fanfiki tolkienowskie
Spis treści


[Komentarzy - 0] Drukuj

- Rozmiar czcionki +
- Skoro mam opowiadać, to proszę mnie nie popędzać, nie poprawiać i mi nie przerywać! To musi być jasno powiedziane, bo w innym wypadku po prostu zakończymy spotkanie i niczego się nie dowiecie o tym dziwaku, który was, nie wiedzieć czemu, interesuje. A swoją drogą, może najpierw opowiem coś niecoś o sobie, wydaje mi się, że jestem równie interesującą personą – co ja mówię – o niebo bardziej interesującą…
Dobrze, już nie będę zmieniał tematu. Opowiem co wiem, a wiem wiele… Pewnie chcecie usłyszeć smakowite kąski o najdziwniejszym hobbicie. Zastanawiam się, po co Wam to. Czyżbyście coś wiedzieli? Cóż, od nikogo nie dowiecie się więcej niż ode mnie.
Prawdę mówiąc wy, Duzi Ludzie, macie takie głupie pomysły… Czym jest na przykład miasto, w którym każdy zamyka się przed innymi i w którym wielka, zębata brama spada z hałasem z góry? Czemu to służy? Przecież świat jest spokojny, bezpieczny…
Już dobrze, przechodzę do opowieści o tym szaleńcu. Opowiem szybko o nim, a potem porozmawiamy o mnie, dobrze? Więc… Blanko.
Mieszka nieopodal, w norce pod wielkim drzewem, nad rzeką. Jak Hobbiton długi i szeroki, nie ma takiej drugiej brzydkiej norki. Blanko chodzi od jednego hobbita do drugiego i zbiera graty, które miano wyrzucić, albo przekazać do Domu Mathom. Stamtąd też już niejedno wycyganił. Wieszał to wszystko wewnątrz norki, ale zabrakło mu miejsca, więc zaczął ozdabiać ją także na zewnątrz. Graciarnia nie dom.
Sam Blanko jest niski i drobny, nawet jak na hobbita, przypuszczamy więc, że pochodzi od Harfootów, ale tak naprawdę nikt dokładnie nie wie, skąd on się wziął. A to dziwne, nie sądzicie? Znamy się tu wszyscy, każdy może jednym tchem wyrecytować swoich przodków do dziesiątego pokolenia, a przodków sąsiadów przynajmniej do piątego. Ale o Blanku nic nie wiadomo. Przywędrował tu kiedyś z Południowej Ćwiartki i został. Początkowo wszyscy obchodzili go z daleka, bo nic o sobie nie mówił, ale z czasem wszyscy go polubili.
O tak, potrafi się maskować, ale ja go przejrzałem. Udaje miłego, sympatycznego, wesołego, z każdym rozmawia o jego problemach i radościach, o sobie też opowiada, ale nie są to istotne sprawy. Węszy. Jestem pewien, że jest utajonym szpiegiem. Prawdopodobnie chciał się dowiedzieć, gdzie stary Baggins trzymał swoje słynne skarby, bo łaził za nim, czasem nawet obserwował go zza drzewa, zza młyna, zza Pagórka. Nie zauważył, że sam też był obserwowany, ha! Udowodnię hobbitom, że to szpieg.
Bilbo i jego skarby mnie nie obchodzą. Po pierwsze – niech się stary troszczy o siebie, sam jest największym dziwakiem na świecie, a po drugie, te jego skarby to bujda. Nie zniosę tu jednak szpiega z Południowej Ćwiartki! Wy też coś o nim wiecie, prawda? Po cóż Duzi Ludzie przychodziliby tu i pytali o niego? Może to jeszcze bardziej tajemnicza persona niż mi się wydaje? Hej, zaraz, chcecie ze mnie wyciągnąć co wiem, a potem sobie przypisać całą zasługę złapania szpiega! O nie, nie powiem ani słowa więcej. Nie mieszajcie się w sprawy hobbitów, wystarczy, że już ten marny czarodziej, Gandalf, zagląda tu zbyt często.

I z tymi słowami młody, trochę znudzony monotonią życia w Hobbitonie, pragnący być tym, kogo wszyscy najbardziej lubią, najlepiej znają, najczęściej odwiedzają, hobbit wybiegł, trzasnąwszy za sobą drzwiami.
Dwaj Duzi Ludzie spojrzeli na siebie z uśmiechem. Nie przypuszczali, że Kusko powie im tak wiele. Gandalf prosił ich parę dni temu, by przechodząc przez Zachodnią Ćwiartkę wpadli do Hobbitonu, zatrzymali się tam na kilka dni i sprawdzili, co słychać u Froda. Poza tym mieli dowiedzieć się, dlaczego młody, sympatyczny hobbit imieniem Blanko od dłuższego czasu szpiegował Bilba, zanim ten wyruszył na swoją ostatnią wyprawę. A w każdym razie Bilbowi, im dłużej się nad tym zastanawiał, wyglądało to na szpiegowanie.
Po rozmowie z Kusko przyjaciele Gandalfa zaczęli się zastanawiać. Bilbo ostatnio snuł coraz fantastyczniejsze opowieści o różnych niebezpieczeństwach, które mu groziły. Wrócił z wycieczki do Dal i przypomniał sobie, że jeszcze w Hobbitonie zauważył, iż Blanko zbyt często za nim chodził. I choć napomknął o tym raczej z przymrużeniem oka, nie wiedzieć czemu Gandalf, posłyszawszy o tym, przejął się tym bardziej, niż cała historia by na to zasługiwała. Przecież hobbici nie mają powodów, by szpiegować się nawzajem, a poza tym Blanko to taki sympatyczny, zawsze uśmiechnięty i rozmowny chłopiec. Cóż z tego, że trochę zwariowany? Według nich przypominał Bilba – nie mógł usiedzieć w jednym miejscu, interesowały go przedmioty, które inni hobbici mieli w pogardzie, instalował u siebie wynalazki ludzi, których jego sąsiedzi trochę się bali.
Bez zbędnych słów obaj postanowili, że porozmawiają bezpośrednio z obiektem ich zainteresowania. Nie sądzili, by chłopiec miał powód, aby ich okłamywać. Poznali go zeszłego wieczoru „Pod Bluszczem” i od razu polubili. Teraz zastukali do okrągłych drzwi kołatką o wymyślnym kształcie głowy smoka wplecionej w płomienie („skąd on coś takiego ma?”).

Blanko przyjął ich z radością, a gdy dowiedział się o celu wizyty, klepnął obiema dłońmi po kolanach, a potem zamyślił się zmarszczywszy gęste brwi.
- Jak to możliwe, że Bilbo wymyślił coś takiego? Wydałem mu się podejrzany? Z jednej strony to trochę przykre, ale z drugiej – nawet dość zabawne. Prawda jest taka, że jestem nieśmiałym hobbitem i stąd wszystkie nieporozumienia. Tak, tak, nie śmiejcie się. Gdy kogoś szanuję i podziwiam, staję się względem niego zakłopotany, jeśli mogę tak rzec. To niezbyt przyjemna cecha charakteru, dla mnie w każdym razie. I tak było z Bilbem.
Nasłuchałem się od starszych niesłychanych historii o nim. Zdaję sobie sprawę z tego, że mam trochę inne zainteresowania niż reszta hobbitów. Chciałbym podróżować, zwiedzać dalekie krainy, zobaczyć wszystko, co stworzyli Ludzie i Elfowie… Bilbo wędrował daleko, widział wiele – smoka, bitwę, skarby, poznał Pierworodnych. Tak bardzo pragnąłem porozmawiać z nim o tym, że pewnego dnia spakowałem manatki i przybyłem do Hobbitonu. I tu, muszę przyznać, nie miałem odwagi, by porozmawiać z nim wprost. Nawet z Frodem, z którym dość się zaprzyjaźniłem, nie potrafiłem poruszyć tematu najbardziej mnie interesującego. Ot, wrodzona blokada.
Więc się trochę przyczajałem, trochę ukrywałem, skradałem, dużo obserwowałem. Chciałem zobaczyć, jaki Bilbo jest, co sprawiło, że był na tyle odważny, by wyruszyć z Shire i stawić czoło tylu przygodom. To, co widziałem, przyglądając mu się z daleka było czasem dość zaskakujące, ale nigdy nikomu nie mówiłem o niczym, co uznałem za zdarzenie, którego Bilbo Baggins nie chciałby rozgłaszać. Wiem na pewno, że pod Bag End nie ma korytarzy ze skarbami. Mógłbym obalić niejeden mit, ale po co? Hobbici muszą o czymś rozmawiać, a póki nie czynią nikomu krzywdy swoimi podejrzeniami, niech mają te chwile szczęścia.
Moje podglądanie nie było zbyt grzeczne, prawda? Dziadunio Gamgee nie raz powtarzał mi, żebym przestał skradać się jak złodziej, bo to wygląda podejrzanie, ale on wiedział, w czym rzecz i rozumiał pewne sprawy…
Muszę przyznać, że co jakiś czas byłem świadkiem dziwnych zdarzeń, ale nie chciałem wyciągać pochopnych wniosków, a i nikomu o tym nie mówiłem. Widziałem czasem, że Baggins jest wyjątkowo szybki jak na hobbita w tak podeszłym wieku. Potrafił nagle ukryć się przed kimś, zupełnie nie wiadomo gdzie, a potem nagle znów się pojawić jak gdyby nigdy nic. Po jakimś czasie zauważyłem pierścionek, który mu w tym pomagał. Jestem pewien, że to właśnie tę błyskotkę wykorzystał we wrześniu, w czasie przyjęcia. Tak żałuję, że nie zdobyłem się na odwagę, zanim zniknął, że nie poprosiłem go, aby mi opowiedział o cudach, które widział. Chciałbym wiedzieć na przykład, skąd się bierze takie pierścionki. Ale z drugiej strony Bilbo raczej nie był wylewnym hobbitem. Nie opowiadał o sobie na prawo i lewo, chyba że trochę więcej kieliszków wina wychylił, a i wtedy słyszało się stale te same opowieści. Może zniechęciłby się do mnie, gdybym chciał z nim o tym rozmawiać? A tak, przynajmniej tolerował mnie w swoim pobliżu. I osobiście zaprosił na przyjęcie urodzinowe. Mrugnął przy tym okiem i szepnął, że będzie coś, co hobbici lubią pasjami. Już wtedy domyśliłem się, że nie będzie to zwykłe przyjęcie.

Ludzie rozsiedli się wygodnie. Gdy jakiś hobbit posiada dar opowiadania, można go słuchać całymi dniami, a najwyraźniej Blanko taki dar posiadał. Chętnie usłyszeliby coś więcej o słynnym przyjęciu. Przesiadując „Pod Bluszczem” dowiedzieli się na razie, że Bilbo:
a) dostał pomieszania zmysłów; mózg mu się zagotował i w czasie imprezy urodzinowej po prostu wybuchł unicestwiając Bagginsa do reszty;
b) podczas wspaniałej mowy pochwalnej ku czci swoich krewniaków Boffinów (dziwnym zbiegiem okoliczności hobbit, który im to opowiadał, nazywał się Stanek Boffin) nagle zaczął świecić, zakręcił się dookoła własnej osi i wyleciał w powietrze;
c) wykorzystał umiejętności Gandalfa do tego, by przenieść się z przyjęcia prosto do skarbca krasnoludów, a tam osiąść na górze klejnotów i zamienić się w złotego hobbita.
Teraz mieli okazję usłyszeć coś bardziej odpowiadającego prawdzie, a poza tym piwo, które Blanko zaserwował gościom, było znakowmite. Zachęcali więc hobbita gromko i jednogłośnie do kontynuowania opowieści. Ten nie dał się długo prosić.

- Najpierw przyjechali krasnoludowie. Pomyślałem sobie wtedy, że to musi być wspaniałe – mieć przyjaciół z różnych zakątków świata. Po co przybyli? Nie jestem pewien. Akurat wtedy pojechałem do Michel Delving i usiłowałem wydostać z magazynu Domu Mathom tę cudowną kołatkę, którą zapewne zauważyliście na moich drzwiach. Wiele mnie kosztowała, ale opłaciła się, nieprawdaż?
Potem maluchy biegające po ulicach gruchały rozżalone, że „psyjechał pan w kapelusu i nie zlobił fajelków”, więc pobiegłem przed Bag End i zobaczyłem wóz Gandalfa wyładowany fajerwerkami. Mógł im wystrzelić choć jednego, pomyślałem. Gandalf był legendarnym specjalistą od wybuchów, kolorów i ognia, a jeszcze nikt z nas, młodszych hobbitów, nie widział jego sztuczek. Muszę się przyznać, że podkradłem z wozu jedną, malutką rakietkę. Do tej pory jej nie wykorzystałem. Po tym, czego świadkiem byłem na przyjęciu boję się podpalić lont.
Gdy przyjechał Gandalf, Bilbo jakby zapadł się pod ziemię. Nie widziałem go nawet wtedy, gdy podglądałem przygotowania do przyjęcia na polu za Bag End. Sporo się tam działo. Już we wstępnej fazie wydawało się, ze takiej imprezy Shire jeszcze nie widziało. Byłem pewien, że krasnoludy i Gandalf nie dopuszczą, by coś stanęło na drodze doskonałej zabawie, dlatego wcale mnie nie zmartwiło zachmurzone środowe niebo. Wzrosła tylko moja ciekawość – co też wymyślą na wypadek brzydkiej pogody?
Chmury jednak odpłynęły i w czwartek zaświeciło piękne, uśmiechnięte słoneczko. W okolicach Pagórka kręciło się od świtu tylu hobbitów, że mieszkańcy zaułka Bagshot nie widzieli nic przez okna, oczywiście poza rumianymi twarzami, kolorowymi kamizelkami i rozgorączkowanymi oczyma. Kolejka do bramy prowadzącej na łąkę ustawiła się już nocą. Zupełnie jak wtedy, gdy Pod Zielonym Smokiem piwo zaczęło kwaśnieć i miało być wydawane za 1/3 ceny. Wtedy mało brakowało, a zadeptano by kilku niższych hobbitów. Tym razem, na szczęście, nic takiego się nie zdarzyło.
Gdy z Bag End wyszedł Bilbo, zapadła cisza, ale zaraz potem rozległy się wiwaty. Krzyczeli wszyscy, większość szczerze i z radością, ale byli tacy, którzy wiwatowali, bo za chwilę mieli dostać prezent, albo tacy, jak Bagginsowie z Sackville, bo wypadało.
Gdy tak obserwowałem hobbitów znalazł mnie Frodo i poprosił, bym pomógł im przy rozdawaniu podarków, których piękna, kolorowa góra piętrzyła się przy białej bramie. Trwało to dość długo, zwłaszcza, że niektórzy oszukiwali i zgłaszali się po prezent kilka razy. Gdy zobaczyłem Stanka Boffina wyciągającego ręce po pakunek po raz trzeci chciałem zaprotestować, ale Bilbo położył mi rękę na ramieniu i mrugnął tylko okiem. Miarka się przebrała, gdy zauważyłem starego dziadka Brockhouse’a ledwo wdrapującego się na ogrodzenie. Podsadzały go wnuki, a gdy zleciał z głuchym łomotem na drugą stronę oberwał jeszcze w głowę laską, która poleciała za nim przez płot. Kilka minut później zobaczyłem go, jak wita się z Bilbem po raz drugi i po raz drugi życzy mu zdrowych zębów. Baggins poklepał go po plecach, jakby widział go po raz pierwszy od tygodnia i z uśmiechem wręczył mu prezent, ale ja już stałem przy młodych Brockhouse’ach i wymyślałem im od pijawek. Mam dość donośny głos, więc dzięki temu nagle kolejka do prezentów się skurczyła i więcej nie rosła.
Ja też dostałem podarek. Spójrzcie – piękny, zielono–żółty parasol z rączką w kształcie smoka. Krasnoludzka robota – cacuszko!
Zaczęła się zabawa.. Jedzenia i picia było tak dużo, że wydawało mi się to magiczną sztuczką. Już w okolicach godziny trzeciej po południu większość hobbitów nie chodziła, lecz turlała się z przejedzenia. Niektórzy jeszcze bohatersko tańczyli, ale szło im coraz gorzej. Frodo zarządził więc godzinną przerwę w wydawaniu posiłków. Dzięki temu znów wszyscy pląsali i bawili się wesoło. Wszędzie pod nogami plątały się dzieci, rozradowane nowymi zabawkami, rozbrykane i rozchichotane.
Dzięki piwu ci hobbici, którzy do tej pory byli dość nieśmiali, teraz zaczynali być duszami towarzystwa. Biegli do dziewcząt, do których dotychczas wzdychali z kątków i porywali je do tańca. Mieliśmy później kilka małżeństw zawartym dzięki napojom wyskokowym – kto by pomyślał.
Zauważyłem hobbita, który nie dość, że trzymał się raczej na uboczu, to do tego wyglądał jakoś dziwnie. Chodził zgarbiony, nosił buty, a czapkę miał głęboko naciśniętą na oczy, które niesamowicie mu świeciły. Miał długie ręce i chude nogi, wyglądał niczym kukiełka na sznurku, co było efektem usilnego starania się by nie wyróżniać się z tłumu. Nie przeszkadzałem mu w tej maskaradzie – może nie chciał być zauważony… Jakiś czas potem Frodo powiedział mi, że na przyjęciu był Elf Incognito. Dziwne imię… Domyśliłem się, że to był właśnie ten zgarbiony gość. Im dłużej o nim myślałem, tym bardziej byłem przekonany, że był to raczej Elf rodzaju żeńskiego. Cóż ona tam robiła – nie wiem, ale mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze się bawiła.
Starsi hobbici robili to, co lubią najbardziej – siedzieli, plotkowali i wszystko krytykowali, mimo że nogi i laski podrygiwały im w takt muzyki, brzuchy zwisały do ziemi z przejedzenia, a wokół pełno było słuchaczy łasych na opowieści. Żaden nie zaprzepaścił okazji, by po raz dwa tysiące sześćset dziewięćdziesiąty dziewiąty opowiedzieć o tym, jak dawno, dawno temu, wtedy, gdy większości z obecnych hobbitów nie było jeszcze na świecie, Bilbo Baggins nagle zniknął, a potem wrócił wiodąc na sznurku cztery potwory wielkie jak góry, które przyniosły mu tony skarbów. Wlókł też za sobą olbrzymią smoczą skórę, którą później, nie wiedzieć czemu, zakopał gdzieś w ogródku.
Przypuszcza się, ze przyjęcie było słychać daleko za Wodą, ale tego nikt nie sprawdził. Nikomu nie chciało się wychodzić z zabawy, bo mogło go ominąć coś ciekawego.
Gdy zaczęły się fajerwerki napięcie sięgało zenitu. Wydawało się, że wszyscy powinni być już zmęczeni, ale wybuchy entuzjazmu towarzyszące wszystkim, nawet najmniejszym popisom Gandalfa, przeczyły temu zupełnie. Chwilami zapadała zachwycona cisza, tylko dzieciaki popiskiwały z wrażenia, ale zaraz potem fala radości przechodziła przez łąkę. Mnie najbardziej podobał się fajerwerk, który w ciągu minuty przedstawił historię jakiejś bitwy. Spokojne iskierki po dwóch stronach stołów powoli zbliżały się do siebie, by w momencie zetknięcia się wybuchnąć feerią barw i huku. Błyskały mu miecze, połyskiwały hełmy, rżały konie. Pod koniec jedna grupa iskierek pochłonęła drugą. W pokonanej armii najbardziej rzucał się w oczy wielki, groźny płomień, który po bitwie wzbił się w powietrze i zgasł z przerażającym sykiem. Zaraz po tym zgasły wszystkie światła i Gandalf przedstawił nam świetlistego smoka. Ponieważ byłem pod wrażeniem dopiero ukończonej bitwy, widok potwora nie wpłynął na mnie tak, jak na innych hobbitów. Byłem zdziwiony widząc na niektórych twarzach przerażenie. Cóż, czarodziej zna się na fajerwerkach jak nikt inny.
Kolacja była wyśmienita. Potrawy, które podano mógłbym wymieniać bardzo długo. Była moja ulubiona kaczka w sosie miętowym. Jajka nadziewane – palce lizać, nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co tak pysznego dodano do farszu. Nie sądzę, by Gandalf maczał palce w przygotowywaniu jedzenia, ale wszystko smakowało tak, jakby było zrobione czarodziejskimi sztuczkami. Wiedziałem, że większość potraw wykonali krasnoludowie, dlatego zacząłem rozważać ewentualność przeniesienia się w okolice bardziej obfitujące w te zadziwiające istoty, które nie tylko potrafią robić przepiękne rzeczy, ale i doskonale gotują. Ciekawe, jakich krasnoludzkich umiejętności jeszcze nie poznałem?
Zaszczycono mnie zaproszeniem do głównej altany, choć wcale nie należę do rodziny. Przypuszczam, że z powodu bycia pomocnym przy rozdawaniu prezentów. Byłem za to bardzo wdzięczny, bo w bliższym sobie gronie Bilbo opowiadał trochę o swojej wyprawie do Samotnej Góry. Większość biesiadników spoglądała ze skrzywionymi minami na jego oratorskie popisy, lecz dzieciaki siedziały zasłuchane, z otwartymi buziami i światełkami w oczkach. Muszę się przyznać, ze siedziałem między nimi.
Gdybym tylko był odważniejszy… Spakowałbym tobołek i wyruszyłbym w nieznane, by poznać Elfów, zobaczyć miasta Ludzi, podglądać krasnoludów przy pracy. Niestety, obok ciekawych i fascynujących istot świat jest pełen niebezpieczeństw, a na spotkanie z nimi nie jestem gotowy. Nie mam mocarnych przyjaciół, których miał Bilbo, nie mam wsparcia czarodzieja. Na razie wędrówki po Shire to wszystko, na co mogę się zdobyć.
Ponieważ Bilbo wypił już kilka kieliszków znakomitego wina, język mu się rozwiązał i raczył nas nieznanymi mi dotąd szczegółami wyprawy po skarby. Gorzej było, gdy zaczął recytować poezję swojego autorstwa. Nawet Gandalf gdzieś na chwilę zniknął. Nie znaczy to, że wiersze Bilba są marne. Bywały wyśmienite, ale nie te, które tworzył po wypiciu butelki czerwonego wina.
Potrawy się mnożyły, ale nikt nie narzekał na ich wielką ilość, bo w chwili pojawienia się na stole deseru Bilbo zacząłby swoją przemowę, a do wysłuchiwania kolejnych wierszy i opowieści o awanturniczym życiu hobbici nie mieli jeszcze nastroju.
Wreszcie każdy napełnił wszystkie zakątki swoich brzuchów jedzeniem. Nikt nie był w stanie kiwnąć palcem. Bader Proudfoot położył się na trzech ławach i wyglądał jak ktoś, kto nie ma zamiaru wstać przez najbliższe trzy tygodnie. Kilku hobbitów pospadało z siedzeń na ziemię i wcale nie kwapiło się, by wychylać stamtąd głowy. Z ziemi już niżej spaść nie mogli, ziemia jest bezpieczna i sympatyczna dla kogoś, kto upchnął jedzenie w każdy zakamarek swojego dostojnego, hobbickiego wnętrza. We wszystkich altanach działo się podobnie. Rozmowy toczyły się spokojne, wyciszone.
I wtedy właśnie Bilbo wstał…
Wyglądał podejrzanie. Myślę, ze nikt nie zwrócił na to uwagi, tylko Frodo wyglądał na kogoś, kto ma napięte nerwy. Według mnie Bilbo był zbyt podniecony, a przecież przemowa urodzinowa to nic nadzwyczajnego. Z perspektywy wcale się temu nie dziwię. Pomyślałem sobie wówczas: „Dlaczego jest taki rozgorączkowany? Czyżby wypił za dużo?”.
Wyglądał na zniecierpliwionego, kiedy młodzież przerwała mu przemowę tańcami i muzyką. Większość starszych hobbitów skrzywiła się niezadowolona, bo mimo iż byli już dość przychylnie nastawieni do przemówienia, to jednak spodziewali się, że po oświadczeniu, iż wita wszystkich serdecznie i wyrażeniu nadziei, że dobrze się bawią, Bilbo zakończy mowę i będą mogli znów plotkować i w spokoju trawić, robiąc miejsce na kolejne dania. Niestety dla nich, Baggins dopiero zaczął swoje dość zawiłe i niezbyt zrozumiałe przemówienie. Gdy napomknął o Frodzie atmosfera zaczynała być nieprzyjemna za sprawą prychających Bagginsów z Sackville. Zrobili lodowate miny i wyglądało na to, że gdyby nie brzuchy wylewające się spoza stołów wyszliby z altany z nosami wzniesionymi ku niebu.
Po co Bilbo napomknął o grosie, nie jestem w stanie wymyślić. Faktem jest, że to zrobił i zraził do siebie kolejnych gości. Im więcej Baggins mówił, tym nastroje robiły się mniej przyjemne. Ja byłem ciekaw, dlaczego Bilbo ma tak dziwną, niezwyczajną minę, chciałem wreszcie usłyszeć, czym postanowił wszystkich zaskoczyć. Inni jednak marzyli o tym, by wreszcie skończył i by nie próbował recytować bądź śpiewać.
To, co Bilbo zrobił, zaskoczyło wszystkich. Raczej ujemnie. Słyszałem głosy, że swoim głupim wystąpieniem zepsuł znakomitą imprezę. Pierwszą reakcją było osłupienie, drugą – zniesmaczenie, potem nastąpiło oburzenie. „To niedopuszczalne, by robić coś takiego wśród uczciwych, porządnych hobbitów!” – powiedział Otho Baggins i wyturlał się z altany. Ja, prawdę mówiąc, nie widziałem w wystąpieniu Bilba niczego złego. Byłem pewien, ze to nie jest zwykła sztuczka, domyśliłem się, że nieprędko znów go zobaczymy. Po chwili hobbici, dzięki kolejnej porcji jedzenia i picia, zobojętnieli trochę na wybryki zwariowanego Bagginsa. Zabawa zaczęła się toczyć dalej.
A ja wymknąłem się cicho, bo chciałem się dowiedzieć, gdzie też ten Bilbo się podział. Pobiegłem szybko pod Bag End, a ponieważ wewnątrz norki świeciło się światło, domyśliłem się, że Baggins dotarł tam przede mną. Siedziałem chwilę w krzakach i już miałem zrezygnować, gdy drzwi się otworzyły. Wyszedł przez nie Bilbo w towarzystwie Gandalfa i kilku krasnoludów. Za moment hobbit zniknął w ciemności machając Gandalfowi na pożegnanie.
W pierwszej chwili poczułem żal. Mogłem wykorzystać okazję, by wyruszyć po przygody w towarzystwie zapewniającym bezpieczeństwo. Zaraz jednak doszedłem do wniosku, że gdyby Bilbo chciał kogoś zabrać na swoją wyprawę, powiedziałby o niej wszystkim. Nie sądzę, by było wielu chętnych. Miał swoje powody, by nikogo nie wtajemniczać i trzeba to uszanować. Westchnąłem sobie kilka razy w duchu i wróciłem na przyjęcie, które wcale jeszcze nie miało się ku końcowi. Tańce trwały do rana, mimo że niewielu tak naprawdę tańczyło. Piwo i wino lały się strumieniami, jedzenia ciągle było w bród, czegoż hobbici mogą chcieć więcej? A jeśli do tego mają tak doskonale, zachwycająco oburzające zdarzenie do roztrząsania, jak zniknięcie gospodarza przyjęcia? Co chwilę któryś z Burrowsów lądował pod stołami, by godzinę później wygrzebać się stamtąd z żądaniem jedzenia i picia. Czekoladowe bomby strzelały, jakby nigdy nie miały się wyczerpać. Urządzono nawet konkurs talentów, więc śmiechu było co niemiara. W pewnym momencie straciłem z oczu Froda i nie widziałem go do końca zabawy. Najpierw pomyślałem, że poszedł z Bilbem i zrobiło mi się bardzo smutno, ale Bako Goodbody śpiewał tak komicznie, że szybko zapomniałem o żalach.
Rano na łące zostało ogromne pobojowisko. Przypuszczam, że to krasnoludowie wszystko uprzątnęli, bo następnego wieczora, gdy niektórzy hobbici zaczynali wychodzić z norek, by zaczerpnąć świeżego powietrza po długim odsypianiu, ślad po zabawie nie pozostał. Chyba, że w postaci większych brzuchów i konieczności poszerzania spodni.

Tu Blanko przerwał. Westchnął smutno i przyniósł z kuchni kolejne szklanice piwa i przepyszne ciasteczka.
Ludzie, oddalając się chwilę później od jego, obwieszonej dziwnymi przedmiotami norki usłyszeli, jak marzycielski, trochę tchórzliwy i nieśmiały hobbit szepce do siebie: ” – A droga wiedzie w przód i w przód…”
Musisz zaloguj się (zarejestruj się) by skomentować.