Ogie?? tworzenia autor: MumakiL
Streszczenie: Rozwa??ania Celebrimbora, nad przesz??o??ci?, swymi losami i prac? kowala. :D
Kategorie: Eriador (opr??cz Shire), W ??r??dziemiu II Ery.
Postacie: Celebrimbor
Gatunek: Refleksja
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 1573 Przeczytano: 1925 razy Opublikowano: 2006-01-23 Aktualizacja: 2006-01-23
Rozdzia?? 1 autor: MumakiL
Notatka autora:
Dw??ch bliskich przyjaci???? w ku??ni. Ale bynajmniej nie ci, kt??rzy jako pierwsi przychodz? na my??l.
OGIEŃ TWORZENIA
W kuźni panował przyjemny półmrok rozjaśniany jedynie blaskiem paleniska i dwóch lamp dających przytłumione, żółte światło. Ciężki młot, z regularnym stukiem opadał na rozżarzony do białości pręt, stopniowo nadając mu pożądany kształt. Miechowy z rozwagą pompował powietrze by węgle nie rozżarzyły się za bardzo, aby nie przegrzać metalu, co mogłoby zniweczyć tygodnie pracy, usilnego skuwania i przekuwania kolejnych warstw miękkiej i twardej stali, tak by nadać przyszłej głowni właściwe połączenie twardości i sprężystości.
Do końca obróbki było jeszcze daleko, ale kowal z satysfakcją uniósł na chwilę spłaszczony i wydłużony pręt, jakby już widział przyszłe, śmigłe ostrze. Włożył go na chwile w palenisko i zaraz przeniósł na kowadło. Sprawnymi i szybkimi uderzeniami kształtował rozgrzany metal.
Ktoś wszedł do kuźni, ale wydawało się, że kowal nie zwrócił na to uwagi całkowicie pochłonięty swoja pracą. Wbrew pozorom przybycie gościa nie umknęło jego uwagi. Znali się jednak od tak dawna, że rozumieli się bez słów. Nie potrzebowali formalności. Gość wiedział, że w takim momencie nie można było przeszkadzać gospodarzowi, usiadł wiec cicho w kącie kuźni, przypatrując się z uwaga jego pracy.
Celebrimbor od dzieciństwa uwielbiał atmosferę kuźni, ten specyficzny półmrok, blask żaru, zapach rozgrzanego węgla i metalu, stukot młotów, fontanny iskier i syk wody, w której hartowano stal. To była dla niego prawdziwa poezja, prawdziwa pieśń tworzenia. Jego największą radością jednak nie było tylko obserwowanie, ale sama praca. Kiedy stawał przy kowadle, opuszczały go wszystkie troski i zmartwienia. Świat nagle stawał się prosty, znikały wątpliwości, troski i smutki. Był tylko on, jego wizja, kowadło, palenisko, kawałek metalu i nic więcej. I tak na prawdę niczego więcej nie potrzebował. To był jego świat.
To pozwoliło mu przetrwać, jakże gwałtowne rozstanie z ojcem, dawno, dawno temu, w Nargothrondzie, który zakryły fale Belegaeru.
- Zdrajca! Zdrajca i przeniewierca! - ten pełen furii, wściekłości i rozczarowania okrzyk ojca do dzisiaj pobrzmiewał mu w głowie. Te słowa do dzisiaj zadawały mu ból. Ból, o którym najłatwiej było mu zapomnieć właśnie w kuźni.
Wtedy, w Nargothrondzie rzucił się w wir pracy, szukając w niej zapomnienia i pocieszenia. I znalazł je. Dzisiaj także, kiedy wracało tamto wspomnienie, ukojenie najszybciej znajdował w kuźni. Tam przypominał sobie innego ojca, nie tego oszalałego z wściekłości i rozpaczy, gotowego spopielić cały świat, ale tego spokojnego i cierpliwego. Nauczyciela, który uczył go jak trzymać szczypce, jak uderzać młotem, który opowiadał mu o żelazie, miedzi, srebrze, złocie i innych metalach, jak się zachowują i jak najłatwiej wydobyć ukryte w nich piękno. Przypominał sobie długie wędrówki po wzgórzach i dolinach Amanu, gdzie pokazywał mu, jak rozpoznawać gdzie znajdują się złoża kruszców, jak wyczuwać wewnętrzna strukturę Imbaru. Pamiętał tę dumę w oczach ojca, gdy zrobił pierwszy kryształ, jeszcze blady i nieporadny, jeno cień naturalnego piękna. Ale to był pierwszy jego kryształ, w pewnym sensie najważniejszy. I takiego ojca chciał i wolał pamiętać.
Żałował, że już po tym wszystkim nie miał okazji mu powiedzieć, jak bardzo go kochał, jak wiele czuł wdzięczności, że nie żałował prawie niczego. Miał tylko nadzieję, że któregoś dnia spotkają się na tamtym brzegu, i wszystko sobie powiedzą, i wszystko sobie wyjaśnią. A potem? A potem będzie tak jak wcześniej. Chociaż nie, nie będzie. Będzie inaczej. Pokaże ojcu jak wiele się nauczył od Kasarich i od Artano*, jak wiele dokonał, by uleczyć rany Śródziemia, by uczynić je piękniejszym, choć trochę bliższym Amanowi, że okazał się godnym uczniem i następcą ojca i dziadka.
Rytmiczny stukot młota ustał na chwilę. Narvi podniósł niedokończone ostrze, przyglądając mu się uważnie. Jego brodata twarz zdradzała pełne radości skupienie. Oczy błyszczały w półmroku odbijając rdzawo-żółty żar paleniska. To była druga w kolejności rzecz, która Celebrimbor lubił. Patrzeć jak Kasari pracują w kuźni. Dla niego, jak i innych noldorskich kowali, to była radość tworzenia, radość wydobywania na świat ukrytego piękna. Dla Kasarich to było to samo i coś jeszcze. To było ich życie, coś równie ważnego, wręcz niezbędnego jak powietrze. A na pewno coś ważniejszego niż woda, czy pożywienie. Praca dla pracy, tworzenie dla tworzenia, tak głęboko wtopione w ich naturę, ….
- Nie, to nie tak. – Pomyślał. – To po prostu ich natura. Tacy są.
I znowu rozgrzany pręt spoczął na kowadle, a młot wznowił swój twórczy taniec. Niska, nieco baryłkowata postać krasnoluda zyskiwała przy kowadle nowego wymiaru. Jego ruchy nabierały lekkości płynności, jego brodatą twarz rozjaśniało natchnienie. Kasari w kuźni, przy kowadle stawali się ... . Nie, nie umiał tego inaczej wyrazić. Stawali się piękni.
Pierwszy raz doświadczył tego dawno, dawno temu, jeszcze w Beleriandzie, kiedy dostąpił niezwykłego wyróżnienia. Podczas jednej z wypraw do Nogorodu, ojciec zaprowadził go do pracowni, sędziwego już wówczas, Telchara. I ten siwobrody starzec, który z trudem się już poruszał, przy kowadle jakby zrzucał z siebie ciężar lat. Nagle stawał się młody, jego przygaszone oczy nabierały blasku, a ręce mocy, wyczarowując niezrównane dzieła, które do dzisiaj zachwycały świat.
Prawdziwe dzieci Aulëgo, kość z jego kości. Ojciec czasami opowiadał, o Wielkim Kowalu, i potwierdzał, że kiedy widzi Kasarich przy pracy, to tak jakby widział Jego. To samo oddanie, choć inna moc. On sam widział wielu kowali i mistrzów i tylko dwóch zbliżało się do tego ideału. Pierwszym był jego dziadek, Fëanor. Jego kuźnia to było najbardziej magiczne miejsce, jakie kiedykolwiek widział. Kiedy dziadek pochylał się nad kowadłem, to praca pochłaniała go do końca i bez reszty. Potrafił pracować wiele dni bez wytchnienia, nie jedząc i ledwie co pijąc. Wówczas nic się nie liczyło. A dzieła jego rąk zachwycały wszystkich. Drugim był Artano. Nie darmo nosił przydomek Aulendil. Był zupełnie inny niż dziadek, chłodny, metodyczny i uporządkowany. A jednak, kiedy pracował, tak samo pochłonięty przez pracę, tak samo nieobecny i oddany temu, co akurat robił.
Ojciec zawsze żałował, że Fëanor nie miał nigdy okazji zetknąć się z Naugrimami i ich dziełami. Wierzył, że przy całej swej dumie, umiałby docenić ich kunszt i umiejętności, tak jak on umiał je docenić. Niestety, nie było mu to dane. A teraz on, Celebrimbor, dzięki przyjaźni z Narvim i innymi mistrzami z Khazad-dûm, został dopuszczony do ich tajemnic, mógł czerpać z ich wiedzy, by wzbogacać swą sztukę. Mógł podążać drogą mistrzostwa, i czcić w ten sposób pamięć ojca i dziadka. Wierzył, a przynajmniej chciał wierzyć, że gdziekolwiek są, są dumni z tego, co osiągnął, z jego dzieł, i z Gwaith-i-Mirdain.
Rozległ się syk wody. Narvi wyciągnął z bulgocącej wody głownię miecza. Jeszcze wiele było do zrobienia: szlifowanie, ostrzenie, polerowanie, dopasowanie jelca i rękojeści. Wiele dni mozolnej pracy, ale już teraz wprawne oko Celebrimbora było w stanie ocenić zaklęte w prostocie piękno, a w pięknie morderczą skuteczność tej klingi. Kolejne mistrzowskie dzieło jego przyjaciela.
- I co powiesz Kibil**? – spytał Narvi.
- Piękne. Aż żal, że w tym pięknie zaklęte jest zniszczenie.
Krasnolud pokiwał głową. Jeszcze raz krytycznie popatrzył na klingę i uśmiechnął się z satysfakcją.
- Taki, Kibilu, jest ten świat, gdzie piękno i zniszczenie mieszają się po równi. My zawsze pamiętamy o tym, że ogień to zniszczenie i tworzenie w jednym. Akceptujemy świat taki, jakim jest. Nie tracimy czasu na próżne dywagacje, jak wy, mój przyjacielu. Nam go dano o wiele mniej, i grzechem byłoby trwonienie go, tak jak robią to Atani.
Celebrimbor uśmiechnął się tylko. Nie chciał komentować. Nie było zresztą potrzeby. Wiedział, że krasnolud ma rację. Spojrzał w żar paleniska. Taki ogień wolał, ten ujarzmiony, wciąż groźny, ale mający moc przeistoczenia martwej, niezgrabnej bryły metalu, w coś pięknego i na swój sposób żywego. I ten ogień, Ogień Tworzenia, najsilniej rozpalał jego serce.

------------------------------
* Imię, jakie Sauron przybrał wędrując w II Erze pośród Eldarów.
** Kibil w khûzdul srebro, od tego sind. – celeb. W tym wypadku krasnoludzkie zdrobnienie imienia Celebrimbora.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=51