Chłopcy Namiestnika autor: Tici
Streszczenie: Gdy zmarła księżniczka Finduilas, Denethor szukał zapomnienia w pracy, powierzając innym opiekę nad synami. Niestety, to nie wystarczało. A niechęć do przebywania w domu i brak opieki może oznaczać kłopoty. I dla chłopców, i dla dorosłych...
Kategorie: Gondor za panowania Namiestników
Postacie: Boromir syn Denethora
Gatunek: Przygoda
Ostrzeżenia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 7153 Przeczytano: 1021 razy Opublikowano: 2006-05-12 Aktualizacja: 2006-05-12

1. Rozdział 1 autor: Tici

Rozdział 1 autor: Tici
Notatka autora:
Jeszcze jedna historia z Elarą...


Chłopcy Namiestnika


Minas Tirith, Gondor, koniec lata 2988 r. T.E.
Drobny, dokuczliwy deszczyk siąpił z nieba. Wiatr w zaułkach drugiego kręgu wiał z tak wielu kierunków, że nie sposób było przewidzieć, z której strony, za którym rogiem, dmuchnie znów w twarz zimną mgiełką. Kobiecie śpieszącej wąską uliczką właśnie kolejny taki podmuch niemal zrzucił z głowy kaptur płaszcza. Zatrzymała się w jednej z bram i postawiła na ziemi koszyk, wstrząsając się z zimna. Poprawiła okrycie i ruszyła dalej. Do przejścia miała jeszcze kilka zaułków, a kosz był ciężki.
Nareszcie dotarła do domu. Z westchnieniem zamknęła za sobą ciężkie, ozdobne drzwi, lecz wyraz ulgi na jej twarzy ustąpił niepokojowi, gdy usłyszała dobiegający z głębi domu krzyk dziecka. Zostawiła kosz i przemoczony płaszcz w sieni i pobiegła na piętro.

Wchodzący znacznie później do domu mężczyzna potknął się niemal o porzucony na podłodze płaszcz i ściągnął z konsternacją brwi. Podniósł go i zawiesił na haku, zajrzał do pozostawionego koszyka. Przeniósł koszyk na stół w kuchni i ruszył w głąb domu. W pokoju, do którego zajrzał, kobieta właśnie wstawała od łóżeczka. Położyła palec na ustach, dając mu znak, by milczał i wyszła z pokoju.
- Nareszcie zasnęła... - wyszeptała, zamykając drzwi. Ruszyła szybkim krokiem do kuchni. - Dziękuję - powiedziała na widok stojącego na stole kosza. W tej samej chwili zobaczyła zmartwiony wyraz twarzy mężczyzny i spytała - Co się stało ?
- Gdzie jest Eol? - odpowiedział jej pytaniem.
- Nie mam pojęcia, gdzie go poniosło w taką pogodę - prychnęła. - Zostawiłam go, by popilnował śpiącej Selah, gdy wychodziłam na zakupy - to mówiąc wypakowywała na stół zawartość koszyka. - Jak wróciłam, nie było go w domu. Już ja mu powiem coś do słuchu, jak wróci. Mała niemal zachrypła od płaczu. Na szczęście nic złego jej się nie stało, ale było przecież rozpalone w kominku. Ten chłopak jest... - urwała i popatrzyła na mężczyznę. - Niczego nie narozrabiał, mam nadzieję?
Mężczyzna pokręcił głową, ale kobieta dostrzegła, że jest jeszcze bardziej zmartwiony.
- Co się stało? - spytała.
- Zaginęli chłopcy Namiestnika.
- Co?! - Kobieta aż wypuściła z rąk pęczek marchwi. - Kiedy?
- Nikt nie ma pojęcia. Beor zachorował wczoraj i dopiero dziś w południe ktoś się zorientował. Służąca zajrzała do ich pokojów i zobaczyła, że nie spali tej nocy w łóżkach. W tej chwili szuka ich cała służba Cytadeli i każdy gwardzista. Pomyślałem, że może Eol wie, gdzie się ostatnio bawili.
- O wielcy Valarowie! - kobieta usiadła z westchnieniem. - Namiestnik już wie?
- Chyba nie. - Mężczyzna pokręcił głową. - Podobno od dwóch dni nie wychodzi ze swojego gabinetu.
- I oczywiście nikt mu nic nie powie - prychnęła z niesmakiem kobieta. - To się musiało tak skończyć... Biedne dzieci... - westchnęła znowu - Gdzie też się mogli podziać... - zamyśliła się - Zaraz, zaraz... - podniosła nagle głowę - Eol!
- Co ?
- Rozzłościłam się na niego, ale przecież... - podniosła się i ruszyła energicznym krokiem do drzwi - przecież on nie zostawiłby bez powodu siostry samej! Muszą być gdzieś tutaj.
- Jesteś pewna?
- Pomyśl! - Kobieta obróciła się ku niemu. - Tylko Boromir mógł wyciągnąć Eola z domu i musiało być to coś bardzo ważnego, skoro zostawił siostrę. Jeśli, jak mówisz, wszyscy ich szukają, to czy nie widziano ich w którejś z bram? - ruszyła do sieni.
- Elara! - mężczyzna złapał ją za ramię, gdy zdejmowała płaszcz. - Gdzie idziesz?
- A jak myślisz? - odparła. - Do sąsiadki, niech przypilnuje Selah. Ja idę z tobą poszukać chłopców. - Szarpnęła wyjściowe drzwi. - Przyda się wam jeszcze jedna osoba.

Gdy sąsiadka zniknęła w ich domu i Elara szła już szybkim krokiem w stronę głównej ulicy i bramy, mężczyzna spróbował się odezwać.
- Elara...
- Księżniczka była moją przyjaciółką. - Ledwie dotrzymywał jej kroku. Rozzłoszczona, wyrzucała z siebie słowa jak pociski. - Zajmowałam się Boromirem tak samo jak Eolem. Wy tam wszyscy trzęsiecie się ze strachu przed Namiestnikiem. - Zatrzymała się i odwróciła do męża - Ale ja, słyszysz, Oreth? Ja nie pozwolę, by któryś z synów Finduilas ucierpiał tylko dlatego, że nikt w Cytadeli nie potrafił pomyśleć. - Ruszyła znów przed siebie. - Dostatecznie długo milczałam. Powinnam była zrobić to znacznie wcześniej. Rozumiem, że Namiestnik jest w żałobie, że szuka zapomnienia w pracy. Ale to są dzieci! - Niemal wykrzyknęła te słowa. - Dzieci! Boromir może udawać dorosłego, ale przecież nie ma jeszcze nawet jedenastu lat. Jego brat tym bardziej potrzebuje opieki. A wy... - urwała, gdy kolejny złośliwy podmuch wiatru zaparł jej dech w piersi. Pochyliła głowę i kontynuowała tyradę kilka kroków dalej. - Wy tam zapomnieliście o nich. Te wszystkie damy z możnych rodów, takie eleganckie i szczebioczące. Wszyscy zajęli się swoimi sprawami! Politowali się nad sierotkami i zapomnieli !
- Elara - Oreth znów spróbował jej przerwać - przecież chłopcy mają opiekuna...
- Beor! - prychnęła. - On sobie w ogóle nie radzi! Nie widzi nic poza swymi księgami! A nawet jeśli, to sam widzisz. Zachorował i nikt już nie wiedział co się dzieje z chłopcami. Nie powinnam była się zgodzić na ten dom w mieście - wymruczała do siebie - nie powinnam była dać się odprawić z Cytadeli... Jeśli im się coś stało, nigdy sobie tego nie wybaczę...
Wiatr, zdawałoby się, jeszcze przybrał na sile, gdy dotarli do bramy prowadzącej do pierwszego kręgu miasta. Wartownicy wiedzieli już o wszczętych poszukiwaniach. Nie widzieli jednak żadnego z chłopców, ani oni, ani ich poprzednicy z porannej warty. Gdy przeszli do bramy do trzeciego kręgu zastali tam jednego z posłańców.
- W Cytadeli wszyscy latają jakby potracili rozumy - mówił. - Gwardziści przeszukali już szósty krąg i sprawdzają piąty...
- Był tu jeden z nich, Ettar - powiedział wartownik. - Szukał swojego syna. Jego chłopak też nie wrócił na noc.
- Leć do dowódcy którejś z Kompanii - Oreth zwrócił się do posłańca - i powiedz mu, że dziś rano Boromir był w drugim kręgu, zabrał ze sobą syna Elary. Sprawdzaliśmy już w bramie do pierwszego kręgu. Nie przeszli tamtędy.
- Jeśli tak, to do trzeciego też nie przeszli - wtrącił kolega wartownika. - Miałem wartę od świtu i nie widziałem żadnego z tych łobuziaków, by wracali.
- By wracali?
- Było tu trzech z ich kolegów, przebiegli przez bramę, jakby się im pięty paliły. Ale nie było z nimi ani Boromira, ani syna Ettara.
- To znaczy, że przynajmniej ci dwaj musieli tu być całą noc. Gdzie dzieciaki mogą spędzić całą deszczową noc? - spytała Elara.
Żołnierze jak na komendę popatrzyli na górującą nad nimi ścianę muru, a potem na widoczne dookoła domy.
- Stare domy!
- Powiedz więc jeszcze dowódcy, - powiedział wartownik posłańcowi - że z pewnością chłopcy są w którymś z opuszczonych domów w drugim kręgu. Niech przyśle tu ludzi.
- I niech sprawdzą ilu jeszcze chłopców nie ma w domu - dorzuciła Elara. - Zawsze trzymają się razem. Jeśli znajdziemy więc choć jednego z nich...
Posłaniec zniknął biegiem w bramie, a Elara, Oreth i żołnierz ruszyli między domy. Wiatr i deszcz głuszyły ich nawoływania, zresztą żołnierz szybko zauważył, że chłopcy, którzy nie wrócili na noc do domów, mogli też ukrywać się przed dorosłymi. Tak więc Elara i Oreth początkowo pukali do zamieszkałych domów i pytali, czy nie widziano tu grupki dziesięciolatków. Potem, gdy obok zamieszkałych domów zaczęły się pojawiać opuszczone, wchodzili do nich kolejno, zaglądając na puste, często zarośnięte bluszczem podwórce, do opustoszałych pokoi... Ostrożnie wchodzili po spróchniałych, trzeszczących schodach na strychy i do piwnic. W miarę jak uliczki wiły się coraz dalej od głównej drogi, opustoszałych domów przybywało. Minas Tirith było wielkim miastem, ale niewielu już zamieszkiwało je ludzi. Większość zajmowała domy w pobliżu głównej ulicy, rynków i placów, choć i tam straszyły gdzieniegdzie puste okna w rezydencjach. Tutaj, przy murze, gdzie uliczki były wąskie i kręte, gdzie dachy opierały się o skałę Wzgórza, a nad nimi wznosił się mur trzeciego kręgu, większość domów stała pusta.
Może dlatego te rejony miasta były ulubionym terenem zabaw dzieci. Chyba każdy chłopiec w mieście przechodził tu swoisty test odwagi ścigając się z kolegami po dachach i wspinając się na skały. Każda niemal dziewczynka wcielała się w rolę wielkiej damy, czy uwięzionej księżniczki w opuszczonej rezydencji. Puste podwórka były świadkami bijatyk, pogoni, odgrywanych potyczek i romansów. Dzieci nie odstraszały opowieści o rówieśnikach, którzy na zawsze zabłądzili w labiryncie zaułków, czy zostali uwięzieni przez duchy dawnych mieszkańców. Te historie były dla nich dodatkową atrakcją. Nie pomagały też ostrzeżenia przed wypadkami. Domy były zbudowane solidnie, mogły trwać jeszcze latami, ale zdarzały się w nich nadwątlone deski w podłogach, łatwo też było poślizgnąć się na dachu. Co jakiś więc czas, mimo wysiłków i przestróg dorosłych, któreś z dzieci trafiało pod opiekę uzdrowicieli po mniej lub bardziej groźnym upadku.
To było szaleństwo, mruczała do siebie Elara wychodząc z kolejnego domu. Szukali może czterech, może kilku więcej chłopców w uliczkach, gdzie mogła się ukryć cała armia. A chłopcy Namiestnika przyszli tutaj być może by schować się przed całym światem. Jeśli tak, to tylko odnalezienie Eola lub któregoś z ich kolegów dałoby szansę na ich odszukanie.
Na ulicy, ignorując zacinający deszcz, Elim, dowódca Drugiej Kompanii rozsyłał żołnierzy. Nawoływania dobiegające z zaułków świadczyły, że już większość z nich zaczęła przeszukiwać okolicę.
- Witaj Elaro - skinął głową kobiecie.
- Witaj Elim - uśmiechnęła się do niego. Elim był przyjacielem jej pierwszego męża.
- No, dobrze... - dowódca obejrzał się dookoła i schronił się pod łukiem bramy. - Trzecia Kompania zejdzie tu do nas, gdy tylko przeszukają piąty krąg. Zaczną od skały na północ. Pierwsza pójdzie później za nami i nimi, na wypadek gdybyśmy przegapili naszych łobuziaków. A, Elaro, miałaś rację. Wszyscy koledzy Boromira gdzieś poznikali.

Przybycie żołnierzy przyśpieszyło tempo poszukiwań. Sprawnie i szybko grupy przetrząsały kolejne kwartały domów, posłańcy krążyli z wiadomościami. Trzecia Kompania przysłała wiadomość, że w piątym kręgu nikt nie widział chłopców i że zaczynają przeszukiwać domy w północnej części miasta. Po jakimś czasie przybiegł zdyszany posłaniec od Pierwszej Kompanii, że jej gwardziści rozdzielili się i idą za obiema grupami, zaglądając do już przeszukanych domów. Elara, która mimo nacisków Oretha i Elima pozostała wśród poszukiwaczy, wymogła pozostawienie jednego z posłańców u niej w domu, by zawiadomił w razie powrotu Eola.
Deszcz nadal padał, choć słabiej. Mokre gonty na dachach i schody w uliczkach były teraz niebezpiecznie śliskie. Jeden z mężczyzn, który przypomniał sobie i chciał sprawdzić wykorzystywany w dzieciństwie skrót przez dachy i taras, ześlizgnął się. Tylko niewielkiej wysokości i swojej sprawności zawdzięczał życie. Stłuczenia musiały być bolesne, ale kuśtykał dzielnie dalej, od bramy do bramy.
W miarę upływu czasu rosło zdenerwowanie Elary. Nigdzie nie mogli natrafić choćby na ślad obecności chłopców. Nie stało się im nic złego, uspokajała się. To rozsądne dzieci. Boromir jest bardzo odpowiedzialny, gdyby zdarzyło się coś złego, przybiegłby szukać pomocy dorosłych.
Ale niespokojna część jej serca podpowiadała: musiało stać się coś złego. Przecież nie bez powodu chłopcy spędzili noc poza domem. Dom, prychnęła do siebie, ostrożnie wchodząc po schodach. Jak można nazywać domem namiestnikowskie skrzydło pałacu w Cytadeli? Chłopcy tak niedawno stracili matkę, a Namiestnik zaraz po pogrzebie zaczął zachowywać się tak, jakby żona nigdy nie istniała. Wszyscy chyba wiedzieli o scenie, jaka rozegrała się w jego pokojach po śmierci księżniczki. Elara sama przechowywała starannie prostą suknię, jaką wtedy dostała na polecenie Lorda Denethora. Ale dla niej znacznie ważniejsza była wtedy wiadomość, że Lord Imrahil z Dol Amroth chciał zabrać chłopców ze sobą. Elara nie przepadała za Ileaną, która przy ich spotkaniu boleśnie dała jej do zrozumienia, że jest tylko wdową po gwardziście, ale nawet ta afektowana, przepełniona poczuciem własnej ważności kobieta była lepsza od całkowitego zapomnienia, jakie spotkało chłopców ze strony ich ojca.
Usiadła na chwilę na stopniu schodów, by dać odpocząć obolałym stopom. Cały dzień i całą noc poza domem, na zimnie... Jak mogło do tego dojść?
- Elara? - nachylił się nad nią Oreth. - Wszystko w porządku? Może powinnaś pójść do domu...
- Nie! - odparła ze złością. - Nie, nie pójdę do domu. I nie, nic nie jest w porządku!
Wstała i ruszyła do drzwi, wściekła na wszystkich, a najbardziej na siebie. Kiedy księżniczka z Dol Amroth poważnie zachorowała, a następnie zmarła, pobyt w Cytadeli stracił sens, przynajmniej dla niektórych kobiet. Panie z wielkich rodów Gondoru wróciły do swoich domów. Elara, która od ślubu z Orethem i urodzin córki mieszkała w dole miasta, przygnębiona śmiercią księżniczki i zaniepokojona o jej dzieci, prosiła o wyznaczenie jej stanowiska wśród służby, by mogła tak jak kiedyś zajmować się chłopcami. Jednak pogrążony w żałobie Namiestnik zignorował tę prośbę. Wymogła więc tylko na kilku znajomych ze służby, że będą mieli oko na dzieci Namiestnika.
I z początku wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Beor, nauczyciel i opiekun chłopców, dbał o ich naukę i wychowanie. Znajome pokojówki Elary pilnowały, by chłopcy nie straszyli obdartą odzieżą, czy nie chodzili głodni. Jednak po kilku tygodniach wszystko zaczęło się psuć. Chłopcy, zwłaszcza młodszy, rozpaczliwie tęsknili za matką. Nie mogli poszukać pociechy u ojca, gdyż Namiestnik całkowicie poświęcił się pracy nad sprawami Białego Miasta i nie zwracał już uwagi na swoich synów. Nikt nie śmiał mu o tym przypominać, bo posępne spojrzenie Lorda Denethora odbierało każdemu odwagę. Ciągłe rozczulania się i litowania kobiet nad "biednymi sierotkami" drażniły Boromira, który uważał się teraz za całkiem dorosłego i odpowiedzialnego za brata. Zaczął więc unikać ludzi i uciekać. Z lekcji Beora i z samej Cytadeli. Przy tym dookoła panowało już lato i zachęcało chłopców do wypraw na pola i nad Rzekę, a nie do przesiadywania w ponurych, pustych pokojach. Ale, jako starszy brat i opiekun, Boromir zabierał ze sobą wszędzie małego Faramira.
W tych kilku przypadkach, kiedy Elara zdołała zobaczyć, jak jej syn znika na ulicy wraz z całą gromadką kolegów, widziała chłopczyka rozpaczliwie usiłującego nadążyć za trzymającym go za rękę bratem. Eol też wygadał się, że zabawa już nie jest taka jak dawniej, bo "maluch" nie biega tak szybko jak wszyscy i przeszkadza.
Teraz Elara, zmęczona i głodna, zaczynała popadać w rozpacz. Jak mogła być tak głupia i nie dostrzec nadchodzących kłopotów? Było przecież jasne, że zaniedbani chłopcy prędzej lub później popadną w jakieś tarapaty. Uciekli z domu? Może. Ale wiedziała, że to raczej niemożliwe. Znacznie bardziej pewne i znacznie bardziej przerażające było, że jakaś ich zabawa skończyła się tragicznie. I to wszystko było najpewniej jej winą. Przecież mogła, wyrzucała sobie, poprosić, by malec zostawał u niej na czas zabaw chłopców. Nikt nie musiał o tym wiedzieć, nikogo by też to nie obchodziło, że syn Namiestnika spędza dnie w domu jednego ze sług. A teraz... gdzie przepadli? Gwardziści przeszukali już niemal całe miasto...

Wyszła z kolejnego domu, zamykając za sobą ostrożnie starą, skrzypiącą bramę. Popatrzyła na niebo. Przestało chwilowo padać, ale chmury ciągnęły się nisko, ukrywając wznoszący się nad miastem masyw Mindolluiny. W swoich poszukiwaniach doszli już niemal do końca kręgu, gdzie nad domami zwieszała się skalna ściana góry. Uliczka, którą przeszukiwali odeszła tu od muru i przecinały ją schody, prowadzące do położonych wyżej domów. W jej końcu, przy takich właśnie schodach wszczęło się nagle zamieszanie. Elara usłyszała znajomy chłopięcy głos i nawoływania żołnierzy. Po kilku chwilach pół oddziału skupiło się wokół niemiłosiernie ubrudzonego chłopca.
- Mama? - głos Eola był pełen niedowierzania, gdy przepchnęła się pomiędzy wypytujących go jeden przez drugiego żołnierzy. Zanim zdążyła coś powiedzieć, dotarli do nich Oreth i Elim.
- Gdzie są synowie Namiestnika? - pytanie dowódcy Kompanii ucięło gwar.
- W tamtym domu u góry... - Eol pokazał ręką. - Biegłem do domu po linę, bo Faramir spadł...
- Spadł?!! - przerażona Elara złapała syna za ramiona. Ludzie dookoła także pochylili się do przodu.
- No... - Eol wyraźnie speszył się pod takim ostrzałem spojrzeń.
Ludzie ruszyli pędem jeden przez drugiego, w górę schodów. Dom oparty o skalną ścianę był jednym z tych, które opuszczono już dawno i były już bardzo zniszczone. Brama wejściowa z trudem dawała się odsunąć, podłogi pokrywała gruba warstwa pyłu i liści naniesionych wiatrem przez puste okna. Drewniane części schodów prowadzących na piętro spróchniały już niemal całkowicie i resztki balustrady zwisały niebezpiecznie nad korytarzem.
Eol poprowadził ich na tył domu, aż do dawnej kuchni, gdzie wąskie schodki prowadziły w skały. Wykute w jej głębi pomieszczenia były najpewniej kiedyś spiżarnią, świadczyły o tym leżące pod ścianami połamane deski półek i szaf, czy nisze przeznaczone na beczki. Odsunięte na bok kawałki drewna były niegdyś niewątpliwie pokrywą osłaniającą otwór ziejący w podłodze w końcu pomieszczenia. Teraz otaczała go grupka brudnych, zmęczonych chłopców. Dwaj z nich przytrzymywali nogi trzeciego, leżącego na podłodze i ryzykownie przechylonego do środka. Pozostali chłopcy oświetlali go prymitywnymi pochodniami. W chwili gdy Elara i żołnierze weszli do pomieszczenia, chłopiec właśnie się wycofywał. W ręku trzymał lampę uwiązaną do paska.
- Nic nie widać. - Odstawił lampę. - Ale on tam jest. - Wyprostował się odrzucając do tyłu przydługie włosy. Elara w tym momencie rozpoznała w nim Boromira.
- To znaczy gdzie? - rzucił pytanie Elim. Zaskoczeni chłopcy niemal podskoczyli, światła pochodni zafalowały. Tylko Boromir zachował spokój.
- Faramir zgubił się nam wczoraj po południu - rzucił ponure spojrzenie jednemu z kolegów, a Elara dostrzegła w słabym świetle, że chłopiec ma podbite oko i zapuchniętą wargę. Sam Boromir też nosił ślady bójki. - Szukaliśmy go w tych domach przez całą noc i dzisiejszy dzień. Znaleźliśmy ślady, że wszedł tutaj i ta pokrywa się pod nim załamała.
- Nie jesteś pewien?
- W szybie są belki - w głosie Boromira zabrzmiała bezradność. Żołnierze już byli przy otworze. - Świeciłem, ale zasłaniają dno. Ale Faramir tam jest, słyszeliśmy jak nas woła. Posłałem Eola, by przyniósł liny.
Elara też nachyliła się nad szybem. Rzeczywiście, zaklinowane belki przegradzały szyb. Nie wyglądało to na studnię, raczej było to kiedyś ukryte zejście do niżej położonej piwnicy. Teraz dwa wielkie kawały dawnych schodów skutecznie zasłaniały widok. Wyższy z nich był położony w odległości wzrostu człowieka od krawędzi, niepewne światło pochodni oświetlało jeszcze kawałek niższego. Na pierwszej belce zauważyła zaczepiony strzęp materiału. Gdy światło zatańczyło na ścianach szybu, z dołu rozległ się słaby głos dziecka.
- Odwagi, braciszku! - Boromir ukląkł na krawędzi. - Przyszli żołnierze! Zaraz cię wyciągniemy!
Elara oparła się o ścianę z westchnieniem ulgi. Chłopcy żyli. Znaleźli ich. Elim wydawał już rozkazy, gwardziści wybiegli w poszukiwaniu lin i lamp. Boromir klęczał nad szybem wsłuchując się w dobiegający z dołu głos brata, Eol i pozostali chłopcy skupili się pod ścianą, usiłując nie wchodzić dorosłym w drogę. Oreth podszedł do żony.
- Zabierz Eola do domu - powiedział. - Jesteś już bardzo zmęczona...
- Nie! - Elara odepchnęła się od ściany i wyprostowała. - Nie ma mowy! Nigdzie nie idę! Eol! - chłopiec popatrzył na matkę niepewnie. - Biegiem do domu! I reszta też! Wracajcie do domu!
- Bardzo dobrze! - Elim wskazał dzieci gwardzistom - Zaprowadźcie ich do domów.
- Ale... - jeden z chłopców spróbował zaprotestować.
- Zrobiliście to co najważniejsze. Znaleźliście Faramira. - Elim zręcznie popchnął chłopca w ręce gwardzisty. - Teraz my go stąd wydostaniemy. Wasi rodzice się o was martwią. No, już, już. Marsz do domu!
- Ja nigdzie nie idę! - Boromir odwrócił się na chwilę od szybu. Elim zawahał się, wyraźnie chcąc rozkazać któremuś z mężczyzn, by zabrał chłopca. Elara już ruszała do przodu, by mu w tym przeszkodzić, gdy zrezygnował.
- Dobrze. Zostań. - Rozejrzał się dookoła. - Chodź tu i opowiedz mi, jak to się stało.
Elara usiadła na kawałkach potrzaskanego drewna. Przysłuchiwała się jak Boromir klęcząc przy szybie opowiada, w jaki sposób wczorajszego popołudnia jego braciszek zgubił się w opuszczonym domu. Głos mu drżał, chłopiec cały dygotał. Chciała go przytulić, ale zrezygnowała widząc, że resztkami sił usiłuje być dzielnym i że wystarczyłby jej dotyk, by rozpłakał się z ulgi i ze zmęczenia. Elim dostrzegł to także i tylko okrył chłopca swoim płaszczem, starając się rozmową zająć jego uwagę. Lampa nad szybem pełgała słabo, pochodnie kopciły i przygasały. Czekali.
Po czasie, który wydawał im się nieskończenie długi, na zewnątrz zatupotały buty gwardzistów. Przynieśli kilka lamp i pochodni i zwoje lin. Ciemne pomieszczenie pojaśniało.
Jeden z żołnierzy obwiązał się w pasie liną i zaczął opuszczać do szybu. Na drugiej linie spuszczali obok niego lampę. Jednak gdy tylko oparł się lekko na belce, ta zaskrzypiała groźnie.
- W górę! Szybko! - podciągnął się na linie i wydostał na krawędź. - Kapitanie, nie przejdę - stwierdził. - Jest za wąsko.
- Może wyciągnąć tę belkę... - zaproponował któryś z ludzi.
- Ryzykowne - pokręcił głową inny. - Belka ledwie wisi. Jak ją spróbujemy wyciągać, może polecieć na dół, wprost na chłopca.
- To co robimy?
- Ja zejdę! - zabrzmiał obok głos Boromira. - Przejdę obok.
Elim zmierzył go uważnie wzrokiem.
- Zgoda. Obwiążcie go liną. Opuścimy cię na dół i wyciągniemy z powrotem.
- Słyszysz, braciszku? - Boromir nachylił się nad otworem. - Już idę do ciebie!
Żołnierze zaczęli opuszczać go powoli, tuż przy ścianie, tak by nie stanął na belce. Boromir przesunął się swobodnie obok niej i następnie rozkołysał odbijając od ścian, by trafić na wolną przestrzeń obok drugiej. Przy drugiej ścianie opuszczali na dół lampę.
- Tu jest jeszcze trzecia belka! - dobiegł z dołu jego głos. Światło lampy migotało na ścianach. Lina prawie się kończyła, gdy nagle poluzowała się i usłyszeli z dołu okrzyk.
- Znalazłem go! - Przez chwilę było słychać tylko płacz dziecka i przyciszony, uspokajający głos chłopca, aż Boromir znów zawołał. - Ciągnijcie!!!
Wyciągali linę powoli, by chłopcy nie uderzyli się o ściany, ale już po chwili natrafili na pierwszą przeszkodę.
- Stop!!! Stop! - zaczął krzyczeć Boromir.
- Co się stało? - Elim nachylił się nad szybem.
- Belka! - Lina zaczęła się kołysać. Boromir widocznie usiłował przepchnąć siebie i brata nad belkę. Rozległy się nagle głośny trzask rozrywanego materiału i chłopiec znów zawołał. - W porządku! Przeszliśmy!
Przy następnej belce powtórzyła się przerwa. Elara, nachylająca się wraz z innymi widziała, jak w świetle kołyszącej się w szybie lampy ukazują się dwie ciemnowłose głowy, jak Boromir przytrzymując jedną ręką przed sobą braciszka, zapiera się o ścianę i przepycha obok niższej z belek. Została już tylko jedna przeszkoda do wyminięcia, ale tu przerwa była zbyt wąska. Elara zrozumiała, że tak, jak trzymają się liny, chłopcy nie są w stanie ominąć ostatniej belki. Boromir zrozumiał to także. Podniósł głowę, gdy podciągnęli go wyżej i wolną ręką zaczął obmacywać krawędzie bala. Faramir wczepiał się w niego kurczowo.
- Braciszku... - Boromir spróbował oderwać od swojej szyi zaciśnięte ramiona chłopczyka. - Braciszku, popatrz. Już blisko. Musimy tylko przeleźć przez tę belkę... Puść mnie i wdrap się na nią...
Jego namowy były jednak bezskuteczne. Faramir nie miał zamiaru dać się oderwać od brata. Elim rzucił krótki rozkaz i dwaj gwardziści opuścili w dół trzeciego, by odebrał chłopca i przeniósł nad belką. Uwiązany do liny mężczyzna usiłował się przekręcić tak, by zapierając się o ściany i nie dotykając bala dosięgnąć chłopców. Nadaremnie. Skośne ustawienie drewna uniemożliwiało taki manewr. Przy kolejnej próbie but gwardzisty osunął się po ścianie i żołnierz całym ciężarem ciała uderzył w belkę. Rozległ się suchy trzask i bal runął w dół szybu, w kłębach pyłu i przy akompaniamencie krzyków przerażonych ludzi. Ale Elara najlepiej słyszała krótki, bolesny okrzyk Boromira, w chwili gdy drewno uderzyło w wiszących na linie chłopców. Lampa w szybie zgasła. Następne trzaski znaczyły drogę kłody w dół, gdy łamały się leżące poniżej belki.
- Do tyłu! - wrzasnął Elim - W tył z ogniem!!!
Gwardzista z lampą usłuchał go natychmiast, biegnąc do wyjścia. Drewno uderzyło w dno, z szybu wystrzelił pióropusz pyłu i w pomieszczeniu zapanowała ciemność. W ciszy jaka zapanowała przyciśnięta do ściany Elara słyszała tylko przyspieszone oddechy pozostałych ludzi. Ktoś zaczął kaszleć, gdy suchy pył zadławił go w gardle, ktoś kichnął.
- Wielcy Valarowie... - wyszeptał ktoś w mroku. - Niewiele brakowało...
- Łaska Valarów, że lampa w szybie zgasła... - odezwał się ktoś inny. - Gdyby nie to, już by było po nas...
- Co z chłopcami? - zapytał kolejny męski głos. Elara rozpoznała w nim Elima.
- Nie mam pojęcia, kapitanie - zameldował żołnierz. - Lina wciąż jest napięta, nie zerwała się, ale...
Elara uklękła i wymacała w ciemności krawędź otworu.
- Boromirze!!! - zawołała i zakrztusiła się pyłem. Gdy ustał atak kaszlu, zawołała ponownie. - Boromirze!
Odpowiedziała jej z początku cisza. Rozpaczliwa, przerażająca cisza, którą przerwał nagle słaby kaszel dobiegający gdzieś z dołu.
- Ciągnąć!- rzucił rozkaz Elim.
Po omacku żołnierze wyciągali liny. Obok Elary wydostał się z szybu pechowy gwardzista. Do pokasływania gdzieś w ciemności dołączyło się słabe popłakiwanie. Dźwięki zbliżały się coraz bardziej, aż Elara usłyszała szuranie wydrapującego się na krawędź otworu chłopca. Nie, dwóch chłopców. Słyszała wyraźnie ich oddechy: wysilony i zmęczony Boromira i pochlipywanie Faramira.
- Są obaj, kapitanie! - krzyknął gwardzista.
- Wychodzimy stąd! - odpowiedział mu rozkazem Elim.
Wszyscy ruszyli po omacku do wyjścia prowadząc między sobą chłopców. Dopiero na ostatnich stopniach schodów prowadzących do kuchni i światła dziennego pod Boromirem ugięły się nogi i ukląkł w wyjściu, nie mogąc zrobić ani kroku dalej. Elara pochyliła się nad nim i spróbowała odczepić od jego karku zaciśnięte ramiona Faramira. Malec trzymał się kurczowo starszego brata i nie reagował na dotyk Dopiero po dłuższej chwili i delikatnych, czułych namowach ze strony kobiety i Boromira, rozluźnił chwyt na tyle, że Elara mogła go podnieść i wziąć na ręce. Za nią gwardzista wziął na ręce starszego chłopca.
Teraz, w oświetlonym pomieszczeniu Elara mogła się przyjrzeć chłopcom. Mały Faramir był niepokojąco blady i apatyczny, jego wargi przybrały sinofioletowy odcień. Chłopczyk nie tylko przegłodził się, ale i przemarzł, uwięziony przez noc w szybie wyciętym w samej skale Wzgórza. Elara nie miała wątpliwości, że uratowała go jedynie kurtka. Zimowa, ciepła kurtka, w którą był ubrany mimo letniej pory roku. I chociaż porozdzierała się podczas upadku, uchroniła go przed całkowitym wychłodzeniem. Przytuliła teraz malca i okryła go swoim płaszczem, by zagrzał się choć trochę ciepłem jej ciała.
Boromir był nieziemsko brudny. Niedobrane ubranie zwisało w strzępach. Teraz, gdy młodszy brat był już bezpieczny, chłopiec rozpłakał się z ulgi i bólu, tak osłabiony, że nie mógł ustać na dygoczących nogach. Kurz na twarzy, zmieszany z łzami tworzył maskę zacierającą ślady po bójce i otarcia. Przez pokrywający chłopca pył przesiąkały na splątanych włosach krople krwi. Krwią nasiąkały też strzępy rękawów i rozdarta nogawka spodni – widocznie gdy spadała na nich belka, zdążył osłonić sobą Faramira.
Elim wysłał już najszybszego gwardzistę po uzdrowicieli. Inni przyniesionymi deskami blokowali wejście do spiżarni. Jeden z żołnierzy przysunął chłopcu do ust manierkę z winem i kazał mu wypić kilka łyków, potem podał ją Elarze, by napoiła też młodszego.
Deszcz ustał. Elara przyjęła z ulgą ucichnięcie dokuczliwego wiatru. W niewielkiej asyście gwardzistów szła tak szybkim, jak tylko mogła, krokiem w stronę Cytadeli. Niosła cały czas Faramira, bo malec rozpoznał ją i nie chciał dać się od niej zabrać. Obok drugi gwardzista niósł wyczerpanego Boromira. Idący przy nich Elim wypytywał go o wygląd szybu, nie chcąc, by chłopiec poddał się zmęczeniu.
- Ty ubrałeś Faramira w tę kurtkę? - zapytała, gdy Boromir umilkł na chwilę.
- Padał deszcz... Nie wiedziałem w co go ubrać... - odpowiedział niepewnie.
- Uratowałeś mu tym życie - stwierdził poważnie Elim. - Umarłby przez noc z zimna w tej dziurze, gdyby nie kurtka. Pewnie też ochroniła go przed poważniejszymi stłuczeniami.
Przy kolejnych bramach wartownicy, już powiadomieni o wypadkach, witali ich gratulując Boromirowi odwagi i uratowania brata. Pochwały i wypite wino podziałały krzepiąco i chłopiec szybko nabierał animuszu.
W miarę jak wchodzili coraz wyżej, w Elarze narastała złość. Przemyślała sobie sporo spraw, szukając tego popołudnia dzieci Finduilas i teraz, gdy szła do Cytadeli niosąc niemal cudem uratowanego chłopca, gdy obaj bracia na jej oczach ledwie uniknęli śmierci, zaczynała odczuwać zamiast ulgi i zmęczenia coraz większy gniew.
Niewielki orszak przeszedł szybko przez tunel prowadzący do Cytadeli i dziedziniec przy Wieży. Za chwilę chłopcy mieli znaleźć się we własnych pokojach. Ale przed wejściem do pałacu zatrzymali się zaskoczeni. Namiestnik czekał na nich. Elara dostrzegła go niemal natychmiast, wysokiego i groźnego w swym czarnym płaszczu, otoczonego gromadką przestraszonej służby. Widać było, że dowiedział się o zaginięciu synów już jakiś czas temu i zdążył porozmawiać z otaczającymi go ludźmi na temat ich obowiązków. Teraz zaś chciał się najwyraźniej dowiedzieć, jak do tego doszło.
Bromir na widok ojca westchnął ciężko i zażądał, by postawiono go na ziemi. Ostatnie kilka kroków przeszedł utykając na własnych nogach i stanął przed ojcem wyprostowany i spokojny, wyraźnie gotów ponieść zasłużoną karę. Ale Namiestnik nie zwrócił początkowo na niego uwagi. Zażądał natomiast od Elima raportu na temat wydarzeń tego popołudnia. Meldunek dowódcy Drugiej Kompanii był wzorem zwięzłości. Gdy skończył, Lord Denethor zwrócił się wreszcie do syna.
- Idź do swojej komnaty - polecił. - Tam porozmawiamy.
- O nie! - nieoczekiwanie, ku swemu własnemu zdumieniu, zaprotestowała Elara. - Nie porozmawiacie! Najpierw waszym synem zajmie się uzdrowiciel!
Być może, że widok Namiestnika tak ostentacyjnie ignorującego wyczerpanego chłopca, który z rozpaczliwą godnością usiłował przed nim stać wyprostowany był ostatnią rzeczą jaka przyczyniła się do tego wybuchu. To było nieistotne. Cały strach jaki przeżyła tego popołudnia szukając chłopców po pustych domach, czy próbując w ciemnościach usłyszeć czy jeszcze żyją, cała rozpacz, jaką czuła, gdy myślała, że chłopcy zaginęli, cała złość jaką odczuwała na siebie i innych, to wszystko eksplodowało, wylało się w potoku słów. Wystąpiła kilka kroków do przodu, stając obok Boromira i zaczęła rugać Namiestnika Minas Tirith tak śmiało, jakby był to nieuważny sługa czy jej własny mąż. W pełnych pasji słowach powiedziała mu wszystko o wydarzeniach tego dnia, znacznie szerzej niż zrobił to Elim. Mówiła jak mądrze Boromir zorganizował poszukiwania, podkreślając na jaką odwagę musiał zdobyć się schodząc do szybu, jak bardzo został poraniony gdy runęła belka, a on osłaniał własnym ciałem braciszka. A na koniec, podkreśliła, jak okrutnie został potraktowany przez ojca. Rozwścieczona obwiniła Namiestnika za ostatnie wydarzenia, wytknęła mu obojętność na żal i samotność chłopców, zaniedbywanie ich i zapominanie o ich istnieniu. W ostatniej chwili ugryzła się jednak w język, by nie rzucić mu w twarz imieniem zmarłej żony.
Wymyślała tak przez dłuższą chwilę, słysząc tylko za swoimi plecami wstrzymywane, przerażone oddechy. Nikt nigdy nie mówił takim tonem do Władcy Białego Miasta, nikt nigdy nie odważył się tak mówić. Być może Elara zdobyła się na to tylko dlatego, że była tak zmęczona dzisiejszym dniem, albo też dlatego, że nie była w Cytadeli przez te ostatnie tygodnie i pamiętała Namiestnika jedynie z tych szczęśliwszych dni, gdy żyła Finduilas. Jednak w miarę jak mówiła, jak opadały jej emocje, zaczynała czuć coraz większe przerażenie. Dostrzegła nagle siwe włosy na skroniach Namiestnika, linie bólu i znużenia na jego twarzy, jakich nie było jeszcze nie tak dawno, kiedy opuszczała Cytadelę. Lord Denethor popatrzył na nią i słowa zamarły jej na ustach pod tym zimnym, posępnym spojrzeniem. Kiedy umilkła, Namiestnik przeniósł wzrok na jednego z uzdrowicieli, chcąc mu coś powiedzieć. Zrezygnował jednak. Dostrzegła jakieś dziwne uczucie w jego oczach, gdy jeszcze raz zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Przeszedł nagle te kilka kroków jakie ich dzieliły i ku bezgranicznemu zdumieniu przerażonej Elary schylił się, wziął na ręce Boromira i poniósł go do pałacu.
Uzdrowiciel obejrzał Faramira i orzekł, że poza tym, że był głodny i ogólnie przechłodzony, nie dolegało mu nic poważniejszego. Upadek do szybu skończył się, jego zdaniem, jedynie na wielkim strachu oraz kilku niegroźnych stłuczeniach, siniakach, otarciach i zadrapaniach, większych i mniejszych. Mimo wszystko uzdrowiciel wolał zostać przy dziecku tej nocy. Elara była zadowolona z takiej decyzji. Nie wykluczone było, że chłopczyk zacznie jednak gorączkować, bo trząsł się nadal na wspomnienie przeżytego strachu. Wyglądało na to, że ostatnie wydarzenia pozostaną na długo w jego pamięci i mogą stać się koszmarem nawiedzającym sny. Ktoś wcześniej przygotował już gorącą kąpiel, więc Elara, tak jak robiła to kiedyś, umyła malca. Kąpiel, posiłek i opieka znajomej osoby uspokoiły wreszcie Faramira i, po opatrzeniu przez Elarę kilku otarć, zdołał zasnąć.
Elara wyszła z pokoju, spodziewając się niemal, że za drzwiami oczekiwać będzie na nią gwardzista z rozkazami od Namiestnika. Uspokajając i układając dziecko do snu zdołała się już zastanowić nad niewybaczalną głupotą, jaką popełniła i miała teraz nadzieję, że jej kara skończy się tylko na wyjeździe z Miasta. Za drzwiami stał jednak tylko Oreth. Kiedy pod nią ugięły się nogi ze zmęczenia i ulgi, objął ją i przytulił.
- Musisz odpocząć kochanie - wyszeptał jej do ucha. - Chodź.
- Ale... nie gniewasz się na mnie... to co zrobiłam...
- Musisz coś zjeść i odpocząć choć trochę. - Oreth uśmiechnął się i poprowadził ją do końca korytarza. Czekała tam na nich grupka pachołków i pokojówek, popatrujących na Elarę z pełnym lęku podziwem. - Idź do kuchni, a w tym czasie ja z innymi przeniosę nasze rzeczy z domu.
- Dokąd? - zapytała.
- Do Cytadeli, do jednego z domów przy murach.
- Co? - Elara nie wierzyła własnym uszom.
- Na rozkaz Namiestnika mamy przeprowadzić się do Cytadeli. Masz od tej pory pomagać mi w składach. Ale przede wszystkim, choć tego nie powiedział, masz pilnować chłopców.
- Na rozkaz... - Elarze odebrało niemal mowę.
- Tak, na jego rozkaz. - Oreth uśmiechnął się szeroko. - A teraz... Idziemy do kuchni. To też jego rozkaz.
- Nie - odsunęła jego rękę - najpierw jeszcze zobaczę co z Boromirem.

Idąc korytarzem zobaczyła, że drzwi prowadzące do pokoju Boromira są lekko uchylone. Podeszła więc, by zajrzeć i zobaczyć jak chłopiec się czuje. Ku jej zdziwieniu, Boromir nie był sam w pokoju. Spał już głęboko, opatrunek na głowie odcinał się jasno od rozwichrzonych ciemnych włosów. A Lord Denethor siedział przy jego łóżku i trzymał go za obandażowaną rękę.
Elara wycofała się cichutko i zamknęła za sobą drzwi.








Tici, Wrocław, 30 grudnia 2002 r.
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=70