraźną ulgą.

– Dlaczego mam ci uwierzyć? Często, zbyt często, pięknie brzmiące słowa kryją oszustwo.
– Nie musisz mi, panie, wierzyć. Postąpisz ze mną, jak uznasz za stosowne... Ale czy naprawdę sądzisz, że ktoś taki stary i zmęczony długim życiem jak ja, przemierzałby Śródziemie, aby uknuć spisek przeciwko tobie? Poza tym... nie tylko słowa mam na poparcie moich szczerych intencji. Oto, co udało mi się ocalić z wojennej pożogi – mówiąc to Annatar wyciągnął z sakiewki przy pasie mały przedmiot.

Zacisnął na nim dłoń. Gdy ją otworzył, oczom władcy ukazał się pierścień, wykuty z białego złota – najcenniejszej i najpiękniejszej odmiany tego metalu. Na całym obwodzie pierścienia misternie wygrawerowany był drobny, roślinny ornament. Idealnego piękna dopełniał wprawiony malutki kamień, o niezwykle silnym połysku i głębokiej, czarno-czerwonej barwie. Patrząc w niego nie można było się oprzeć wrażeniu, że się spogląda w tysiące lat doświadczeń i wiedzy, jakie są udziałem tego świata.

– Oto właśnie jedyny ocalały pierścień z tych, które miały trafić do ludzi.

Ariduian widział, jak jego pan walczy z natłokiem myśli. Sam również był zaskoczony. Elfowie byli dla niego zawsze cudownymi, na wskroś dobrymi istotami, którym obca jest zawiść, chęć władzy i dominacji. Słowa mędrca brzmiały niezwykle przekonująco, jednak cały czas coś podświadomie w duszy szermierza wzbudzało nieufność. Nie umiał jednak tego określić. Tak, jakby światło mądrości, które w jego oczach otaczało sędziwą postać Annatara, było przytłumione cieniem zdradzającym oszustwo, będące ogniwem starannie przygotowanego planu, którego celu Ariduian nie potrafił niestety dostrzec.

Pierścień przyciągał wzrok, jego idealne piękno i wręcz namacalna głębia wiedzy i mądrości, jaka przebijała z malutkiego kamienia o niepowtarzalnej barwie sprawiały, że nie można było przestać o nim myśleć.

– Ale to by było zbyt proste. – Númenorejczyk nie bez wysiłku oderwał wzrok od pierścienia. Po chwili jednak jego stalowe spojrzenie znów przewiercało Annatara niemalże na wylot. – Nie wmówisz mi, że mając taki pierścień osiągnę wszystko, a klęski, smutki i problemy staną się mglistą przeszłością.
– Nie, panie. Pierścienie tylko pomagają, ułatwiają wybór właściwej drogi, żeby uniknąć nieszczęść. Znasz na pewno, panie, dzieje Túrina, którego życie było pasmem niekończących się tragedii... Pierścienie dają jasność umysłu, dzięki której można zrozumieć świat tak, jak nigdy ludziom się nie udawało, bowiem ich życie jest za krótkie.

Númenorejski władca znów spojrzał na pierścień, dzięki któremu jego życie byłoby dłuższe, wolne od trosk, nieszczęść, dzięki któremu mógłby uleczyć starość Ariduiana, zgłębić te dziedziny wiedzy, których ciągle jeszcze nie rozumie... Znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, które budzą go przed świtem, zapanować nad wszystkim, co pozostaje nieznane i kryje się w cieniu tajemnic.

– Wybacz panie, tylko tyle udało mi się ocalić. Długo myślałem, jak postąpić, zanim wybrałem się w daleką podróż do ciebie i do twojego kraju. Przyjmij, panie, ten dar. Niech ci pomoże osiągnąć to, czego mi się nie udało i już nie uda. Jestem stary i zmęczony oraz przygnębiony długą wojną. Zbyt wiele widziałem zła na tym świecie. W tym pierścieniu zamknięty jest cały dorobek mojego długiego życia. Wykorzystaj go, panie, dla dobra ludzi, których masz pod opieką. Odejdę spokojny, że zrobiłem wszystko, co mogłem, aby ocalić dla ludzi choć tak drobną część piękna i mądrości.

To mówiąc, Annatar położył pierścień na stole przed władcą i skłonił się głęboko. Ten, chcąc w samotności przemyśleć wszystko, kazał gwardzistom odprowadzić Annatara do komnaty w bocznym skrzydle twierdzy, w którym zwykle mieszkali goście. Pożegnał się z Ariduianem, po czym spojrzał przez okno na surowe okoliczne wzgórza, rozświetlane pierwszymi promieniami słońca. Westchnął i podszedł do stołu, na którym leżał dar Annatara. Zmarszczył brwi, bowiem wydało mu się, że przez chwilę widzi otaczający pierścień cień, deformujący idealne piękno elfickiego kunsztu. Cień jednak się rozwiał tak szybko, jak pojawił i klejnot znów lśnił pięknym światłem białego złota, któremu wpadające do komnaty promienie słońca dodały złotych odblasków. Władca poczuł w tym momencie na wyciągnięcie dłoni nieskończoną mądrość pokoleń Pierworodnych, którzy swoje życie oddali całkowicie miłości do Śródziemia – krainy, w której po raz pierwszy ujrzeli światło gwiazd.

– A ja teraz pragnę ujrzeć światło mądrości – cicho rzekł do siebie Númenorejczyk. I w purpurowym świetle wschodzącego słońca założył pierścień na palec.
Rozdzia?? 2 - Zwyci?stwa autor: ZairUgruNad
Rodział II - Zwycięstwa


Rok później

Ariduian, głęboko zamyślony patrzył na zachód, nie zważając na silny, chłodny wiatr. Miał niejasne przeczucie, że echa wydarzeń, jakie się tam, daleko, rozegrały przed wiekami, jeszcze wrócą. Potrząsnął głową, chcąc odpędzić chmurne myśli, które silniej niż kiedyś ciążyły mu na sercu. Bezskutecznie. Cały czas przed oczami miał obraz smaganych lodowatym wiatrem murów twierdzy – tak bardzo znajomy, lecz odległy w przestrzeni i w czasie, którego Ariduian nie potrafił określić. I od razu przychodził mu na myśl pierścień, który widział u swojego pana na palcu. Nieraz próbował przywołać w myślach głos rozsądku. Przecież ten klejnot stworzyli elfowie, wkładając w to cały swój kunszt i mądrość. Dlaczego więc tak uparcie towarzyszy wizjom z sennych koszmarów? Cień ogarnął serce Ariduiana i nawet radość z każdego ciężko przepracowanego dnia nie była w stanie go rozwiać. Wracał i zdawał się gęstnieć, pomimo że otaczający świat budził się zimowego snu, a dni były coraz dłuższe.

***


Pierwsze, dające ciepło promienie słońca coraz śmielej przełamywały dotkliwy chłód. Ariduian stał oparty o ciepły mur i przyglądał się toczącej się na dziedzińcu walce. Jeden z przeciwników silnymi uderzeniami próbował przełamać pozycję drugiego, tamten jednak błyskawicznie, płynnym ruchem, wyciągał miecz spod spodu i uderzał go w opuszczone przedramiona.

– Dlaczego uderzasz na oślep z całej siły? Przecież widzisz, że on tylko na to czeka i wykorzystuje z powodzeniem. – Ariduian spojrzał na siedemnastoletniego chłopaka, którego niewątpliwym atutem była siła ramion, wyglądem przypominających węzły na linach okrętowych.
– Próbuję zakończyć walkę pierwszym uderzeniem. Mówiłeś nam wielokrotnie, mistrzu, żeby uderzać najsilniej, jak tylko się da.
– Ale nie możesz tracić kontroli nad mieczem. To tak, jakbyś nie potrafił władać własnym ramieniem.
Młody człowiek zmarszczył brwi i pokiwał głową.
– Zostawiam was samych na jakiś czas. Gdy wrócę, chciałbym widzieć różnicę. – Tknięty niepokojącym przeczuciem Ariduian lekko się uśmiechnął do ćwiczących, po czym odwrócił się i szybkim krokiem, prawie biegnąc, dotarł do głównej sali twierdzy.

Zastał tam swojego pana, siedzącego z głową zwieszoną w dół, w stanie tak głębokiego zamyślenia, że nie zareagował na nawet na odgłos kroków Ariduiana. Obok, na stole rozłożone były mapy przygranicznych rejonów kraju.

– Panie?

Władca pomału podniósł głowę i Ariduian dostrzegł w jego pobladłej twarzy dziwny wyraz oczu – taki, jaki miewają czasami ludzie, uświadamiając sobie nagle odpowiedź na nurtujące od wielu lat pytanie.

– Oni zaatakują nas z południa. Jestem tego pewien. – W spojrzeniu Númenorejczyka ciągle widoczne było niedowierzanie, na przekór pewności i jasności myśli.
– Skąd wiesz o tym, panie? Nasi zwiadowcy nie donoszą, aby działo się tam cokolwiek podejrzanego.
– Nie umiem ci powiedzieć, Ariduianie. Po prostu jestem tego pewien. Jakbym widział na własne oczy nieprzyjaciela na południowych gościńcach. Nie mamy dużo czasu. – Stalowe oczy władcy rozbłysnęły niebezpiecznym ogniem.

Ariduian pomału skinął głową, po czym rzucił się w wir wojennych przygotowań.

***


osiemnaście dni później

Nad stepową, lekko pofalowaną wyżyną zalegała cisza, zmącona jedynie powiewem wiatru, który przepędzał unoszący się nad polem bitwy zapach krwi, walki, strachu i śmierci. Na płaskowyżu, rozciągającym się na południe od stanowiącego granicę łańcucha górskiego, armia nieprzyjaciela została zmieciona w pył. Byli kompletnie zaskoczeni, gdy nagle spadł na nich grad strzał. Niedługo później uderzyły pędzące niczym stepowy wiatr konne oddziały uzbrojone we włócznie. Ich groty lśniły w promieniach wczesnowiosennego słońca. Od númenorejskiego władcy biły majestat i siła, a jego miecz siał taki postrach, że wróg uciekał w panice, tracąc prawie natychmiast wolę walki.

Zwycięstwo było miażdżące, a zagrażające wcześniej niebezpieczeństwo zostało na wiele lat zażegnane. Wojowniczy, półdziki lud zza wschodniej granicy poddał się i uznał zwierzchnictwo dostojnego Númenorejczyka.

Ten jednak stał pogrążony w smutku i w rozpaczy. Przed oczami miał ciągle obraz z ostatnich chwil bitwy, kiedy nieprzyjaciel w rozpaczliwej próbie obrony zmobilizował niedobitki łuczników. Chwilę potem zostali oni zmieceni przez ciężkozbrojną jazdę, ale Númenorejczyk złowił uchem złowrogi świst jednej ze strzał. Podążył za nim wzrokiem i ujrzał jakby w zwolnionym tempie, jak Ariduian przebił swoim mieczem dowódcę jednego z oddziałów wroga. Chwilę potem zabłąkana strzała przeszyła bark jego mistrza, a ten padł na ziemię.

– Ariduian!!! Nieee!!! – Númenorejczyk krzyknął i z ociekającym krwią wroga mieczem w dłoni podbiegł do przyjaciela, który leżał nieprzytomny, z poszarzałą twarzą.

Płytki, nierówny oddech zdradzał, że jeszcze żył. Strzała przebiła ogniwa kolczugi i utkwiła w prawym barku tuż pod obojczykiem. Rana krwawiła obficie i wydawało się, że godziny życia szermierza są policzone.

***


W palenisku leżał rozgrzany do czerwoności mały, o niezwykle cienkim ostrzu nóż oraz krótkie szczypce. Númenorejczyk, z twarzą przewiązaną białym jałowym płótnem, przez łzy, nad którymi nie potrafił zapanować, patrzył na tkwiącą w ramieniu Ariduiana strzałę zakończoną czerwonym piórem. Z gasnącą w sercu nadzieją podążył wzrokiem po promieniu wykonanym z ciemnego drewna i ku swemu zdziwieniu, jakby przez czerwoną mgłę, dostrzegł czarny grot, tkwiący głęboko wśród włókien mięśni. Zdumiony zamknął i otworzył oczy, ale nadal przenikał wzrokiem zranione ciało przyjaciela.

Pewnym ruchem rozciął skórę po obu stronach wbitej strzały. Cały czas widząc wnętrze rany, szybko dotarł do miejsca, gdzie tkwił grot i odetchnął z ulgą. Strzała na szczęście nie przebiła płuc. Ariduiana uratowały twarde włókna mięśni, które, napięte w chwili, gdy dosięgła go nieprzyjacielska strzała, zakleszczyły jej grot.

Númenorejczyk szybko usunął strzałę, oczyścił ranę i, wiedziony dziwnym instynktem, zszył ze sobą tkanki. Po założeniu ostatniego szwu i opatrunku po raz kolejny spojrzał zdumiony – czerwona poświata, jaka towarzyszyła wcześniej zranionemu miejscu słabła, aż w końcu zupełnie znikła. Niedługo potem wyczuł pod palcami znacznie spokojniejszy i równomierny puls, choć Ariduian nadal jeszcze pogrążony był w głębokim śnie. Odetchnął z ulgą i wyszedł z namiotu.

Usiadł na skarpie, z której widać było coraz bardziej pogrążający się w zmroku krajobraz. Na wschodzie pomarańczowa tarcza księżyca wstawała nad horyzontem, otoczona miękką poświatą wśród cienkiej warstwy pierzastych chmur. Przeniósł wzrok w kierunku jednej z dolin rozciągających się u stóp płaskowyżu i nagle zdumiony wstał. Dostrzegł bowiem wstęgę potoku, którego powierzchnia połyskiwała w skrytej w ciemności dolinie.

– Na Valarów, jak to możliwe? – spytał siebie w myślach.

I uświadomił sobie, że im dłużej wpatruje się w ciemną dolinę, tym więcej dostrzega szczegółów – kamieniste brzegi, czarne sylwetki świerków porastających zbocza. Zdawało mu się również, że słyszy w oddali szum potoku, który wytrwale toczył swoje wody daleko na południe. Zdjęty dziwnym niepokojem, zamknął oczy, a w ciemności ukazał mu się widok surowych, nagich wzgórz, rozciągających się wśród nocnej, bezksiężycowej ciemności. Z północy wiał lodowaty wiatr, niosąc ze sobą echo czegoś, co przenikało do głębi duszę Númenorejczyka i wywoływało jednocześnie strach oraz pragnienie jego przezwyciężenia.

Otworzył oczy. Doliny tonęły w mroku późnego wieczoru, ale bał się skupiać na nich spojrzenie i przenikać wzrokiem ciemności.

– Panie? – Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos jednego z przybocznych gwardzistów.
– Słucham.
– Nie zechciałbyś choć trochę odpocząć? Nie spałeś, panie, od ponad czterech dni.
– Czterech? – Númenorejczyk, zdumiony, szybko przeliczył czas, jaki upłynął od ostatniego jego snu i po raz kolejny niepokój ścisnął mu serce. Spojrzał na młodego wojownika.
– Masz rację – odparł cichym głosem i uśmiechnął się, wstając. – Dziękuję ci za troskę – dodał, kładąc dłoń na ramieniu gwardzisty.

Udał się do swojego namiotu, sen jednak nie przychodził. Nie czuł śladu zmęczenia, choć w ciągu ostatnich dni przemierzył ze swoją armią wiele mil, stoczył bitwę oraz uleczył ranę Ariduiana. Co się ze mną dzieje? – spytał sam siebie, po czym spojrzał na pierścień z białego złota, srebrzyście lśniący na palcu. Miał wrażenie, że czas dla niego płynie wolniej, a od bitwy nie minęło więcej niż kilka godzin.

Udało mu się w końcu osiągnąć stan, w którym bardziej błądził myślami na granicy jawy i snu, niż spał. Zdawało mu się, że samotnie wędruje na skalistym pustkowiu, a świat wokół niego jest blady i pozbawiony barw – tak, jakby był swoim własnym cieniem. Potem, w ciemności, gnał w jakimś szalonym wyścigu z czasem, odmierzanym miarowo i bezlitośnie przez tętent końskich kopyt. Okoliczne, zalesione wzgórza po obu stronach zarośniętej drogi jawiły się jako widmowe, szare zarysy.

Gdy otworzył oczy, do namiotu wpadało skąpe światło świtu. Pomimo, że się czuł wypoczęty, gdzieś na dnie duszy dręczył go niewyjaśniony niepokój. Udał się odwiedzić Ariduiana. Widok przytomnego, choć bladego, osłabionego walką i raną przyjaciela rozjaśnił mu serce. Długo rozmawiali o bitwie i zwycięstwie. Ariduian z głęboką ulgą odetchnął na wieść o oddaniu się pod władzę Númenorejczyka ludu, z którym wojny dotkliwie utrudniały osiągnięcie pokoju i bezpieczeństwa. Teraz władca z błyskiem fascynacji w oczach opowiadał o panicznej ucieczce wrogiej armii, nie wspominając jednak ani słowem o tym, w jaki sposób udało mu się usunąć strzałę z ciała przyjaciela. Przemilczał fakt, że Ariduian zawdzięcza życie zdolnościom, jakich nabrał dzięki pierścieniowi. Przez chwilę jego duszą znów targnęły wątpliwości.
– Jeśli uratowałem go dzięki mocy pierścienia, który noszę, nie może być on pułapką, pomyślał.
– Jednak to, co pierścień daje, napawa cię lękiem, odpowiadała jakaś część jego duszy.
– Wszystko, co nieznane, powoduje strach. Pokonałem wroga. Wprowadziłem pokój w moim kraju, rozszerzyłem jego wpływy.
– A co będzie, jeśli czas jeszcze bardziej zwolni dla ciebie swój bieg?
– Będę mieć go więcej, aby posiąść wiedzę, aby sprawić, że mój kraj będzie największym mocarstwem na wschodzie Śródziemia.

– Zawsze czas był tym, czego mi brakowało. – Ostatnią myśl wypowiedział głośno.
– Zmieniłeś się, panie. – Ariduian podał mu kielich z winem.
– Dlaczego tak uważasz?
– Mam wrażenie, że chcesz zbudować tutaj drugie Śródziemie. A może drugi Númenor?
– Mój mistrzu, chcę zrobić wszystko, aby ten kraj był wspaniały i wielki, a ludzie w nim żyli wolni od trosk i strachu, aby byli dumni z tego, że są ludźmi. Czuję się silny jak nigdy dotąd, widząc ciebie żywego i moich wojowników pełnych radości ze zwycięstwa. Serce mówi mi jasno, że właśnie taki jest cel mojego życia. Czy może być coś piękniejszego niż podążanie w życiu za jego głosem?
– Rzadko kiedy droga do szczęścia jest nim usłana. A niekiedy szczęście widziane u jej końca jest tylko wizją, urojeniem, do którego się dąży i nigdy nie osiąga, coraz bardziej się w nim zatracając. Aż w pewnym momencie okazuje się, że nie ma z tej drogi odwrotu. – Ariduian umilkł, niejasno sobie uświadamiając, że te słowa są czymś więcej niż tylko jego własnymi przemyśleniami. Że brzmią jak przestroga.
– Nie wiem, którędy mnie los zaprowadzi i na jakie ścieżki wkroczę, chcąc tego lub nie. Nie pozwolę jednak, aby zatriumfował nade mną wróg. Choćby nie wiem, jak się starał zwieść mnie podstępem – spojrzał prosto w oczy Ariduiana – przechytrzy sam siebie, a zwycięzcą będę ja. Bywaj, Ariduianie i wracaj do zdrowia. Do zobaczenia niebawem. – Númenorejczyk odstawił pusty kielich i wyszedł.

Nie znał jednak wrogów, którym rzucił swoimi słowami wyzwanie. Nie wiedział również, jak bardzo był już uwikłany w wydarzenia, które miały dopiero nadejść.
Rozdzia?? 3 - Strach autor: ZairUgruNad
Rozdział III - Strach


Mijały kolejne lata. W kraju nie brakowało ludzi światłych, o wielkiej wiedzy. Życie kwitło radością i spokojem, a ludzie cieszyli się zdrowiem i świadomością bezpieczeństwa. Potęga wschodniego mocarstwa rosła. Surowa twierdza przeobraziła się w piękne miasto, jaśniejące bielą. Jego wielka armia była tak wyszkolona w wojennej sztuce, że żaden z sąsiednich krajów nie odważył się przeciwko niej wystąpić. Nade wszystko jednak krążyły legendy o niespotykanej wśród ludzi mądrości i wiedzy władcy tego niegdyś niewielkiego, lecz zawsze silnego kraju. Bardzo rzadko zdarzało się, aby człowiek był w jednej osobie władcą, wojownikiem i jednocześnie posiadał, wydawałoby się, nieskończoną wiedzę. Dzięki jego niezmordowanej pracy nauczono się przewidywać silne burze, wiatry i nawałnice, niejednokrotnie ocalając zbiory zboża. W północnej części kraju, u podnóża niewysokiego pasma górskiego, odkryto złoża kruszców żelaza. Okazały się tak bogate, że uzbrojono dzięki nim całą armię, a i tak dużą część sprzedawano poza granice.

Númenorejski władca wytrwale dążył do uzyskania stali, z której wykuwana broń byłaby wytrzymała, lżejsza i nie rdzewiała tak łatwo, jak zwykła stal. Już wcześniej za jego panowania płatnerze opanowali metodę wielokrotnego skuwania ze sobą warstw stali o różnych własnościach. Ariduian nauczył się tej techniki od krasnoludów podczas swojej wędrówki przez Śródziemie i przekazał ją mistrzom płatnerstwa. Wykonano wtedy wiele niezwykle wytrzymałych mieczy, o pięknym, falistym wzorze widocznym na wypolerowanych ostrzach.
Sam władca, od wielu lat zafascynowany płatnerskim rzemiosłem, spędzał wiele czasu w kuźni, pracując intensywnie. Przy każdym uderzeniu młota w rozgrzaną do czerwoności stal miał wrażenie, że tajemniczym zmysłem widzi zmieniającą się strukturę kutego metalu. W takich chwilach radość mu wypełniała serce, a każdy dzień był dla niego pełen fascynujących odkryć i zachwytu pięknem stworzonej przez Aulëgo materii.
Aż nadeszła jesienna, mglista noc. Miasto pogrążone było we śnie, w kuźni jednak słychać było trzask płomieni w palenisku i od czasu do czasu szum miecha. A przy tym wszystkim miarowy, metaliczny odgłos młota uderzającego w rozgrzaną do czerwoności głownię.

Númenorejczyk pracował niezmordowanie już trzecią dobę z rzędu. Ramiona jego nie znały zmęczenia, myślał jasno i wiedział, co chce osiągnąć. W szarych oczach, wpatrzonych w stal, odbijał się blask paleniska. Głownia miała już kształt, jaki zamierzał jej nadać. Przez środek, na całej długości wyciągnął grań, kończąc ją tuż przed sztychem.

Czuł, jak z emocji serce bije mu szybciej niż zwykle. Dmuchnął w palenisko powietrzem z miecha, po czym umieścił w jasnoczerwonym żarze wykutą głownię. Gdy uznał, że moment jest odpowiedni, zdecydowanym ruchem zanurzył ją w roztworze wody z solą. W kuźni rozległ się głośny syk pary, który w zestawieniu z hukiem płomieni tworzył niepowtarzalną muzykę opanowanych przez człowieka żywiołów. Ogień i woda oddawały cześć najpiękniejszej z substancji, jaką Aulë podarował Ardzie – żelazu. Nie złoto ani klejnoty, ale właśnie żelazo będzie tym, z czego zasłynę ja i mój kraj. Żelazo jest jak ludzka dusza. Z pozoru bez blasku, ale trzeba czasu i ciężkiej pracy, aby go nabrało, pomyślał Númenorejczyk, ocierając pot z czoła.

Gdy woda przy zetknięciu z rozgrzaną stalą przestała wrzeć, Númenorejczyk wyciągnął głownię i wnikliwie się jej przyjrzał. Pozostała idealnie prosta. Pomimo niewypolerowanej powierzchni jego bystre oczy ujrzały to, czego oczekiwał. Uśmiechnął się lekko i z błyskiem fascynacji w oczach przyjrzał się cienkim, falistym warstewkom, połyskujących silniej niż zwykła stal. Po wielu tygodniach wytężonej pracy udało mu się skuć i zgrzać ze sobą żelazo i mithril – najdroższy i najbardziej poszukiwany surowiec w Śródziemiu.

Wygasił żar w palenisku do ciemnoczerwonej barwy i umieścił w nim głownię. Kiedy osiągnęła temperaturę żaru, powtórnie zanurzył ją w roztworze wody z solą. Pozostało już tylko wykończenie miecza – naostrzenie, wypolerowanie oraz oprawienie. Wiedział już, jak wykona jelec i głowicę.

Wyszedł na zewnątrz, wdychając rześkie jesienne powietrze. Oparł się o mur i spojrzał na wschód, gdzie czerwieniejące niebo zwiastowało rozpoczynający się kolejny dzień. Od dawna już każdy dzień witał w ten sam sposób i zawsze fascynował go ten widok – codziennie był inny i niepowtarzalny. I codziennie był promieniem nadziei, która czasami w dziwny sposób znikała wraz z zapadnięciem wieczornego zmroku, gdy świat w jego oczach zdawał się być pozbawiony barw, a zarazem bardziej wyrazisty. Widok ten napawał go niewytłumaczalnym lękiem, rozpraszanym dopiero przez bogactwo barw wschodzącego słońca.

Gdy pierwsze promienie rozświetliły horyzont, raz jeszcze, z zachwytem w oczach, przyjrzał się własnoręcznie wykutej głowni. Mithrilowe warstewki odbijały światło i wydawało się, że miecz lśni swoim własnym blaskiem. Nie mogąc się doczekać końca, wrócił do pracy.

***


Minęła kolejna doba. Na dziedzińcu, skąpanym w porannym słońcu, Ariduian ćwiczył z młodymi rekrutami i czuł, jak wraz ze spływającym po plecach potem znikają wspomnienia nawracających nocnych koszmarów.
– Ariduianie! – Usłyszał głos swojego pana. Odwrócił się i ujrzał go, stojącego przy wejściu do swoich komnat. – Jak skończysz, przyjdź.

Ariduian kiwnął głową, po czym silnym uderzeniem z boku w ramiona swojego przeciwnika zmusił go do obrócenia się tyłem i przepłazował z szerokim uśmiechem, nim tamten zdążył się zorientować.

– Znowu się zagapiłeś. Gdy walczysz, nie może cię rozpraszać otoczenie – rzekł, ciągle się śmiejąc do chłopaka, który zaczerwienił się ze wstydu. – Zamiast się oblewać rumieńcem, skup się na treningu, a na pewno będzie lepiej – dodał.
– Dobrze, mistrzu – odparł młodzieniec niepewnym tonem.

Aż do południa na dziedzińcu rozlegał się brzęk treningowych mieczy. Ariduianowi serce rosło, gdy widział, jak jego podopieczni coraz swobodniej wykorzystują możliwości broni oraz całego ciała. Walka nabierała treści, bowiem każdy z nich zaczynał wierzyć w swoje umiejętności i rozumieć, że miecz jest tylko bezużytecznym narzędziem, jeśli nie stanowi przedłużenia ramion.

Zastał swojego pana w głównej komnacie twierdzy, będącej stałym miejscem spotkań, narad i dyskusji, ciągnących się często do późna w nocy. Stół jak zawsze, zawalony był gęsto zapisanymi pergaminami i mapami.

– Ariduianie, chciałbym ci coś pokazać. – Númenorejczyk z trudem zachowywał opanowanie. Oczy błyszczały mu specyficznym blaskiem, pojawiającym się za każdym razem, gdy odkrywał coś nowego.

Wyciągnął przed siebie trzymany przy boku miecz, w czarnej pochwie z misternymi, choć skromnymi zdobieniami wykonanymi ze srebra. Ariduian, zdumiony, wziął broń do ręki i wysunął ostrze. I zabrakło mu słów. Przez długą chwilę przyglądał się grze światła na cienkich, pofalowanych warstewkach stali i mithrilu. Mithril odbijał je znacznie silniej, lśniąc niczym nie zmąconym, bladym błękitem. Głownia była węższa i smuklejsza niż większość dotychczas wykuwanych. Biegnąca przez środek grań nadawała jej specyficzny, diamentowy przekrój. Miecz był lekki i doskonale wyważony – Ariduian trzymając go w rękach miał wrażenie, że broń sama domaga się walki, że w naturalny sposób staje się częścią ramienia władającego nią szermierza.

Jego wzrok spoczął na jelcu. Prosty i wąski, posiadał jedyną ozdobę w postaci delikatnie grawerowanego ornamentu, przypominającego kolczaste zarośla, gęsto porastające okoliczne górskie płaskowyże.

– Prawdę powiedziawszy, chcę ci go podarować – rzekł władca po dłuższej chwili.

Ariduian drgnął i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Panie, to jest zbyt cenny dar, chociaż nie wypada mi odmówić jego przyjęcia. Dziękuję. – Szermierz skłonił głowę.
– Będzie ci służył wiernie. – Númenorejczyk lekko się uśmiechnął.

Ariduian jeszcze raz spojrzał na lśniącą zimnym, niebieskawym blaskiem głownię. I poczuł, jak coś mu ściska serce. Nie był to jednak strach, ale nadzieja, że cokolwiek się wydarzy, pragnienia i myśli, jakie jego pan z każdym uderzeniem młota włożył w wykutą głownię, przetrwają. Chwycił się tej wiary mocno, bo ujrzał światło w przyszłości, która w snach i w myślach wywoływała strach, a w sercu cień.

– Nie tylko mi – odpowiedział cicho.
– Co masz na myśli? – Númenorejczyk zaskoczony spojrzał na mistrza.
– To tylko przeczucia, choć nie wiem, skąd się biorą. Wykujesz, panie, jeszcze wiele mieczy, ale tylko ten zwiąże twój los z wydarzeniami z przyszłości tak odległej, że nic nie potrafię o niej powiedzieć.
– Na razie związał z tobą, mistrzu. Oby na jak najdłuższy czas.

Ariduian skłonił się w milczeniu.

***


W komnacie o kamiennych ścianach i wysokim sklepieniu, przy stole zawalonym papierami i mapami siedział człowiek. Płonące świece rzucały na jego postać złotą poświatę. W ciemnoszarych oczach, oprócz wieloletnich trosk i doświadczeń, zamiast radości z osiągnięcia tego, co zdawało się niemożliwe, można było dostrzec cień strachu. Z każdym miesiącem, z każdym rokiem, dręczył go coraz większy niepokój – dopiero teraz, po upływie ponad wieku swoich rządów, zaczął rozumieć, co się z nim dzieje. Obok niego przemijały pokolenia. Przyjaciele, doradcy i wojownicy starzeli się. Ciemne niegdyś włosy Ariduiana prawie całkiem pokrył szron siwizny i zaczął mu dokuczać ból przeciążonych stawów.

On sam jednak trwał, jakby dla niego czas się zatrzymał. Początkowo tłumaczył sobie, że to dar długowieczności dany Númenorejczykom przez Valarów. Nie wiedział, co znaczą zmęczenie i choroby, nie czuł brzemienia starości, nie odczuwał potrzeby snu. Coraz lepiej jednak poznawał ból strachu i osamotnienia. Nasilał się on szczególnie w bezsenne noce, kiedy samotnie stał na szczycie wieży, wpatrując się w księżyc. Jego serce ogarniał chłód, nie znikający nawet w południowym słońcu, którego ciepło przestawał odczuwać. Wschody jawiły się jego oczom coraz bardziej blade i ubogie w kolory, które niegdyś podziwiał. Zapomnienie dawała mu tylko walka oraz widok uzbrojonych wojowników, dlatego często wyjeżdżał w rejony pogranicza.

Czuł znużenie życiem i pragnął odejść. Sen pożegnania z tym światem jednak nie nadchodził. Nie znajdował również śmierci na polu walki. Wrogów na sam jego widok ogarniał paniczny strach, a nieliczni śmiałkowie, którzy odważyli się stanąć do walki, zginęli od pierwszego ciosu miecza Númenorejczyka. Każda walka, choć zwycięska, była dla niego klęską – nie przynosiła upragnionego końca.

Zdał sobie w końcu sprawę, że jest we władaniu nieznanej, potężnej siły, ściśle związanej z pierścieniem, wykutym z białego złota.

Właśnie, pierścień. Nosił go na palcu cały czas i czuł bijącą od niego dziwną aurę. Czuł, że klejnot pomaga mu na każdym kroku, dzięki niemu widział świat jaśniej i potrafił znacznie szybciej przewidzieć rozwój wydarzeń. Pierścień dał mu olbrzymią przewagę, ułatwił dokonanie wielkich odkryć, które w przeciwnym wypadku długo jeszcze pozostałyby poza granicą ludzkiej mądrości. Przypomniał sobie, jak kiedyś, dawno temu, bywało, że trochę na przekór samemu sobie, a po części pod wpływem niepokoju Ariduiana, ściągał go z palca. Zawsze jednak, prędzej czy później nie mógł się oprzeć natrętnym myślom o klejnocie. Myśli te przechodziły w rosnący niepokój o niego i w efekcie Númenorejczyk zakładał znowu pierścień, a serce jego wypełniało uczucie ulgi i spokoju. Potem, z biegiem czasu rozstanie z klejnotem przychodziło coraz trudniej, aż w końcu sama jego wizja napełniała człowieka niemal przerażeniem. Pamiętał doskonale, gdy pewnego dnia na krótko ściągnął z palca pierścień i natychmiast poczuł się, jakby odarto go z odzienia, jakby stanął nagi przed całym światem i odsłonił przed nim wszystkie swoje myśli i plany. Odetchnął z ulgą, gdy obrączka z białego złota z powrotem znalazła się na jego palcu.

Annatar. Wydało mu się, że imię tajemniczego mędrca z Eregionu, który przybył przed laty i ofiarował pierścień, brzmi w jego duszy inaczej. Urosło i jakby mocniej manifestowało swą potęgę. Pozbądź się go, pozbądź się pierścienia, podpowiadała mu jakaś część umysłu.

Władca spojrzał na klejnot, na osadzony w nim czarno-czerwony kamień i poczuł narastający bunt. Szybkim ruchem drugiej dłoni sięgnął z zamiarem ściągnięcia pierścienia z palca i w tej samej chwili cofnął rękę, czując wzbierającą fale strachu przed tym, co się z nim stanie, gdy się pozbędzie klejnotu. Na krótką chwilę ujrzał wizję, jak się błąka na granicy światów, nie należąc jednak do żadnego z nich, a od środka trawi go ból, tym silniejszy, im bardziej próbuje wrócić.

Zrozumiał, że się nie zdobędzie na odrzucenie pierścienia i przeraził się – był w pułapce. Im bardziej próbował przeciwstawiać się zagadkowej potędze, tym silniej się z nią wiązał. Poprzez swoje życie wyjawił wszystko, co stanowiło istotę jego na wskroś ludzkiej natury – ambicje, pragnienia, uczucia, którymi darzył najbliższych.

Nie był jednak w stanie się pogodzić ze świadomością porażki. Cały czas tkwiła w nim nadzieja, że jego własna siła, wzmocniona przez wykuty w Eregionie pierścień, w końcu odniesie zwycięstwo. Ciągle wierzył w potęgę człowieczej fëa.

Pokonam go, nawet jeśli będzie to ostatnia stoczona przeze mnie walka. Odnajdę go, choćby na drugim krańcu Śródziemia.

Stalowe oczy Númenorejczyka zapaliły się ogniem walki, gdy spojrzał przez okno na księżyc. Chwilę potem jednak zalśniły łzą smutku i bólu, a gardło ponownie ścisnął mu paraliżujący strach. Wschodząca tarcza, zamiast dawać czerwonawą poświatę, była całkowicie pozbawiona kolorów i świeciła bladym, bezbarwnym blaskiem.
Rozdzia?? 4 - Zimno autor: ZairUgruNad
Rozdział 4 - Zimno


Wiele lat później

Siedział wpatrzony w ogień, którego ciepła nie czuł. Nie widział odcieni czerwieni, żółci i błękitu, jakimi się mieniły płomienie. Co jakiś czas jego ciałem wstrząsały dreszcze zimna, które jednakże nie pochodziło z zewnątrz, ale ogarniało go od środka.

Miał wrażenie, że w jego sercu z dnia na dzień rośnie twardy sopel lodu, którego nawet największe ciepło słonecznego, letniego dnia nie jest w stanie stopić.
Mimo to wciąż pamiętał niemal każdy dzień ze swojego życia, odkąd założył na palec dar Annatara. Twarze ludzi, których widział choćby przez chwilę – swoich wojowników, którzy walczyli i ginęli w bitwach, miał wyryte w pamięci tak wyraźnie, że potrafiłby je narysować. Pamiętał i ciągle czuł w sobie emocje, jakie towarzyszyły każdemu dniu, kolejnemu odkryciu i zwycięstwu. Nie stawały się wspomnieniem, jak odchodzące w przeszłość wydarzenia, ale ciągle pozostawały wyraziste, żywe i pełne barw, w przeciwieństwie do otaczającego go świata, który jawił się w jego oczach w widmowych odcieniach szarości. Widział go przez mgłę, która zimnymi obłokami snuła się tuż nad ziemią. Widok ten przerażał go i fascynował jednocześnie. Przerażał, ponieważ pamiętał świat z czasów, kiedy widział go w pełnych barwach i zdawał sobie sprawę, że jest on bezpowrotnie stracony. Gdy świadomość ta po raz kolejny zmroziła mu serce, zamknął oczy i sięgnął pamięcią w beztroskie, szczęśliwe lata.

***


Stał na wybrzeżu. Silny, lecz ciepły wiatr niósł ze sobą intensywny zapach soli. Za nim wznosiły się malownicze wzgórza porośnięte cyprysowymi zagajnikami oraz tu i ówdzie dziką winoroślą.
– Ojcze, czy ta wyspa przed nami to Númenor?
– Nie, to jest Tol Falas. Númenoru stąd nie ujrzymy. – W szarych oczach wysokiego mężczyzny pojawił się smutek.
Chłopiec uparcie wytężał wzrok, wpatrując się w dal, nie dostrzegł jednak ojczyzny, znanej tylko z opowieści ojca, a jedynie niewyraźną linię, gdzie mglisty horyzont spotykał się z bladym niebem.
– Chciałbym umieć widzieć dalej – rzekł bardziej do siebie, jednak jego ojciec usłyszał te słowa.
– Człowiek nie powinien patrzeć zbyt daleko przed siebie. – Położył mu dłoń na ramieniu. – Często to, co nas otacza najbliżej, jest warte uwagi i poświęcenia czasu, chociaż nie zawsze daje nam od razu odpowiedź na to, czego szukamy.

***


Pomimo płonącego ognia, wstrząsnął nim kolejny zimny dreszcz. Wstał i podszedł do okna. Był środek bezksiężycowej nocy, on jednak widział wyraźniej niż w ciągu dnia. Wszechobecna mgła nieco ustąpiła i świat stał się w jego oczach bardziej wyrazisty. Zacisnął kościste, blade dłonie na kamiennym, szorstkim murze. Gdy patrzył w ciemne niebo, wydało mu się, że gdzieś głęboko w myślach słyszy wzywający go głos. Z drugiej strony wraz z każdym samotnym tygodniem wzrastało w nim pragnienie opuszczenia tego kraju, który dzięki niemu stał się potęgą. Nie miał tu już przyjaciół, nikomu nie był też w stanie zaufać, a ludziom coraz trudniej było ukryć strach, jaki odczuwali na jego widok. Z litości dla nich przekazał władzę nad krajem doradcom, którzy pełnili jednocześnie funkcje namiestników, sam natomiast przygotowywał się do walki, którą pragnął stoczyć. Wrócił pamięcią do dnia, którego wspomnienie przez długi jeszcze czas miało wywoływać bolesny skurcz serca. Dnia, w którym zgasła ostatnia iskra nadziei. Dnia, po którym jedynym pragnieniem Númenorejczyka było ujrzeć Annatara. Lecz nie jako mędrca, dysponującego wiedzą i potęgą, ale pokonanego i na kolanach błagającego o łaskę i litość.

***


– Ariduianie, nie powinieneś – rzekł, wchodząc do namiotu i widząc, jak jego mistrz i przyjaciel ze skupieniem ostrzy miecz. – Nie tym razem. Mam złe przeczucia. – Zacisnął dłoń w pięść, próbując przezwyciężyć ogarniające go zimno.
– Mamy nad nimi przewagę. Przeżyliśmy o wiele cięższe starcia. – Ariduian przyjrzał się lśniącej głowni.
– Co do naszego zwycięstwa nie mam wątpliwości. To o ciebie się obawiam, mistrzu.

Szermierz podszedł i spojrzał mu prosto w oczy, a w jego spojrzeniu, oprócz niezmiennego spokoju i zamyślenia, tym razem dało się dostrzec smutek i obawę.
– Wiem, też się boję, że będzie to moja ostatnia walka. Ale przeczucia mówią mi, że muszę. Między innymi ze względu na ciebie, panie.

Númenorejczyk milczał przez dłuższą chwilę. Zacisnął dłonie na ramionach Ariduiana.
– Obiecaj mi, że będziemy walczyć ramię w ramię, obok siebie. Nie pozwolę ci zginąć.
– Obiecuję. – Na twarzy Ariduiana zagościł uśmiech.

Bitwa była od samego początku porażką dla najeźdźców. Númenorejczyk bez śladu zmęczenia śmiertelnymi uderzeniami pozbawiał życia kolejnych wrogich wojowników. Każdym, nawet najmniejszym ruchem, zdobywał nad nimi przewagę, przełamując od razu ich ataki i precyzyjnie trafiając sztychem w szczeliny zbroi. W jego oczach ruchy przeciwników były tak wolne, że bez trudu je wyprzedzał. Tamci się wykruszali, a zmęczenie dodatkowo odbierało im siły. Szczęk oręża, wyostrzone zmysły i smak zwycięstwa sprawiały, że czuł szczęście – tak jak dawniej, gdy dokonywał kolejnych odkryć. Wydawało mu się, że jednocześnie bierze udział w walce i obserwuje ją z boku, widząc siebie z radością na twarzy, odzianego w stal, która nie jest ciężarem.

W końcu stanął twarzą w twarz z dowódcą nieprzyjacielskiej armii. Tamten rozejrzał się wokół siebie, a widząc, że z walki ocalały ledwo dwie setki jego ludzi, otoczone przez ciężkozbrojną piechotę, rzucił swój miecz pod nogi númenorejskiemu władcy.
– Przysięgnij wierność mi i mojemu krajowi, a zawrzemy pokój i zyskasz we mnie sojusznika – rzekł spokojnie Númenorejczyk, przyglądając się badawczo pokonanemu dowódcy. Dostrzegł w jego oczach mieszankę szacunku, przestrachu i z trudem tłumionej nienawiści. Wódz wrogiej armii był znacznie niższy, lecz mocno zbudowany, a stalowa kolczuga podkreślała jego szerokie ramiona. Miał ciemną karnację, a grube rysy twarzy sugerowały, że pochodzi z któregoś z dalekich południowych krajów.

Z niepokojem spoglądał na Númenorejczyka, ale napotkawszy jego spojrzenie szybko odwracał wzrok, rozglądając się wokół siebie, jakby szukając wsparcia. Spojrzał na swoich ludzi, a z ich zmęczonych twarzy wyczytał pragnienie natychmiastowego zakończenia wojny. Zauważył jednak, jak jeden z jego wojowników wpatruje się w towarzyszącego zwycięskiemu władcy szczupłego, siwowłosego mężczyznę o ciemnoszarych oczach i wyrazistych rysach twarzy, ściągającego właśnie wgnieciony w czasie walki naplecznik. Południowiec powolnym ruchem przyklęknął i ściągnął z głowy hełm.

Zachmurzyło się, powietrze było parne, a na zachodzie przetoczył się głuchy grzmot zbliżającej się burzy.
– Przysięgam, panie... – przywódca pokonanej armii zawiesił głos i w tym momencie Númenorejczyk złowił uchem świst przelatującego ostrza. Nie wierząc własnym oczom ujrzał, jak rzucony celnie sztylet wbija się w odsłonięte plecy Ariduiana i jak jego przyjaciel osuwa się na ziemię.

– Trzymać go! – Númenorejczyk krzyknął w stronę swych ciężkozbrojnych wojowników, którzy przydusili do ziemi skrytobójcę, sam tymczasem stalowym chwytem ścisnął gardło dowódcy.
– Powiesz mi wszystko, co wiesz, albo będziesz błagać o śmierć – rzekł zimnym głosem, po czym pchnął go w stronę swoich gwardzistów. – Przypilnujcie, aby się nie odważył nawet ruszyć.

Sam podbiegł do Ariduiana. Spojrzał na tkwiące głęboko w jego ciele ostrze sztyletu, strumień wypływającej krwi i zrozumiał, że nie uratuje przyjacielowi życia. Klęknął przy nim i uniósł jego głowę. Pod wpływem dotyku Ariduian odzyskał na chwilę przytomność i spojrzał na niego, z twarzą pobladłą od bólu.
– Odchodzę, panie.
– Bogowie tylko wiedzą, ile bym dał, aby być teraz na twoim miejscu.
– Nie znajdziesz tak szybko ukojenia w śmierci, panie. Twoje życie nie należy już... do ciebie. – Ariduian mówił w pośpiechu z wielkim wysiłkiem, przełykając krew i obawiając się, że nie zdąży powiedzieć wszystkiego. Sięgnął dłonią do rękojeści swojego miecza. – Proszę cię, panie, zatrzymaj go. Zamknąłeś w nim coś, co kiedyś, w dalekiej przyszłości może do ciebie wróci...
– Przechowam go, Ariduianie, aby kiedyś ci go oddać. – Númenorejczyk widział twarz przyjaciela przez łzy, które miały być ostatnimi, jakie uronił i których nikt poza jego mistrzem nie ujrzał.
– Nie mi... nie... – Ariduian po raz ostatni spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął. Zaczerpnął tchu, jakby jeszcze chciał coś powiedzieć, ale jego oczy zaszły mgłą, a głowa zaciążyła w dłoniach przyjaciela.

Niebo przeszyła błyskawica, a w ślad za nią rozległ się grzmot. Wśród stojących wokół wojowników panowała jednak cisza. Númenorejczyk pomału podniósł się z kolan i podszedł do zabójcy Ariduiana, który unieruchomiony w żelaznym chwycie dwóch zbrojnych klęczał pochylony, z boleśnie wykręconymi ramionami. Władca stanął przed nim i mocnym szarpnięciem za włosy zmusił go do spojrzenia na siebie.
– Mów. Wszystko – powiedział cicho.
Na widok bezlitosnego spojrzenia oczu, które rozbłysły zimnym blaskiem oraz surowej, bladej twarzy Númenorejczyka zabójca skulił się ze strachu. Szczególnie, że zdał sobie sprawę z tego, co jeszcze dodatkowo go przeraziło. W przeciwieństwie do wszystkich wojowników, z których pot ściekał strumieniami w parnym powietrzu, twarz númenorejskiego władcy była całkowicie sucha.

– Kazano mi, p... panie – wykrztusił.
– Kto? On? – Władca wskazał na jego dowódcę, przyciśniętego do ziemi drzewcem włóczni.
– On... i jeszcze ten drugi, co przybył z daleka... Daruj panie, nie wiem, kim był! – Zabójca jeszcze bardziej pobladł ze strachu.
– Jak wyglądał? – spytał Númenorejczyk, choć z niepokojem uświadomił sobie, że zna odpowiedź.
– Wysoki... z długimi włosami, jakby były ze srebra. Panie, zabiją mnie! – W głosie człowieka dało się wyczuć strach, który go paraliżował od środka.
– Takimi? – Władca przysunął mu przed oczy głownię wykutego przez siebie miecza.
– Tak... – Zabójca wpatrywał się jak zahipnotyzowany w świecące srebrzysto-niebieskawym blaskiem warstewki mithrilu.

Númenorejczyk puścił go i podszedł do pojmanego dowódcy, który na jego widok zaczął się trząść ze strachu.
– Wstań. – Dowódca posłusznie podniósł się na kolana i stanął z wbitym w ziemię spojrzeniem. – Czy nazywał się Annatar?
– Tak się przedstawił, panie.

Nikt nie dostrzegł cienia bólu oczach Númenorejczyka. Zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Wpatrywał się w milczeniu w jeńców. Powinienem ich zabić, pomyślał. Pragnienie zemsty tak go przez chwilę opanowało, że jego dłonie same zacisnęły się na rękojeści miecza. Im dłużej patrzył w przerażone twarze wrogów, tym wyraźniej widział, jacy są słabi i mali w porównaniu z jego potęgą. I z nim samym.

Gdyby Annatar nie przybył do ich kraju, nigdy nie stanęliby do wojny ze mną – czy mam prawo pozbawić ich życia? Jednak część jego duszy, która nagle zaczęła coraz wyraźniej dawać o sobie znać, jeszcze raz pragnęła ujrzeć ich przerażenie.
– Obaj pójdziecie ze mną. A ty – zwrócił się do pojmanego dowódcy – wydasz swoim ludziom rozkaz powrotu. Niech się nie ważą po raz drugi postawić stopę na tej ziemi. Z tobą, Annatarze, też się jeszcze policzę – dodał w myślach. Nie był pewien, czy mu się tylko zdawało, czy rzeczywiście usłyszał w myślach daleki, szyderczy śmiech.

Rzęsisty deszcz, który się rozpadał, zmył przelaną krew oraz ostatnie łzy Númenorejczyka.

Dwa dni później stał samotnie na równinie obok twierdzy przy kurhanie, w którym spoczął Ariduian wraz z pozostałymi poległymi w bitwie. Wpatrywał się w porastające podnóża kurhanu niskie, kolczaste zarośla.
– Obyś zaznał spokoju i szczęścia tam, gdzie teraz jesteś, przyjacielu – powiedział cicho, a słowa te porwał w dal silny wschodni wiatr. Wydało mu się, że wraz z nimi opuściło go jeszcze coś, nie potrafił jednak tego w tym momencie określić.

Był późny wieczór, gdy wrócił do swojej komnaty. Przez resztę nocy pochłonięty był studiowaniem i uzupełnianiem własnych zapisków i notatek. Nie był jednak w stanie odpędzić myśli, które natrętnie go opanowały. Choć największym jego pragnieniem był widok Annatara, pokonanego orężem, który przez tyle lat nosił przy swoim boku Ariduian, to coraz bardziej jego myślom narzucała się wizja jakiejkolwiek walki, w której mógłby widzieć strach w oczach przeciwnika. Z przerażeniem zrozumiał, że wraz z Ariduianem umarła jego własna, dotąd niepokonana wola bycia człowiekiem.

Pragnienie walki nasilało się każdej bezsennej nocy, aż w końcu, w niebieskawym świetle księżyca Númenorejczyk stanął naprzeciw dwóch jeńców pojmanych po śmierci Ariduiana.
– Możecie sobie wywalczyć teraz wolność. – Jego miecz zalśnił w księżycowej poświacie.

Chwilę później dziedziniec rozbrzmiewał szczękiem oręża. Obaj przeciwnicy próbowali zajść Númenorejczyka z dwóch stron i jednocześnie go zaatakować. On jednak zdawał się przewidywać ich zamiary. Bez śladu zmęczenia odpierał ich kolejne ataki, coraz wyraźniej słysząc ich ciężki oddech i czując słabnącą siłę uderzeń.

W końcu jeden z nich, ten, który zabił Ariduiana, opuścił miecz w poczuciu kompletnej bezsilności i w tym momencie ujrzał przed oczami błysk ostrza. Zatrzymało się tuż przed jego twarzą.
– Walcz. – Zimny głos Númenorejczyka rozległ się głucho wśród murów okalających dziedziniec.
– Nie... mam... sił... – Mężczyzna osunął się na kolana i padł na twarz, wyczerpany.

Drugi z przeciwników, drżąc ze zmęczenia i strachu, rozpaczliwie próbował zbijać uderzenia, jakimi zasypał go Númenorejczyk. Widział zimny ogień w jego oczach i wiedział, że reszta jego życia zmieści się maksymalnie w kilku dźwiękach, jakie wydawały zderzające się ze sobą miecze. Udało mu się doliczyć do czterech. Piąte uderzenie rozbłysło oślepiającym błyskiem bólu, po którym nastąpił upragniony koniec.

Númenorejczyk podszedł do leżącego, półprzytomnego zabójcy Ariduiana. Szarpnięciem za ramię odwrócił go na plecy i zmusił do spojrzenia na siebie. Nie wypowiedział ani słowa, wpatrując się w pobladłą twarz przeciwnika i wyobrażając sobie, że już niedługo z takim samym strachem w oczach będzie na niego patrzeć Annatar. Po czasie, który dla niego był jedynie chwilą, a dla przerażonego przeciwnika wiecznością, mocnym chwytem złapał jego głowę i szybkim ruchem wykręcił w bok. Na jego twarzy zagościł zimny uśmiech, gdy usłyszał trzask pękającego kręgosłupa.

***


Odwrócił się od okna. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza i przyjrzał się głowni, której czysty, srebrzysty błękit dobrze pamiętał i podziwiał kiedyś, przed wielu laty. Przycisnął miecz do piersi, jakby szukając tej odrobiny ciepła ze wspomnień, które zrosły się tą bronią na stałe. Spojrzał na stół, zawalony księgami i pergaminami, które w samotności studiował przez ostatnie lata. Wziął grubą, gęsto zapisaną księgę, w której przez swoje długie życie spisywał wszystkie odkrycia, jakich dokonał oraz wiedzę, jaką posiadł.

Udał się do zbrojowni, aby na czarną przeszywanicę założyć własnoręcznie wykutą zbroję. Gdy przestraszony pomocnik zbrojmistrza zapinał mu kirys, doszedł do wniosku, że tak naprawdę bez zbroi pozbawiony jest części samego siebie. Czuł również, że okrywająca go stal zmniejsza uczucie ogarniającego go od środka zimna. Przypominała o radości, która zawsze ogarniała go w trakcie walki i koiła ból zbyt długiego trwania na tym świecie. Spojrzał na opancerzone dłonie i westchnął z ulgą, że nie widzi ich nagich, kościstych i bladych, od dawna pozbawionych ciepła.

Chcąc się jak najbardziej wtopić w nocną ciemność, założył obszerny, czarny płaszcz z kapturem. Zabrawszy księgę oraz kilka niezbędnych drobiazgów, udał się do stajni. Spojrzał na młodego chłopaka, który pomagał mu założyć zbroję.
– Zostań w spokoju i ciesz się swoim losem. Wielkie szczęście cię spotkało, że nie otrzymałeś daru, który miałby ci to szczęście przynieść – rzekł, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Dziękuję ci za pomoc – dodał, po czym dosiadł wierzchowca, opuścił stajnię i zniknął w ciemności późnego wieczoru.

Chłopak jeszcze długo patrzył za nim i długo czuł na ramieniu chłód, jaki pozostał po uścisku ręki Númenorejczyka. Po policzku spłynęła mu słona łza.
Gdy odziany w stal i czerń Númenorejczyk wyjechał poza teren twierdzy oraz miasta, obejrzał się i ze smutkiem, w milczeniu pożegnał pogrążone w mroku mury, które dzięki niemu stały się jedną z najpiękniejszych budowli w tej części Śródziemia.

Miał świadomość, że już nigdy ich nie ujrzy. Wiedział też, że podąża na spotkanie losu, który musi się dopełnić. Chciał jednak stawić mu czoła.
Rozdzia?? 5 - Ciemno??? i pojedynek autor: ZairUgruNad
Rozdział V - Ciemność i pojedynek


Nad położoną w dolinie osadą zaczął zapadać zmrok. Coraz chłodniejsze i krótsze dni zwiastowały rychłe nadejście jesieni. Czternastoletni Maelduin odłożył topór i ocierając pot z czoła spojrzał na piętrzący się stos porąbanego na drobne szczapy drewna. Na młodzieńczej twarzy rysował się smutek i powaga. Chłopiec nie był bowiem pewien, czy przeżyje wraz z rodziną najbliższą zimę. Tegoroczne zbiory zboża były wyjątkowo ubogie, bowiem susze na przemian z nawałnicami zniszczyły sporą część upraw. Krążyły pogłoski, że dzieje się tak za przyczyną potęgi władcy Czarnego Kraju.

Maelduin westchnął. Tęsknił do zabawy i radości. Tych jednak nie było w osadzie, w której mieszkał. Dojrzewał w atmosferze ciągłej troski o każdy następny dzień, a troska ta wraz ze smutkiem trwale wyryła się w jego spojrzeniu.

Spojrzał na drogę niknącą w mglistym i coraz gęstszym mroku. Już miał się odwrócić i pójść do domu, gdy w pewnym momencie wydało mu się, że w wieczornej ciszy słychać odgłos końskich kopyt. Zdziwił się, bowiem o tej porze nikt nie podróżował drogą, która dalej przez smutne pustkowia ciągnęła się na południowy zachód. Droga ta prowadziła prosto do kraju, którego złowroga nazwa – Mordor, wymawiana była szeptem i ze strachem.

Nie mylił się jednak. Odgłos kopyt był coraz głośniejszy, a niepokój w duszy Maelduina silniej niż zwykle dał znać o sobie, coś jednak kazało mu stać przy drodze i zaczekać, aż niespodziewany przybysz wyłoni się z mgły. Po chwili na szarym tle zmierzchu zamajaczyła sylwetka idącego stępa konia wraz z jeźdźcem. Gdy odległość jeszcze bardziej zmalała, Maelduin spostrzegł, że jeździec odznacza się wyjątkowo wysokim wzrostem i jest w pełni uzbrojony – spod obszernego czarnego płaszcza przebłyskiwała tu i ówdzie wypolerowana stal. Nie potrafił stwierdzić dlaczego, ale nie ruszył się z miejsca – stał jak skamieniały. Gdy jeździec zatrzymał się i, odrzuciwszy z głowy kaptur, spojrzał na niego, Maelduin poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Nie był jednak pewien, czy ze strachu, czy też dlatego, że nigdy wcześniej nie widział takiej twarzy.

Nieznajomy nie nosił hełmu, a długie, gęste włosy koloru takiego samego jak stal, którą był okryty, przewiązane miał czarno-srebrną przepaską. Twarz o niezwykle regularnych i surowych rysach była blada, jakby uszły z niej wszelkie oznaki życia. Sprawiała wrażenie nieskończenie zimnej, a jednocześnie niemalże doskonałej, jakby wyrzeźbiono ją z najszlachetniejszego marmuru. Jednak tym, co najbardziej zwróciło uwagę Maelduina, były oczy nieznajomego. Ciemnoszare, przeszywające, wyzierał z nich jakiś odległy, niemal starożytny smutek i ból. To nie było zwykłe spojrzenie człowieka w podeszłym wieku, pełne mądrości i życiowych doświadczeń, ale kogoś, kto widział znacznie więcej. A Maelduin, patrząc w te niezwykłe oczy był pewien, że jego własne myśli nie są dla jeźdźca tajemnicą. Zacisnął dłonie w pięści, próbując opanować ich drżenie.

– Dokąd jedziesz, panie? – spytał, starając się nadać swemu głosowi jak najbardziej naturalne brzmienie. – Ta droga prowadzi tylko na bezludne pustkowia.
– A dalej? Dokąd? – Maelduin poczuł na plecach zimny dreszcz, słysząc głos nieznajomego. Spokojny, głęboki, a jednocześnie władczy – do tego stopnia, że zapragnął klęknąć przed nim.
– Dalej? Do kraju, gdzie każdego spotyka zguba. – Maelduin nie wiedział, kiedy to powiedział. I nie wiedział, kiedy opadł na kolana. – Panie, nie jedź tam, proszę. Zostań z nami. Bardzo potrzebujemy kogoś takiego, jak ty... – dodał bezradnie, jak gdyby szukając w nieznajomym ostatniego ratunku i wyczuwając w nim siłę, z jaką nigdy wcześniej się nie zetknął i w której teraz rozpaczliwie szukał oparcia.

Przybysz zsiadł z konia i podszedł do klęczącego przed nim chłopca. Maelduin spuścił głowę.
– Nie mogę. Moja droga prowadzi właśnie tam. – Dłoń przybysza spoczęła na ramieniu Maelduina, po czym delikatnie przesunęła się po jego policzku i ujęła go pod brodą, zmuszając by podniósł wzrok. Chłopak zadrżał pod zimnym dotykiem.
– Kim jesteś, panie? – spytał nieśmiało, wpatrując się w jego oczy, w których widział jednocześnie ból, smutek, desperację, wolę walki i świadomość nieuchronnego wyroku losu.
– Kim jestem? To już nie ma znaczenia. Ty za to jesteś człowiekiem i pozostań nim, a odniesiesz swoje zwycięstwo bez względu na to, czy przeżyjesz najbliższą zimę. – Zimne, opancerzone palce nieznajomego dotknęły czoła i zanurzyły się w zmierzwionych włosach Maelduina, jak gdyby przybysz chciał zapamiętać jak najwięcej z tego, jak wygląda człowiek.

Chłopiec raz jeszcze spojrzał w przenikliwe oczy nieznajomego, a serce przepełnił mu żal, bowiem poczuł, że dla tego człowieka nie ma innej drogi niż ta, którą podąża.

***


– Żegnaj. – Blada twarz nieznajomego wykrzywiła się w grymasie bólu. Odwrócił się, dosiadł konia i odjechał, znikając w ciemności. Po chwili ucichł odgłos kopyt.

Ucichł również wiatr, a Maelduin poczuł, jak na twarzy osiadają mu drobniutkie kropelki mgły. Patrzył długo za nieznajomym, ten jednak nigdy już nie wrócił w te strony.

***


Jechał pomału przez lekko pofalowany, bezleśny teren, gęsto porośnięty trawami i kępami ostrokrzewu. Na południowo-zachodnim horyzoncie ciemniał łańcuch górski. Z każdą przebytą milą rósł, aż Númenorejczyk ujrzał, że nie jest to pojedynczy grzbiet, ale połączone ze sobą dwa pasma górskie, wypiętrzone ku pochmurnemu niebu. Jedno z nich ciągnęło się ku zachodowi, a drugie odchodziło od niego i ostrym łukiem wyginało się ku południu. Oba grzbiety wyglądały jak najeżony ostrymi graniami i niedostępnymi skalistymi szczytami mur, broniący dostępu do... Númenorejczyk poczuł, jakby cały świat zamykał się tylko do tego jednego, otoczonego skalistymi grzbietami kraju. Wyraźniej niż wcześniej widział przed sobą drogę, która wiodła prosto do niego – zapraszała, aby postawić na niej kolejny krok. Wydawało mu się również, że pierścień obejmuje mu palec mocniej niż kiedykolwiek przedtem.

Od wielu dziesiątek lat nie potrzebował już snu. Kiedy jednak od czasu do czasu leżał z zamkniętymi oczami, widział niezwykle wyraźnie wszystko, co odeszło w przeszłość. Wspomnienia wydarzeń i przyjaciół. Widział swoich wojowników, Ariduiana ćwiczącego z nimi na dziedzińcu, ale nikt z nich nie widział jego. On sam stał z boku, a niewidzialna bariera nie pozwalała wyciągnąć ręki, dotknąć, ani poczuć ciepła słońca czy kropli deszczu na twarzy. Nieraz był w swojej kuźni, nie był jednak w stanie sięgnąć po młot, choć wszystkie narzędzia znajdowały się w zasięgu rąk.

Dałem ci siłę i potęgę. Uczynię cię jeszcze potężniejszym, kiedy do mnie przybędziesz. A przybędziesz, prędzej czy później. – Słowa te przebijały się co jakiś czas przez ciągle wyraziste i żywe wspomnienia utraconego człowieczeństwa.

Przybędziesz. I dowiesz się, kim naprawdę jesteś. I kim będziesz.

Usłyszał je znacznie silniej wtedy, kiedy poczuł pod palcami ciepło twarzy młodego mieszkańca jednej z ostatnich osad graniczących z pustkowiami i bezimiennymi stepami otaczającymi cel jego wędrówki. Wtedy też przez tą krótką chwilę zapragnął, aby człowiek również wyciągnął do niego dłoń. Poczuł również rozsadzający go od środka ból, kiedy tamten to uczynił, a on, pomimo tego bólu, objął go i przez dłuższą chwilę trzymał w ramionach. Tak, jakby przeczuwał, że czyni ten gest po raz ostatni.

Nie ostatni... – usłyszał gdzieś daleko głos Ariduiana. Głos urwał się jednak szybko, zagłuszony przez ten, który znacznie częściej gościł mu w myślach.

Przybędziesz i uwolnisz się od wszystkiego, co przynosi ci ból. Przybędziesz. Znasz drogę. Już od dawna nią podążasz.

Nie wiedział, czy to, co się działo, było teraźniejszością czy przeszłością. Wydawało mu się, że cały świat ogarnęła nieskończona noc, ciemna i bezksiężycowa. Widział tylko drogę przed sobą. Miał wrażenie, że gdzieś w otaczającej go ciemności słyszy głos Ariduiana. Obejrzał się i ujrzał go, stojącego samotnie, jakby w mroku korytarza twierdzy, która niegdyś była jego domem. Widok był tak realny, że wyciągnął rękę, pragnąc uściskać przyjaciela i w tym samym momencie sylwetka Ariduiana znikła, a zamiast niej pojawiła się postać najemnika leżącego ze skręconym karkiem na brukowanym, kamienistym dziedzińcu. Zdjęty przerażeniem, pogonił konia do galopu mając nadzieję, że pęd powietrza zamaże ukazujące się obrazy. Na próżno. Po chwili przed oczami pojawił się znajomy widok osady, którą mijał niedawno. Resztki domów trawił ogień, a ciała nielicznych mieszkańców leżały zapomniane na zawsze. Wstrzymał konia i zsiadł z niego, ale w tym momencie obraz rozpłynął się w ciemności. Númenorejczyk stał przez dłuższą chwilę, próbując przeniknąć ją wzrokiem. Raczej odruchowo niż w konkretnym celu sięgnął po miecz i przyjrzał się uważnie wypolerowanemu ostrzu, lśniącemu zimną poświatą i nie rozświetlającemu otaczającego go mroku.

I gdy tak się wpatrywał w miecz, wydało mu się, że na gładkiej powierzchni stali tańczy malutki ognik, jakby odbity płomień. Odwrócił się i uświadomił sobie, że stoi na jałowej, suchej ziemi, a w oddali widzi dogasające ognisko. Zapragnął tam pobiec. Poczuł nagle, że jest tam potrzebny, nie mógł jednak zrobić ani kroku, a wszechobecna i zniewalająca go cały czas siła nakazała mu schować miecz.

Póki ja jestem, twój miecz będzie służyć mnie. I dzięki mnie wzrośnie w siłę. Przybędziesz, aby mi się pokłonić.

– Nieee!!! – Z gardła Númenorejczyka wydobył się krzyk sprzeciwu. – To ty mi się pokłonisz!!! – rzucone w akcie ostatniego buntu słowa odbiły się od piętrzących się ze wszystkich stron skał.

Ciemność ustąpiła, nadal jednak panował półmrok.

I wtedy dotarło do niego, gdzie się znajduje. Stał przed wysoką bramą z litego żelaza, wkomponowaną w skalną ścianę tak, że wydawała się być jej naturalną częścią. Jednocześnie wyglądała, jakby wykuły i umieściły ją tutaj ręce niewyobrażalnie silnych olbrzymów z jakiegoś zapomnianego, potwornego świata. Pokryta była miejscami ciemnymi plamami rdzy, które wydały się Númenorejczykowi płatami zaschniętej krwi. Dalej, za bramą majaczyły kształty ogromnej, złowrogiej twierdzy, której najwyższe wieże ginęły w ciemnych, niskich chmurach spowijających niebo.

Mordor, zadźwięczało mu w głowie.
I brama do zapomnianego świata.

Ciszę, jaka nastąpiła, gdy przebrzmiało echo słów rzuconych przez Númenorejczyka, przerwał nagle głęboki dźwięk werbli i bębnów. Pod nogami poczuł drżenie ziemi, a wokoło rozległ się dźwięk, jakby głęboko pod powierzchnią ziemi przetaczał się grzmot. Jedno skrzydło bramy drgnęło, choć Númenorejczyk nie dostrzegł, czyimi siłami je otwierano.

I wtedy zobaczył jego.

Zamiast podróżnego, zniszczonego ubioru, Annatar miał na sobie czarną zbroję. W miejsce drewnianego kija trzymał w ręku długi, błyszczący miecz. Nie miał hełmu. Te same, długie włosy barwy mithrilu swobodnie opadały na opancerzone ramiona i plecy. Númenorejczyk uświadomił sobie, że nie ma przed sobą człowieka ani elfa, ale kogoś znacznie potężniejszego.

I oczy.

To już nie było spojrzenie mędrca, przepełnione smutkiem i troską. To były oczy jedynego i najwyższego władcy Śródziemia. Władcy, który nigdy nie ścierpi ani rywala, ani nawet jednej niezależnej i wolnej myśli, który jest pewien swojego zwycięstwa.

I ta właśnie pewność zwycięstwa przebijała przez uśmiech, jaki pojawił się na twarzy Annatara na widok Númenorejczyka. Stojący przed bramą człowiek nie mógł tego wiedzieć, ale taki sam uśmiech ujrzał dawno temu Celebrimbor w ostatnich chwilach swojego życia.
– Cieszę się, że się znowu spotykamy, dostojny panie, choć nie ukrywam, że się zacząłem trochę niecierpliwić. Chciałbym jednak odwzajemnić twoją niegdysiejszą gościnę, gdy zdrożony długą wędrówką szukałem schronienia. Pójdź ze mną, panie, a porozmawiamy przy winie o wielu sprawach, które zapewne cię interesują.
– Nie. – Númenorejczyk wypowiedział to jedno słowo głosem twardym jak stal i równie zimnym.
– Nie? – W głosie Annatara zabrzmiało zdziwienie. – Szkoda. Miałem wielką nadzieję, że dasz mi szansę, aby się odwdzięczyć. Chciałem również puścić w zapomnienie ten sztylet, którym mi wtedy groziłeś.
– Jesteś mistrzem słowa, Annatarze. Czy równie mistrzowsko władasz mieczem?
– Rzucasz mi wyzwanie?
– Za Ariduiana.

Uśmiech zastygł na twarzy Annatara, gdy padło imię szermierza. Przez chwilę obaj w milczeniu mierzyli się wzrokiem.
– Co zrobisz, jeśli mnie pokonasz? Wiedz, że czy tego chcesz, czy nie, twoje istnienie zależy całkowicie ode mnie. Jesteś przekonany, że przybyłeś tutaj, aby pomścić przyjaciela? Nie. Przybyłeś z mojej woli. To ja cię tutaj wezwałem. I długo czekałem, aż twój mistrz przestanie mieć na ciebie wpływ.

O ile oczy Númenorejczyka były przedtem zimne jak stal, teraz stały się lodowate. Jego dłoń sama powędrowała do rękojeści miecza. Uderzenie wyprowadzone z szybkością błyskawicy przecięłoby na pół każdego. Ale nie Annatara. Ten równie szybko się zasłonił, jakby obrona przed morderczym atakiem nie sprawiła mu najmniejszego problemu.

Tak było jednak tylko na początku. Númenorejczyk nie czekał, aż Annatar zdobędzie przewagę, ale ciągłymi atakami zmuszał go do cofania się w kierunku litej żelaznej ściany bramy. Niemniej jednak był zaskoczony, bowiem jeszcze żaden z przeciwników nie wytrzymał z nim tak długiej walki. Szczęk stali rozdzierał ciszę ponurego pustkowia, a urwiste ściany skał stały niewzruszenie niczym milczący świadkowie walki człowieka z Majarem.

Annatar był niezwykle szybki i silny, jednak pomimo usilnych starań nie udało mu się przełamać ataków Númenorejskiego władcy, którego miecz już pozostawił kilka głębokich rys na czarnej zbroi. Númenorejczyk spostrzegł, jak w oczach przeciwnika zdziwienie ustępuje miejsca irytacji. Przy kolejnym ataku zaskoczył Annatara, skracając znacznie dystans, a mocnym wejściem i ściągnięciem w dół jego rąk wytrącił go z równowagi. Wkładając całą siłę ramienia i barku i zacisnąwszy dłoń na rękojeści miecza, uderzył głowicą prosto w nieosłoniętą twarz.

Annatar upadł na kolana. Z rozbitej twarzy pociekła krew, obficie plamiąc suchą i jałową szarą ziemię. Krew tak prawdziwa i... tak ludzka.
– Widzisz, Annatarze – powiedział wolno Númenorejczyk stojąc nad pokonanym przeciwnikiem. – To zasługa twojego daru. Czyżbyś nie przewidział tego, że pod jego wpływem siła śmiertelnika może przerosnąć nawet twoją? Cokolwiek chciałeś osiągnąć, twój plan okazał się klęską.

Annatar zastygł w bezruchu, na kolanach. Twarz miał ukrytą w dłoniach.

– Przypomnę ci, że przybyłem tutaj, aby pomścić mojego przyjaciela i mistrza. – Mówiąc to, Númenorejczyk podniósł miecz, aby zadać ostatnie uderzenie. – I jeśli prawdą jest, że moje życie skończy się wraz z twoim, to z radością odejdę, bo dość mam już udręki na tym świecie. A radość moja będzie tym większa, że zapamiętam, jak mi się pokłoniłeś.

Już miał uderzyć, gdy Annatar nagle się podniósł i żelaznym chwytem zablokował ręce Númenorejczyka. Ten najpierw próbował je wyrwać, ale po chwili znieruchomiał ze zdumienia. Bowiem na twarzy Annatara nie było widać śladu po uderzeniu głowicą. Krwawiąca obficie rana znikła, a na pięknym i władczym obliczu zagościł znowu uśmiech. Uśmiech zwycięstwa. Tylko gdzieś głęboko w spojrzeniu kryła się wściekłość z powodu poniżenia, jakie go spotkało. On, jedyny i najwyższy władca ludzi, klęczał przed człowiekiem, pokonany jego orężem.
– Wiedziałem, że rzucisz mi wyzwanie. Muszę cię rozczarować. Poniosłeś klęskę. Pójdziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie, i zostaniesz moim sługą na wieczność.

Mówiąc to, patrzył prosto w twarz swojego przeciwnika. Númenorejczyk widział teraz przed sobą czerwone, pełne ognia źrenice, przewiercające go boleśnie na wylot.

Czerwone.

Po raz pierwszy od wielu setek lat ujrzał zapomniane dawno barwy. I tylko w oczach Annatara.

Spojrzenie Annatara hipnotyzowało. Przed oczami zaczęły mu przebiegać szczegóły z życia, jednak wyszydzone i napiętnowane pogardą. Númenorejczyk szarpnął się mocno, próbując się uwolnić od trawiącego go ognistego wzroku. Czuł, jak wola jego przeciwnika bez najmniejszego problemu pokonuje resztki jego oporu, jak dociera do najgłębszych zakamarków jego umysłu i duszy. Im silniej próbował się opierać, tym boleśniej wdzierała się w jego myśli i pragnienia, bezlitośnie się nimi bawiąc i pozostawiając je wykrzywione i wyszydzone do tego stopnia, że Númenorejczyka zaczęła ogarniać coraz większa nienawiść do samego siebie. Ból stał się nie do zniesienia, zdawał się trwać wiecznie, przenikając całe jego pozbawione ciepła ciało.

Czuł jak ogarnia go beznadzieja i rozpacz, a wola jego przeciwnika sięga do samego jej dna.

To dopiero początek. Przekuję twą duszę wedle mojej woli. Każda twoja myśl będzie mieć we mnie swój początek i koniec.

Númenorejczyk zadrżał, uświadamiając sobie, kim się stał. Ariduianie, mistrzu mój, gdzie jesteś??? – rozpaczliwe wołanie o pomoc zdominowało na chwilę umysł Númenorejczyka. Wydało mu się, że przez otaczającą go gęstą mgłę dostrzega sylwetkę przyjaciela, jak ze skupieniem na twarzy i z uniesionym mieczem staje do treningowego pojedynku. Ten znajomy i zarazem upragniony widok sprawił, że człowiek resztkami sił i z wielkim wysiłkiem zamknął swe myśli przed wrogiem. Zadrżał jednak ponownie, gdy poczuł, jak wola Annatara próbuje dotknąć jego wspomnień ze spotkania z Maelduinem i brutalnie usiłuje wyszydzić ostatnie iskierki człowieczeństwa. Nie. Nie. Nie dostanie tego. Númenorejczyk poczuł, jak na chwilę wola Annatara osłabła, a w jego ognistych oczach zagościł wyraz zdumienia. Nie przewidział bowiem oporu ze strony człowieka w tym momencie. Númenorejczyk momentalnie wykorzystał odzyskaną na chwilę siłę i nadludzkim wysiłkiem spróbował uwolnić się z miażdżącego mu ramiona chwytu. Udało mu się wyswobodzić jedną rękę. Zacisnął ją w pięść i w akcie ostatniej desperackiej woli walki uderzył, celując prosto w znienawidzone oczy.

Trafił jednak w pustkę, albowiem Annatar błyskawicznym ruchem zdążył odchylić głowę w bok. Jego oczy rozbłysły jeszcze silniejszym ogniem i pojawiła się w nich niehamowana już wściekłość. Złapał Númenorejczyka stalowym chwytem za gardło i z całej siły pchnął na ścianę. Odrzucił miecz, ściągnął rękawicę i przysunął zaciśniętą pięść przed oczy przeciwnika, który ujrzał na palcu Annatara złoty pierścień. Człowiek wpatrywał się w niego, niezdolny uczynić najmniejszego nawet ruchu. Świat wokół pociemniał. W panującym mroku oczy Annatara płonęły niczym ogień wprost z najgłębszych otchłani ziemi. Pierścień również zapłonął własnym ogniem, a wypełniające go płomienie układały się w regularne znaki tengwaru, idealne w każdym swoim szczególe. Migotały i przyciągały wzrok Númenorejczyka z nieodpartą siłą.

Ash nazg durbatuluk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatuluk agh burzum-ishi krimpatul.

Człowiek padł na kolana.

Potężny i głęboki głos Annatara przebrzmiał wśród otaczającej, coraz gęstszej ciemności, lecz jego echo Númenorejski władca słyszał jeszcze długo. Słyszał, gdy na wpół przytomny, wyczerpany i zwyciężony przekraczał żelazną bramę. Słyszał, gdy wstąpił w cień twierdzy, której ogrom wydawał się przesłaniać cały świat. Słyszał przez najbliższe stulecia.

***


...agh burzum-ishi krimpatul. Ostatnim słowom zaklęcia towarzyszył wstrząs ziemi oraz głuchy grzmot zatrzaskiwanej bramy Barad-dûr.
Epilog autor: ZairUgruNad
Notatka autora:
Tak oto Opowie?? zosta?a spisana, chocia? nadal trwa, tak, jak trwa w nas ?rdziemie :)

Epilog


IV Era

W niewielkim pomieszczeniu, skąpo oświetlonym kilkoma świecami panowała cisza. Zakłócał ją jedynie chrobot piszącego pióra oraz dobiegający zza okna monotonny szum potoku. Przy stole, zawalonym stosami pergaminów, siedziała pogrążona w pisaniu młoda, ciemnowłosa kobieta.

Płomień stojącej najbliżej świecy skurczył się i zaczął drgać. Kobieta przerwała pisanie i wstała, aby wymienić świecę na nową. Zanim wróciła do stołu, przystanęła przy oknie i popatrzyła na szumiący potok, który wytrwale toczył swe wody do Anduiny. Zza grzbietu gór wyłonił się pomału sierp księżyca. Jego srebrzysta poświata, złagodzona przez delikatną mgłę, oświetliła niewielki wodospad oraz znajdujący się przy nim duży kamień, uformowany przez przyrodę tak, że stanowił wygodne miejsce do odpoczynku.

Przez dłuższą chwilę zapatrzyła się w mglisty pejzaż wdychając wilgotne, chłodne powietrze. Uśmiechnęła się i wróciła do stołu, zawalonego papierami. Kiedy ja to uporządkuję? – pomyślała, pocierając przecinającą czoło cienką bliznę. Od tamtej pamiętnej walki minęły już prawie dwa lata, a mimo to czuła czasami dotkliwe swędzenie w miejscu, którego sięgnął miecz napastnika.

Otrząsnęła się z nieprzyjemnego dreszczu na wracające co jakiś czas wspomnienie tamtego wieczoru. Za kilka dni czekała ją podróż do Minas Tirith i chciała zabrać przepisane i uporządkowane zapiski. Sporządzane były w pośpiechu, w skąpym świetle ogniska, z obawy, aby nie uronić żadnego szczegółu, drżącą ręką, chwilę wcześniej trzymającą jeszcze miecz. Popatrzyła krytycznym wzrokiem na własne, kanciaste i krzywe pismo i pogrążyła w dalszej pracy.

***


Minas Tirith

Pochmurny, deszczowy dzień pomału dobiegał końca i nad okolicą zapadał wczesny zmierzch. Brandor, który akurat pełnił straż przy Bramie, ziewnął i z ulgą pomyślał o zbliżającym się końcu służby. Marzył teraz jedynie o tym, aby ściągnąć z siebie ciężką kolczugę i przemoczoną przeszywanicę i zaszyć się w ciepłej izbie z kubkiem grzanego wina w dłoni. Wilgoć wciskała się wszędzie lodowatym zimnem i żadna, nawet najcieplejsza odzież nie była w stanie przed nią ochronić. Miasto się wyludniło, mieszkańcy pochowali się w domach. Opustoszały również drogi prowadzące do Minas Tirith. Nic dziwnego, pomyślał Brandor. Trzeba być wyjątkowo zdeterminowanym, aby w taką pogodę podróżować. Spojrzał przed siebie na błotnisty gościniec. O, właśnie takim, jak ten ktoś, dodał w myślach, widząc zbliżającą się z oddali sylwetkę jeźdźca. Gdy przybysz zbliżył się, Brandor wydał z siebie mimowolnie westchnienie graniczące z jękiem.

O nie, to znowu ona...

Pojawiła się jakieś trzy miesiące temu na niewielkim dziedzińcu służącym za plac do ćwiczeń walki mieczem. Przyprowadził ją Eldacil, który zajmował się szkoleniem jednostki, w której służył Brandor. Siwowłosy szermierz słynął z tego, że po treningach z nim ciężko było wyjść o własnych siłach. A myśmy, głupcy myśleli, że mieliśmy ciężko – Brandor skrzywił się na wspomnienie tamtego dnia, kiedy nie był już w stanie unieść miecza do góry, aby się zasłonić przed szybkim uderzeniem wysokiej, szczupłej dziewczyny. Kiedy ledwo, na miękkich z wysiłku nogach, doszedł do swojej komnaty, nie był w stanie nawet ściągnąć z siebie kolczugi. Hańba, pomyślał. A ona... otarła z czoła pot i zwyczajnie poszła sobie do stajni po wierzchowca, pożegnawszy się uprzejmie z Eldacilem.

Od tamtej pory, zamiast spędzać wieczory w kantynie i przekrzykiwać się nad stołem zastawionym kuflami z piwem, ćwiczyli. Nie mieli innego wyjścia. A Eldacil tylko się uśmiechał z satysfakcją i tajemniczym wyrazem twarzy.

– Witaj Brandorze, widzę, że na ciebie spadł dziś przykry obowiązek służby. – Jej głos przerwał mu ponure rozmyślania. Spojrzał na nią. Pomimo deszczu nie miała na głowie kaptura płaszcza, najwyraźniej nie przejmując się pogodą.
– Witaj... Co cię sprowadza do Minas Tirith? – W jego pytaniu aż nadto wyraźna była niepewność, a w oczach niechęć.
– Tym razem nie treningi z wami. – Przybyszka uśmiechnęła się lekko, jakby czytając w jego myślach. – Przyjechałam, aby się spotkać z tutejszym głównym bibliotekarzem.
– Bibliotekarzem??? – Brandor nie był w stanie ukryć zdziwienia.
– Tak. Mam do niego sprawę. Bardzo ważną. Czy to takie niezwykłe?
– Nie, skądże... Wiele osób odwiedza bibliotekę, sam również zaglądam tam od czasu do czasu. – Brandor zmieszał się, bo zrozumiał, że tak naprawdę szuka nieudolnie sposobu na nawiązanie z nią rozmowy. Uświadomił sobie, że nie wie o niej praktycznie nic, poza mało mówiącymi pogłoskami, że współpracuje z badaczami historii i kronikarzami oraz że zdemaskowała jakiegoś bogacza z Pelargiru, który wywoził do południowych krajów zabytki archeologiczne. Eldacil milczał jak zaklęty, a ona sama nie mówiła o sobie nic. Wszystko to, w połączeniu z poziomem jej umiejętności szermierczych, stanowiło jedną wielką zagadkę.
– To odwiedź ją w najbliższym czasie. Możliwe, że będzie trochę nowości do poczytania. – Z jej oczu zniknęły wesołe iskierki. – Tymczasem bywaj zdrów, muszę jechać.
– Będę pamiętać. Miłego pobytu w mieście. – Brandor lekko się skłonił i odetchnął z ulgą. Jeszcze nie teraz, jak dobrze, pomyślał.

***


W przestronnej, głównej komnacie biblioteki panowała cisza. Mithiel rozejrzała się po pustej sali w poszukiwaniu pozostawionych na stołach manuskryptów, aby je z powrotem umieścić na półkach we właściwych miejscach. Lubiła atmosferę biblioteki – zapach pergaminów i inkaustu, ciepłe światło świec. I panujący tutaj spokój, który sprawiał wrażenie, jakby czas płynął w tym miejscu wolniej niż wśród zgiełku miasta. Ona również czuła, że będąc głównym bibliotekarzem, wolniej się starzeje i mając lat pięćdziesiąt, ciągle jeszcze jest młoda duchem. I ciągle z niesłabnącym zapałem i pasją poznawała najbardziej fascynujące opowieści z całego Śródziemia, a od kilku tygodni czekała z niecierpliwością na kolejną.

Mithiel z niechęcią myślała o opuszczeniu biblioteki, nie znosiła bowiem panującej teraz pory roku, a już szczególnie deszczowych, zimnych dni. Głęboko podziwiała Eldacila, swojego męża, który bez względu na pogodową aurę, dzień w dzień ćwiczył z rekrutami. Od jakiegoś czasu pomagała mu w tym zaprzyjaźniona młoda wojowniczka. Uśmiechnęła się na wspomnienie ostatnich opowieści Eldacila o tym, jak to najbardziej dumni i robiący najwięcej hałasu wokół siebie rekruci, po kilku treningowych walkach z tą spokojną, małomówną kobietą przekonali się, że wcale nie są tacy wspaniali. Na twarzy Mithiel zagościł wyraz dumy. Tak, tym chłopakom potrzebna była lekcja pokory i nikt inny nie mógł im jej lepiej udzielić.

W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi i do biblioteki wszedł strażnik.
– Pani Mithiel, ma pani gościa. – To rzekłszy ukłonił się i wyszedł.
– Dobry wieczór, pani Mithiel. W końcu udało mi się dotrzeć. – Bibliotekarka usłyszała znajomy głos. Gdy ujrzała u wejścia wysoką, szczupłą postać, jej twarz rozpromienił szeroki uśmiech.
– Witaj!!! - Uścisnęła serdecznie przybyszkę. – Właśnie o tobie przed chwilą myślałam. Miałam już iść do domu, ale przy takiej pogodzie z przyjemnością jeszcze zostanę dłużej. Tym bardziej, że Eldacil jest na jakiejś naradzie dowódców. Usiądź, może napijesz się wina?
– Z chęcią, dziękuję bardzo. Już nawet mi ta zima zaczyna bokiem wychodzić. – Młoda kobieta ściągnęła mokry płaszcz i usiadła przy stole, kładąc na nim pokaźnych rozmiarów, szczelnie zamkniętą sakwę.
– Myślałam, że już całkiem przepadłaś tam... za Anduiną – Mithiel popatrzyła bystro na gościa.
– Przepraszam – odparła z poważnym wyrazem oczu. – Ale bardzo zależało mi, aby skończyć coś, nad czym pracowałam przez ostatnie miesiące. Również pomoc w szkoleniu rekrutów sporo czasu mi zajmuje.
– Nie przepraszaj, rozumiem cię. – Mithiel postawiła na stole butelkę czerwonego wina i dwa cynowe kubki. – Eldacil zresztą wiele mi opowiadał. Szkoda, że nie widziałam min tych nieszczęsnych rekrutów.
– Jeden z nich pełnił straż przy Bramie, jak przyjechałam. Nie wyglądał na zachwyconego moim pojawieniem się. – W oczach kobiety pojawiły się wesołe ogniki.
– Biedak, musiał się naprawdę zestresować. – Mithiel mrugnęła porozumiewawczo, nalewając do kubków wina, po czym usiadła przy stole. – No, twoje zdrowie. I za ukończone dzieło. – Uniosła kubek.
– Czy ukończone, tego nie jestem pewna. Ale zdrowiem nie pogardzę i z chęcią również wzniosę toast. Niech panią zdrowie również nie opuszcza, pani Mithiel. I pana Eldacila również.
Mithiel popatrzyła na nią. Odwzajemniła spojrzenie, a jej oczy zdawały się wyrażać jednocześnie szczęście i smutek oraz radość i powagę. Przez chwilę panowała cisza.
– Powiedz... jak ci się żyje? – Mithiel przerwała milczenie.
– Czasami dni uciekają szybko, innym razem wolniej, bywa, że jest naprawdę ciężko. Na brak zajęć nie narzekam, ale i na brak szczęścia również.
– Cieszę się. Choć przyznam, że po zakończeniu tej całej sprawy z kradzieżą zabytków, którą tak pięknie rozpracowałaś, zdziwiona byłam twoją decyzją opuszczenia miasta. Miałaś tutaj wszystko. Nic, tylko zamieszkać. Eldacil mnie jednak uświadomił, że... – zawiesiła na chwilę głos, widząc pytający wzrok gościa – niektóre wydarzenia bynajmniej się nie skończyły...?
– Zależy, jak rozumieć zakończenie. Ale ma pani rację, pani Mithiel. Niektóre historie trwają i dzieją się nadal, choć kronikarze już dawno swymi piórami je zakończyli i zamknęli księgi w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. – Rozsznurowała sakwę, wyciągnęła z niej gruby plik gęsto zapisanych pergaminów i podała je starszej kobiecie. – Mam nadzieję, że wszystko jest czytelne.

Mithiel przebiegła wzrokiem zapisane stronice. W pewnym momencie znieruchomiała i spojrzała na gościa z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia.

– Spisałaś... tę całą historię??? Jak to zrobiłaś?
Wojowniczka spojrzała jej w oczy, nie odpowiadając od razu.
– Po prostu, pisałam... – Potarła swędzącą bliznę na czole. – Wieczorem przy ognisku... w przerwie podczas wędrówki skalistą ścieżką... kiedy tylko był czas ku temu odpowiedni.
– Nie miałaś łatwego zadania. – Mithiel pokiwała głową. – Pozwolisz, że dam to kopistom do przepisania? Będę cię również prosić wtedy o sprawdzenie kopii.
– Oczywiście, nie ma problemu. Ale oryginał... niech zostanie w bibliotece. Jestem pewna, że zrozumie pani, dlaczego – dodała, widząc zdziwienie na twarzy Mithiel, po czym pomału wstała od stołu. – Nic to, czas na mnie. Bardzo dziękuję za wino, jest wyborne.
– Mam jeszcze zapas, proszę, weź ze sobą. – Mithiel wstała i wyciągnęła z szafki butelkę z ciemnego, grubego szkła.
– Dziękuję. Tradycji stało się zadość: nigdy nie wyszłam stąd z pustymi rękami. – Przybyszka się uśmiechnęła, a w jej oczach z powrotem zagościły charakterystyczne ogniki radości. – Nie omieszkam zajrzeć tu następnym razem. Nie, nie ze względu na wino – dodała ze śmiechem.
Mithiel również się roześmiała.
– A już chciałam ci wypomnieć. No nic, nie zatrzymuję cię już, spokojnej drogi życzę. Chyba, że zmieniłabyś zdanie. Zawsze jesteś mile widzianym gościem w naszym domu.
– Rozważałam, czy nie zostać do jutra, ale przestało w końcu padać, poza tym księżyc jest teraz w pełni, więc będzie dość jasno. – Młoda kobieta zapięła płaszcz i zarzuciła na ramię sakwę.
– Rozumiem, że ci zależy na czasie. – Mithiel skinęła głową. – Bardzo, bardzo dziękuję za historię, którą ze sobą przywiozłaś.
– Ja też dziękuję. I do zobaczenia za niedługi czas.
– Do zobaczenia. Będziemy czekać z niecierpliwością. Rekruci zapewne też. – Mithiel mrugnęła żartobliwie i uściskała mocno gościa.

Gdy ciemnowłosa wojowniczka wyszła, Mithiel wróciła do stołu i wzięła w ręce pozostawiony przez nią stos gęsto zapisanych pergaminów. Były z jednej strony starannie zszyte grubą nicią, aby nie zginął żaden z arkuszy. Przekartkowała je, przyglądając się drobnemu charakterowi pisma autorki. Bez trudu dostrzegła, że w wielu miejscach przy pisaniu zadrżała jej ręka, w innych lekko pochyłe litery zdradzały zmęczenie dłoni trzymającej wcześniej miecz. Nie potrzebowała się wysilać, aby wyobrazić sobie te długie wieczory, w czasie których przenoszona była na papier jedna z wielu, zbyt wielu zapomnianych historii. Zważyła w rękach stos pergaminu, spojrzała na pierwszą stronę i... zamarła.

Widniał na niej tytuł opowieści, napisany jednakże zupełnie innym charakterem pisma.

Historia jednego człowieka


Litery były równe, duże i absolutnie doskonałe w swoim kształcie, z inicjałem wkomponowanym w delikatny, lecz surowy ornament, przedstawiający splecione ze sobą kolczaste łodygi nieznanej rośliny. Nigdy w swoim życiu, obcując na co dzień ze słowem pisanym, nie widziała tak pięknej kaligrafii. Tchnęła żywą, niemalże namacalną historią, która na jej oczach się splotła z teraźniejszością.
Przebiegła raz jeszcze wzrokiem tytuł. Stała tak jeszcze przez dobrą chwilę, w ciszy biblioteki, w miękkim świetle świec i czuła przepełniającą jej serce wdzięczność i wzruszenie. Spojrzała przez okno, wychodzące na wschód.
– Dziękuję... za ten dar – powiedziała cicho z uśmiechem na twarzy.


Koniec
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=108