Po??egnanie Fingona autor: Inveleth
Streszczenie: Maedhros by?? pewny, ??e po Nirnaeth Arnoediad nic gorszego zdarzy? si? nie mo??e. Myli?? si?.
Kategorie: Beleriand i krainy s?siaduj?ce
Postacie: Maedhros
Gatunek: Historia
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 2447 Przeczytano: 4095 razy Opublikowano: 2009-10-30 Aktualizacja: 2009-10-30
Rozdzia?? 1 Po??egnanie Fingona autor: Inveleth
Wszystko wkoło wydawało się być nierealnym sennym koszmarem. Niebo przysłonięte masą kłębiastych chmur, mgła snująca się po lesie, omszałe pnie drzew wyłaniające się z mroku. Nawet ich obozowisko. Niezbyt starannie sklecone szałasy. Zagrody, w których tłoczyły się niespokojne konie. Sylwetki towarzyszy w milczeniu spożywających skromny posiłek. Ich twarze, blade, posępne, wymęczone.
Kano snuł się po obozie próbując znaleźć jakieś zajęcie, byle nie myśleć. Jednak rana na szyi przypominała boleśnie.
Klęska - o tym nie mógł zapomnieć. W jednej chwili nadzieja przerodziła się w rozpacz, a było przecież tak blisko.
Klęska!
Powiódł wzrokiem po obozie. Słońce było już nisko. Cienie pośród drzew mroczniały. Mgła znad rzeki podnosiła się białymi płachtami, snując się teraz po lesie.
Skierował się ku ostatniemu z szałasów, który stał na samym skraju obozowiska. Był największym spośród elfich schronień i jego dach prawie nie przeciekał. Miało to niewątpliwie znaczenie. Od wielu dni deszcz padał nieustannie. Dzisiaj przestał na moment. Kanafinwe, patrząc na wąski skrawek nieba nad jego głową, pomyślał, że to przejściowe przejaśnienie. Miał rację. Nim doszedł do szałasu, poczuł pierwsze krople deszczu na policzku. Schronił się pod niewielkim zadaszeniem przy wejściu. Deszcz zaczął siąpić, okrywając wszystko ponurą szarością. "Nawet niebo płacze nad nami" - pomyślał ponuro.
Drzwi szałasu skrzypnęły. Na zewnątrz wyszedł wysoki elf odziany w postrzępiony, zielonkawy płaszcz. Jego długie, miedzianozłote włosy były potargane.
- Co z nim? - Kano patrzył na brata, który lewą ręką otarł spocone czoło. On jeden wyszedł bez większego szwanku z pola bitwy. Jedynie wąska rana biegnąca od czoła przez łuk brwiowy aż po policzek szpeciła jego twarz.
- Ciągle gorączkuje. Musimy czekać. - Nelyo był wyraźnie zmęczony. Zapatrzył się przed siebie. Cóż za tragiczny obraz, pomyślał. Garstka uciekinierów. Zaledwie miesiąc temu ruszali do boju w blasku słońca, pełni radości, że oto nadszedł dzień zwycięstwa. Jakże się pomylili.
- Myślisz że... - Kano potarł nerwowo dłonie.
- Nie, Turko jest silny, dojdzie do siebie, tylko potrzeba nam czasu.
Tego akurat nie mieli za dużo. Wycofali się z pola bitwy z ogromnymi stratami. Ich domy przepadły. Himring płonął, nad Helevornem unosił się dym. Włości Kana zalała czarna fala orków. Uszli przed pościgiem. Umknęli w lasy Ossiriandu niczym zwierzyna pierzchająca przed myśliwymi.
Wszyscy odnieśli rany. Ambarussa ledwo trzymali się w siodłach. Turkafinwe z głęboką raną w boku spoczywał na narach. Wydawało się, że dochodził do siebie, ale rana się zaogniła. Musieli się zatrzymać. I oto teraz ukrywali się pośród gęstych lasów nad brzegiem Brilthoru, gdzieś w połowie jego biegu, gdzie lasy bukowe strzegły ich tajemnicy.
- Moryo i Curvo nie powrócili jeszcze z łowów? - Nelyo pokręcił przecząco głową.
Moryo był świetnym myśliwym, ale w obecnym stanie... nie dość że ranny w dodatku zmęczony. A przede wszystkim śmiertelnie wystraszony stanem swojego nieodłącznego towarzysza, tego sprytnego braciszka, razem z którym zawsze puszczał się na łowy. Dobrze, że go tu nie ma. Nie zniósłby jęków Turka, pomyślał Kanafinwe.
- Wolałbym, żeby nie oddalali się zbytnio od obozu - szepnął Nelyo, spoglądając, jak krople spadają z dachu wprost w kałużę przed jego stopami. Milczeli. W szumie deszczu dosłyszeli odległe rżenie koni.
- Wracają. - Kano obrócił się ku przeciwległemu krańcowi obozu. Przybycie braci nie wzbudziło zainteresowania w nikim, mimo że wyjechali w dwóch a wracali w trzech. Rudowłosy ściągnął brwi. Poznał zielony płaszcz i szare odzienie elfa. Musiał być jednym z Moriquendich.
- Mam nadzieję, że nikt go nie śledził - mrukną wychodząc z pod dachu w deszcz, naprzeciw przyjezdnym. Nie uszło jego uwadze, że bracia patrzyli na niego z obawą. Coś się stało? Westchnął cicho. Stało się. Stracili wszystko w jednej bitwie. Mają prawo tak patrzeć.
Moryo podał jednemu z podwładnych łuk i kołczan. Spojrzał przepraszająco na brata.
- Ten plugawy pomiot Moringotta wypłoszył z okolicy całą zwierzynę. - Moryo potrząsną dwoma zającami trzymanymi za uszy.
- Po co go przyprowadziłeś? - Nelyo spojrzał na obcego.
Elf w zielonkawym płaszczu wysunął się przed Curufinwego.
- Jest mieszkańcem tej osady, którą mijaliśmy dwa dni temu. - Moryo spojrzał w stronę szałasu.
Oddał bratu wodze i pospieszył do kwatery zobaczyć jak czuje się Turko.
- Jak się nazywasz?
- Naraturil.
- Co robisz tak daleko od domu, Naraturilu?
- Wracam z Doriath do swojej osady.
Rudowłosy elf spojrzał na niego. Obcy nie mógł znieść jego płomiennego spojrzenia. Opuścił głowę.

Siedmiu Feanárion zasiadało w ciasnej komnacie. Nikły płomień lampki oświecał to mroczne miejsce. Na zewnątrz deszcz lał jak z cebra. Krople przeciekały do środka, spadając to tu, to tam, mimo że utkali szpary mchem. Jedynie miejsce, w którym stało posłanie, było suche. W nim, przykryty skórami leżał półprzytomny Turko. Jego ciemne włosy mocno kontrastowały z białą cerą. Na skraju łóżka siedział Moryo, z troskliwością, o jaką nikt by go nie posądzał, ocierał pot z czoła brata. W rogu na krzesłach Ambarussa wpatrywali się w krople spadające z sufitu wprost do ich butów. Cóż z tego, nie mieli potrzeby ich zakładać. Głęboka rana uda u jednego i otwarte złamanie kości strzałkowej drugiego powodowały, że nie byli w stanie chodzić na własnych nogach.
Curvo grzał się przy palenisku. Co jakiś czas zerkał na najstarszego z nich. Kano siedzący przy stole, pochwycił te ukradkowe spojrzenia. Przeczuwał, że dowiedzą się zaraz czegoś złego. Przymknął oczy w oczekiwaniu. "A co gorszego może nas spotkać" - i wtedy przyszła mu do głowy okropna myśl.
Nelyo siedział naprzeciw gościa. Jego posępny wzrok błądził po twarzach braci. Milczenie przerywały jedynie słabe pojękiwania Turka.
Moriquendu zapił suchary, jakie mu ofiarowali, wodą, po czym odsuną kubek i podziękował.
- Dawno wyruszyłeś z Doriath? - rudowłosy niecierpliwił się.
- Przy pełni księżyca. Droga była niebezpieczna, pełno na niej uciekinierów z północy, a i orkowie zapuszczają się daleko.
- Jakie przynosisz wieści?
- O Nirnaeth Arnoediad?
Kano skrzywił się, słysząc tę nazwę. Pasowała jak ulał.
- Hithlum padł, Dor-lómin zajęli Esterlingowie, ale powiadają, że Turgon zdołał uciec.
Serce Nelya zabiło żywiej. "Może nie jest tak źle" - pomyślał.
- A władca Hithlumu?
Elf spojrzał po zebranych, jakby dziwiąc się, że nie słyszeli o tym, o czym mówi cały Beleriand.
- Hithlum okrył się żałobą.
Oczy pierworodnego syna Feanára zwęziły się nieprzyjemnie. Kano dostrzegł jak brat zaciska lewą dłoń w pięść.
- Mówże! - rzucił przez zaciśnięte zęby.
- Śpiewają o jego męstwie pieśni w całym Beleriandzie.
Kano mruknął niezadowolony, czuł jak napięte są nerwy brata. Nelyo miotał się tak bardzo, gdy zastępy Angbandu oddzielił ich od walczącego przyjaciela morzem ognia.
- Fingon sam stanął do walki z balrogami. Ubił ich jedenastu.... - Oczy rudowłosego rozjaśnił błysk satysfakcji.
- Aż natarł na niego sam Gothmog... Gdyby nie podstęp, nigdy nie pokonałby syna Fingolfina, ale inny balrog zaszedł go od tyłu.
Nelayo obrócił się w stronę drzwi. Bracia nie mogli dostrzec jego twarzy skrytej w mroku.
- Mówią, że gdy król padł pod uderzeniem Gothmoga, jasny płomień wytrysną z jego hełmu. Widzieli go nawet uciekający na pogórzu Ered Wethril. Mówią, że był tak jasny jak gwiazda i uniósł się...
Nie mógł tego dłużej słuchać. Otworzył drzwi i wypadł w noc. Zostawił za sobą nikły płomień lampy i słowa, które paliły jego duszę.
Fingon, Findekano, Fin. Potworny szloch wzbierał w jego piersi. Zacisnął oczy, nie pozwalając łzom spłynąć po policzkach. Wpadł do zagrody z końmi. Wziął jednego z rumaków Turka, nawet go nie osiodłał. Wskoczył na oklep i pozwolił się nieść zwierzęciu w głąb mrocznego lasu.
Nie zważał na to, że słońce dawno już zaszło za odległe wzgórza. Nie czuł chłodu, gdy jego ubranie przemokło do cna od deszczu. Nie zwracał uwagi na mokre liście, chłoszczące jego twarz.
Potężne zwierzę niosło go niczym wicher. A potem las urwał się nagle i rumak, rżąc staną dęba zrzucając jeźdźca. Ogłuszony uderzeniem elf podniósł się z ziemi po długiej chwili.
Stał na krawędzi wysokiej skarpy. W dole płynął Brilthor. Jego wody okryła fioletowawa mgła. Nelyo zdał sobie sprawę, że deszcz przestał padać. Drugi brzeg opadał łagodnym stokiem. Stąd rozciągał się widok na odległe ziemie. W dali ciemniały olbrzymie połacie Taur-im-Duinath. Zasłona chmur rozdarła się, ukazując wieczorne niebo. Na zachodzie nikły ostatnie pasma zorzy. Pierwsze gwiazdy zamigotały na granatowym firmamencie.
Nelyafinwe tego nie widział. Padł na kolana, wyciągając ręce ku zachodowi. Czy tam właśnie odszedł Fin. Jego ukochany, najwierniejszy przyjaciel, Findekano. Boleść większa niż ta, którą zadał mu Moringotto na stokach Thangorodrimu, przeszyła jego duszę. Czuł się tak, jakby ktoś zabrał mu jego fea.
Fin odszedł.
Findekano nie żyje.
Sam nie wiedział, kiedy potworny ryk rozpaczy wydobył się z jego gardła. Echo tego głosu przepełnionego grozą i cierpieniem rozniosło się po okolicy, płosząc ptaki zasypiające już w koronach drzew.
Pochylił się patrząc w spienione wody przed sobą. Gdyby tak móc w nie skoczyć. Gdyby tak podążyć za przyjacielem. Ale nie. Legła między nimi Wiekuista Ciemność. Nie odnajdzie go w Mandosie. Legła między nimi przysięga.
Potoczył wzrokiem po rozległych przestrzeniach przed nim. Przysięga. Tak. Przysięga niosła ze sobą przekleństwo, to jej cień rozdzielił ich z Finem w tamtej godzinie.

Gdy piątego dnia z wielkim opóźnieniem dotarł wraz z braćmi pod Angband, zobaczył w samym środku bitwy zastępy elfów w srebrzystych zbrojach. Ponad nimi łopotał błękitny sztandar. Pognał konia z potężnym okrzykiem. Jego bracia podążali tuż za nim. Ryk z tysięcy gardeł odbił się echem od czarnych bram twierdzy Moringotta. W pędzie kierował się ku sztandarowi Najwyższego Króla Noldorów. Zdawało mu się przez chwilę, że widzi wśród walczących Findekana. Jego jasną twarz, błyszczące oczy i ramię zbrojne w płomienny miecz.
A potem rozległ się potworny huk. Wrota przeklętej twierdzy rozwarły się. Z czeluści wypełzło robactwo Czarnego Wroga. Zgrzyt, skrzek, wycie i jazgot napełniły powietrze. Nim jego konnica przebiła się do walczących elfów z Hithlumu, pełzające potwory Angbandu oddzieliły go od Fina.
Szyk się załamał. Dosłyszał za sobą kwik i szczęk żelaza. Uldor zdradził. Niech będzie przeklęty na wieki!
Gdy cofał się ku swojej twierdzy, słyszał jeszcze srebrzyste rogi Turukana gdy grały do odwrotu. Chciał wierzyć, że kuzyn cofając się, osłoni Fina, że razem umkną i okryje ich tajemnica Ukrytego Królestwa. Bitwa była przegrana i jedyne co broniło go od szaleństwa to myśl, że Findekano mógł uciec.

- Nelyo! - Czyjś litościwy głos w mroku.
- Maitimo! - Silne ramię brata objęło go w pół. Kano ukląkł przy nim, przytulając go mocno. Księżyc już stał na niebie. Wiatr rozgonił chmury. Równina przed nimi roziskrzyła się srebrnym blaskiem. Gwiazdy mrugały zimnymi oczami.
- Wracajmy do obozu. - Kano pociągnął brata ku drzewom. Ale nie zdołał go poruszyć.
- Nie wierzyłem. - Szepnął Nelyo. Brat troskliwie odgarnął mokre włosy z jego twarzy. Przeszył go dotkliwy ból, gdy patrzał mu w oczy. Te oczy, które gorzały niezachwianym blaskiem, które wyrażały nadprzyrodzoną wolę i siłę. Teraz były puste. Były bez wyrazu jakby ich właściciel postradał duszę, wszelka zdolność czucia i wolę życia. Jakby już nic w nich nie zostało z dawnego radosnego Nelya.
- Nie wierzyłem, chociaż czułem. - Rudowłosy spojrzał na brata.
- Co czułeś?
- Tamtego dnia czułem, jakby ktoś odebrał mi fea. Jakbym był już poza światem .
Podnieśli się z ziemi. Stali teraz razem na skraju przepaści, patrzyli na odległe stoki mrocznej puszczy. W dali miedzy pagórkami nikł wartki nurt Galionu.
- Nie spotkam go już, ni w życiu, ni w śmierci. - Nelyo zrobił krok do przodu. Spod jego stóp kilka kamyków osunęło się w przepaść. Jego młodszy brat poruszył się niespokojnie.
- Przysięga, Makalaure, przysięga i klątwa pęta nie tylko nas, ale i tych, których kochamy. - Chwycił brata za rękę. Jego uścisk był silny.
- Ty i ja wiemy, że nie ma nadziei. - Szepną bezgłośnie. Odstąpili razem od przepaści.
- Tak, ty i ja, braciszku, będziemy trwać razem do końca. - Kano położył mu dłoń na ramieniu.
- Nie ma nadziei, jest tylko przysięga i klątwa. - Powtórzył Nelyafinwe odwracając się tyłem do zachodu.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=288