Orzeł Gwiazdy autor: Tici
Streszczenie: Faramir jest człowiekiem, który lubi zwierzęta. Pewnego dnia postanawia zaopiekować się... orłem?
Kategorie: Gondor za panowania Namiestników
Postacie: Faramir
Gatunek: Refleksja
Ostrzeżenia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 3110 Przeczytano: 801 razy Opublikowano: 2006-03-30 Aktualizacja: 2006-03-30

1. Rozdział 1 autor: Tici

Rozdział 1 autor: Tici
Notatka autora:
Pewnego dnia stanęłam oko w oko z łowcą z przestworzy. Od tamtej pory obserwuję je dookoła. Zaskakujące, jak wiele zwierząt mieszka w wielkim mieście.
Orzeł gwiazdy

Minas Tirith, 3010 TE
Zobaczyłem go po południu, gdy szedłem północnym murem Cytadeli. W załomie blanków leżało coś o barwie sarniej sierści, czy też wypłowiałych jesiennych liści. Nie był to jednak ani skrawek skóry, ani garść zeszłorocznych liści naniesiona tu przez wiatr jakimś niewiadomym sposobem. Przytulony do zimnych kamieni siedział ptak. Gdy podszedłem bliżej skulił się i przycisnął do ściany, jakby usiłując stać się niewidocznym. Zatrzymałem się o kilka kroków od niego, by mu się przyjrzeć.
Był mały, niewiele dłuższy od mojej dłoni. Pióra na skrzydłach miały jasno rudy kolor, przechodzący w bladożółty czy piaskowy na piersi i brzuchu, a na głowie w szarawy. Od jasnego tła mocno odcinały się ciemne cętki. Przyglądałem mu się, a on przyglądał się mnie, ciemnymi, bystrymi oczyma, lekko przechylając głowę. Spomiędzy piór na głowie sterczały mu jeszcze drobne puszki, a zakrzywiony dziób miał jasną obwódkę – widome oznaki, że miałem do czynienia z młodzikiem, który bardzo niedawno opuścił rodzinne gniazdo. Kiedy nieostrożnie poruszyłem się, by wstać, ptak poderwał się i wtedy zobaczyłem czemu siedzi w tak nietypowym miejscu – lewe skrzydło zwisło bezwładnie i ciągnęło się za nim po kamieniach, gdy tłukł prawym, wystraszony, bezskutecznie próbujący poderwać się do lotu. Cofnąłem się o krok i znieruchomiał, otwierając dziób w niemej pogróżce pod moim adresem.
Młody sokół, a dokładniej pustułka. Ich gniazda były w całym Białym Mieście, w trochę mniej dostępnych dla ludzi załomach murów i pod dachami wież. Kiedy szło się ścieżką przez pola Pelennoru, zawsze można było zobaczyć jedną czy dwie pustułki zawieszone w powietrzu i wypatrujące zdobyczy. Ten młodzik prawdopodobnie zbyt wcześnie spróbował latania lub porwał się na zbyt wielką zdobycz i teraz siedział okaleczony w załomku muru.
Ukląkłem powoli, ostrożnie, by ptak nie wpadł w panikę. Teraz na moment przymknąłem oczy i spróbowałem sztuczki, jaka wychodziła mi niemal zawsze. Dwa, trzy głębokie oddechy, by uspokoić myśli. Muszę być spokojny, bardzo spokojny, bo to od tego zależało jej powodzenie. Otworzyłem oczy. Pustułka przyglądała mi się uważnie. Teraz muszę być dla niej cząstką muru, drzewem... Cały czas spokojnie oddychając wyciągnąłem powoli rękę. Ptak przekrzywił głowę wpatrując się na przemian w moje palce i w twarz... Pół kroku, ćwierć... tylko spokojnie, w skupieniu, nie wolno się rozpraszać... nie skrzywdzę cię, malutki... jeszcze trochę, troszeczkę... Pod palcami już czułem miękkie pióra... Młodzik przestąpił z nogi na nogę i.... wskoczył na moją rękę. Powoli przysunąłem drugą dłoń i nakryłem go od góry, unieruchamiając skrzydła na wypadek, gdyby coś go spłoszyło. Obrócił głowę i skubnął mnie w palec. Wyswobodziłem dłoń z uścisku szponów i ostrożnie zakryłem ptaka rękawem. Teraz mogłem już wstać. Czułem pod palcami miękkie pióra, delikatne kości i tłukące się o żebra serce, ale pustułka nie wpadała w panikę, nie szamotała się czy próbowała wyrywać.
Znałem tylko jedno miejsce, gdzie mogłem ją zabrać. W północnej części muru było kilka wież strażniczych, utrzymanych w dobrym stanie, ale nie używanych przez Gwardzistów. Owszem, gdy padało, wartownicy zatrzymywali się w ich sklepionych wejściach, ale jako posterunki były nie obsadzone. Nie było takiej potrzeby. Za to jedna z nich od dawna już służyła mojemu bratu i mnie jako miejsce odpoczynku czy schronienie. Kiedyś jej parter zamienialiśmy w zabawie na salę pałacową, a drzwi na wrota oblężonej twierdzy, potem odkryliśmy, że piętro nadaje się doskonale by tam posiedzieć, pogadać (często o sprawach, o których nie mogliśmy rozmawiać w Pałacu), czasem wypić trochę wina... Mieliśmy tutaj sienniki, koce na chłodniejsze noce, kilka skrzynek służyło za stoły, pomieszczenie ogrzewał piec, więc można było tu ukryć się także zimą. Boromir zaglądał tu dość rzadko, zazwyczaj wtedy, gdy miał już całkowicie dość obowiązków dowódcy lub gdy chciał dojść do ładu sam ze sobą. Wiedziałem, że tu jest, gdy dostrzegałem przebłyskujące przez okiennice światło. Czasem wolał być tu sam, czasem, kiedy przychodziłem, witał mnie posępnym spojrzeniem i machnięciem ręki, będącym zaproszeniem do dotrzymania mu towarzystwa i przeczekania jego złego nastroju. Ja zaglądałem częściej, zazwyczaj z książką pod pachą, niekiedy z kawałkiem pergaminu, gdy musiałem coś przemyśleć. Ale niekiedy... to Boromir wyciągał mnie z tej kryjówki i dodawał otuchy...
Tak więc przyszedłem do wieży z moim nieoczekiwanym znaleziskiem. Jak zawsze latem panował tutaj przyjemny chłód i świetlisty półcień rozjaśniany promieniami słońca wpadającymi przez szczeliny. Okiennice były tu stale zamknięte, antaby i zawiasy pokrywała już od lat gruba warstwa rdzy i kurzu, więc nie musiałem się martwić, że ptak spróbuje wyfrunąć. Umieściłem go we wnęce jednego z okien. Wreszcie przyszedł najtrudniejszy moment. Znów w pełni skupiony (jakbym wcześniej pozwalał sobie na rozproszenie uwagi i nieostrożne gesty) ostrożnie spróbowałem zbadać uszkodzone skrzydło. Nie udało mi się wyczuć w nim żadnej przesuwającej się kości, żadnego wybicia ze stawu, wyglądało więc, że ptak tylko naciągnął je sobie lub potłukł się, a na to lekarstwem było kilka dni odpoczynku. Dla pewności skrzyżowałem końcówki lotek obu skrzydeł i związałem je urwanym od koszuli troczkiem. Nie będzie mu to zbytnio przeszkadzało przy wskakiwaniu na poprzeczkę jaką postaram się przygotować, a jednocześnie unieruchomi skrzydła we właściwej pozycji. Jeżeli jakaś kość była pęknięta, czego nie mogłem wyczuć, powinna się zrosnąć bez większego kłopotu.
Pustułka zniosła moje badania zaskakująco dobrze. Gdy się cofnąłem, rozejrzała się bystro dookoła i zaczęła przygładzać zmierzwione od dłoni piórka. Zostawiłem ją przy tym zajęciu i ruszyłem do Pałacu. Potrzebowałem kilku rzeczy.
Udało mi się dostać w kuchni skrawki mięsa – dziś na obiad miał być chyba drób, gdyż w misce, którą dała mi kucharka były też podroby i wnętrzności kurczaków. Znalazła mi także w spiżarni niewielki kosz i kilka innych obtłuczonych misek, oszczędzając tym samym wycieczki do magazynów. Płytki kosz posłużył jako kryjówka i klatka zarazem – pustułce wyraźnie wygodniej się siedziało na jego obramowaniu niż na gołym kamieniu okiennej wnęki. Do jednej z misek nalałem wody i wstawiłem do kosza. Ostrożnie, bo ledwie uniknąłem ciosu dziobem. Mięso... nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności. Nadziałem kawałek na sztylet i podsunąłem pod haczykowaty dziób. Ptak przyjrzał mu się, potem po chwili namysłu skubnął na próbę, a w końcu zerwał je zręcznie i połknął, więc podałem mu następny i następny...
Do tej pory nie myślałem o nazwaniu jakoś mojego gościa. Doświadczenia z dzieciństwa nauczyły mnie, że ciężko jest utrzymać przy życiu młodego ptaka. Znajdowałem już niejedno pisklę jaskółki czy wróbla, które wypadło z gniazda. Ukrywałem je w swoim pokoju czy też właśnie w tej wieży, próbowałem karmić... ale z początku wszystkie umierały, głównie dlatego, że nie wiedziałem jak się nimi opiekować. Później, gdy zaprzyjaźniłem się ze starym Erionem, sokolnikiem, nauczył mnie on swoich sposobów i przepisów na karmy dla piskląt. Ale nadal było to trudne zadanie. Jednak ta pustułka brała chętnie jedzenie. Po pierwszej chwili strachu tam na murach przyjmowała moją obecność jako coś oczywistego, nie panikowała, skrzydło nie wyglądało na poważnie uszkodzone... Wszystko to dobrze rokowało na przyszłość.
Potrzebowała imienia.
- Będziesz nazywał się Thorongil – powiedziałem. Ktoś mógłby uznać, że to nie najodpowiedniejsze imię dla ptaka z młodzieńczym puchem pomiędzy piórami i ciemnymi oczyma pisklęcia, który popadł w tarapaty. Być może powinien nosić takie imię jak Szpon czy Ostry Dziób, gdy dorośnie. Jednak dla mnie pasowało mu to imię.
- Thorongil – powtórzyłem, a on popatrzył teraz na mnie i zaskrzeczał, domagając się kolejnego kawałka mięsa.
Przez kilka następnych dni młody Thorongil siedział grzecznie w koszu, jadł, pił wodę i zaczynałem nabierać otuchy, że uda mi się utrzymać go przy życiu. Wypraszałem u kucharek kurze i królicze wnętrzności czy okrawki mięsa i zanosiłem do wieży. Porywał je z czubka sztyletu wręcz łapczywie. Już na drugi dzień zerwał prowizoryczny temblak i musiałem zastąpić go nowym, z kawałka rzemienia. Przyniosłem też ze sobą rękawicę, bo miałem już kilka krwawych śladów po szponach na dłoni po pierwszym dniu. Przy okazji zauważyłem też, że ptak próbuje sam utrzymać skrzydło we właściwej pozycji, a to dobrze rokowało na przyszłość. Liczyłem bowiem, że zdąży wyzdrowieć przed powrotem Boromira z garnizonu w Osgiliath. Kiedy brat wróci, ja będę musiał wyjechać, a nie chciałem go obarczać opieką nad ptakiem.
Rzemień wytrzymał ciągłe skubanie dzioba tylko przez dwa dni i znów musiałem go wymienić. Zacząłem też próby w namawianiu sokoła, by usiadł mi na rękawicy. Brał chętnie ode mnie jedzenie, witał widok miski z kawałkami mięsa wysokim „chri, chri, chri”, ale musiałem poruszać się przy nim wyjątkowo spokojnie, by nie zeskakiwał do kosza i nie próbował się ukryć. Zazwyczaj chował się gdy wchodziłem, a po chwili nad obrzeże wyglądała popielata główka. Sprawdzał, że to ja i wskakiwał ze skrzeczeniem na swoje miejsce na obrzeżu koszyka. Stawiałem na skrzynce obok okna miskę z mięsem i próbowałem podsuwać pod kosz pięść, by ptak na nią przeskoczył. Moment gdy to robił, był dla mnie za każdym razem chwilą niczym nie zmąconej satysfakcji i zachwytu nad tym, że to fascynujące stworzenie jest tak blisko. Potem zaczynałem go karmić. Niestety, wizyty w wieży nie mogły trwać długo, gdyż na czas nieobecności Boromira to do mnie należało zastąpić go w części obowiązków na terenie Miasta. Gdybym miał więcej czasu, byłoby mi łatwiej oswoić ptaka.
Piątego dnia udało mi się znaleźć w wieży znacznie wcześniej niż zazwyczaj i mogłem poświęcić Thorongilowi trochę więcej uwagi. Dzień wcześniej pustułka po raz kolejny zerwała troczek wiążący skrzydła i teraz ćwiczyła podlatując od okna do okna przez całe pomieszczenie. O ile mogłem to stwierdzić, skrzydła były już w dobrym stanie. Zachęcałem właśnie ptaka, by podleciał i wziął kęsek siedząc na mojej pięści, gdy usłyszałem na schodach znajome kroki.
- Witaj, braciszku – Boromir uśmiechnął się szeroko. – Cóż to tak się ukrywasz przed całym światem ?
- Nie ukrywam – roześmiałem się w odpowiedzi i uściskałem brata. – Wcześnie wróciłeś.
- Stęskniłem się. – Wskazał na rękawicę w mojej dłoni. – Pokaż mi tego swojego orła.
Zrobił krok w stronę okna, a Thorongil poderwał się skrzecząc do lotu. Uderzył o okiennicę w oknie naprzeciwko i opadł na parapet.
- Wystraszyłem go.
- Zaczekaj – powiedziałem. - Spokojnie, tylko spokojnie... nie chcę cię skrzywdzić... to tylko ja... karmiłem cię już przecież kilka dni... spokojnie... – mruczałem podchodząc do okna. Wyciągnąłem urękawiczoną dłoń, a pustułka po krótkim wahaniu zdecydowała się na nią wskoczyć. Powoli, cały czas skoncentrowany na ptaku, przeniosłem go z powrotem na kosz.
- Mam dreszcze za każdym razem jak to robisz, braciszku – oświadczył Boromir, gdy już odwróciłem się w jego stronę. – Taki dziki ptak, sokół, a tobie wskakuje na rękawicę, jakby był układany od pisklaka. Jak ty czarujesz te zwierzęta?
- Odrobiną skupienia.
- Twierdzisz, że ja nie potrafię się skupić?
- Nie... – zaprzeczyłem. – Po prostu jeszcze nie nauczyłeś się tej sztuczki.
- Dobre sobie! – prychnął Boromir i zajrzał do stojącego pod ścianą kosza. – Nie masz tu wina? – spytał.
- Nie. Ostatnio nie miałem czasu, by tu przesiadywać. A, właśnie. Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać?
Boromir roześmiał się w odpowiedzi.
- Może do kogoś w pierwszym kręgu to nie dotarło, ale cała Cytadela wie, że układasz orła w którejś z wieżyczek. Wszyscy czekają, kiedy twój ptak zacznie znosić upolowanych orków.
Thorongil przestał już się stroszyć i zdecydował, że weźmie ode mnie kawalątko mięsa, więc puściłem mimo uszu rewelację brata.
- Będziesz go układał? – Boromir oparł się o ścianę.
- Nie... Po co mi to?
- Na polowania.
- Chyba na myszy – prychnąłem śmiechem. – To pustułka, nie kobuz czy białozor.
Z tego co wiedziałem, pustułki rzeczywiście żywiły się głównie myszami i jaszczurkami łapanymi na polu. Popatrzyłem jeszcze raz na skrzydła Thorongila. Był już w dobrej formie, jego loty ograniczało tylko to pomieszczenie. To była już właściwa pora, by go wypuścić i cieszyło mnie, że Boromir będzie przy tym. Najpierw jednak chciałem coś zrobić
- Poczekaj chwilę, bracie. - Wyciągnąłem rękę i pustułka karnie usiadła mi na pięści. Nagrodziłem ją za to jeszcze jednym kawałkiem mięsa i obróciłem się powoli. – Weź głęboki oddech i spróbuj się uspokoić – powiedziałem.
- Co chcesz zrobić, braciszku?
- Nauczyć cię pewnej sztuczki – uśmiechnąłem się. – Przymknij oczy i pomyśl o wodzie, o Anduinie przed świtem, gdy rzeka jest jak ciemne lustro, o ciszy na polu w upalne południe... – mówiłem powoli i widziałem jak Boromir uspokaja się. – Pomyśl teraz o zawodach w strzelaniu, jak skupiasz uwagę na tarczy. Dobrze, tak... dobrze... Masz rękawice? Załóż jedną i wyciągnij rękę, tylko powoli. Spokojnie. Skup się na rękawicy...
Usłuchał mnie mając cały czas przymknięte oczy. Podszedłem krok bliżej z Thorongilem na ręce. Przysunąłem go do ręki Boromira i pustułka przeskoczyła spokojnie na jego rękawicę. Drgnął lekko, a ptak strzepnął skrzydła i przestąpił z nogi na nogę, ale nie odfrunął.
- Otwórz oczy – powiedziałem.
- Jak to?... – spytał.
- Odrobina skupienia – uśmiechnąłem się. Boromir uśmiechnął się także i przysunął powoli drugą dłoń, by ostrożnie dotknąć rdzawych piór. Zanim zdążyłem go ostrzec, pustułka dziobnęła go w palec. Cofnął szybko rękę i to przerwało zauroczenie, a ptak poderwał się i przeleciał na kosz. Roześmieliśmy się obaj. Wyciągnąłem do niego rękę, ale Thorongil poderwał się znów do lotu i okrążył pomieszczenie, skrzecząc i niemal tykając skrzydłami ścian. Wreszcie usiadł na chwilę na koszu, a potem przeskoczył na moją rękę.
- Najwyższy czas go wypuścić – stwierdziłem delikatnie przytrzymując ptaka, by nie poderwał się do lotu, gdy będę przechodzić przez drzwi.
Wyszliśmy przed wieżę. Thorongil rozglądał się dookoła siedząc na mojej pięści. Otrząsnął się, rozłożył skrzydła i znów je złożył, jakby przeszkadzało mu słońce i lekki wiatr. Potem poderwał się gwałtownie ze skrzeczeniem i poleciał przed siebie, szybko, prosto i pewnie. Patrzyliśmy za nim, aż zniknął gdzieś między dachami szóstego kręgu.
Boromir klepnął mnie w ramię.
- Nie jest ci przykro?
- Mi? Czemu? – zdziwiłem się. – Ja się cieszę, że Thorongil wyzdrowiał i lata.
- Pewnie – uśmiechnął się. I nagle zapytał. – Jak ty go nazwałeś? Thorongil?
- Dokładnie tak.
Boromir zaczął się śmiać.
- Te twoje imiona... – powiedział. – Tym razem przeszedłeś samego siebie! Thorongil! Czy on nie powinien nazywać się raczej Ostry Szpon, albo Łowca?
- Łowca myszy ! – przypomniałem mu. Śmieliśmy się z tego obaj jeszcze długo.

Jeszcze przez kilka lat, gdy widziałem pustułkę polującą nad Polami Pelennoru czy też krążącą wokół którejś wieży w Mieście, myślałem o ptaku, którego nazywałem Thorongilem. W opowieściach sokół powróciłby do mnie i byłby moim wiernym towarzyszem, ale tak się nie stało. Nie zobaczyłem go już więcej i nie potrafiłem rozpoznać wśród ptaków w Mieście.
Ale cieszyło mnie samo wspomnienie jego swobodnego lotu.

KONIEC

Tici, Wrocław, 22.06.2004 20.00 – 01.55 w nocy 24.06.2004
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=67