fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
Ilekroć podniósł wzrok na horyzont, zdawało mu się, że wciąż widzi tam, w oddali, łunę płomieni pożerających białe okręty. Dlatego też szedł z oczyma nieodmiennie spuszczonymi, powtarzając sobie co chwila, że to tylko złudzenie.
Złudzenie… jak wszystko wokół. Złudzenia otaczały ich zewsząd. Pamiętał tych, którzy zaklinali się, że w zawodzeniu wiatru słyszą wołanie swoich bliskich, a w oddali, pośród zawiei, widzą ich sylwetki. Odchodzili, nieszczęśnicy, by już nigdy nie wrócić.
Jednakże ogień na wschodzie nie był złudzeniem. Nie był nim też huk płomieni, niesiony w ich stronę na skrzydłach wiatru. Odgłos, który Findekáno znał tak dobrze. W poprzednim życiu, w Amanie, potrafił godzinami patrzeć na języki ognia tańczące po brewionach w palenisku.
Ciepły blask zawsze przypominał mu kuzyna, jego miedzianorude loki, jasne oczy… Ognisty temperament syna Ognistego Ducha. Russandol…
Nie! Nie wolno mu o tym myśleć. Tamten rozdział ich historii jest już skończony, zamknięty na dobre. Zacisnął powieki, lecz obraz twarzy Maitima, rozjaśnionej pogodnym uśmiechem, stał się jeszcze bardziej wyraźny, wspomnienia boleśniejsze. Tak bardzo pragnął znów go spotkać, śmiać się razem z nim… Nawet nie tyle. Powiedzieć mu, że żyje, że nic mu nie jest… jak na razie.
Jak długo jeszcze będzie w stanie znosić takie warunki? Elfowie codziennie odchodzili do Mandosu z powodu głodu, mrozu… Stracili już co najmniej kilka tysięcy towarzyszy.
Czym więc on się martwił? Dlaczego tak się bał, że on będzie następny? Przecież spotkają się w Salach Oczekiwania, im szybciej tym lepiej. Ale… czy aby na pewno? Pamiętał słowa Przysięgi, pamiętał przepraszające spojrzenie Maitima zaraz po ich wypowiedzeniu, spojrzenie mówiące: „Wybacz mi, Findekáno, nie dano mi wyboru. Jeślibyśmy się już nie spotkali… Nigdy o tobie nie zapomnę.” Z początku nie mógł pojąć, dlaczego jego najdroższy przyjaciel skazał się na Wiekuiste Ciemności. Nie mógł uwierzyć, że taki los go naprawdę czekał. Być może Feanára czy Morifinwego i młodszych braci, którzy podążali za swym ojcem wszędzie, ale nie Maitima.
Findekáno nie mógł uwierzyć, że ukochany kuzyn przykładał rękę do palenia okrętów. Jeśli tak rzeczywiście się stało. Elfowie wierzyli Nolofinwemu, który zaczął to rozgłaszać. Findekáno znał ojca na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie mówi tak, by siać panikę czy zniesławić przyrodniego brata – mówi tak, bo wierzy, że to prawda. Jednak… było tyle innych powodów, dlaczego statki mogły spłonąć. Korsarze Moringotta, gwałtowny sztorm…
Jeśli tak, to co z Maitimem? Czy przeżył? Nic mu nie jest? Czy spotkają się w Endorze? Nie… Słowa Przysięgi rozdzielały ich na wieki, tak jak miażdżące lody i huczące fale zagradzały im drogę do domu.
- Findekáno? – ponure rozmyślania przerwał mu głos brata. Turukáno położył mu rękę ramieniu. – Wszystko w porządku?
Najstarszy syn Nolofinwego uśmiechnął się blado, nie będąc w stanie odpowiedzieć.
– Znowu myślałeś o nim? – W oczach Turukána pojawiło się coś na kształt współczucia.
- Chciałbym ci przypomnieć, że „on” ma imię – upomniał go odrobinę nazbyt oschle. Miał już serdecznie dosyć takich rozmów.
- Przeklęte jak jego ojciec, jak cały jego ród, jak… jak my wszyscy. Findo, kiedy to wreszcie do ciebie dotrze? Wpierw przez nich splamiliśmy ręce krwią naszych braci, a teraz zdradzili nas, pozostawili nas na śmierć…
- Nie wierzę w to! – zawołał. Wspomnienie twarzy Russandola, tak boleśnie wyraźne, znów powróciło, z jeszcze większą natarczywością niż wcześniej.
- Bracie! Przez nich tu jesteśmy, giniemy z zimna i głodu! To oni ściągnęli na nas klątwę Mandosa.
Findekáno poderwał się nagle, strącając rękę brata ze swojego ramienia. Nie oglądając się za siebie, odszedł kilka kroków za namiot, przy którym siedział. Nie chciał, by młodszy brat zobaczył łzy w jego oczach.
Stał, wystawiając twarz na lodowaty wiatr. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, że słone krople boleśnie szczypały go w policzki. Burza mieszanych uczuć rozpalała go od środka.
A jeśli rzeczywiście stryj ich zdradził? Bez wątpienia byłby do tego zdolny. Jednak… nie Maitimo. Findekáno nie mógł pojąć, dlaczego winą za zdradę obarczano cały ród Curufinwego. Przecież znał kuzyna…
- Synu? – Elf odwrócił się, pochylając głowę. Ojciec stał tuż przy nim, jak zawsze dostojny i królewski. Dawno już nie rozmawiali, mając na głowie o wiele ważniejsze sprawy, ale teraz, kiedy nareszcie mogli na chwilkę przystanąć, odpocząć, Findekáno nie miał na to najmniejszej ochoty.
- Nierozsądnie jest oddalać się samotnie od obozu – upomniał go Nolofinwë.
- Tak, panie ojcze – jego syn skłonił głowę.
- Wkrótce wyruszamy.
- Tak, ojcze.
- Synu – starszy Elf przytrzymał go za ramię, zmuszając do patrzenia sobie w oczy. – Co cię trapi?
Findekáno odwrócił głowę.
- Nie chcesz mi powiedzieć?
- Ojcze – zawahał się – powiedziałbym ci, gdybym tylko wiedział, jak, co…
- W przyjaźni nie ma nic złego. Nie wstydź się uczuć. To mój brat zawinił, nie Nelyafinwë. A Feanáro zapłacił za to wysoką cenę.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – Findekáno miał złe przeczucie, że wolałby nie znać odpowiedzi.
- Na pokładzie jednego z białych statków spłonął jego rudowłosy syn.
Młodszy Elf cofnął się o krok. Zrobiło mu się słabo. Kręciło mu się w głowie. Obraz wirował mu przed oczyma. A więc Maitimo…
- To nie był Nelyafinwë. Imię Umbarto zaprawdę było prorocze – pospieszył z wyjaśnieniami Nolofinwë.
- Skąd możesz to wiedzieć? – w głosie Findekána wyraźnie było słychać strach. Bał się ojca, nie próbował się z tym kryć. Nie rozumiał go. Syn Finwego był dla niego bogiem, którego należy wielbić, któremu trzeba być posłusznym, ale którego myśli się nie pojmuje.
Jak na przykład teraz. Dlaczego wcześniej tego nie wyjawił? Dlaczego powiedział to w taki sposób, jakby chciał dołożyć cierpień własnemu synowi? Czy nie wystarczy, że Findekáno czuje się, jakby mu odebrano połowę fëa?
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć, mój synu. Mój wzrok sięga daleko.
- Co widzisz? – słowa ojca rozpaliły nikłą iskierkę nadziei.
- Twój przyjaciel żyje. Nie zapomniał o tobie.
- Mówisz tak, ponieważ wiesz, że chcę to usłyszeć, czy też rzeczywiście tak jest?
- Findekáno – Nolofinwë spojrzał uważnie w oczy swojego syna – czym cię kiedyś okłamał? Czy zawiodły cię moje słowa?
- Nie, panie ojcze. – Młodszy Elf spuścił głowę.
- Próbowałeś się z nim porozmawiać?
- Tak, ojcze, przez osanwë. Nie odpowiada. Jego umysł jest jak twierdza.
- Bądź dobrej myśli. Spotkacie się.
- Oby…
- I nie słuchaj tych, którzy będą nazywać go Bratobójcą i zdrajcą. Nie wiedzą, o kim mówią.
Nolofinwë już zamierzał się odwrócić w stronę obozu, kiedy Findekáno go powstrzymał.
- Dziękuję ci, ojcze – szepnął.
Odeszli ramię w ramię w stronę obozu. Tam się rozstali. Findekáno wrócił do swoich oddziałów. Szedł z dumnie uniesionym czołem i zaciętą miną. „Nie wierzę, że to już koniec.”

***


Sytuacja wciąż była napięta. Posłańcy od wielu tygodni kursowali między ich obozami. Kanafinwë chciał załatwić to pokojowo, ponownie spróbować pomówić ze stryjem. Chciał? Nie, musiał… Wbrew własnej woli. Gdyby to było możliwe, do Końca Dni włóczyłby się nad jeziorem Mithrim, przez przypadkowych świadków brany za ducha utkanego z mgieł.
Jednakże tytuł Głowy Rodu do czegoś go zobowiązywał. Tak więc, po długich negocjacjach, udało im się ustalić warunki spotkania. A dokładniej, Kanafinwë zaakceptował propozycje stryja. Był mu to winien. Poza tym, bynajmniej nie był w stanie samemu zadbać o wszystkie szczegóły. Z dziecinną niemalże ufnością pozwolił, by to Nolofinwë decydował o wszystkim, mimo że to z winy jego podwładnych poprzednia próba pertraktacji o mało nie zakończyła się kolejnym bratobójstwem.
Mieli się spotkać w połowie drogi między ich obozami. Makalaurë zgodził się, by w imieniu stryja przybył Findekáno. Przystał też na to, by z ich strony rozmowy prowadziła Głowa Rodu. Czyli on. Nie uznał tego za niesprawiedliwe. Właściwie to… w ogóle się nad tym nie zastanawiał.
Jako że poprzednia próba nawiązania kontaktu zakończyła się fiaskiem, Nolofinwë jeszcze o niczym nie wiedział. Nie miał pojęcia o śmierci ich ojca, porwaniu Maitima… Maitima.. Maitima… Imię starszego brata odbijało się echem po głowie Kanafinwego. Twarz Russandola odżyła we wspomnieniach, tak boleśnie znajoma, tak piękna… Czy jeszcze się spotkają? Czy ujrzy go kiedykolwiek?
Makalaurë zacisnął powieki. Łzy powoli spływały mu po policzkach.
- Tak bardzo chciałbym być z tobą, braciszku – szepnął – dzielić twój los, jakkolwiek straszny by on nie był.
- Kano? – jakaś cząstka jego umysłu zanotowała, że Ambarussa stał tuż za nim. Starszy brat odwrócił się niechętnie. – Już czas. Musisz jechać.
To prawda, musiał. Nieprzytomnie skinął głową i odprawił Telufinwego ruchem dłoni. Przebierając się w strój podróżny, wspominał sylwetkę drugiego bliźniaka za zasłoną płomieni, jego krzyk zagłuszony hukiem ognia. I Maitima, odwróconego tyłem, odmawiającego udziału w tym zbiorowym szaleństwie. Maitima, który jako jedyny odważył się sprzeciwić ojcu. Maitima trzymającego dłoń Feanára, kiedy płomienie pochłaniały jego ciało. Rezygnację na twarzy starszego brata, gdy jechał na wyznaczone przez Moringotta spotkanie.
Co teraz się z nim działo? Czy żył jeszcze? Nie… Oby nie… Makalaurë ponad wszystko pragnął zobaczyć go ponownie, usłyszeć jego głos, jednak wiedział, że dla Maitima lepiej by było odejść do Mandosu. Jeśli żył… Kanafinwë czym prędzej odepchnął od siebie obrazy podsuwane mu przez umysł z ironiczną usłużnością. Czy nie wystarczy, że z powodu tych koszmarów od sam nie wiedział ilu lat nie może zmrużyć oka? Oszalała z tęsknoty wyobraźnia podsuwała mu makabryczne obrazy tego, co działo się z jego bratem. Na tysiące sposobów wyobrażał sobie upokorzenia, jakie spotykały Maitima, tortury, które oszpecały jego piękne ciało, a każda z nich była po stokroć potworniejsza od poprzedniej.
Przypasał miecz – jasne ostrze, wykute przez jego ojca jeszcze w Amanie. „Jeśli żyję, braciszku, to tylko dla ciebie. Dlatego, że nie wierzę, by los był aż tak okrutny.”

Findekáno nie mógł powiedzieć, czy jechali dwa dni, czy więcej. Podróż dłużyła mu się niezmiernie. Kiedy tylko z obozu stryja przybył pierwszy po dłuższej przerwie posłaniec z prośbą o ponowne spotkanie, natychmiast udał się do ojca z zapytaniem, czy mógłby prowadzić rozmowy w imieniu wszystkich Noldorów, którzy za nimi podążali. Pamiętał, że poprzednim razem Nolofinwë stanowczo mu odmówił. Posłał swojego zastępcę, godnego zaufania Elfa, a mimo to posłowie byli bliscy sięgnięcia po broń. Teraz jednak sytuacja uległa zmianie. Wściekłość spowodowana zdradą przyrodniego brata ostygła, pozostał tylko żal.
Findekáno wciąż pamiętał odpowiedź Nolofinwego: „Dobrze, mój synu, masz moje błogosławieństwo. Pamiętaj tylko, że ta sprawa dotyczy nas wszystkich.”
Przystał na wszystkie polecenia ojca z ochotą. Zrobiłby wszystko, byleby tylko dowiedzieć się czegoś pewnego o Maitimie. Tak więc, z ustaloną z Nolofinwem i rodzeństwem odpowiedzią na każde możliwe pytanie, jechał wzdłuż brzegu jeziora, niecierpliwie wiercąc się w siodle i co chwila stając w strzemionach.
Kiedy wreszcie dostrzegł sylwetki jeźdźców zdążających im na spotkanie, nie był już tak pewny siebie. Prawdę mówiąc, bał się stanąć przed stryjem, jak zawsze. Bał się jego nieprzewidywalnego charakteru, niepojętych myśli. Miał złe przeczucie, że Feanára nie będą dręczyły wyrzuty sumienia. Już zaczął się przygotowywać na chłodne powitanie i nieprzyjemną rozmowę, która nastąpiłaby potem, kiedy spostrzegł, że to nie stryj jedzie na czele drugiego poselstwa.
Jego zdumienie było tak wielkie, że bezwiednie zatrzymał konia. Dopiero głos Númendila, jego zastępcy, przywrócił go do rzeczywistości. Zamrugał parokrotnie, by się upewnić, że wzrok go nie mylił. Ale nie, naprzeciw niemu, na wierzchowcu czarnym jak noc, rzeczywiście jechał Kanafinwë, drugi syn Feanára. Drugi… Czyżby stryj poległ w bitwie? Gdzie w takim razie był Maitimo? Chyba że nie dotrzymali ustalonych warunków…
Nareszcie zbliżyli się na tyle, by można było dostrzec więcej szczegółów. Makalaurë wyglądał okropnie. Blady i wychudły, policzki miał zapadnięte, a oczy podkrążone. Jego spojrzenie było mętne, jakby nieobecne.
Zatrzymali się o kilkanaście kroków od siebie. Syn Feanára pierwszy zeskoczył z konia. Jego ruchy były powolne, jakby ociężałe. Bez pośpiechu podszedł do kuzyna, który wciąż siedział w siodle. Pokłonił mu się i powiedział:
- Bądź pozdrowiony, synu Nolofinwego. Cieszy mnie to spotkanie.
Findekáno otworzył usta, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Głos Makalaurego był całkowicie pozbawiony tego czaru, z którego tak słynął. Jego zachowanie wydawało się wymuszone, jakby w ogóle nie interesował go wynik pertraktacji.
Syn Nolofinwego zeskoczył z konia. Z niejaką obawą stanął przed Kanafinwem i spojrzał mu w oczy. Były puste, wypalone, pozbawione dawnego blasku – jak szklane oczy porcelanowej lalki. To wrażenie jeszcze bardziej pogłębiała niezdrowa bladość jego twarzy. Findekáno zrozumiał, że to on musi odezwać się pierwszy.
- W waszym imieniu miała przemawiać Głowa Rodu. Gdzie jest Feanáro?
- Odszedł do Mandosu z powodu ran zadanych mu przez Balrogów w czasie Dagor-nuin-Giliath – odparł Kano głosem całkowicie pozbawionym emocji.
- Dlaczego zatem nie przybył tu Nelyafinwë? – indagował Findekáno, nie będąc pewnym, czy chce znać odpowiedź.
Makalaurë spuścił głowę, zaciskając powieki. Tak bardzo pragnął uniknąć tego tematu, nie rozdrapywać jeszcze bardziej ran, które nigdy się nie zagoją.
Od odpowiedzi wybawił go jeden z jego przybocznych:
- Po śmierci Feanára Moringotto przysłał posła. Nelyafinwë udał się na wyznaczone spotkanie, choć nikt nie wierzył w dobre intencje Czarnego Wroga. Posłał on większy oddział, niż przewidywały warunki, a byli to Valaraucar. Nelyafinwë został pojmany.
Findekánowi zrobiło się słabo. Poczuł się jak wtedy, gdy ojciec powiedział mu, że rudowłosy syn Feanára zginął w czasie palenia okrętów. Tylko silniej. O wiele silniej.
Kanafinwë podziękował Elfowi niewyraźnym skinieniem ręki. Coś go zmusiło, by dodał:
- Nie byliśmy w stanie nic zrobić. – Popatrzył na kuzyna błagalnym wzrokiem. Sam nie wiedział, czego od niego pragnął. By mu wybaczył, że nie zdołali ocalić swojego brata, a jego kuzyna i najdroższego przyjaciela? By powiedział coś, co może mogłoby poprawić mu nastrój? Nie, to było niewykonalne.
Findekáno jednak na to nie zważał. Świat wirował mu przed oczyma. Głos kuzyna docierał do niego jakby z bardzo daleka. „Nelyafinwë został pojmany…” – trzy słowa, tak bolesne, godzące w samo serce.
Númendil położył mu rękę na ramieniu i szepnął mu do ucha:
- Przyjdzie jeszcze czas na opłakiwanie przyjaciela. Masz obowiązek do spełnienia. – „Ta sprawa dotyczy nas wszystkich” – przypomniał sobie słowa Nolofinwego.
- A Pityafinwë? – zapytał, próbując wrócić do rzeczywistości. - Czy to prawda, że…?
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Ojciec tak twierdzi.
Kanafinwë rozejrzał się po twarzach otaczających ich Elfów. Przypomniał sobie, że póki co, to oficjalna rozmowa, nie może sobie pozwolić na takie odstępstwa od formalności.
- Tak, oto jaką cenę przyszło nam zapłacić za zdradę - powiedział, spuszczając głowę.
- Zdecydowanie zbyt niską! – Númendil wystąpił przed swojego pana. Findekáno nakazał mu się cofnąć i powiedział:
- Lody Helcaraxë posłały do Mandosu żonę mojego brata, Elenwë.
- Czy ktoś jeszcze…? – Kanafinwë nie skończył pytania. Zastępca syna Nolofinwego, uniesiony gniewem, znów wystąpił do przodu i zawołał:
- Osiem tysięcy. Osiem tysięcy z waszej winy odeszło do Mandosu. Wy opłakujecie trzech. A ilu z nas opłakuje swoich bliskich?
Findekáno nie zwrócił na to uwagi. Chwilowe rozkojarzenie pozwoliło mu odpłynąć w ocean rozpaczy i zagubienia.
- Przybyłem tu, by błagać was w imieniu moich braci o przebaczenie… - odparł cicho Kanafinwë, nie oczekując, by to coś wskórało. Z pomocą znów przybył mu jego zastępca.
- Złote promienie Anara już zgasły, nastała noc. To niedobra pora na powadzenie rozmów. Przełóżmy negocjacje do rana, teraz wszyscy jesteśmy zmęczeni podróżą. To odpowiednie miejsce na rozbicie obozu.
Syn Feanára z roztargnieniem przystał na tę propozycję. Rozbito jednak dwa obozy, w bezpiecznej odległości od siebie. Lepiej było, by skłóceni Elfowie zachowali dystans.
Makalaurë nie wiedział, kiedy i jak trafił do niewielkiego namiotu. Leżał na plecach, szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w płócienny sufit. Bał się zasnąć. Bał się, że znowu przyśnią mu się koszmary. Postanowił tak jak zawsze leżeć, dopóki zmęczenie go nie pokona i nie zapadnie w sen bez snów.
Mimo to przed oczyma wciąż stała mu twarz ukochanego brata. Nie pomogło przewracanie się na boki ani zmienianie pozycji. Wspomnienie Maitima, uśmiechniętego, o błyszczących oczach – takiego, jak go zapamiętał z Amanu – towarzyszyło mu bez przerwy. Właściwie to… nie potrafił nawet powiedzieć, o czym mówili z kuzynem. Oby kolejny dzień przyniósł lepsze wyniki pertraktacji…
Nagle w jego myślach rozległ się głos Findekána. Z początku nie mógł zrozumieć, jak to możliwe. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o istnieniu osanwë – środka komunikacji, którego tak często używał w Amanie, a który teraz odszedł w zapomnienie. Wsłuchał się w słowa kuzyna, wdzięczny, że ten odciąga jego myśli od wspomnień Maitima.
„Lauro, proszę, musimy porozmawiać.”
„Findekáno?” – wciąż nie był pewien, czy to nie złudzenie.
„Czekam na ciebie nad brzegiem jeziora. Przyjdź, proszę cię.”
Pospiesznie narzucił na ramiona płaszcz i wzuł buty. Miecz zostawił przy posłaniu. Prawdę mówiąc, on też chciał porozmawiać z kimś, kto kochał Maitima nie mniej od niego, z kimś, kto go zrozumie.
Po chwili szedł już żwawo wzdłuż linii wody. Noc była ciemna. Czarne chmury zasnuły niebo. Mimo to dostrzegł samotną sylwetkę stojącą między ich obozami.
Findekáno nie poruszył się, gdy kuzyn stanął przy nim. Kanafinwë odetchnął głęboko.
- Wiem, jak się czujesz… - zaczął. Syn Nolofinwego zmierzył go uważnym spojrzeniem.
- Powiedz mi, co się stało.
- Arandur przecież mówił….
- Chcę to usłyszeć od ciebie. Proszę, kuzynie…
Makalaurë westchnął.
- Wpierw był Ambarto… Wiesz o tym. Potem ojciec, od ran odniesionych w Dagor-nuin- Giliath. Ogień jego fëa spalił jego ciało na popiół, który wiatr rozniósł nad równiną Ard Galen. W tej samej godzinie przybyło poselstwo od Moringotta… Próbowaliśmy przekonać… go, by nie jechał – imię starszego brata nie mogło przejść mu przez gardło. – Wiedzieliśmy, że Czarnemu Wrogowi nie można ufać. Jednak... znasz upór... Wziął ze sobą większy oddział niż przewidywały warunki. Żadnego z nich już nigdy więcej nie widzieliśmy. Po jakimś czasie przybył kolejny poseł. Moringotto żądał, byśmy zaniechali wojny, jeśli chcemy jeszcze ujrzeć… go żywego. Nie uwierzyliśmy mu. Za nic nie spełniłby… - głos mu się załamał. Sięgnął do niewielkiej sakiewki przy pasie. Wyjął z niej pasmo miedzianorudych włosów. Nieśmiało podał go kuzynowi.
Ten wziął pukiel z jego rąk, jakby niedowierzając własnym oczom. Z nabożną czcią pogładził go palcami. Nie miał wątpliwości, to były włosy Maitima. Zapewne dowód, że drugi posłaniec Moringotta mówił prawdę.
Kanafinwë wyciągnął rękę, jakby żądając zwrócenia mu tej ostatniej pamiątki po najukochańszym bracie. Findekáno zawahał się. Chciał ją zatrzymać dla siebie, mieć dowód, że chwile spędzone z Maitimem nie były tylko pięknym snem, ale… nie mógł jej odbierać Makalauremu. Zmierzył kuzyna spojrzeniem. Drugi syn Feanára naprawdę cierpiał z powodu straty brata… Może nawet bardziej od niego.
Findekáno bez dalszej zwłoki spełnił jego niemą prośbę i otoczył go ramieniem. Przez jakiś czas się nie odzywali. Milczenie nieoczekiwanie przerwał Kanafinwë:
- Nigdy o tobie nie zapomniał. W Losgarze… jako jedyny ośmielił się zaproponować ojcu, by odesłał statki… Dlaczego to musi być on? Dlaczego właśnie on? Czym zawinił, że jego to spotkało? Tym, że próbował naprawić błędy swojego ojca? Findekáno, ja tego nie rozumiem…
- Świat nie jest sprawiedliwy – szepnął syn Nolofinwego.
- Gdyby tylko dano mi możliwość wyboru… poszedłbym zamiast niego. Zniósłbym wszystko, byleby on… - urwał, nie będąc w stanie mówić dalej.
Findekáno przycisnął go do siebie, jak młodszego brata.
- Płacz, háno – szepnął – daj upust łzom.
Czuł, jak ramiona Kanafinwego trzęsą się w niemym łkaniu. Teraz on przejął od Maitima obowiązki starszego brata. Númendil miał rację, na opłakiwanie przyjaciela przyjdzie czas… Dopiero, kiedy zrobi wszystko, co w jego mocy, by go odzyskać.
- Wyglądasz okropnie – zauważył z troską.
Makalaurë podniósł głowę i uśmiechnął się słabo.
- Idź odpocząć. Jutro skończymy rozmowy.
- Nie zasnę.
- Spróbuj.
- Findekáno, ja… nie mogę się pogodzić z faktem, że to już koniec, że nigdy więcej go nie ujrzę…
- Nie wierzę w to. – Syn Feanára spojrzał na niego oczyma wypełnionymi bezgranicznym zdumieniem. – Nie wierzę, że to już koniec – powtórzył Findekáno z całą pewnością, na jaką go było stać. – Tak nie może być. – Bowiem w tej właśnie chwili podjął decyzję. Pójdzie do Angamando, sam, bez żadnego towarzysza i odnajdzie kuzyna, uwolni go, odzyska… Historia Maitima nie może się tak skończyć. Nie może, ponieważ on w to nie wierzy.
Uśmiechnął się do swoich myśli i zmienił temat:
- Lauro, chciałbym, żebyś wiedział, że ja bynajmniej nie uważam was za winnych temu, co działo się w Losgarze. Wiem, jaki charakter miał wasz ojciec, i jeślibym miał kogokolwiek obwiniać, to tylko jego. A skoro on nie żyje… - znacząco zawiesił głos.
Kanafinwë uśmiechnął się w podziękowaniu, lecz zaraz spoważniał.
- Jednakże nie taką odpowiedź jutro otrzymam, czyż nie?
- Przykro mi, kuzynie. Nie mówię w swoim imieniu, lecz tych, którzy w lodach Helcaraxë stracili swoich bliskich.
- To nic, Findekáno. Nie liczyłem, że uzyskam przebaczenie stryja.
Syn Nolofinwego uśmiechnął się, ponownie przyciskając kuzyna do siebie. Długo jeszcze stali ramię w ramię, nad czarną taflą wód Mithrimu.
Rankiem Findekáno powiedział przy świadkach, że w imieniu Nolofinwego i wszystkich podążających za nim Noldorów nie przyjmuje przeprosin ze strony rodu Feanára. Tym razem to Arandur, zastępca Kanafinwego, o mało nie stracił panowania nad sobą, widząc pogardę i satysfakcję w oczach Númendila, lecz wnukowie Finwego byli tak dziwnie spokojni, że ich opanowanie udzielało się także ich podwładnym.
Poselstwa rozstały się przed południem. Findekáno był w wyjątkowo dobrym nastroju. Wbrew obawom towarzyszy, nie szalał z rozpaczy na wieść o pojmaniu bliskiego przyjaciela. Owszem, martwił się o niego, miał wątpliwości, czy zdąży na czas, ale przynajmniej działał. Nie siedział bezczynnie. Jeśliby mu się nie powiodło, zginąłby, próbując. Co miał do stracenia? A dla kogoś takiego, jak Maitimo, warto było umrzeć.

***


Nie miał już siły patrzeć w niebo, zasnute burymi chmurami, nie miał siły nawet odrobinę unieść głowę. Dawno już przestał wołać do Manwego o miłosierdzie, błagać Orły, by zniżyły swój lot.
Wiedział, że tam były. Jak zawsze krążyły ponad potrójnym szczytem. I co z tego? Nie zlitują się nad nim, przeklętym dziedzicem przeklętego rodu. Wiedział, że nie ma już dla niego ratunku. Cuda się nie zdarzają.
Przymknął powieki. Oczy piekły go od wyziewów z kopalń i kuźni. Litości… Czy to tak wiele? Dlaczego nie może odejść do Mandosu? Praktycznie nie był już Elfem, nie był już nawet żywą istotą. Nie czuł bólu, głodu, pragnienia… Po prostu trwał, czerpiąc siły z woli Moringotta, jak bezwolna roślina.
Nie, nie jak roślina. On pamiętał. Pamiętał wszystko: jak tu trafił, co go spotkało… Pamiętał też rodzinę, dom, ojczyznę… Jednak szczegóły zatarł czas.
Pamiętał ból. Przeróżne tortury, proste i wymyślne, służące tylko jednemu: by zadawać jak największe cierpienie. Głos Moringotta w jego głowie, jak zatruty miód sączony mu do świadomości.
Valaraucar, którzy przybyli na wyznaczone spotkanie. Ich ogniste bicze, oplatające go ciasno. Ciała wiernych do końca towarzyszy, którzy polegli w jego obronie.
Śmierć ojca. Popiół unoszony przez wiatr. Proch, w który w jego dłoniach zamieniły się smukłe palce Feanára.
Bitwy. Ginących Elfów. Losgar. Płonące okręty. Sylwetkę Umbarto na pokładzie jednego z nich.
Alqualondë. Rubinową krew na białych pomostach. Tirion. Przysięgę, w której zobowiązali się do odzyskania Silmarili, tkwiących teraz w czarnej koronie z żelaza.
Pamiętał dziadka Finwego… Jego martwe ciało… Pamiętał rodzinę. A dokładniej, ich imiona: Findekáno, Kanafinwë, Turkafinwë, Morifinwë, Curufinwë, Pityafinwë, Telufinwë, Feanáro… Wiedział, kim dla niego byli i prawdopodobnie potrafiłby rozpoznać ich twarze, ale… czuł się, jakby ta historia została mu opowiedziana, nie brał w niej udziału. To było tak, jakby dowiedział się od kogoś, że Elfowie o takich imionach to jego bracia, inni to kuzyni, tak nazywała się jego matka, a tak ojciec, a jemu nie robiłoby to żadnej różnicy. Może i tak było, może nie…
Zdążył już się przyzwyczaić do nieustannego wycieńczenia, do bólu w prawym ramieniu. Zdążył się przyzwyczaić także do tego, że tu jest i że to się nie zmieni. Pogodził się ze swoim losem, choć nadal, w skrytości serca, tęsknił za tym, co utracił. Pamiętał, że kiedyś potrafił się śmiać, był szczęśliwy…
Dlaczego? Dlaczego tamto przeminęło? Dlaczego Światło zastąpiła Ciemność, radość – strach? Czym zasłużył na taki los?
Westchnął. Nie miał siły płakać. Zresztą… już dawno wypłakał wszystkie łzy. Niech to się wreszcie skończy… Obojętne jak. Wiekuiste Ciemności będą dla niego jak zbawienie. Nawet nie marzył o tym, że trafi do raju, który przyszło mu opuścić. Że znów będzie się śmiał, znów będzie szczęśliwy.
Będzie biegał po ukwieconych łąkach, ścigając się z wiatrem, będzie śpiewał… Śpiewał… Śpiewał? Czyżby słyszał śpiew? Czy to możliwe? Czy też to ostry wicher, smagający jego nagie ciało, stroi sobie z niego żarty?
Serce zabiło mocniej w jego osłabionej piersi. Ze świstem nabrał powietrza. Wsłuchał się w niemalże całkowicie zagłuszoną wyciem wiatru melodię. Jego suche, spękane wargi bezwiednie zaczęły formować na wpół zapomniane słowa.
Znał tę pieśń. Pieśń o Świetle, o szczęściu i radości. Pieśń piękną, czystą… Nieskażoną czarną siłą Moringotta. Dopasował swoje tempo do tempa nieznanego minstrela i zaczął śpiewać. Wkładał w to wszystkie swe siły, sam nie wiedział, po co. By na tę ulotną chwilę zapomnieć, gdzie jest? Przecież miał świadomość, jak bolesny będzie powrót do rzeczywistości.
Śpiewał, choć czuł, że jego ochrypły głos nie jest w stanie oddać uroku tej pieśni. I nagle minstrel, który nadawał mu tempo, umilkł. Nelyafinwë urwał w pół słowa i spojrzał w dół.
U podnóża skalnej ściany stała wysoka postać z długimi ciemnymi warkoczami, wpatrująca się w niego. Findekáno… Wspomnienia powróciły, żywsze niż kiedykolwiek.
Kuzyn, przyjaciel… Jedyny towarzysz w czasie przejażdżek po rozległych równinach… Był tu. Czyżby Manwë nareszcie ulitował się nad nim? Czyżby Findekáno miał być przewodnikiem, który poprowadziłby go z powrotem do raju? Nie… Dla niego nie było już ratunku. Nie miał siły…
Chciał umrzeć. Uwolnić się od tego, co od wieków musiał znosić. Dotrzeć tam jak najszybciej, najkrótszą i najprostszą drogą.
Zacisnął zęby. Nie wiedział, czy to widok kuzyna, czy też pieśń, którą zaśpiewał, to sprawiła, ale znów zaczął czuć. Czuł ból, pulsujący ból w całej prawej ręce, tępe kłucie w piersi.
Findekáno wciąż stał u podnóża skały, rozglądając się bezradnie. „Nie… Nie… Miej litość, Ilúvatarze! Czyżbyś był aż tak okrutny? Czy doprowadziłeś go tu tylko po to, by teraz zawieść jego nadzieję? I moją… Lecz cóż ja dla ciebie znaczę?… Nie dokładaj mi już udręki! Miej litość! Pozwól mi odejść, błagam cię!”
Syn Nolofinwego, mimo usilnych starań, nie był w stanie znaleźć ścieżki, która doprowadziłaby go na półkę skalną w pobliżu kuzyna. Ponownie zerknął na jego wynędzniałe, oszpecone ciało.
- Maitimo?! – zawołał, chcąc się upewnić, czy to nie złudzenie.
- Przyjacielu! Błagam cię! Zakończ moje udręki! – Nelyafinwë sam nie wiedział, skąd bierze siłę, by wołać tak głośno. – Zabij mnie!
- Nie…
- Zlituj się! Pozwól mi odejść! Wyświadcz mi tę łaskę!
Findekáno wyraźnie się wahał.
- W imię przyjaźni! Proszę… - synowi Feanára zaczęło brakować już sił. A on był bezradny. Całkowicie bezradny. Czy dotarł tu tylko po to, by zabić najdroższego przyjaciela? Chociaż… może to właśnie powinien zrobić? Pozwolić mu odejść do Mandosu, zaznać spokoju, wytchnienia… Nie! Maitimo tam nie trafi. Najprawdopodobniej był skazany na Wiekuiste Ciemności. Findekáno wolał nie ryzykować, ale… co innego mógł zrobić? Z pewnym oporem sięgnął po strzałę i nałożył ją na cięciwę. „Wybacz mi, kuzynie. Oby to rzeczywiście było najlepsze wyjście.”
Napiął łuk, jednak coś wciąż go powstrzymywało przed zwolnieniem cięciwy. Jakby w paradoksalnej próbie chciał przedłużyć czas do namysłu i tym samym cierpienie Maitima. Był jak rozerwany na pół: z jednej strony pragnął skrócić jego męki, lecz z drugiej wciąż wzdragał się przed takim rozwiązaniem. Ale musiał… Bycie zobligowanym to okropne uczucie. Oby to była szybka śmierć. Odetchnął głębiej i zawołał:
- O, Królu, któremu drogie są wszystkie ptaki, przyspiesz lot tej pierzastej strzały i wspomnij na Noldorów, kiedy są w potrzebie!
Ręce mu się trzęsły. Bał się, że jeśli teraz wypuści strzałę, nie trafi w serce, które go tak ukochało. Wciąż nadaremnie próbował się uspokoić, kiedy nad jego głową rozległ się okrzyk, dziwny, niezwykły, przepełniony mocą. Okrzyk, którego z pewnością nie wydał Maitimo. Spojrzał w bure niebo. Jeden z Orłów zniżył swój lot. Zataczając majestatyczne kręgi, zbliżył się do niego, krzycząc donośnie.
Findekáno zrozumiał. Jego prośba została wysłuchana. Manwë ulitował się nad nimi. Nie zwlekając wspiął się na grzbiet Sorontura.
Królewski ptak zaniósł go na półkę skalną, znajdującą się tuż powyżej obręczy, która trzymała prawy nadgarstek Maitima. Syn Nolofinwego przechylił się ryzykownie nad jej krawędzią. Jego kuzyn spojrzał na niego, dysząc ciężko. Jego wargi bezdźwięcznie uformowały jedno słowo: „Findekáno”.
To był zbyt wielki wysiłek dla osłabionego wieloletnimi torturami Elfa. Jego oddech zaczął słabnąć. Findekáno poczuł, że musi się pospieszyć. Przez jakiś czas mocował się ze stalową obręczą, ale nie mógł ani wyciągnąć jej ze skały, ani jej rozluźnić. Zresztą… prawa dłoń Maitima wyglądała tak potwornie... Bez wątpienia od dawna była martwa. Musiał… nie miał wyboru. Musiał ją odciąć.
- Maitimo – szepnął, pochylając się jeszcze bardziej. Nie uda mu się bez współpracy kuzyna.
Syn Feanára posłał mu pełne znużenia spojrzenie, mówiące: „Skończ to. Proszę.”
- Nie, Maitimo. Zwrócę cię braciom. Tylko mi pomóż. Daj rękę. – Ostatkiem sił Nelyafinwë uniósł lewe ramię na tyle, by kuzyn mógł je dosięgnąć. Findekáno położył sobie jego dłoń na ramieniu i zacisnął ją, dając mu znak, by trzymał go mocno. Wyjął zza pasa sztylet i przyłożył do jego nadgarstka, powyżej obręczy. Popatrzył na niego pytająco. Ten mrugnął w odpowiedzi. Findekáno skinął głową i zacisnął zęby. Czuł, że zadanie takiej rany przyjacielowi, jego będzie bolało o wiele bardziej.
A jednak tak się nie stało. Po chwili odcięta od nadgarstka dłoń spadła w przepaść. Findekáno jednym szybkim ruchem wyszarpnął rękę kuzyna z obręczy. Już po wszystkim.
Wciągnął go na półkę skalną i przycisnął do piersi. Maitimo był tak niezwykle blady i chudy… i zimny jak lód, jak… martwy. Ale żył. Findekáno był tego pewien. Przecież nie mogło być inaczej.
Dopiero, gdy trzymał ukochanego kuzyna w objęciach, poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Dopiero wtedy poczuł, ile wysiłku i nerwów kosztowała go ta podróż. Wyjął ze swojej sakwy koc i owinął nim kuzyna. Kikut prawej ręki przydałoby się porządnie opatrzyć, ale w tej chwili nie miał na to czasu ni środków. Rana prawie w ogóle nie krwawiła. Mimo to dla pewności owinął ją pospiesznie bandażami.
Wciąż tuląc Maitima do piersi, wspiął się na grzbiet Sorontura. Wszystko było dobrze…

Orzeł wylądował nad niewielkim strumieniem w połowie drogi z Thangorodrimu do Mithrimu. Była noc. Cisza wydawała się wręcz namacalna.
Findekáno złożył ciało przyjaciela na miękkiej trawie i udał się do pobliskiego zagajnika na poszukiwanie chrustu. Nie obawiał się pozostawić go pod opieką ptaka.
Wrócił szybko. Z niemałym trudem rozpalił ogień. Mokre od nocnej rosy patyki niechętnie poddawały się zachłannym płomieniom. Przez chwilę grzał ręce przy niewielkim ognisku. Potem zabrał się do pracy.
W niewielkim rondelku, zawieszonym na kilku przemyślnie połączonych patykach, zagotował wodę i naparzył ziół. Tym wywarem przemył ranę na nadgarstku Maitima. Była to jedyna otwarta rana, choć obejrzał go dokładnie. Jego wychudłe ciało pokrywały niezliczone blizny, ale nie było żadnych skaleczeń. Nie, nie ciało… to był sam szkielet obciągnięty skórą. Nelyafinwë wydawał się tak kruchy i delikatny, jakby miał się rozsypać w proch pod byle dotykiem. Nie było w nim już ani krztyny tego Elfa, którego wygląd opiewano w pieśniach i wysławiano w balladach.
Findekáno poczuł, że w gardle rośnie mu dławiąca gula. Odzyskał go, osiągnął swój cel, ale… nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Po co się łudził? Wiedział, po co. Te pragnienia motywowały go do kroczenia naprzód. I wciąż będą. Maitimo wyzdrowieje. Blizny z czasem znikną. Nie wierzył, by mogło być inaczej.
Założył świeże bandaże na jego nadgarstek. Póki co musiało wystarczyć. W obozie braci zajmą się nim prawdziwi zielarze i uzdrowiciele.
Jeszcze raz spojrzał na jego zniszczoną twarz, pociętą gęstą siatką zmarszczek. Na jego lewym policzku widniała szeroka blizna, podobnie na czole…
- Maitimo… - szepnął, z trudem powstrzymując łzy. Co się z nim działo przez te dwadzieścia lat? Ile potwornych tortur musiał znosić, że teraz tak wyglądał?
Słaby, świszczący oddech Maitima przyspieszył nieznacznie. Syn Feanára uchylił powieki. Findekáno oniemiał, patrząc w jego oczy. Oczy, które znał tak dobrze, a których teraz nie rozpoznawał. Były mu zupełnie obce, inne od tych, które pamiętał. Były to oczy puste, wypalone, oczy kogoś pogodzonego ze swoim losem, kogoś, kto pragnie śmierci. Maitimo utkwił w jego twarzy błędne spojrzenie.
- Kuzynie? – Findekáno musiał się upewnić, czy to rzeczywiście jest ta osoba, po którą tu przybył.
Maitimo rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz sił mu nie starczyło. Syn Nolofinwego sięgnął po bukłak i wlał kilka kropel wody między jego rozchylone wargi. Nelyafinwë mrugnął krótko; miało to oznaczać podziękowanie. Potem popatrzył na niego wyczekująco, jakby prosił o więcej. Findekáno natychmiast spełnił jego niemą prośbę. Maitimo popatrzył na niego z wdzięcznością. Wkrótce potem zapadł w ni to sen, ni to omdlenie.
Syn Nolofinwego, przezwyciężając znużenie, wspiął się na grzbiet Sorontura, który poniósł ich prosto do obozu braci Maitima. Tam będzie mógł odpocząć.

***


Kanafinwë ze wszystkich sił starał się skupić na dokumentach. Sześć i pół tysiąca zbrojnych z pełnym wyposażeniem… Koni dla wszystkich nie starczy, dobrze będzie, jeśli przynajmniej połowa z nich otrzyma wierzchowce. Maitimo z pewnością jakoś by to… Nie! Nie może o nim myśleć. Jego już nie ma, podobnie jak Ojca… Teraz on przejął ich obowiązki. Dobrze… Co dalej? Uzbrojenie… Starczy dla wszystkich, ale rezerwa nie będzie wielka… Maitimo wiedziałby, co robić. Russandol…
Nie potrafił przestać o nim myśleć. Obraz starszego brata bez przerwy stał mu przed oczyma. Tego kochanego brata, który nigdy nie krzyczał, nigdy nie powiedział o nim złego słowa. Do Kanafinwego bez przerwy powracało wspomnienie ostatniego spojrzenia, które mu posłał Nelyafinwë, gdy odjeżdżał, gdy widzieli się po raz ostatni… Spojrzenia jego szarych, pełnych blasku oczu…
Pamięć tamtych chwil była dla niego jak tortura. Nie potrafił sobie wybaczyć, że tak po prostu go opuścili, pozostawili na pastwę losu…
Findekáno nie wierzył, by to się tak skończyło, by Maitimo stał się niewolnikiem Moringotta. Jego kuzyn, wieczny optymista, swoją wiarą potrafił zdziałać cuda. Nawet jemu, młodszemu, zagubionemu braciszkowi, zdołał poprawić nastrój, przynajmniej na tę chwilę, kiedy mieli możliwość porozmawiać. A teraz zniknął… Jak kamień w wodę. Od wiosny, od ponad ośmiu miesięcy go nie widziano.
Nolofinwë posunął się nawet do tego, że, pomimo niezgody, jaka między nimi panowała, przez zaufanego posłańca, potajemnie przesłał list do Kanafinwego z pytaniem, czy wie coś o jego synu. Ten niestety nie potrafił mu odpowiedzieć. Na pamięć znał treść pisma stryja, które teraz spoczywało w szufladzie jego biurka, pisma krótkiego, ale jakże pełnego niepokoju:
„Najdroższy bratanku,
Zechciej choć na chwilę zapomnieć o sprawach, które poróżniły Elfów podążających za nami, i odpowiedz mi jako swemu stryjowi: czy wiesz lub przynajmniej domyślasz się, gdzie może przebywać mój najstarszy syn, Findekáno? Z pierwszymi roztopami znikł, a ślad po nim zaginął. Od wielu miesięcy go nie widziano.
Z niecierpliwością wyczekuję jakichkolwiek wieści o nim. Proszę, jeżeli wiesz cokolwiek, nie skrywaj tego przed tym, który jest jego ojcem. Obiecuję Ci, że treść Twojej odpowiedzi pozostanie na wieki między nami, a wiadomość o niej nie ujrzy światła dziennego.
Wierzę, że wkrótce wróci Elf, którego do Ciebie posłałem, więc już z góry dziękuję Ci za wszelkie informacje o Findekánie. Wiedz, że moja wdzięczność nie zna granic.
Twój stryj,
Nolofinwë.”
Bez najmniejszych trudności Kanafinwë mógł wyobrazić sobie stryja, pochylającego się nad tym pergaminem przy chybotliwym świetle, jakie dawały płomienie, wahającego się nad każdym słowem z piórem w ręku.
Domyślał się, że Findekáno wyruszył na samobójczą wyprawę, której celem było odzyskanie Maitima, ale czy mu się powiodło…? Śmiał wątpić. Z początku nie chciał udzielić odpowiedzi Nolofinwemu, wiedział, że bynajmniej nie uspokoi to jego lęku o syna, ale… pamiętał, jak on sam się niepokoił, kiedy Maitimo wciąż nie wracał z wyznaczonego przez Moringotta spotkania. Niewiedza potrafi być równie bolesna…

Kanafinwë wyprostował się w fotelu i podniósł do ust puchar z winem. Ból głowy oraz klejące się powieki – oto skutki nieprzespanej nocy, sam już nie wiedział, której z rzędu, spędzonej na daremnych próbach skupienia się na dokumentach.
- Mój panie?
Syn Feanára obejrzał się przez ramię. Naprawdę musi odpocząć. Nawet nie usłyszał, kiedy Arandur wszedł do komnaty.
- Ktoś chce się z tobą widzieć na dziedzińcu wejściowym.
Kanafinwë od niechcenia podniósł wzrok do okna wychodzącego na tenże plac. Szczęśliwym trafem jego gabinet znajdował się akurat naprzeciwko głównej bramy.
W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć własnym oczom. Oto na dziedzińcu, otoczony wianuszkiem milczących Elfów, przysiadł ogromny Orzeł, dostojny i królewski. Sorontur, władca wszystkich ptaków.
Obok niego stała smukła postać z długimi ciemnymi warkoczami. Czyżby to był… Findekáno? On żyje? To niemożliwe! Co on tu… W rękach trzymał coś, co wyglądało na zwłoki owinięte całunem, białe jak marmur, lecz w niczym nie przypominające posągu bohatera. Były tak niemożliwie chude… To ciało kogoś mu przypominało… NIE! Przecież to był…
- MAITIMO!
Puchar potoczył się po blacie biurka, czerwone wino poplamiło dokumenty. Krzesło z hukiem upadło na podłogę. Trzasnęły drzwi.

Findekáno zsunął się z grzbietu Sorontura, cały czas przyciskając do piersi bezwładne ciało Matima, i rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem po otaczającym go tłumie. Przezwyciężając zmęczenie i zawroty głowy, zawołał:
- Przyprowadźcie tu Kanafinwego. Szybko!
Jakiś Elf pospiesznie oddalił się w stronę głównego budynku. Syn Nolofinwego przyłożył dłoń do czoła. Był skrajnie wycieńczony. Świat wirował mu przed oczyma.

Elfowie usłużnie rozstąpili się przed Kanafinwem. Przypadł do boku kuzyna, lecz istniało dla niego tylko to ciało, chude i mizerne, owinięte kocem, które Findekáno trzymał w ramionach. Nogi się pod nim ugięły, kiedy spojrzał na zniszczoną, pooraną bliznami twarz brata, twarz tak niegdyś piękną, tak ukochaną… Oczy mu się zamgliły.
- On żyje – powiedział Findekáno, lecz jego słowa do Makalaurego nie docierały.
W tej samej chwili z niewielkiego budynku przy bramie wyszedł Curufinwë. Po kilku krokach zamarł na widok potężnego orła, potem rzucił się pędem w jego stronę. Z daleka rozpoznał kuzyna i brata… Nie, braci…
Wyrwał ciało Maitima z rąk Findekána. Kuzyn słaniał się na nogach, jakby razem z przyjacielem odebrano mu siły. Atarinkë kątem oka dostrzegł, że od strony głównego budynku nadchodzi Morifinwë.
Chwilę trwało, zanim dotarło do niego, co działo się na dziedzińcu. Popatrzył pytająco na Curufinwego. Ten ruchem głowy wskazał mu kuzyna. Carnistir zrozumiał. Wybawca Maitima też potrzebował ich pomocy.
Otoczył go silnym ramieniem. Findekáno oparł się na nim całym swoim ciężarem. Morifinwë dał znak młodszemu bratu, że mogą iść. Curufinwë zerknął na Makalaurego. Drugi syn Feanára nie wyglądał na będącego w stanie podejmować jakiekolwiek decyzje.
- Przygotujcie komnatę ze świeżo pościelonym łóżkiem, jadło i napitki – rozporządził Atarinkë.
Kilku Elfów natychmiast oddaliło się, by spełnić jego polecenia. Ruszył za nimi, powoli przepychając się przez tłum. U jego boku, nawet na chwilę nie wypuszczając lewej dłoni Maitima, kroczył Kanafinwë, a za nimi Carnistir z Findekánem. W powolnej procesji zbliżali się do głównego budynku.
Wszystko wokół wydawało się tak nierealne, jakby pochodziło z zupełnie innego świata. Albo raczej, to oni tu nie pasowali. Byli jak fear w Mandosie… A przynajmniej takie skojarzenie pierwsze nasunęło się Curufinwemu. Przecież tam właśnie musieli trafić. To, co niósł na rękach… To przecież niemożliwe, by Maitimo wciąż żył, po tylu latach…
Ktoś wskazał mu drogę do jednej z nieużywanych komnat w dalszej części obozu. Znaleźli tam łóżko ze świeżą pościelą i stół z pospiesznie sporządzonym posiłkiem. Curvo złożył Maitima na łóżku. Przez chwilę sycił się widokiem jego twarzy, tak okrutnie zmienionej, po czym ustąpił miejsca Kanafinwemu.
Makalaurë opadł na kolana przy łóżku brata i wpatrywał się w jego wchudłą twarz, ściskając jego lewą dłoń. Curufinwemu ścisnęło się serce, gdy tak na niego patrzył. Czym prędzej odwrócił się w stronę Findekána. Morifinwë posadził go u szczytu sześcioosobowego stołu, a teraz podawał mu różne potrawy i pilnował, by w jego pucharze nie zabrakło miodu. Wyczuwając spojrzenie brata, zerknął na niego i powoli skinął głową.
„To niemożliwe” – odezwał się Curufinwë w osanwë – „To jest sen, prawda?”
„Obawiam się, że nie” – odrzekł Morifinwë grobowym głosem.
„Przecież Maitimo… On nie żyje, od prawie dwudziestu lat…”
„W takim razie wszyscy jesteśmy pod opieką Mandosa.”
„Oby tak było” – Atarinkë spuścił głowę, próbując zebrać myśli, jednak nie potrafił się skupić. Jedno pytanie powracało do niego bez przerwy, zagłuszając wszystkie inne: „Czy to sen? To sen, prawda?”
Z zamyślenia wyrwał go metaliczny brzęk. To Findekáno upuścił nóż. Curufinwë podniósł go i podał kuzynowi. Ten skinął nieprzytomnie głową.
Moryo i Curvo w milczeniu patrzyli, jak syn Nolofinwego się posila. Sami nie tknęli jedzenia. Chcieli się go zapytać o tyle rzeczy, podziękować mu, jakoś wyrazić swoją wdzięczność, lecz nie potrafili ubrać tego w słowa. Wreszcie Carnistir odważył się spróbować, nie zważając na to, że Findekáno przede wszystkim potrzebuje teraz odpoczynku.
- Jak…? Dlaczego? Dlaczego ty? – urwał, zmieszany.
- Ponieważ tylko ja pamiętam o więzach rodzinnych – odparł ponuro syn Nolofinwego, przesuwając wzrokiem po ich twarzach. – Poza tym, wy jakoś się nie kwapiliście, by pomóc bratu.
Nie kwapili się. To prawda, w ogóle palcem nie kiwnęli. Od razu uznali, że utracili go na zawsze. Morifinwë spuścił głowę, nie będąc w stanie spojrzeć Findekánowi w twarz.
Nie spełnili obowiązku wobec brata. To nie kuzyn powinien był go uratować, lecz oni. A świadomość, że tego właśnie kuzyna razem z tysiącami innych zdradzili, pozostawili na śmierć w lodowym piekle, bolała jeszcze bardziej.
- Więc? – W jego oczach zapłonął dziwny ogień. – Co mi odpowiecie?
- Findekáno. – Makalaurë po raz pierwszy oderwał wzrok od twarzy Maitima. – Wiesz przecież, że nasza wdzieczność nie ma granic. Co jeszcze chcesz uslyszeć?
Syn Nolofinwego zmarszczył brwi, lecz nic nie odpowiedział. Nie po to ratował Russandola, by dopiec kuzynom, ale z czasem tak właśnie zaczął sądzić. Chciał się zemścić za Araman, za Helcaraxë, za te tysiące niewinnych, kobiet i dzieci, których pochłonęło Lodowe Piekło. Jednak teraz, gdy patrzył na czerwone ze wstydu twarze Morifinwego i Curufinwego, na Kana gładzącego kościstą dłoń nieprzytomnego brata, żądza zemsty odeszła w niepamięć. Synowie nie powinni odpowiadać za winy swego ojca.
- Czy mógłbym pozostać sam na sam z Kanafinwem? – zapytał już innym głosem.
Młodsi bracia uszanowali jego życzenie. Wyszli z komnaty, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Udało ci się. – Mimo że Makalaurë nawet na chwilę nie oderwał wzroku od twarzy Maitima, w jego głosie brzmiał podziw i nic poza tym. Findekáno uśmiechnął się słabo, po raz pierwszy od bardzo dawna. Po raz pierwszy od ponad trzech kwartałów. Przez tyle czasu, tyle długich dni i miesięcy, nawet na chwilę nie czuł ulgi, tylko niepokój, strach… Owszem, te dwa słowa: „nie wierzę” prowadziły go do celu, były jak okrzyk bitewny, którym go przyzywano, który nakazywał mu kroczyć naprzód, lecz mimo to nie był w stanie całkowicie wyzbyć się wątpliwości, nie był w stanie całkowicie odgrodzić się od lęku, że nie zdąży na czas. A teraz… było już po wszystkim. Gdyby tylko miał na to siłę, skakałby z radości i w najpiękniejszych słowach dziękował Manwemu za pomoc.
- Jak tego dokonałeś? – indagował Kanafinwë.
- Kuzynie – Findekáno przetarł oczy dłonią. Powieki były ciężkie, jakby odlano mu je z ołowiu. – Rozumiem, że chcesz wiedzieć wszystko i masz ku temu pełne prawo, ale… proszę, pozwól mi odpocząć, choć trochę…
- Ależ oczywiście – teraz z kolei Kano się uśmiechnął.
W tej samej chwili do pomieszczenia wszedł Arandur. Skłonił się im nisko i powiedział:
- Pozwoliłem sobie wezwać najlepszych uzdrowicieli w obozie, wkrótce powinni tu dotrzeć. Kazałem także przygotować ci, panie – zwrócił się do Findekána – balię z nagrzaną wodą, świeże odzienie oraz posłanie w sąsiedniej komnacie.
- Dziękuję ci – odpowiedział szczerze syn Nolofinwego i udał się za Elfem w stronę wyjścia. Macalaurë pożegnał go uśmiechem, jednak kiedy drzwi się za nimi zamknęły, powróciło zmęczenie i niepokój o Maitima.
Jego brat, ukochany brat, leżał przed nim, będąc już jedną nogą w Mandosie, a Kano nie mógł temu zapobiec, albo chociażby odwlec to trochę… A tak bardzo by chciał. Pragnął całym sercem ponownie usłyszeć jego głos, zobaczyć jasny ogień w jego szarych oczach… Nie. Nie chciał spojrzeć mu w oczy, a raczej: nie był w stanie. Zbytnio się bał tego, co w nich ujrzy: potępienia… Nie! Maitimo z pewnością nie będzie miał mu za złe… Z pewnością mu wybaczy… Lecz on sam sobie nie potrafił.
Przycisnął do ust dłoń starszego brata, tak nieprzyjemnie kościstą i zimną. Łzy zapiekły go pod powiekami. Z czcią ucałował jego palce. Palce, które tak dobrze pamiętał z dzieciństwa, palce wiecznie ruchliwe i ciepłe. To właśnie Maitimo, nie ojciec, dał mu pióro do ręki, pokazał, jak stawiać litery na białym papierze…
Makalaurë oparł czoło na wierzchu jego dłoni i pozwolił, by łzy strumieniami spływały mu po policzkach.
- Wybacz mi, Najdroższy Bracie – wyszeptał. – Wybacz mi, że Ciebie zawiodłem, że… nie uwierzyłem.
Musisz zaloguj si? (zarejestruj si?) by skomentować.