Drobiazg autor: Tici
Streszczenie: Bibelot, statuetka - i jej losy.
Kategorie: Gondor w IV Erze, Gondor za panowania Namiestnik??w
Postacie: Eowina, Faramir
Gatunek: Historia
Ostrze??enia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 4685 Przeczytano: 3566 razy Opublikowano: 2007-03-22 Aktualizacja: 2007-03-22
Rozdzia?? 1 autor: Tici
Notatka autora:
Na p????ce w moim pokoju stoi statuetka, podobizna m???czyzny i kobiety...
Drobiazg

Ethir Anduin 2400 rok TE
Figurka była niewiele większa od szerokiej męskiej dłoni, wyrzeźbiona z kamienia, którego pręgi i wzory idealnie uzupełniały jej kształt. Smukła kobieta w szacie zdobionej na krawędziach ledwie zaznaczonym szlakiem, tak cienkiej, że wyraźnie rysowało się pod nią jej ciało, siedziała z pochyloną głową na pniu zwalonego drzewa. Mężczyzna, w ozdobnym stroju myśliwego, obejmował ją ramieniem gestem pełnym troski. U ich stóp leżał kołczan i łuk. Mistrzostwo wykonania zdumiewało, gdyż rzeźbiarz skupił się nie tylko na misternych szczegółach odzieży i klejnotów, ale także utrwalił emocje tych dwojga. Kobieta była pełna niepokoju, zmęczenia i smutku, mężczyzna olśniony jej urodą, czuły i troskliwy. Jednak w jego postawie można było dostrzec cień władczości, jakby uważał się za jej pana czy właściciela.
Delikatne dłonie szlachcica obracały rzeźbą w świetle lamp i słońca, gdy cieszył się grą kolorów i szczegółami. Codziennie czule omiatana z kurzu, stała na honorowym miejscu w komnacie. Było tu wiele innych przedmiotów, niemal równie jak ona pięknych, lecz ta jedna figurka cieszyła się szczególnymi względami. Nieraz, gdy wieczorami komnaty dworu roiły się od gości, gospodarz prowadził jednego czy dwóch z nich do tego gabinetu i pozwalał im podziwiać jej urodę. "Przedstawia ona moich przodków" mawiał pełnym dumy głosem "piękną Eldarkę Mithrellas i jej ukochanego Imrazora. Od tych dwojga wywodzi się ród Dol Amroth, z którego pochodzę." Rzeczywiście, był spokrewniony z władającymi Morską Twierdzą książętami Belfalas. Zamienił jednak wysokie urwisko Dol Amroth i morskie sztormy roztrzaskujące się o skały na płaski krąg ujścia Anduiny, gdzie monotonię uprawnych pól przerywały tylko wzniesienia wysepek wsi, farm, czy rezydencji otoczonych drzewami i groble ograniczające kanały. Jednak lubił się chwalić swoim pochodzeniem tak samo, jak kolekcją dzieł sztuki zgromadzoną w rezydencji, puszczając mimo uszu męczeńskie westchnienia żony, którymi kwitowała jego przemowy.
Któregoś dnia figurki dotknęły inne dłonie. Dziecko ustawiło ją w trawie, odgrywając w wyobraźni historię usłyszaną od ojca. Jednak zabawę przerwali mu koledzy, nawołując do wyprawy nad pobliską wodę. Chłopiec nie chciał, by na niego czekali. Nie chciał też wracać do domu, gdzie z pewnością zatrzymałby go nauczyciel i matka, więc włożył szybko figurkę do swojej skrytki pod korzeniami wielkiego drzewa i pobiegł, ciesząc się perspektywą polowania. Odniesie rzeźbę do gabinetu ojca wieczorem, nim ten zdąży wrócić i dostrzec jej nieobecność...

Chłopiec nie wrócił po figurkę. A jego ojciec, załamany wypadkiem, w którym stracił syna, nie szukał jej zbyt gorliwie. Nie wiedział zresztą o skrytce pod drzewem, podobnie jak nie wiedzieli o niej następni właściciele rezydencji. Drzewo stało w ogrodzie w pewnej odległości od domu, więc przetrwało pożar, który zniszczył posiadłość i następne, gdy bandy Południowców pustoszyły co kilka lat okolice Ethir Anduin. Domy budowane na wzgórku były coraz mniejsze i mniejsze, szlachciców zastąpili chłopi i rybacy o zaciętym wyrazie twarzy, zbierający obfite plony z żyznej ziemi i trzymający stałe warty, by ustrzec się kolejnego napadu. Wreszcie, po kolejnym pożarze, nikt już nie chciał odbudowywać domu ze zgliszcz. Dawne pola wpierw zamieniły się w dziką łąkę, a potem zakryła je trzcina. Wielkie drzewo w ogrodzie, stare i wypróchniałe, runęło pod naporem zimowej burzy. Z jego resztek odbiły młode pędy, lecz te smukłe, wysokie drzewa wyrąbano przy kolejnej odbudowie domu. Pozostał tylko potężny, powoli rozpadający się pień... Pobliskie jazy i śluza poszły w rozsypkę po kolejnej powodzi, wzburzona wiosną rzeka bez przeszkód zalewała pola. Rozmyła obwałowania kanału i rok po roku zbliżała się do ruin...

* * *

Ethir Anduin rok 3003 TE
Trzciny falowały w słabych podmuchach wiatru. Pomiędzy zielonymi źdźbłami suche, pożółkłe liście ocierały się o siebie. Gdzieś w ich gąszczu odzywały się ptaki. Kwaknięcia kaczek, ostre świergoty i syknięcia tworzyły wraz z szelestem trzcin swoistą muzykę tej krainy. Woda miała ciemny, zielonkawy odcień, słoneczne promienie oświetlały zwarte łany moczarki, w których falowanie zdradzało żerujące ryby. Gdzieniegdzie liny czy karasie wychodziły ponad dywan wodorostów i błyskały białymi brzuchami, nim znów ukryły się w gąszczu.
Wiosła zataczały powolne łuki, wślizgując się niemal bezszelestnie w wodę. Gdy ich pióra unosiły się w górę, zostawiały za sobą łańcuchy kropelek. Ogorzały mężczyzna w skórzanym kaftanie wiosłował spokojnymi, równymi pociągnięciami, zdradzającymi wprawę kogoś mieszkającego tu przez całe życie. Dwaj pozostali rozglądali się czujnie na boki, poświęcając tyle samo uwagi szelestom trzciny i przelatującym od czasu do czasu nad głowami ptakom, co płynącej za nimi drugiej łodzi. Trzecia płaskodenna łódź podążała w pewnej odległości za nimi, a zachowanie płynących w niej ludzi sugerowało, że za zakrętem rzeki płynie jeszcze czwarta.
Rzeka była tutaj wijącym się wśród trzcin pasmem wody, jej nurt był niemal niewidoczny. Ten przesmyk i setki innych tworzyły Ethir Anduin, miejsce, gdzie Wielka Rzeka kończyła swoją wędrówkę przez krainy. Główne odnogi były potężne, szeroko rozlane i dość głębokie, by wpływały w nie morskie statki. Lecz prócz nich istniało wiele innych, drobniejszych, takich właśnie przesmyków, pozostałości po dawnych kanałach. Ale to tutaj trzymano najczujniejszą wartę. Zbyt łatwo było się przeprawić pomiędzy wysepkami, zbyt łatwo ukryć, by pozostawiono ujście rzeki bez ochrony. Ludzie z patrolu płynęli więc powoli, uważnie przepatrując trzciny. Szukali śladów innych niż pozostawione przez zwierzęta, zatrzymywali się przy wydeptanych przez nie ścieżynkach szukając znaków świadczących o tym, że ktoś tędy przechodził.
O zmierzchu łodzie zatrzymały się na niewielkim cyplu. Ostatniej wiosny rzeka ścięła tu bok pagórka zostawiając po sobie skarpę i piaszczystą plażę u jej podnóża. Wielkie kamienne bloki, na wpół przysypane piachem, świadczyły, że kiedyś wzniesienie to było umocnione przez ludzi. Teraz, choć rozrzucone bezładnie dookoła, odsuwały nurt i chroniły plażę przed rozmyciem. Przynajmniej do kolejnej wiosennej powodzi.
Łodzie wyciągnięto na brzeg, ostrożnie manewrując nimi pomiędzy kamieniami, a mężczyźni zajęli się wyciąganiem z sakw racji żywnościowych. Narzekali prostując zdrętwiałe po całym dniu w łódkach nogi, lecz czynili to przyciszonymi głosami, jakby lękając się naruszyć spokój panujący dookoła. Nie rozpalali też ognia by nie zdradzić swojego obozu, czy raczej by nie ostrzec potencjalnego intruza.
Jeden z nich, młodszy niż pozostali, obchodził wolno plażę, oglądając uważnie każdy szczegół. Zamienił kilka zdań z wyznaczonymi na wartę żołnierzami, później w obozowisku rozmawiał z resztą oddziałku o kończącym się właśnie dniu i ich spostrzeżeniach. Wreszcie, kiedy inni szykowali sobie mniej lub bardziej wygodne posłania na nocleg, on zszedł na plażę, przeszedł kilka kroków brzegiem rzeki i usiadł na kamieniu leżącym nad wodą.
Jeden ze starszych mężczyzn pełnił najwidoczniej rolę jego przybocznego, bo po chwili podszedł z kilkoma sucharami i garstką suszonych owoców.
- Lordzie Faramirze - powiedział cicho.
- Tak ? - Młody człowiek potrząsnął lekko głową, jakby budząc się ze snu.
- Powinieneś coś zjeść. - podał mu jedzenie.
- Wiem. - Faramir obrócił w dłoni suchar jakby zastanawiając się, czy rzeczywiście powinien go zjeść.
Przyboczny westchnął lekko. Od momentu gdy zostawili za sobą otwartą wodę Anduiny i wpłynęli pomiędzy ściany trzcin młodzieniec zachowywał się chwilami dziwnie. Nie, żeby zaniedbywał swoje obowiązki - warty zostały wystawione, a obserwacje żołnierzy z całego dnia patrolu omówione. Lord Faramir, mimo braku doświadczenia w dowodzeniu ( nie bez powodu wyznaczono jego, Pardana, na przybocznego krewniaka Namiestnika ) zapowiadał się na dobrego dowódcę. Umiał dostrzec, gdy coś było nie w porządku z którymkolwiek z jego ludzi, braki doświadczenia starał się możliwie szybko nadrobić. Jednak... nie dbał o samego siebie. Zapominał o posiłkach, poprzednią noc spędził czuwając razem z wartownikami... dla starszego mężczyzny wyglądało na to, że coś stale odciąga jego uwagę. Teraz też, choć Faramir wziął swoją rację, to jadł powoli, wyraźnie skupiony bardziej na swoich myślach niż na posiłku.
Noc zapadła szybko. Nieliczne ciągnące z zachodu chmury zamienione przez zachodzące słońce w płomienne pióra zbladły i zniknęły na ciemniejącym niebie. Złocisty księżyc letniej pełni uniósł się już wystarczająco wysoko, by dostrzec go nad trzcinami i nadał niebu odcień najgłębszego granatu, przyćmiewając swym blaskiem gwiazdy. Obozowisko nad wodą pogrążyło się w ciszy.
Pardan obudził się nagle. Leżał nieruchomo, starając się odgadnąć co go zaniepokoiło i wyrwało ze snu, jednak dookoła słychać było tylko stłumione pochrapywanie zmęczonych ludzi. Po chwili jednak rozległ się lekki szmer. Mężczyzna uniósł głowę i westchnął niemal niesłyszalnie. Szczupła sylwetka na krawędzi skarpy obok stojącego tam jednego z wartowników mogła należeć jedynie do młodszego syna Namiestnika. Najwidoczniej znów dolegała mu bezsenność. Przyboczny podniósł się także. Faramir odwrócił się na moment, sprawdzając, kto wstaje i znów zapatrzył się przed siebie. Wartownik przestąpił z nogi na nogę i zastygł w bezruchu.
Ze szczytu pagórka rozciągał się widok na oświetloną księżycowym blaskiem okolicę. Gdzieniegdzie ciemne plamy drzew znaczyły pagórki podobne do tego, na którym się zatrzymali - wzniesienia o płaskich wierzchołkach, zarośnięte pokrzywionymi piniami, gdzie na obrzeżach stoków i spod korzeni drzew wyglądały starannie obrobione bloki kamienia. W innych miejscach trzciny ustępowały miejsca łące, a w jeszcze innych rzeczne odnogi były na tyle szerokie, że widać było lśniącą w świetle księżyca wodę. Daleko na zachodzie łany trzciny oddawały miejsce niewidocznemu z tej odległości morzu. Gdzieś na horyzoncie wprawne oczy mogły dostrzec słabe migotanie, niemal nie do odróżnienia od nisko wiszących gwiazd - światła osad.
Faramir, jak zauważył Pardan, obserwował to wszystko z pełną napięcia uwagą, jakby spodziewając się, że za chwilę gdzieś rozbłyśnie inny ogień - rozpalone przez intruzów ognisko.
- Czy tu zawsze panuje taki spokój? - zapytał wreszcie.
- To złudny spokój - zauważył Pardan.
- Wiem. Jednak... brakuje tu takiego poczucia zagrożenia jak w Ithilien.
Pardan drgnął zaskoczony tą uwagą. Dla niego każdy patrol był stałą szarpaniną nerwów. Ściany trzcin ograniczały widoczność, częste mgły utrudniały orientację, głosy ptaków i pluski wody myliły słuch... Wróg zdawał się czyhać na każdym kroku, za każdym zakrętem rzeki, przyczajony w gęstwinie mógł w każdej chwili wypuścić morderczą strzałę... Nie uspokajały go zapewnienia zwiadowców, rekrutujących się z wędrujących tędy od dzieciństwa rybaków, że sama kraina broni się przed obcymi, i że woda i ptaki dawno już zdradziłyby intruzów - on wciąż lękał się zaskoczenia i zasadzki, i wolał pełnić służbę na kutrach, na otwartej wodzie... A ten patrol był dla niego wyjątkowo trudny. Ciągłym koszmarem była dla niego myśl, że przypadkowe starcie z jakąś bandą Południowców zakończy się powrotem do Pelargiru z wiadomością o śmierci młodszego syna Namiestnika Gondoru i przeklinał chwilę, gdy to jego wyznaczono do tego zadania. Teraz dopiero, ta przypadkowa uwaga młodego księcia uświadomiła mu, jak inaczej można spostrzegać Ethir Anduin. Ten spokojny, zamyślony chłopak dorastał mając na wyciągnięcie ręki Góry Cienia, ciągłą groźbę Mordoru... Skoro był już na patrolach w Ithilien... Pardan nie wyobrażał sobie jak można żyć w takim ciągłym zagrożeniu, gdzie przeciwnikami nie byli ludzie, lecz pokraczni, złowrodzy orkowie... Czy to ta różnica między Ethir Anduin i Ithilien tak przykuwała uwagę Faramira? Interesowało go przecież wszystko, co się tyczyło tego zarośniętego trzciną świata. Wypytywał zwiadowców podczas wieczornych i porannych odpraw czy to o miejscowe ptaki, zwierzęta i pogodę czy też o napady Południowców i korsarzy.
- Aż tak bardzo różni się od Ithilien? - zapytał Pardan.
Faramir potrząsnął głową przecząco.
- Jest podobne... - odpowiedział i wrócił do swojej kontemplacji okolicy.
Starszy mężczyzna czekał jeszcze trochę, ale Faramir nie dodał już nic więcej i widać było, że nie ma zbytniej ochoty rozmawiać. Po dłuższej chwili Pardan wrócił na swoje posłanie, by spróbować zapomnieć o zmartwieniach i zasnąć.
Obudził się jak zazwyczaj, o pierwszym brzasku, gdy niebo miało szarą barwę stali, a świat był jeszcze wycinanką czarno-szarych cieni. Nad wodą płynęły pasemka mgły. Pierwsze spojrzenie rzucił na posłanie syna Namiestnika. Było puste, koc leżał zwinięty pod drzewem. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. Wartownik stał na swoim miejscu, nieco przygarbiony, dzieląc swą uwagę na okolicę i na kolegów zabierających się śniadania. Obok niego miejsce, gdzie w nocy siedział Faramir, też było puste. Pardan rozejrzał się po obozowisku z wzrastającą paniką. Nigdzie nie mógł dostrzec szczupłej sylwetki syna Namiestnika.
- Gdzie lord Faramir?! - warknął niemal do żołnierza na warcie.
- Tam - mężczyzna wskazał ręką na prześwit pomiędzy drzewami.
- Pozwoliłeś mu się oddalić?? - Pardan zmełł w ustach przekleństwo na widok nic nie rozumiejącego spojrzenia żołnierza i ruszył we wskazanym kierunku.
Ochłonął dopiero po kilku krokach. Nie było przecież powodu do niepokoju. Przez całą noc wartownicy byli i przy obozowisku, i po drugiej stronie pagórka... Faramir z pewnością poszedł z nimi porozmawiać i był całkowicie bezpieczny, a przynajmniej tak bezpieczny jak tylko było to możliwe...
Rzeczywiście, Faramir był przy wartownikach. Z tym, że nie rozmawiał z nimi, a oglądał tkwiące w ziemi bloki kamienia. Odgarnął przy jednym z nich dywan rozchodników i badał go z takim skupieniem, jak dwa dni wcześniej jedną z nielicznych zachowanych w tej okolicy dawnych śluz. Poświęcał układowi bruzd i szczelin tyle samo uwagi, zdaniem Pardana, co wtedy potężnym dębowym pniom oślizgłym od wilgoci.
- Panie... - odezwał się mężczyzna.
- Tu była z pewnością rezydencja - Faramir mówił trochę do siebie. - Zobacz, to jest niewątpliwie plecionka z liści. Ten kamień musiał być częścią jakiegoś ozdobnego progu...
- Lordzie Faramirze - zaczął znowu Pardan. Młody mężczyzna odwrócił się w jego stronę.
- Zdrzemnąłem się trochę, jeśli to cię niepokoi - uśmiechnął się lekko. - I zaraz wrócę do obozu.
- Nie to mnie zaniepokoiło...
- Wiem - Faramir skinął głową. - Nie obawiaj się, nie odszedłbym od wartowników. Nawet uzbrojony - położył dłoń na głowicy miecza.
Pardan westchnął z rezygnacją. Faramir dokładnie przewidział, co on chciał mu powiedzieć. No cóż, pozostało mu tylko jedno.
- Dlaczego miałaby tu być rezydencja? - zmienił temat, by uniknąć dalszych, być może jeszcze bardziej trafnych, stwierdzeń na temat swoich nie wypowiadanych obaw.
- To wzniesienie jest za małe na jakąś większą osadę - jeśli Faramir przejrzał jego wybieg, to nie dał po sobie znać. Podniósł się i rozejrzał po płaskim wierzchołku pagórka zarośniętym kępami trawy i pojedynczymi krzewami. - Na tej polanie nie rosną drzewa, zbyt wiele tu kamieni i jeszcze niedawno stały tu ściany. Ma ona też regularny kształt, jakby był tu kiedyś jeden duży dom. Tamte drzewa - wskazał na lasek gdzie spędzili noc - to pozostałość po ogrodzie.
- Skąd... ? - Pardan zawiesił pytająco głos.
- To właśnie jest podobieństwo Ethir Anduin do Ithilien. Tam też wiele jest takich miejsc, gdzie kiedyś żyli ludzie... - Faramir schylił się i delikatnie nasunął odgarnięte rozchodniki z powrotem na kamień. - Wracajmy do obozu - stwierdził. - Niedługo wzejdzie słońce.
Nie zabawili długo na skarpie. Niewiele czasu zajęło żołnierzom zjedzenie skromnego posiłku, znacznie jednak obfitszego niż mogło się to wydawać komuś, kto przysłuchiwałby się ich dyskusjom i narzekaniu. Faramir nie brał w nich udziału. Gryzł z roztargnieniem suchar chodząc po plaży i przyglądając się resztkom muru rozsypanym na krawędzi wody. Najwyraźniej korzystał z ostatnich wolnych chwil przed odpłynięciem by dokładniej przyjrzeć się dawnym umocnieniom brzegu. Pardan obserwował go, jak odsuwa piasek i naniesione przez wodę drewno z połączeń kamieni. W pewnej chwili wdrapał się na krawędź skarpy widocznie by prześledzić kształt muru. Kiedy brzeg się ukruszył, zachwiał się i niemal spadł, aż Pardan poderwał się przestraszony ze swojego miejsca. Jednak Faramir przykląkł tylko, a po chwili zaczął coś odkopywać na krawędzi skarpy, tam gdzie zwieszały się zbielałe korzenie starego drzewa.
Ludzie z oddziału zacierali ślady obozu i ładowali niewielkie bagaże do łodzi. Pardan podszedł do Faramira.
- Panie...
- Zaraz odpływamy, wiem - Faramir nie przerywał pracy. Odsłonił kilka kamieni ułożonych w kwadrat między spróchniałymi korzeniami. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełniała ziemia, którą Faramir przegarniał teraz delikatnie wyjmując niewielkie bryłki. Większość rozkruszała się mu w palcach, nierozpoznawalna, bezkształtna. Podłużny niby patyk zostawił mu w dłoni brunatną smugę rdzy i prostokąt poczerniałej kości w połyskujących spod osadów okuciach.
- Nóż - stwierdził Faramir. Pardan też nachylił się zainteresowany odkryciem.
Prócz noża leżały inne przedmioty. Coś o prostokątnym kształcie rozpadło się w dłoniach Faramira pozostawiając płaską blaszkę o kształcie kwiatu, cienką i zniszczoną jak przegniły liść. Kilka mniejszych bryłek przypominających krążki było być może monetami, coś okrągłego było tak zniszczone przez wilgoć, że nie dało się tego nazwać czy rozpoznać. Wreszcie Faramir wyjął jakieś większe bryły.
W jednej widać było zarys głowy i ramienia. Faramir odłożył ją na bok i obrócił drugą bryłkę w rękach. Tu dało się dostrzec końską głowę, krążek, który mógł być tarczą i podniesioną rękę. Przesunął palcami delikatnie po zatartych zarysach rycerza, potem popatrzył jeszcze raz po rozłożonych dookoła znaleziskach. Włożył rzeźbę z powrotem do dołka, razem z pozostałościami noża, monetami i innymi resztkami, układając je troskliwie obok siebie. Zatrzymał się tylko przy drugiej rzeźbie i spróbował delikatnie oczyścić jej powierzchnię. Wilgotna, mulista ziemia rozpadła odsłaniając pochyloną głowę człowieka i obok drugą ludzką sylwetkę. Kobieta i mężczyzna. Spod osadu prześwitywał kamień. Faramir obejrzał się na łodzie i ludzi kończących pakowanie, potem na rozkopaną ziemię, najwyraźniej podejmując jakąś decyzję. Odłożył rzeźbę na bok, zgarnął ziemię do dołka i nasunął z powrotem płaski kamień. Pardan popatrzył na niego zdziwiony.
- To... - zaczął Faramir, ale urwał, najwyraźniej nie chcąc się tłumaczyć ze swego postępowania. Podniósł odłożoną rzeźbę i zeskoczył na plażę.
Zanim odbiła pierwsza łódź, opłukana w wodzie rzeźba została już starannie owinięta w koc i umieszczona w bagażu. Pardan przymknął oczy i pomodlił się do Valarów, by pozwolili im przetrwać ten ostatni dzień patrolu.

* * *

Emyn Arnen, Czwarta Era
Figurka leżała żałośnie przewrócona na podłodze z ciemnego drewna. Szerokie, połyskliwe deski o ledwie widocznych słojach pachniały żywicą i wtartym w nie woskiem. Szpeciła je też teraz wyraźna rysa w miejscu, gdzie uderzył spadający kamień. Na twarzy stojącego obok chłopca z łatwością można było dostrzec z trudem powstrzymywane zniecierpliwienie. Cóż za pech, że nauczyciel musiał wejść do gabinetu ojca akurat wtedy, gdy on odwieszał niewielki miecz na jego miejsce nad skrzynią! Tyle razy podbierał już tę broń i odnosił z powrotem bez śladu, a dziś, zaskoczony okrzykiem strącił tę rzeźbę ! Mieczyk leżał teraz przy jego stopach jak widomy dowód przestępstwa. Przynajmniej tak wyglądało to w oczach nauczyciela.
- Doprawdy, paniczu - mówił teraz - to, że mieszkamy w tak niecywilizowanych warunkach, nie zwalnia cię od obowiązku przyswojenia sobie stosownych manier. Zamiast przygotowywać się z zadanych lekcji, wolisz oczywiście wymykać się ukradkiem i biorąc przy tym rzeczy nie dla ciebie przeznaczone...
Chłopiec westchnął niemal niezauważalnie. Zapowiadała się dłuższa tyrada na temat powinności i zasad dobrego wychowania jakie obowiązują syna księcia. A on miał nadzieję, że zdąży zajrzeć do stajni. Matka wspominała przy kolacji, że brat miał przysłać jej kilka koni. Z pewnością była teraz w stajniach oglądając przybyłe zwierzęta i z pewnością nie miałby nic przeciwko temu, by jej towarzyszył. Zwłaszcza, że lekcje miały być dopiero późno po południu i że umiał, naprawdę już umiał zadane tematy. Oczywista niesprawiedliwość nauczyciela była tak wielka, że nie mógł się powstrzymać od zaprotestowania. Niestety, nic to nie dało.
- Twoja bezczelność, paniczu, jest naprawdę zdumiewająca - oburzył się preceptor.
Wystarczyłoby, żeby tylko była tu matka, pomyślał chłopiec. Biała Księżniczka na pewno nie podzielała zdania nauczyciela o konieczności ciągłego ślęczenia nad księgami. Oczywiście, dopilnowywała, żeby nie opuszczał się w nauce, ale doskonale rozumiała jego potrzebę znalezienia się chwilami daleko od domu i zajęcia się czymś innym niż skomplikowane umowy handlowe dawno zmarłych Namiestników.
- A jeżeli ma on rację? - padło z tyłu spokojne pytanie i chłopiec przeżył moment czystej satysfakcji na widok lekkiego popłochu na twarzy nauczyciela, satysfakcji, która natychmiast pierzchła. W drzwiach stali jego rodzice i najwyraźniej od dłuższego czasu przysłuchiwali się tyradzie. I to z niezbyt zachwyconymi minami.
Tym razem chłopiec przestąpił z nogi na nogę czując się znacznie mniej pewnie. Czy ojciec też musiał przyjechać i być świadkiem jak go besztają? I to w dodatku za wzięcie miecza z jego gabinetu. Nauczyciel też stracił znacznie na pewności siebie. Sama obecność Pani Eowiny wystarczyłaby, by zbić go z tropu, ale spokojne spojrzenie Namiestnika wyrażało taką dezaprobatę, że przez chwilę nie wiedział jak zareagować. Była to jednak jedynie krótka chwila.
- Z największą przykrością muszę powiedzieć, książę - zaczął - że młody panicz zachowuje się wyjątkowo niestosownie. Zamiast uczyć się, znika gdzieś poza domem, a ponadto... - nauczyciel odsunął się wskazując dowody: zrzuconą figurkę i mieczyk.
- Chwileczkę - książę Faramir wszedł do gabinetu i podszedł do syna. - Co z lekcjami?
- Umiem, tato - chłopiec odezwał się pełnym oburzenia głosem.
Książę przykląkł i podniósł figurkę. Nie wyszła bez szwanku z upadku. Przez podstawę biegło teraz wyraźne ukruszenie.
- Nie chciałem jej uszkodzić, tato. Zawsze uważałem... - chłopiec urwał wystraszony tym, do czego się przyznał.
- Uważałeś, by jej nie strącić, tak? - uśmiechnął się ojciec. - Kiedyś przesiedziałem kilka wieczorów nad bardzo nudnymi pergaminami - powiedział - usiłując znaleźć sposób, by ją dokładnie oczyścić. A potem kilka następnych by to zrobić. - Obrócił rzeźbę jeszcze raz w palcach i odstawił na półkę.
- Tato...
- Pokaż ten miecz - Faramir zmienił temat. Wysunął ostrze z pochwy i obejrzał starannie. Chłopiec przełknął ślinę widząc jak ojciec bada zarysowania i jak zmienia się wyraz jego twarzy.
- Masz swój miecz - powiedział wreszcie książę - dlaczego bierzesz ten?
- Bo... - chłopiec zająknął się pod spojrzeniem ojca - bo ten lepiej mi leży w ręku.
Przez kilka chwil panowała cisza. Ani Pani Eowina, ani nauczyciel nie chcieli jej przerywać, a Faramir zdawał się widzieć kogoś zupełnie innego na miejscu swojego syna. Kogoś równie ciemnowłosego i szarookiego, rosłego jak na swój wiek. Równie wysoko i dumnie trzymającego głowę. Wreszcie jakby otrząsnął się.
- Co chciałeś robić w to przedpołudnie? - spytał pozornie spokojnym głosem.
- Chciałem pójść do stajni...
- Pewnie zobaczyć wierzchowce - uśmiechnęła się Eowina.
- Pójdziemy wszyscy je zobaczyć - zdecydował książę.
- Panie, a... - ośmielił wtrącić się nauczyciel.
- O części spraw porozmawiamy później - zwrócił się Faramir do nauczyciela - a co do kary, o którą ci chodzi... Elboron, myślę, że nie zajmie ci wiele czasu dowiedzenie się, jak przykleić ten odprysk. Wieczorem o tym porozmawiamy.
- A miecz?
- Miecz... - Faramir zamyślił się przez chwilę. - O nim także porozmawiamy wieczorem. Powinieneś wiedzieć, kto go kiedyś używał.
- To znaczy?
- To znaczy, że powinieneś dostać go wcześniej, skoro pasuje ci do ręki.
- Tato! - twarz chłopca rozjaśnił uśmiech.
- Biegnij zanieść go do swego pokoju. Spotkamy się w stajniach.
Wyszli z gabinetu. Zza jednego okna dobiegał śpiew ptaków z ogrodu, zza drugiego rozmowy i nawoływania na dziedzińcu przed dworem, gdzie stajenni przeprowadzali wierzchowce. Lekki wiatr zakołysał kwitnącymi gałązkami pnącej róży przed oknem. I już tylko złocisto mieniące się w słońcu pyłki kurzu osiadały na zwojach spiętrzonych na biurku w pustym pokoju.


Tici, Wrocław, 06.06.2004
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=125