Spadkobierca autor: Inveleth
Streszczenie: Doriath za czas??w Diora. Jego odbudowa i ??wietno??? za czas??w syna Berena. Spojrzenie na to czemu mistrz po??wi?ci?? zaledwie kilka zdani w Silmarillionie.
Kategorie: Ossiriand, Arvenien, Doriath
Postacie: Noldorowie, Sindarowie
Gatunek: Historia, Obyczajowe
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Nie Słów: 1290 Przeczytano: 3312 razy Opublikowano: 2011-01-18 Aktualizacja: 2011-01-18
Rozdzia?? 1 autor: Inveleth
Notatka autora:
Nocne niebo nad Lanthir Lamoth. Decyzja, kt??r? ci???ko podj?? i oczekiwania, kt??rym ci???ko sprosta?.
Nocne niebo nad Lanthir Lamoth było rozgwieżdżone. Na aksamitnym płótnie przestworzy gwiazdy połyskiwały niczym diamenty. Las wkoło tętnił życiem. Płochliwe za dnia zwierzęta podchodziły do strumienia, by ochłodzić się po skwarnym dniu.
Dior Eluchil siedział na jednym z większych kamieni, chłodne wody strumienia opływały go z cichym pluskiem. Spoglądał na gwiazdy i wydawało mu się, że mrugają do niego swymi lśniącymi oczami. Ciszę przerywał jedynie szmer wody prześlizgującej się między otoczakami. Powietrze było nieruchome, nawet najdelikatniejszy powiew wiatru nie kołysał liśćmi. Po tak gorącym dniu noc nie przyniosła ukojenia. Jedynie nad śpiewającymi wodami Lanthir Lamoth powietrze było chłodniejsze.
Wychodząc z domu, pozostawił żonę pochyloną nad synami. Elured i Elurin po całym dniu igraszek zasnęli tam, gdzie się bawili, czyli na podłodze przy posłaniu Nar. Dior uśmiechnął się na samo wspomnienie. Dwa szkraby próbujące osiodłać rudawą sukę niczym rumaka. Aż dziw, że pies znosił to cierpliwie. Jasnowłosa Elwinga też bardzo chciała wypróbować tego wierzchowca, lecz bracia wytłumaczyli jej, że jest jeszcze za mała.
Eluchil spojrzał w wodę. Blask gwiazd odbijał się w czystej toni. Jego myśli oddaliły się od domu i osób, które kochał, tam, gdzie w mroku nocy spoczywał las Region, tam, gdzie Menegroth spowijał żałobny całun.
Syn Luthien nigdy dotychczas nie był w Doriath, a jednak czuł się tak, jakby mieszkał w Menegroth całe lata. To Nimloth opowiadała o jej rodzinnym mieście. Opisywała je. Tyle było miejsc, które wiązały się z jej dzieciństwem, tyle wspomnień. Teraz w salach Menegroth zalegała cisza i Dior czuł, że powinien coś z tym zrobić. W końcu nazywano go dziedzicem Thingola. Co prawda sam zawsze śmiał się z tego dziedzictwa, przecież Elu był nieśmiertelny, na cóż mu spadkobierca? Aż nagle Mablung przyniósł te straszne wieści.
Od tamtego dnia minęło już wiele czasu, a jednak Nimloth nadal nosiła cień w sercu. W obronie Menegroth zginął jej ojciec, brat zmarł od odniesionych ran. Dior widział, jak radość gaśnie w oczach żony. Zatęskniła za domem i rodziną. Odczuwał to każdego dnia. Często rozmawiali o przeprowadzce, on jednak nadal nie był pewny. Czy rzeczywiście powinien objąć spadek po dziadku, czy zdoła unieść taki ciężar? Czy Sindarowie przyjmą go jak swojego? W końcu był tylko półelfem.
Jego wzrok pochwycił nikły cień przemykający pomiędzy omszałymi pniami drzew. Przez głowę przebiegło mu, że może Nimloth uśpiła dzieci i przyszła za nim, szukając ochłody. Jednak droga do domu wiodła z tyłu, za jego plecami. Przed sobą miał zaś ścieżkę ku Dor Firn-i-Guinar.
Wytężył wzrok, miesiąc jeszcze nie uniósł swej srebrnej tarczy ponad lasem i w słabym świetle gwiazd ledwie dostrzegał sylwetkę odcinającą się od ciemności panujących w lesie.
Postać stąpała delikatnie, bezszelestnie, ale nie skradała się. To nie była Nimloth. Dopiero, gdy weszła w jasną plamę światła poznał ją, mimo kaptura i obszernego płaszcza, który okrywał ją niczym cień.
Wyszedł jej na spotkanie, przeskakując zwinnie po kamieniach, wystających ponad tafle wody.
- Nie powinnaś chodzić sama po lesie, naneth.
Luthien zsunęła z głowy kaptur. Srebrzyste iskry rozpaliły się w jej oczach.
- Och, nikt prócz ciebie nie zdołałby mnie wyśledzić w tym płaszczu. No, może Meliana i twój ojciec, on zawsze wie, gdy jestem blisko – mówiąc to, uścisnęła syna i pociągnęła w stronę strumienia.
- No właśnie, ojciec wie, że przyszłaś tu sama?
Usiedli na głazie, na którym wcześniej odpoczywał Dior.
- Ojciec zasnął jak kamień, upał go męczy, sam wiesz. Nie młodniejemy – ostatnie słowa wypowiedziała z cieniem smutku.
„ Nie młodniejecie” – pomyślał, patrząc na matkę. Luthien mimo upływu lat nic nie straciła ze swojej urody. Jej twarz nie nosiła śladu czasu. Policzki, nadal mlecznobiałe i gładkie, barwił rumieniec. Niemal niewidoczna siatka zmarszczek wokół oczu mogła przekonywać, że nie widziała jeszcze czterdziestu wiosen. Nawet długie włosy nosiła nadal rozpuszczone, a kilka siwych pasemek tylko podkreślało ich czerń.
- Jak się miewa Nimloth i dzieci?
- Dobrze.
- Słyszę dziwną nutę w tym głosie – mówiąc to, spojrzała w jego oczy, starając się sięgnąć jego duszy.
- Czym się trapisz, synu? – szepnęła, zanurzając dłonie w chłodnej wodzie.
Milczał, nie wiedząc, jak ma wypowiedzieć, jak nazwać to, co czuje. A może nie chciał przyznać się matce, że się boi.
Luthien przez dłuższą chwilę siedziała pogrążona w ciszy. Uniosła twarz do nieba, w jej oczach drgały iskry gwiezdnego blasku. Zapatrzył się na nią. Ile razy widział ją taką, gdy tańczyła pośród traw Dor Firn-i-Guinar!
W rozgwieżdżone noce, siadywali wraz z ojcem na progu domu. Beren wprawną ręką muskał struny harfy, a ona tańczyła pośród wonnych kwiatów w ich ogrodzie. Oczy jej lśniły niczym gwiazdy, tak jak dziś.
Luthien wyrwała go z zamyślenia. Położyła wilgotną dłoń na jego ramieniu.
- Od chwili, gdy Elu zażądał w zamian za mą rękę Silmarilla, wiedziałam, że ta decyzja ściągnie na nas wszystkich kłopoty. A teraz Menegroth popada w ruinę. Nie ma już Thingola i zabrakło Meliany, a my nie możemy tam powrócić, nasz los jest przesądzony. Pozostaniemy tu do końca naszych dni – uniosła rękę, uciszając go, gdy chciał jej przerwać.
- Twoim przeznaczeniem jest zastąpić dziadka...
- Ale...
- Tak, twój ojciec jest śmiertelnikiem, ale nie byle jakim, a w twoich żyłach płynie również krew Eldarów i Majarów. Ty możesz przynieść nadzieję do Doriathu, spokój i dobrobyt, i nieważne, czy będą one trwać wieki, czy tylko mgnienie oka.
Tinuviel uniosła się z kamienia. Dłonią pogładziła kruczoczarne włosy syna, przetykane srebrnymi pasmami. „ Dziedzic Thingola” – pomyślała, przypominając sobie srebrzyste włosy jej ojca.
- Muszę już iść. Beren będzie niespokojny, jeśli przebudzi się, a mnie nie będzie.
Spojrzała jeszcze raz na gwiazdy, a potem pieszczotliwym ruchem uszczypnęła syna w policzek. Była w tym tkliwa czułość, tak jakby był nadal jej małym synkiem, a nie dorosłym mężczyzną.
- Przyjdziecie się pożegnać, dobrze?
Skinął głową. Luthien zarzuciła na ramiona płaszcz, zakryła twarz kapturem i nagle okrył ją cień. Jej sylwetka rozmyła się i Diorowi wydawało się, że okolicę zasnuła mgła. W szarych oparach ledwo dostrzegał postać matki, lekko stąpającą po śliskich kamieniach. Po chwili już jej nie było. Znikła bezszelestnie w lesie. Pozostał sam. Otaczała go cisza, księżyc wstawał ponad borem, przyćmiewając gwiazdy swym blaskiem.
Podniósł się z kamienia, kierując swe kroki ku domowi. Z jego serca uleciały wątpliwości.
Notatka końcowa:
Dedykacja dla mistrzyni cierpliwo??ci - Tyci oraz podzi?kowania dla Ariany za oszcz?dny komentarz.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=342