Wachlarz Uineny autor: Tici
Streszczenie: Denethor wysłał Faramira, by złożył wizytę u swych krewnych ze strony matki - wuja Imrahila i jego rodziny.
Kategorie: Gondor za panowania Namiestników
Postacie: Faramir
Gatunek: Przygoda
Ostrzeżenia: Brak
Serie: Brak
Rozdziały: 1 Zakończone: Tak Słów: 22284 Przeczytano: 1234 razy Opublikowano: 2006-02-10 Aktualizacja: 2006-02-10

1. Wachlarz Uineny autor: Tici

Wachlarz Uineny autor: Tici
Notatka autora:
By upamiętnić wschody słońca i wybrzeże oceanu...
Wachlarz Uineny


Minas Tirith – rok 3012 T.E.
Na stole w moim gabinecie jest niewiele wolnej powierzchni. Leży na nim zawsze tyle pergaminów, map czy raportów, że choć utrzymuję je starannie poukładane, to zawsze brakuje mi miejsca. Każda więc praca przy stole zaczyna się od kolejnego przekładania tego wszystkiego.
Tego wieczoru miałem trochę czasu dla siebie. Znalezienie wśród szpargałów skrawka czystego pergaminu nie było problemem, lecz później zaczęły się kłopoty. Nie malowałem już od dłuższego czasu i teraz z przykrością odkrywałem, że ze zbioru moich farb pozostały tylko niezdatne do użytku resztki lub wręcz jedynie ślady barwników na dnie naczyń.
Brak kolorów nie stanowił dla mnie przeszkody. Ćwiczyłem już wcześniej pewną technikę malarską, w której zdumiewająco realne i tylko pozornie proste jednobarwne obrazki należało wykonać mniej lub bardziej rozrzedzonym tuszem. Znalazłem w końcu wśród pozostałości moich malarskich utensyliów niewielkie naczyńko z grudką tuszu, ale brakowało mi większego naczynia, w którym mógłbym go rozmieszać. Najlepszy byłby do tego talerz, tylko jak na złość, nie miałem pod ręką żadnego. Pora była też już zbyt późna, by wysyłać giermka, biedny chłopak pewnie spał już głęboko, zmęczony po ćwiczeniach. Jednak coś mi się przypomniało ...
Tak jak pamiętałem, leżała na dnie szuflady w szafce pod oknem, wśród wielu innych drobiazgów. Delikatnie wygięta, żebrowana muszla wielkości mojej dłoni. Kształtem przywodziła na myśl wachlarz. I tak też w Dol Amroth nazywano te muszle – Wachlarzami Uineny.

* * *

Dol Amroth rok 3002 T.E.
Tamtego lata do Dol Amroth przyjechaliśmy późnym wieczorem. Powoli wspinaliśmy się do bramy zamku, prowadząc zmęczone konie. Kamienie pod stopami połyskiwały, w kamiennym rynsztoku wzdłuż drogi szumiał strumyk. Deszcz przylepiał kosmyki włosów do twarzy, przesiąkał przez płaszcz, ściekał lodowatymi kroplami za kołnierz, gdy nieopatrznie podniosło się głowę do góry, by spojrzeć jak daleko trzeba jeszcze iść. Przemoczone buty nabrały twardości żelaznych okowów ocierając boleśnie stopy, ubranie kleiło się do ciała, kradło cenne ciepło. Dzwoniłem zębami i byłem pewien, że każdy żołnierz towarzyszącej mi eskorty tak samo jak ja trzęsie się ze zmęczenia i zimna. Skrzypnięcie bramy było najwspanialszym odgłosem jaki usłyszałem.
Niewiele osób czekało na nas za jej łukiem. W świetle latarni stało zaledwie kilku opatulonych w płaszcze strażników, którzy bez większych ceregieli wskazali drogę do stajni. Tutaj dopiero, w cieple i świetle zaczęły się właściwe powitania.
Pomieszczenia stajni były niewiarygodnie ciepłe; przesycone wonią koni i siana, z którą teraz mieszał się zapach przemoczonej wełny płaszczy. Kilku nieco zaspanych chłopców stajennych pospiesznie pomagało nam wprowadzać konie do boksów, ktoś już wykrzykiwał, że tutaj możemy złożyć siodła i resztę ekwipunku, ktoś inny wysyłał kogoś, by dał znać do kuchni o naszym przybyciu. Głosy odbijały się od łuków sklepienia, mieszały w jeden nieczytelny gwar. Zmęczenie, tak dotkliwe na ostatnim etapie podróży, tutaj stawało się wręcz obezwładniające. Najchętniej padłbym na siano w którymś z boksów i usnął. Elimar zwieszał ciężko łeb, jakby potwierdzając moje myśli.
Jeden ze strażników zamachał nagląco w moim kierunku.
- Ej, chłopcze! Nie zasypiaj! Chodź no tutaj – kiwnął na mnie. Poprowadziłem Elimara w jego stronę. – Wprowadź tam swojego wierzchowca, o tam – polecił wskazując wolny boks. – Zaraz ktoś ci pomoże się nim zająć
- Lordzie Faramirze! – usłyszałem za sobą wołanie Cirannona, dowódcy naszego oddziału. Gdy obracałem się w jego stronę, kątem oka zauważyłem zaskoczoną minę dolamrotczyka.
- Wasza wysokość, nie wiedziałem ...
Potrząsnąłem głową, ucinając wyjaśnienia.
- Czy mam wziąć ze sobą listy? – zapytał Cirannon.
- Nie, sam zaniosę listy wujowi – odpowiedziałem. – Przypuszczam, że zaraz będzie gotowa i kwatera, i kolacja dla oddziału.
Jeden z chłopców stajennych najwyraźniej usłyszał tę krótką wymianę zdań, bo czekał już przy boksie, gotów przejąć ode mnie wodze Elimara. Odpiąłem więc tylko torby od siodła i ruszyłem w stronę wyjścia na podwórze.
Wuj Imrahil oczekiwał na mnie w głównym holu. Właściwie to czekał na listy z Minas Tirith, jak mogłem wywnioskować z jego pełnego zaskoczenia wyrazu twarzy, gdy zobaczył kto wchodzi.
- Faramir! Nie do wiary! Witaj chłopcze! – Uściskaliśmy się. – Nareszcie przyjechałeś! Więc twój ojciec zdecydował, że czas, byś odwiedził rodzinę. A może ... – wuj zniżył lekko głos i rozejrzał się porozumiewawczo dookoła. – A może to ty zdecydowałeś się sprawić mi niespodziankę, co?
- Ależ wuju ... – zaprotestowałem.
- No, no ... już ja was znam, łobuziaki – zaśmiał się i spoważniał. – Naprawdę mnie zaskoczyłeś. Przypuszczam, że prócz przekazania listów masz mi sporo do opowiedzenia, prawda?
- Tak – uśmiechnąłem się lekko.
- Ale to już z pewnością jutro. Dzisiaj ledwie stoisz na nogach. – Służący oddalił się już z moimi sakwami. – Chodź, zaraz przygotują ci pokój, a tymczasem znajdziemy w kuchni coś do jedzenia.
- Żołnierze, z którymi przyjechałem...
- Są już pewnie w swojej kwaterze i zaraz dostaną kolację. – Ruszyliśmy korytarzem. – Ileana na szczęście już śpi. Gdyby nie to, nie wymigałbyś się od uroczystej kolacji. I tak cię to zresztą nie ominie – dorzucił po chwili ze śmiechem.
Przygotowano dla mnie ten sam pokój, w którym mieszkał Boromir podczas swojej wizyty w Dol Amroth trzy lata temu, dawny pokój mojej matki. Był pusty, chłodny i wilgotny, mimo rozpalonego w kominku ognia. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by wiedzieć, że nie została tu ani jedna pamiątka po jego dawniejszej mieszkance. Pomimo chłodu jednak i pomimo tego, że miałem ochotę paść na łóżko nawet nie ściągając butów, podszedłem do okna i pchnąłem okiennice. Na zewnątrz nadal padał deszcz. Wiatr przybrał znów na sile i teraz krople wody cięły po twarzy. Jednak ponad szumem wiatru i ulewy przebijał inny, silniejszy, bardziej równomierny. Dziwny zapach, jaki czułem gdy zbliżaliśmy się do miasteczka pod zamkiem tu przybrał na sile. „To morze” – pomyślałem – „to musi być morze”.

Mój przyjazd do Dol Amroth był takim samym zaskoczeniem dla mnie, co dla wuja Imrahila. Ojciec, który do tej pory kategorycznie zabraniał mi opuszczania miasta czyniąc wyjątek jedynie dla kilku pobytów w obozie Strażników w Ithilien, nagle zmienił zdanie. Jednego dnia po prostu wezwał mnie przez pazia i polecił bym się spakował do drogi. Wyjechałem następnego dnia oszołomiony, trochę niedowierzający swojemu szczęściu i bardzo, ale to bardzo przestraszony.
Do Dol Amroth chciałem pojechać od lat. A właściwie od czasu, gdy wpadło mi do głowy poszperać w księgach i poszukać informacji o rodzinie naszej mamy. Znalazłem opisy zamku na wysokim wybrzeżu, wzmianki o elfach z odległej przeszłości i znacznie bliższe historie życia i czynów kolejnych książąt Dol Amroth. Czytałem je chciwie, zastanawiając się ile prawdy jest w tych najbardziej niezwykłych opowieściach. Czy rzeczywiście krew Pierworodnych zmieszała się tutaj z ludzką? Wielu autorów ksiąg nie miało w tej kwestii wątpliwości, wielu innych twierdziło, że to jedynie pobożne życzenia i mrzonki. A ja z każdym dniem bardziej chciałem zobaczyć miejsce, które pozostało w mojej pamięci jako garść zamazanych obrazów, wspomnień z najodleglejszego dzieciństwa. Szarozielone, a nie białe kamienie dziedzińca zalane słonecznym blaskiem, wysokie buty, dziwny przedmiot ściskany w ręce ... I głosy. Śmiech ... Czy to był śmiech mamy? Czy kogoś innego?
Marzyłem więc o Dol Amroth. Kiedy urodziła się moja kuzynka, Lothiriel, byłem gotów niemal na wszystko, byle tylko ojciec zgodził się wysłać mnie razem z Boromirem. Oczywiście zostałem w domu. Nieważne, jaki był tego prawdziwy powód – rozczarowanie było bolesne. Kiedy Boromir wrócił, i kiedy przestałem się na niego boczyć, wypytałem go starannie o całą wizytę, a potem spędziłem kilka nocy na próbach nadania kształtu moim wyobrażeniom.
Lecz teraz ... teraz zacząłem się martwić. Podróżą, spotkaniem z wujem Imrahilem i jego rodziną, całą wizytą. A najbardziej tym, jakiego postępowania oczekiwał ode mnie ojciec.

Ranek wstał pochmurny. Idąc na śniadanie przystanąłem na moment przy oknie od strony półwyspu oświetlającym korytarz, zauroczony widokiem. Nad niskimi wzgórzami, pofalowanymi jak w Ithilien, przepływały gnane wiatrem chmury. Widok mógł się wydawać zwyczajny i znajomy, wielokrotnie wszak już obserwowałem chmury nad Polami Pelennoru. Jednak pasma mgły snujące się pomiędzy drzewami w dolinkach; uprawne pola; gdzieniegdzie skarpy odkrytej ziemi o barwie odmiennej od tej, do jakiej przywykłem; cienie rzucane przez chmury – wszystko to wydawało się inne. Obłoki przemykały nisko nad ziemią, ciemne, stalowoniebieskie, niekiedy nabierające granatowej barwy, poszarpane na krawędziach. Wyżej idące chmury błyskały w przerwach między nimi oślepiającą bielą i delikatnym różem kłębów. Gdzieniegdzie za chmurą ciągnął się szarawy welon deszczu, łączący się z mgłą. Gdzieś na moment pojawiło się słońce, złocisty rozbłysk zabarwił krawędzie obłoków i zniknął.
- To pierwszy przebłysk słońca od dwóch tygodni – zauważył za mną spokojny głos wuja. –Wcześnie wstałeś Faramirze ... Witaj.
- Witaj wuju. Nie chciałem spóźnić się na śniadanie. Od dwóch tygodni?
- Padało nieustannie, ulewa przechodziła za ulewą ... Mamy kilka powodzi w okolicy, zresztą zapewne już to zauważyłeś po drodze ... Ale nie będę cię zamęczał przed śniadaniem opowieściami o kłopotach. Chodź, zrobimy niespodziankę twojej ciotce. Nie ma pojęcia, że przyjechałeś.
Poprowadził mnie korytarzem w stronę łukowato sklepionych drzwi, zza których dobiegały brzęknięcia talerzy.
- Drogi chłopcze!! Jak ty wyrosłeś!!! – głos ciotki Ileany był zazwyczaj dość piskliwy, zwłaszcza gdy była czymś podekscytowana. Ostatni raz widzieliśmy się na Yestarë, więc jej stwierdzenie, że wyrosłem przez ostatnie pół roku dość mocno mijało się z prawdą. Jednak zawsze witała tymi słowami mojego brata i mnie.
- Witaj ciociu – pochyliłem się, by mogła ceremonialnie cmoknąć mnie w policzek.
- Kiedy przyjechałeś, kuzynie? – szarpnął mnie za rękaw najmniejszy z trzech chłopaków.
- Witaj Elphirze – podałem rękę najstarszemu – witaj, Erchirionie, witaj Amrothosie – Najmłodszy nieco się zaczerwienił, ale odwzajemnił uścisk. – Przyjechałem wczoraj wieczorem.
- Ten oddział! Wiedziałem! – wypalił Erchirion. – A ty mi nie chciałeś wierzyć, że to są żołnierze z Minas Tirith – zwrócił się z pretensją do brata.
- Nie było widać znaków, że są z Minas Tirith – odparł Elphir. – Równie dobrze mogli być z Pelargiru! Zgadywałeś tylko!
- Jak wy się zachowujecie przy kuzynie? – nagana cioci przerwała rozpoczynającą się kłótnię. – Faramir pomyśli, że jesteście zupełnie niewychowani. Natychmiast siadajcie do stołu.
Śniadanie zaczęło się więc w dość ciężkim nastroju. Ciocia Ileana obrzucała moich kuzynów czujnym spojrzeniem, natychmiast wytykając im najdrobniejsze uchybienia co do etykiety. Zwracała uwagę na każdy gest, na zbyt otwarte sięgnięcie po kromkę, zbyt głośne odłożenie widelca, niewłaściwe ułożenie rąk ... A ponieważ wszystkim uwagom towarzyszyły odwołania do mojej osoby, miny chłopców pochmurniały coraz bardziej i wyglądało na to, że przyjazd kuzyna stanie się dla nich osobistą katastrofą. Ciężka atmosfera utrzymywała się też gdy przeszliśmy z jadalni do pokoju dziennego. Wuj zaczął mi zadawać grzecznościowe pytania o sprawy Białego Miasta, wyraźnie starając się ośmielić i poprawić nastroje synów. Starałem się mówić możliwie swobodnie o patrolach w Ithilien, ćwiczeniach, potyczkach i widziałem, że chłopcy mają wielką ochotę włączyć się do rozmowy. Elphir przecież z pewnością był już giermkiem. Jednak ciocia stanowczo skierowała rozmowę na otoczenie ojca i Boromira i z łatwością mogłem dostrzec do czego zmierzają jej pytania. Przeprosiłem więc i poprosiłem wuja o pozwolenie odejścia, bym mógł spotkać się z Cirannonem i resztą oddziału. Zgodził się bardziej niż chętnie i przypomniał, że mam być obecny przed południem na naradzie. Dopiero gdy drzwi zamknęły się za mną, pozwoliłem sobie na westchnienie ulgi.

Ciotka Ileana była niezwykle zainteresowana tym, kto bywał obecny na naradach u ojca. Przejęła się tą sprawą tak bardzo, że nawet zapomniała o dawnej urazie do Lorda Namiestnika, urazie, którą pielęgnowała przez lata, od czasu, gdy ojciec nie pozwolił jej zabrać mnie z Miasta. Przez ostatni rok zjawiła się jednak w Minas Tirith dwa razy, a podczas każdej z tych wizyt starała się poznać wszystkich dowódców. Oraz ich rodziny. Kiedy okazywało się, że z kimś nie może się spotkać, bo na przykład mieszka on poza miastem, zaczynała szczegółowo wypytywać o jego rodzinę. Boromir, który przy pierwszej jej wizycie miał tego pecha, że był obecny w Białym Mieście, rozmawiał z nią w dość obcesowy, niezwyczajny dla siebie sposób. Widziałem go zaraz potem, kiedy to mój brat, najwidoczniej po nieprzyjemnej dyskusji z ojcem, siodłał konia klnąc pod nosem. Dopiero tydzień później, gdy już wrócił z Osgiliath, ogorzały od słońca i ledwie żywy od nocnych wart, gdyż między innymi taką karę wyznaczono mu w garnizonie na polecenie Lorda Denethora, powiedział mi, że ojciec w rzeczywistości wyświadczył mu łaskę. Obraziłby ciotkę znacznie bardziej, gdyby musiał z nią wytrzymać choćby jedną godzinę dłużej. Ciotka Ileana, na szczęście, zdążyła już wyjechać. I, szczęśliwie, zignorowała mnie wtedy.
Kiedy wuj Imrahil zapowiedział swoją wizytę na Yestarë, Boromir przezornie postarał się o to, by zjawić się w Białym Mieście tylko na jeden wieczór. Potem mókł w deszczu na nocnych wartach, czyścił kolczugi, a nawet, jak mi później opowiadał z krzywym uśmieszkiem, usiłował pomagać w garnizonowej kuchni. Robił wszystko, byle tylko nie wracać do Cytadeli. Szczęściarz. Ja chodziłem z ciotką pod ramię po Pałacu i dookoła Białej Wieży i opowiadałem o kolejnych rodzinach mieszkających w Minas Tirith. Cały, długi tydzień.
Rozumiałem, że ciotka jest żywo zainteresowana polityczną stroną sukcesji w rodzinie Namiestnika, ale ... tu przecież chodziło o mojego brata! On miał prawo do własnego zdania w podobnych sprawach, nieprawdaż? Wszystkie te rozważania, która to z dobrze urodzonych panienek w Minas Tirith i całym Gondorze jest dla niego odpowiednią żoną wydawały mi się co najmniej... żenujące. Oczywiście, kiedyś będzie musiał się ożenić... ja zresztą też...
A teraz byłem w gościnie w Dol Amroth. Ojciec wysłał mnie tu z listami nie mówiąc ani słowa o tym, czego się po mnie spodziewa. Zapomniał o tym? Niemożliwe. Ojciec nie zapomina o takich sprawach. A jednak wysłał mnie po prostu tak, jak wysyła się pazia. Nie, nawet pazia przestrzega się w podobnych sytuacjach, o czym wolno mu powiedzieć, gdy dostarczy list, a czego nie wolno. A ojciec mi tego nie powiedział.
Ufał mojej ocenie sytuacji ? Też nieprawdopodobne.

Jadalnia koszar Dol Amroth była długą salą na parterze budynku naprzeciw stajni. Dwa rzędy filarów podpierały łukowato sklepiony strop, w dwóch końcach sali ogromne kominki przypominały dwa wejścia do jaskiń. W dzień oświetlały ją wysokie, głęboko osadzone ostrołukowe okna, na czas po zachodzie słońca przygotowano na filarach kute oprawy na świece i lampy. Wielkie stoły, o masywnych nogach i blatach zbielałych od lat szorowania ustawiono w długie rzędy, na środku sali i w przestrzeni między filarami a ścianą. Pod szerokimi parapetami okien biegły niskie ławy, takie same, jak te stojące przy stołach.
O tej porze sala wydawała się wręcz pusta. W oddalonym od wejścia kominku żarzyły się jeszcze węgle, a nad nimi wisiał wielki kocioł przy którym dyżurował tęgawy mężczyzna pogrążony w zażartej dyskusji z drugim, znacznie szczuplejszym w pasie i nieco przygarbionym. Przy stołach siedziało kilku mężczyzn, talerze przed nimi i kosze na chleb były już w znacznej części opróżnione.
Gdy podszedłem, Cirannon przy bocznym stole wycierał właśnie skórką od chleba resztkę sosu z talerza. Uśmiechnął się szeroko na mój widok, wstał i złożył raport. Żołnierzy z Minas Tirith zakwaterowano w sali gościnnej na piętrze budynku, jasnej, przestronnej, wygodnie urządzonej i ciepłej. Nikt nie zachorował, a zmęczenie po podróży na razie powstrzymywało ludzi od jakiś nierozważnych kroków. Cirannon zresztą nie spodziewał się żadnych kłopotów ze strony swego oddziału, może tylko kilku przypadków kaca, gdy wojacy z Białego Miasta zdecydują się sprawdzić, czy mają mocniejsze głowy od mieszkańców Morskiej Twierdzy. Dzisiejszy dzień jednak przeznaczali na odpoczynek. Dowódca zauważył także, że dobrze by było, gdybym umożliwił żołnierzom wizytę u kwatermistrza czy magazynierów – w ekwipunku kilku z nich powstały pewne braki, nie do uzupełnienia z naszych zapasów. Przytaknąłem mu ponuro. Droga do Dol Amroth była prosta i łatwa tylko w czas dobrej pogody, albo też mieliśmy wyjątkowego pecha. To, co Cirannon nazywał pewnymi brakami w ekwipunku oznaczało w rzeczywistości, że kilku żołnierzy straciło wszystko, co mieli przy siodłach i tylko łut szczęścia pozwolił im wyjść z życiem i bez większych obrażeń. Zapamiętałem to, jako kwestię do omówienia z wujem zaraz po naradzie.
Cirannon obrzucił wzrokiem pustoszejącą salę.
- Czy pójdziesz ze mną na inspekcję, Lordzie Faramirze? – zapytał uprzejmie.
Mogłem w odpowiedzi tylko skinąć potakująco. To Cirannon był rzeczywistym dowódcą oddziału, któremu oddano pod opiekę nieopierzonego chłopaczka. Ja miałem towarzyszyć mu i uczyć się.
Sala gościnna była dokładnie taka, jak ją Cirannon opisał. Nie dodał tylko, że była przepełniona zapachem suszonej odzieży. Z pewnością większość przemoczonych i zabłoconych ubrań oddziału trafiła do pralni, ale w powietrzu było tu czuć przede wszystkim schnącą wełnę płaszczy porozwieszanych przy kominach. Przemilczał także, że w sali panował idealny porządek: posłania były zaścielone, juki poskładane, ludzie schludnie odziani stali w dwuszeregu oczekując dowódcy. Przegląd przebiegł szybko, Cirannon wygłosił tylko kilka uwag o konieczności właściwego zachowania i ruszył z powrotem w stronę schodów. Moją uwagę zaś, gdy wychodziłem, przyciągnęły zatarte zdobienia przy futrynie okna na schodach. Zatrzymałem się na moment, by przyjrzeć się im uważniej i usłyszałem jak cisza w sali ustępuje miejsca gwarowi rozmów. Któryś z żołnierzy rzucił niezbyt głośno „Mały wygląda lepiej. Zauważyliście jego oczy?”, a drugi natychmiast go uciszył. Z lekkim zaskoczeniem zrozumiałem, że mówił o mnie.
I dokładnie wiedziałem w tej chwili, co ma na myśli mówiąc o moich oczach.

Pamiętałem, że śniłem od zawsze. Najstarsze wspomnienia nocnych przebudzeń łączą się w mojej pamięci z ramionami mamy, jej zapachem i ciepłem. Chociaż Boromir zawsze mi powtarzał, że zacząłem budzić go w nocy dopiero kiedy mamy zabrakło, to jednak nie miałem pewności, czy wcześniej to nie ona przy mnie czuwała. Bo sny były moim przekleństwem. Gdy nadchodziły, godziny nocy wydawały ciągnąć się w nieskończoność, a każdy kolejny dzień stawał się jeszcze trudniejszy. Czasem były to bezkształtne zjawy, znikające z mojej pamięci nim zapaliłem świecę, czasem patrzyłem na swoje dygocące dłonie i zastanawiałem się czy było to wspomnienie prawdziwego wydarzenia, czy tylko sen. Czasem widziałem w nich śmierć, swoją lub kogoś nieznajomego. Czasem nie widziałem niczego, tylko uciekałem przed czymś nieznanym, aż serce usiłowało rozerwać mi piersi, a oddech palił gardło. Czasem co noc groza przybierała inne oblicze, czasem przez tygodnie śniłem ten sam sen. Jeden powtarzał się stale: masa wody, większa niż nurt Anduiny, większa niż wszystkie obrazy przedstawiające Belegaer, wznosząca się pod niebo. Gdy przeczytałem o losie Numenoru, umiałem już nadać imię temu koszmarowi, ale to nie pomogło. Sny przychodziły nieoczekiwanie i równie nieoczekiwanie odchodziły, zostawiając mnie drżącego, rozżalonego na los i pokłóconego z całym światem. Co jakiś czas krążyłem więc po Cytadeli niepewnym krokiem śpiącego, lub ukrywałem się gdzieś na murach, drzemiąc wyczerpany w cieple słońca. Zaczynałem zapominać to, czego miałem się nauczyć, co złościło mojego nauczyciela. Zaczynałem się mylić w walce na treningach, co z kolei złościło mojego brata, choć jego złość tylko ukrywała troskę. A cały dzień stawał się pełnym lęku oczekiwaniem na noc, co też ściągało na mnie gniew mojego ojca. Jemu wystarczało tylko spojrzeć na moją twarz, by widział w moich oczach, że znów jestem pełen nierozsądnego strachu, czy też, że znów szukam ochrony w kwaśnym smaku wina. Miałem wtedy wrażenie, iż zastanawia się czy jego młodszy, kłopotliwy syn nie popada powoli w obłęd.
I sam się nad tym zastanawiałem, gdy w tamte dni patrzyłem na swoje odbicie.

Przedpołudniowa narada była szybka i krótka. Wuj odczytał część listów od ojca, podkreślając te fragmenty, które mówiły o możliwym znów zagrożeniu ze strony piratów i natychmiast przeszedł do pilniejszych spraw. Ostatni sztorm uszkodził kilka statków w przystani w zatoce, na wzgórzach ulewy naruszyły uprawy. Nie tylko uprawy – na prośbę wuja opowiedziałem o ostatnim odcinku naszej drogi z Minas Tirith, gdzie bezimienny strumyczek, oddalony ledwie o niecały dzień drogi od Dol Amroth stał się rwącą rzeką, przez którą przeprawiliśmy się niemal cudem. W każdym razie uznawałem zgodnie z żołnierzami, iż to był niezwykle szczęśliwy traf, że szamotanina z niesionym przez wzburzoną wodę potrzaskanym drzewem skończyła się tylko odcięciem kilku juków zaplątanych w gałęzie. Powódź w dolinach Belfalas i szkody przez nią wyrządzone były więc najważniejszym tematem. Dopiero na koniec narady, gdy już kilku lordów i dowódcy garnizonów na wybrzeżu zbierali się do wyjścia, wuj przypomniał im o ostrzeżeniu ojca.
- Może uznacie to za przesadę – powiedział spokojnie – że Namiestnik Miasta tak oddalonego od Morza martwi się pirackimi okrętami, ale wiem, że Lord Denethor nie przysyłałby tego ostrzeżenia na próżno. Miejcie oczy szeroko otwarte : nieproszeni goście mogą pojawić się w każdej chwili. Kto wie? Może ostatnie sztormy uchroniły nas przed większymi kłopotami niż kilka przeciekających burt.
- O pojawieniu się piratów mówi się już od miesięcy – zauważył jeden z lordów. – List od Lorda Denethora to tylko potwierdzenie tych wszystkich pogłosek, jakie docierają z Południa.
- Taak – uśmiechnął się nieco nieprzyjemnie inny dowódca, jeden z najstarszych wśród obecnych w komnacie. – Umbar zaczyna zapominać ostatnią wojnę. Jeśli zaczną się tu pokazywać, trzeba będzie im o tym przypomnieć.
- Na razie się nie pokazali – zauważył Imrahil – a przypominać to na razie będzie trzeba załogom stanic o ich obowiązkach, panowie.
Narada zmieniła się w dyskusję nad zaopatrzeniem stanic, koniecznością budowy nowych posterunków i systemem sygnałów, który ułatwiłby wioskom na wybrzeżu przesyłanie wiadomości o możliwym zagrożeniu do garnizonów.
Dowódcy skłonili się i odeszli, lordowie także, ale zauważyłem jak jeszcze w drzwiach wymieniają spojrzenia. Wiedziałem, że będą komentować, iż to właśnie ja zjawiłem się z wieściami od Namiestnika Gondoru.

Synów Namiestnika zawsze otaczają uważne oczy. Pamiętałem to powiedzenie starego Beora, naszego opiekuna i nauczyciela z dzieciństwa. Było jednym z jego ulubionych, zawsze zaczynał od niego swoje tyrady, gdy coś zbroiliśmy. Ale też powtarzał je, gdy szukaliśmy w księgach i zapiskach wyjaśnienia motywów działań któregoś z dawnych Królów czy Namiestników. Pamiętam, jak ciężko było mi się z tym początkowo pogodzić. Póki byłem malcem czy wyrostkiem wplątującym się w bijatyki kolegów brata lub czasami walczącym samodzielnie, przypominało mi o niewłaściwości takiego postępowania i rozumiałem je wtedy jako ograniczenie, któremu muszę się poddać. Gdy się buntowałem, Beor tłumaczył mi, że oznacza to także wyzwanie, któremu muszę sprostać, próbę dla mojego charakteru, bym nigdy nie musiał wstydzić się tego, co zostanie o mnie zapamiętane i zapisane.
Miał rację. Zobaczyłem w tym odpowiedzialność, która z każdym dniem będzie większa. Przestawałem już być chłopaczkiem, za kilka lat miałem zacząć dowodzić ludźmi, kiedyś w przyszłości będę zapewne jednym z doradców brata, jego „prawą ręką” być może. Musiałem się nauczyć znosić teraz te oceniające spojrzenia, bo musiałem im dowieść, że mogą mi w przyszłości zaufać tak jak już ufano Boromirowi.
Jego podobne spojrzenia śledziły gdy ja byłem jeszcze wyrostkiem i oceniano go znacznie surowiej niż mnie. Te wszystkie zerknięcia napotykanych w korytarzu doradców ojca, raporty dowódców z Osgiliath, ukradkowe i całkiem jawne ocenianie i rozmowy na świątecznych ucztach... Przetrwał to zaskakująco dobrze, jedynie od czasu do czasu, gdy byliśmy pewni, że naprawdę jesteśmy sami, dawał upust swojej frustracji i znużeniu. Znacznie częściej był jednak szczerze zadowolony z tego, że oceny wypadały pozytywnie. Beor mówił mi często, iż to właśnie z Boromira powinienem brać przykład, jak należy w podwładnych zbudować zaufanie do swojej osoby.
Zapowiadało się to jednak na trudne zadanie...

Po naradzie pozostał mi lekki ból głowy i sporo wolnego czasu. Wuj Imrahil z chęcią wskazał mi drogę do biblioteki, bym tam spędził czas do obiadu. Za solidnymi rzeźbionymi odrzwiami z ciemnego drewna powitał mnie znajomy zapach ziół i woluminów i kojąca cisza. Wysoko sklepione pomieszczenia oświetlały spod sufitu ostrołukowe okna z wprawionymi w nie witrażami. Słońce wyszło zza chmur i obrazy w górze lśniły jak żywe klejnoty a na lśniącej podłodze układały się wielobarwne plamy. Rozpoznałem w jednym z witraży obraz Dol Amroth lśniący błękitem i bielą wody i zielenią wzgórz, w innych przedstawiono sceny z historii królestwa Gondoru, w jeszcze innym pióra orłów Manwego lśniły brązem i złotem. Największy z witraży, w południowym oknie, mieniący się wszystkimi odcieniami błękitu i zieleni wyobrażał Ulma. Przez kilka chwil zapatrzyłem się tylko w te widoki, tak odmienne od tego, co do tej pory widziałem w Minas Tirith, a gdy chmura przesłoniła słońce i kolory przygasły, zagłębiłem się pomiędzy regały.
W pierwszej chwili pomieszczenia i zbiory zamkowej biblioteki wydały mi się znacznie skromniejsze niż w Minas Tirith, jednak, gdy uważniej rozejrzałem się po rzeźbionych w ciemnym drzewie półkach, dostrzegłem sporo ksiąg odmiennych od znanych mi woluminów.
Przechodziłem od szafy do szafy, od regału do regału, coraz bardziej zachwycony odkrytym tu bogactwem. Był tu cały dział, gdzie grzbiety ksiąg i puszki na zwoje pokrywały geometryczne zdobienia i znaki inne niż wszystko, co do tej pory widziałem. Choć może źle się wyraziłem, powinienem raczej powiedzieć inne niż te, z którymi miałem do czynienia zazwyczaj. Przypomniałem sobie bowiem po chwili, że w podobny sposób zdobione były puszki przechowywanych w bibliotece Białego Miasta zwojów traktatów z Haradem. Ale to były tylko traktaty, umowy i pakty, do których zaglądałem nader rzadko, wtedy jedynie, gdy na prośbę nauczyciela ojciec udzielał mi na to pozwolenia i kiedy potrzebowałem tego na lekcjach historii. Tutaj puszki wyglądały na znacznie nowsze i znacznie częściej otwierane. Półkę niżej stały płaskie szkatuły z nieznanego drzewa, połyskliwego, o matowoczerwonej barwie, ozdobione napisami z wklepanego w drewno metalu, rzeźbione, intarsjowane maleńkimi kawałeczkami innego drzewa. Gdy otworzyłem jedną z nich, znalazłem w środku coś, co w pierwszej chwili uznałem za zwoje maty. Po chwili dopiero zorientowałem się, że są one w środku zapisane, a „mata” całkiem udatnie naśladuje pergamin. Litery w zwoju były znajome, ale słowa, które odczytałem, kompletnie obce, domyśliłem się więc, że ktokolwiek sporządzał to pismo, zapisał je w jednym z języków południa. Szkatułka wydzielała słaby zapach, lekko słodkawy, ale przyjemny, przywodzący na myśl pachnące maści i olejki wystawiane na straganach Harlondu, który przytłumił delikatny zapach kurzu i ziół, jakim były przesiąknięte komnaty biblioteki.
Pierwszego zwoju ze szkatuły nie udało mi się odczytać, ale już drugi okazał się pasjonującym opisem terenów położonych daleko na południu Haradu i ich mieszkańców. To, co znałem do tej pory z suchych lekcji geografii udzielanych mi przez nauczyciela, teraz ożyło przed moimi oczyma. Niewiele myśląc usiadłem na podłodze przy regale, ułożyłem szkatułę na kolanach i zatonąłem w lekturze.
Ktokolwiek spisywał te zwoje, miał wspaniały dar obserwacji ludzi, zwierząt i roślin. Wędrował z handlową karawaną od miasta do miasta, zapisując dzień po dniu to, czego się dowiedział o otaczającej go krainie. Widziałem niemal wysokie mury, ulepione z gliny zmieszanej ze słomą i wysuszonej przez palące słońce, pyliste uliczki między lepiankami i pałace przypominające gliniane kopce mrowisk, gdzie wodzowie plemion, siedząc na okrytych skórami drapieżnych kotów i zdobionych złotem tronach ze szlachetnego drewna, przyjmowali hołdy swoich poddanych. Słyszałem głosy ciemnoskórych kobiet umilających sobie śpiewem codzienne czynności, czy kołyszących się w tańcu przy ogniskach. Karawany kupców i bosonogich tragarzy dźwigających na głowach okręcone rzemieniami pakunki wyruszały w długą drogę do następnego miasta poprzez step, gdzie w wysokiej, wysuszonej słońcem trawie kryły się zwierzęta odmienne niż te, które znaliśmy. Lasy były duszne od wilgoci i zgnilizny, pełne niezwykłych woni i śmiertelnie niebezpiecznych mieszkańców. Można było tam tygodniami wędrować widząc ledwie błyski słońca przebijające się przez plątaninę gałęzi i pnączy.
Opisy nieznanego podróżnika w niczym nie przypominały znanych mi do tej pory traktatów czy raportów o liczebności wojsk i polityce południowych krain. Tu pokazano mi ludzi. Ich radości i smutki, obawy i nadzieje. Kiedy po przeczytaniu opisu sali tronowej, odkładałem kolejny zwój do szkatułki, przyjrzałem się jej uważnie. Niewątpliwie wykonał ją jeden z tamtejszych rzemieślników, niezwykłe, czerwone drewno musiało pochodzić z tamtej krainy. Przesunąłem dłonią po rzeźbieniach, zastanawiając się nad człowiekiem, który sporządził skrzyneczkę. Wyobraziłem go sobie teraz, siedzącego w cieniu strzechy nad kawałkiem drewna, cierpliwie i z miłością rysującego wzór. Proste kształty mogły się wydać prymitywne komuś przyzwyczajonemu do zawiłych, idealnie wykreślonych ornamentów w Gondorze. Ja jednak widziałem pod pyłem drogi osiadłym w zagłębieniach uwagę i staranność w dobieraniu materiałów i dumę artysty w nieznacznym różnicowaniu sylwetek zwierząt mimo ich uproszczenia.
I tak właśnie, siedzącego nad szkatułką, zastał mnie Elphir.
- Tato miał rację mówiąc, że cię tutaj znajdę, Faramirze – zagadnął wychylając się zza regału.
Drgnąłem zaskoczony i wyrwany z zadumy.
- Spokojnie, kuzynie... – chłopak roześmiał się na widok mojego nieprzytomnego spojrzenia. – Widzę, że wędrowałeś daleko...
- Znasz tę opowieść?
- Oczywiście – uśmiechnął się szeroko. – To jedna z moich ulubionych. Jak byłem młodszy, wyobrażałem sobie, że to ja podróżuję przez tamte krainy. Jak skończysz ją czytać, to zajrzyj do tamtej szkatuły – wskazał mi jedną ze skrzynek na półce – tam jest dalsza część, już z ziem bliższych Umbarowi.
- Dziękuję za wskazanie – pochyliłem głowę.
- Na płaszcz Uineny, kuzynku – zirytował się nagle Elphir. – Czy ty zawsze jesteś taki formalny? Przy śniadaniu... – urwał, jakby się ugryzł w język i stłumił wybuch śmiechu.
- Tak?... – zawiesiłem pytająco głos. Kuzyn roześmiał się wesoło.
- Chciałem powiedzieć, że byłeś wtedy tak sztywny, jakby cię posadzono do stołu z samym Namiestnikiem i przypomniałem sobie, że przecież twój tato jest Namiestnikiem... – Elphir bez dłuższych ceregieli usiadł na podłodze naprzeciwko mnie, nadal krztusząc się ze śmiechu.
- Nie chciałem robić przykrości twojej matce – jeszcze raz pogładziłem pokrywę szkatułki i odstawiłem ją na półkę.
- A... to rozumiem – kuzyn uśmiechnął się szeroko. – Zresztą nie martw się. Jak tylko zobaczyłem jak tak siedzisz na podłodze, od razu wiedziałem, że mama nieco przesadziła z opisami twoich manier.
- Co? – ugryzłem się w język, by nie powiedzieć „ciocia Ileana zrobiła”.
- Jak wyszedłeś, wygłosiła nam kazanie, przedstawiając cię jako chodzący ideał dobrego wychowania, wiedzy i obowiązków – podniósł rękę, uprzedzając moje pytanie. – Możesz być pewien, że jej nie uwierzyliśmy. Znamy przecież twojego brata.
Odprężyłem się nieco. Pobyt w Dol Amroth przestał być zagrożony niechęcią kuzynów. Elphir najwyraźniej nie miał do mnie żalu za wysłuchane rano kazanie. Siedział na podłodze beztrosko wyciągając nogi i mówił niemal bez przerwy.
- Mama przypomina nam o dobrych manierach prawie nieustannie, więc przy śniadaniu nie powiedziała niczego nowego. Tylko że tak szybko rano zniknąłeś, że nie zdążyłem cię wypytać ani o Ithilien, ani o Boromira. Nadal ścina orkowe łby i poluje na trolle pod Morannonem?
Prychnąłem śmiechem na takie określenie zajęć mojego brata.
- No, kilka mu się przez te lata trafiło – odpowiedziałem.
- A tobie?
- Też – odpowiedziałem. Elphir przechylił głowę przyglądając mi się uważnie.
- Nie bardzo chcesz o tym mówić – stwierdził po chwili. – Dobra, nie będę cię na razie wypytywał. Ale nie ręczę za Erchiriona i Amrothosa – dorzucił. – Już ostrzą sobie zęby na wojenne opowieści.
Musiałem mieć nieco nietęgą minę, bo roześmiał się jeszcze raz i wstał.
- Może jednak zmienisz zdanie po tym, co cię teraz czeka – powiedział. – Przyszedłem tu, bo mama chce ci pokazać naszą siostrzyczkę.

Pokój dziecinny znajdował się na samym końcu korytarza, więc idąc tam miałem dość czasu by się przygotować do kolejnego spotkania z ciotką. Już stojąc przed drzwiami usłyszałem śmiech i wesołe okrzyki. Elphir szturchnął mnie w bok i wykrzywił się w imitującym przerażenie grymasie wskazując kciukiem na drzwi.
- Siostrzyczka – wyszeptał. – Gotowy do bitwy?
- Taka waleczna? – odszepnąłem.
- Tak – pokazał zęby w niezbyt dodającym otuchy uśmiechu.
- No to nie gotowy – odpowiedziałem uśmiechem.
- Lepiej jednak wejdźmy, zanim mama kogoś po nas wyśle... – Elphir nacisnął klamkę i wsunęliśmy się cicho do pokoju, za kotarę osłaniającą drzwi od wewnątrz.
Wnętrze pomieszczenia pogrążone było w dziwnie znajomym chaosie. Podłogę przykrywał kwiecisty kobierzec, w oknach upięto barwne zasłony. W całym pokoju leżały zabawki, zwierzątka, piłki i lalki, szmaciane i drewniane, rozrzucone po krzesłach i podłodze. A przy niskim stole zarumieniona z wysiłku ciocia Ileana kręciła się właśnie w kółko, trzymając za ręce czarnowłosą, piszczącą z radości dziewczynkę. Obok nich szczupła dziewczyna poprawiała warkocz, który wymsknął się jej spod czepka. Ona pierwsza nas dostrzegła i dygnęła na powitanie.
- Przyprowadziłem Faramira, matko – odezwał się Elphir.
Ciocia Ileana zatrzymała się i wyprostowała. Mała dziewczynka rzuciła mi krótkie, uważne spojrzenie i natychmiast schowała się za mamą, zerkając w moją stronę zza zaciskanej w palcach fałdy haftowanej spódnicy.
- Cieszę się, że zgodziłeś się przyjść, Faramirze – powiedziała ciotka, niemal odruchowo przyjmując formalny ton głosu. – Proszę, poznaj moją córkę, a twoją najmłodszą kuzynkę, Lothiriel Imrahilien. – Cofnęła się o krok, chcąc zaprezentować mi małą.
Ale Lothiriel miała najwyraźniej inne zdanie na temat formalnych prezentacji przed obcymi i gdy ciotka się odsunęła, dziewczynka podążyła za nią, nadal szczelnie otulona fałdami spódnicy. Dostrzec mogłem tylko splątane czarne włosy i kawałeczek ucha.
- Lothiriel! – ciotka Ileana obróciła się i pochyliła nad córeczką. – Proszę, przedstaw się kuzynowi.
Brak odpowiedzi, chyba żeby uznać za nią cichy pomruk.
- Lothiriel!
- Nie. – To już było wyraźne.
- Lothi... – Ciocia rzuciła mi lekko rozpaczliwe spojrzenie, wyraźnie wytrącona z równowagi tym naruszeniem etykiety. Starałem się zachować obojętny wyraz twarzy. – Lothi, proszę, bądź grzeczna.
- Nie!
Obok mnie niemal niedosłyszalnie zaśmiał się Elphir. Zerknąłem na niego. Przygryzał dolną wargę, by się nie roześmiać głośno, rozbawiony całą sytuacją.
- Lothiriel, natychmiast puść moją spódnicę – głos ciotki zaczął się niebezpiecznie podnosić.
Dziewczyna, do tej pory stojąca niepewnie z boku, przystąpiła do działania. Przyklękła obok małej i zaczęła namawiać szeptem do opuszczenia bezpiecznego schronienia w sukni matki. Po dłuższej chwili moja kuzynka zmieniła zdanie i objęła opiekunkę za szyję. Ta natychmiast się podniosła.
- Lordzie Faramirze – dygnęła lekko. – Proszę o wybaczenie. Lothiriel zazwyczaj ma lepsze maniery.
- Lothiriel, przywitaj się teraz – poleciła ciotka.
Nie – odpowiedź padła niemal natychmiast, poparta gwałtownym pokręceniem czarnowłosej główki.
- Lothiriel!! – ciotka nie kryła oburzenia.
- Pani Ileano – skłoniłem się lekko, przyjmując formalną postawę i ton głos. – Proszę pozwolić mi porozmawiać z tą młodą damą. – Tylko taka manifestacja dobrych manier mogła uratować samopoczucie mojej ciotki w tej sytuacji.
- Zgadzam się – odpowiedziała łaskawym skinieniem głowy, już znacznie spokojniejsza i tylko rzuciła groźne spojrzenie roześmianemu Elphirowi.
Zrobiłem krok do przodu i dotknąłem ramienia dziewczynki. Zareagowała na to kurczowym przytuleniem się do opiekunki.
- Lothiriel... – powiedziałem łagodnie. – Młoda damo... czy przywitasz się ze mną?
- Nie!
Obszedłem opiekunkę dookoła, tak by zobaczyć buzię wtulonej w nią małej.
- Lothi... – Szare oczy wpatrywały się we mnie uważnie zza czepka. – Nie powiesz mi dzień dobry? – Starałem się mówić tak, jakbym przemawiał do spłoszonego konia czy sokoła siedzącego mi na rękawicy, spokojnie, łagodnie...
- Dzień dobry – nagle małą twarzyczkę rozjaśnił uśmiech. Oderwała ręce od szyi zarumienionej dziewczyny i wyciągnęła w moją stronę. – Weź! – zażądała.
Była zaskakująco lekka. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że małe dziecko jest tak lekkie i kruche w dotyku. Starałem się więc być ostrożnym i trzymać ją w podobny sposób jak dziewczyna. Kuzynka najpierw złapała mnie za szyję, ale zaraz odsunęła się lekko i popatrzyła mi prosto w oczy.
Ty kto? – zapytała.
- To twój kuzyn, Faramir – wtrąciła się ciotka. Mała nie poświęciła jej jednego spojrzenia, pochłonięta obmacywaniem moich włosów. Znalazła przytrzymujący je z tyłu rzemyk i po chwili ściągnęła go z łobuzerskim uśmieszkiem.
- O, dlugie – stwierdziła z satysfakcją. – Moje taz dlugie – bez wahania rozwiązała wstążkę przytrzymującą czarne loczki. – Jak sie nazywas?
- Faramir – odpowiedziałem, poświęcając sporo uwagi utrzymaniu jej tak, by kręcąc się mi na rękach nagle nie straciła równowagi. Jak ta dziewczyna ją trzymała?
- Famil ... Ladne – Pokazała w uśmiechu szparki miedzy malutkimi ząbkami. Długie czarne włosy uwolnione od wstążki spadały jej na ramiona. – Postaw! – zażądała odpychając się nagle.
- Postaw ją na podłodze, kuzynie – podpowiedział z tyłu Elphir rozbawionym głosem.
Usłuchałem. Mała jednak nie zamierzała się jeszcze ze mną rozstawać. Wokół jednego z moich palców zacisnęła się drobna łapka i pociągnęła mnie, zaskakująco silnie, w drugi koniec pokoju. Za sobą usłyszałem zduszony śmiech Elphira, groźne odchrząknięcie ciotki i szelesty sukien jej i dziewczyny. Kuzyneczka zaprowadziła mnie do otomany.
- Siadaj – usłyszałem i posłusznie usiadłem na poduszkach.
- Nie! Nie tu! Tutaj! – Wskazała mi dywan, więc przeniosłem się na podłogę.
- Lothiriel... – ciotka poruszyła się niespokojnie.
- Wszystko w porządku, ciociu – zapewniłem pośpiesznie.
Lothiriel ulokowała się za moimi plecami. Przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje, ale nagle poczułem drobne paluszki przebierające w moich włosach.
- Ja tes mam dlugie wlosy – oświadczyła – niania mnie cese. Telaz ja ucese ciebie. – Poczułem jak przegarnia mi włosy do tyłu. – Ty mas dlugie wlosy dlacego ?
- Bo lubię – wyjaśniłem.
- Lubis dlugie wlosy?
- Lubię.
Mała zostawiła moje włosy i zajrzała mi nieoczekiwanie prosto w twarz, czujnie i badawczo.
- Elfil nie lubi – pokazała na brata, konspiracyjnie zniżając głos. Rzeczywiście, Elphir miał włosy obcięte na wysokości szczęki i brwi, podobnie jak Erchirion i Amrothos. Zauważył, że siostrzyczka go pokazuje i wykrzywił się okropnie.
- Lothiriel – wtrąciła się ciotka. – Może teraz pójdziesz już pobawić się z Pethin.
- Nie!
- Lothiriel...
- Nie! – Kuzyneczka złapała mnie kurczowo za szyję. – Ja chce bawic z Familem!
Ciotka wzniosła oczy do nieba.
- Nie ma potrzeby jej zabierać, ciociu – wtrąciłem się szybko. – Nie przeszkadza mi, że chce się ze mną bawić...
- Raczej tobą bawić – uśmiechnął się szeroko Elphir. – Gratulacje, kuzynie. Właśnie zostałeś ulubioną zabawką mojej siostry... Mam nadzieję, że przeżyjesz to doświadczenie.
Przeżyłem, choć pod koniec tego popołudnia wydawało mi się, że nie udałoby mi się tego dokonać bez wcześniejszych miesięcy ćwiczeń z bronią, obozów w Ithilien i patroli przy każdej pogodzie. Moja kuzynka była chyba zdolna doprowadzić do krańcowego wyczerpania najtwardszego z ithilieńskich Strażników. Po uczesaniu mi włosów i zawiązaniu na nich węzła ze wstążki zostałem z wielką powagą przedstawiony chyba każdej zabawce w pokoju. Szczekałem, piszczałem, rżałem jak koń, miauczałem... Prowadziłem długie i niezrozumiałe rozmowy z szmacianymi pieskami, konikami z drewna i lalkami. Musiałem czołgać się pod krzesłami i wpełzać za meble. Śpiewać, kryć się za kotarą i wyglądać stamtąd z nieartykułowanymi okrzykami, gdy Lothiriel zanosiła się śmiechem, kłaść się na podłodze udając, że śpię, podczas gdy ona okrywała mnie starannie kocem.
Elphir szybko wycofał się z pokoju. Zaraz po tym, gdy musiał udawać pieska wychodzącego na spacer i rozmawiającego o pogodzie z rzeźbioną lalką. Pethin nieśmiało próbowała odciągnąć ode mnie uwagę Lothiriel, ale jej starania pozostały bez efektu, może dlatego, że sama Pethin robiła wszystko, by nie odezwać się do mnie bezpośrednio. Lothiriel chyba rzeczywiście uznała mnie za swoją ulubioną zabawkę i uparcie ignorowała wszelkie działania opiekunki. A próba zabrania jej przez ciotkę Ileanę skończyła się jednym wielkim wybuchem płaczu.
Odsiecz zjawiła się dopiero gdy przemierzałem pokój na czworakach, niosąc na sobie kuzynkę ucieszoną z nowego „konika”. Elphir, Erchirion i Amrothos wrócili do dziecinnego pokoju razem z ojcem. Mina wuja Imrahila na widok siostrzeńca udającego konika, z wielką różową kokardą sterczącą mu nad uchem i zaśmiewającą się trzylatką uczepioną barków była naprawdę godna uwagi. Lothiriel też zauważyła nowych gości. Zsunęła się z moich pleców i ruszyła na Amrothosa z mrożącym krew w żyłach wrzaskiem. Kuzyn odpowiedział jej podobnym okrzykiem i przewrócił się na dywan tuż przed atakującą dziewczynką. Korzystając z chwili przerwy wstałem i otrzepałem kolana.
- Dziękuję za pomoc – zwróciłem się do przybyłych.
- Nieźle wyglądasz jako koń, kuzynie – Elphir wyszczerzył wszystkie zęby w uśmiechu. Odpowiedziałem mu takim samym uśmiechem, kątem oka dostrzegając ulgę, jaka odbiła się na twarzy cioci. Ciekawe... Czyżby spodziewała się, że będę miał pretensje o tę zabawę?
- Więc to tutaj zniknąłeś na całe popołudnie, Faramirze – wuj również się uśmiechał. – A ja szukałem cię w bibliotece. Cieszę się, że nie tylko księgi przyciągają twoją uwagę. Do twarzy ci też w różowym – wskazał na moje ucho.
- Ach, to – ściągnąłem z włosów kokardę. – Lothiriel starała się mnie uczesać.
- I udało jej się, jak widzę – wuj obrócił się w stronę Amrothosa, który wydawał siebie głuche pomruki i warczenie mocując się z siostrą. Wygrywała, ale głównie dzięki temu, że mój kuzyn za bardzo się śmiał, by skutecznie ją przytrzymać. – Amrothosie, pora już na obiad, zapomniałeś?
- Nie tato – chłopiec wyprostował się. Lothiriel podniosła głowę i z powrotem przeniosła na mnie swoją uwagę.
- Ja ide z Familem! – oświadczyła puszczając brata i łapiąc za moją nogę.
- Lothiriel... – wtrąciła się ciotka. – Faramir musi iść na obiad ...
- Nie! Famil zostaje!
- Pierwszym słowem jakie powiedziała było „nie” – westchnął przesadnie Elphir, kucając przy siostrzyczce. – Lothi, Faramir musi iść zjeść. Ty też jesteś głodna...
- Nie! – to stwierdzenie zostało poparte wzmocnieniem chwytu na mojej nodze.
- Lothiriel!! – Widziałem jak ciotka zaciska zęby, by nie zbesztać małej.
- Lothiriel... – z pewną trudnością przyklęknąłem, by spojrzeć w twarz kuzyneczki. W następnej chwili złapała mnie kurczowo za szyję. – Lothi... Jest już pora obiadu... Ja będę jadł... I ty będziesz jadła... Dobrze?
Lothiriel nadąsała się, ale nie wybuchła natychmiastowym płaczem, co uznałem za dobry znak.
- Ja tez bedę jesc – oświadczyła po dłuższym namyśle.
Ciotka wyraźnie odetchnęła, a wuj Imrahil uśmiechnął się szeroko.
- Masz dar przekonywania Faramirze – powiedział.
- Prawdziwie ojcowskie podejście – odezwała się nieoczekiwanie ciotka, w chwili gdy Pethin wyciągnęła ręce i podawałem jej kuzyneczkę.
Przez moment nasze ręce się stykały i zobaczyłem, że twarz dziewczyny zalewa gwałtowny rumieniec, a ona sama odwraca wzrok.

Często spostrzegałem takie rumieńce na twarzach dziewcząt. Tak samo zachowywały się wiecznie pędzące w pośpiechu pokojówki sprzątające komnaty Cytadeli, dziewczęta w kuchni podające posiłki i panny przyjeżdżające z rodzicami na świąteczne uczty. Zawsze wyglądało to tak samo. Uważne spojrzenie szeroko otwartymi oczyma a potem spuszczony wzrok, lekko przygryziona warga, czerwień zalewająca policzki. Podkuchenne uciekały za drzwi spiżarni, pokojówki usiłowały stać się jednym z gobelinów na ścianie, panny kryły się za ramieniem matki czy ojca odpowiadając szeptem i półsłówkami. I wszystkie, czując się bezpieczniejsze w tych „schronieniach”, zerkały ukradkowo a zarazem łapczywie, jakby spojrzenie wprost było czymś niedozwolonym i jednocześnie upragnionym.
Do tej pory zachowywały się tak tylko przy moim bracie.

Pogoda nie poprawiła się na długo i jeszcze tego samego wieczoru deszcz i wiatr łomotały okiennicami. Padało też przez kolejne dni, to słabiej, to mocniej. Z okolic Dol Amroth przybywały wiadomości o coraz większych szkodach wyrządzanych przez wodę. Już nazajutrz wuj wyjechał wraz z oddziałem żołnierzy zabierając ze sobą Elphira i mnie. Mieliśmy tylko zobaczyć jak w pobliskiej osadzie idzie umacnianie grobli. W miasteczku i poza nim wszystko było w porządku, ale nim ruszyliśmy dalej, na plac wjechał posłaniec. Stałem zbyt daleko, by usłyszeć o czym mówił lordowi, ale gest dłoni wuja był wystarczająco wymowny. Chwilę później jechaliśmy wyciągniętym kłusem do następnej doliny, najpierw brukowaną drogą, a potem wąską, rozmytą ścieżką, na której niebezpiecznie ślizgały się kopyta koni.
To był pierwszy z takich wyjazdów. W następne dni jeździliśmy niemal codziennie, spędzając godziny w siodle, moknąc w drobnej mżawce lub ulewie. Powódź w Belfalas nie przypominała bowiem późnowiosennych powodzi w dolinie Anduiny, gdy w odległych górach na północy topniały śniegi i Wielka Rzeka wzbierała mętną od mułu wodą. Tam groźna była tylko sama rzeka, pełna wirów, żółtawa od mułu, niosąca mniejsze i większe potrzaskane pnie, krzewy, płaty darni. Pelennor był chroniony przez wysoki brzeg i wały u podstawy Rammas Echor, woda zalewała tylko po drugiej stronie topolowe lasy Ithilien, gdzie stała spokojnie pomiędzy drzewami i gdzie była jedynie uciążliwa podczas wędrówki.
Tutaj deszcze czyniły coraz większe szkody. Bruzdy na polach zamieniały się w strumyczki i strugi. Wezbrane potoki niosły kamienie, przerywały groble, zalewały pola, podmywały drogi i mosty. Najgorzej było chyba podczas jednej, trwającej całą noc i następny dzień, ulewy, gdy to koło niewielkiego miasteczka oddalonego o pół dnia drogi od zamku pękła grobla stawu. Przez długie godziny wraz z żołnierzami i ludźmi z miasteczka kopaliśmy tam rowy i budowaliśmy prowizoryczną tamę mającą skierować rzekę błotnistej wody z dala od domostw. Po kolana w błocie i po pas w rwącej wodzie, w strugach deszczu tak ulewnego, że trzeba było przekrzykiwać jego szum i ciężko było dostrzec kogoś stojącego dalej niż o kilkanaście kroków. Dopiero późno w noc, kiedy deszcz już ustał, udało się skończyć budowę. Wał z kamieni, belek, pni, kawałków płotów i koszy gruzu utrzymywał wodę poza zabudowaniami, a my do świtu wypoczywaliśmy w jednej ze stodół, zakopani po uszy w resztkach zeszłorocznego siana. Po powrocie wuj pozwolił nam tylko na trochę odpoczynku w łaźni, nim przebrani i na wypoczętych koniach ruszyliśmy dalej.
Gdy wróciliśmy wieczorem i gdy następna kąpiel i kolacja nieco trochę zmniejszyły zmęczenie, nie mogłem się oprzeć uczuciu podziwu dla mojego wuja. Poprzedni dzień spędził w siodle, kierując budową tamy, a przez noc przyjmował raporty o innych szkodach. A teraz znów w swoim gabinecie pochylał się nad mapami, próbując przewidzieć, gdzie może się zdarzyć podobna katastrofa. Nie mogłem się też oprzeć pokusie porównania go z ojcem, siedzącym w swoim gabinecie i słuchającym kolejnych meldunków. Czy Lord Denethor kiedykolwiek brnął po kolana w błocie? Czy kiedykolwiek zachrypł od wykrzykiwania rozkazów, czy kiedykolwiek ciągnął wraz ze swoimi żołnierzami belkę, gdy było wiadomo, że zostają ledwie chwile na powstrzymanie wody i każde ręce były potrzebne? Jak tylko sięgałem pamięcią, ojciec stał gdzieś z boku, chłodny, opanowany, tak rzadko podnoszący głos. Wydawał polecenia i były one wykonywane. Spróbowałem go sobie wyobrazić, z jego posiwiałymi na skroniach włosami zlepionymi deszczem w strąki przyklejone do czoła i policzków, w zabłoconym ubraniu klejącym się do ciała, mówiącego bardziej ochrypłym szeptem niż normalnym głosem, w strugach ulewy dodającego otuchy chłopaczkom tak wyczerpanym, że niemal niewidzącym gdzie i po co idą i mężczyznom, w których oczach ulga z ocalenia części domów mieszała się z rozpaczą po zniszczonym dobytku.
Nie potrafiłem.
Tak samo jak nie potrafiłem sobie wyobrazić, czy może przypomnieć ojca podnoszącego ze śmiechem dziecko i z pełną powagą rozmawiającego z jego szmacianym pieskiem.
Bowiem wydarzyła się tylko jedna taka katastrofa jak w tamtym miasteczku. Gdzie indziej albo groble były solidniejsze, albo już wcześniej wzmocniono je przezornie na każdy dostępny sposób, więc wyjazdy były krótkie, ograniczały się jedynie do inspekcji. Pozostały mi poza nimi wolny czas prawie cały spędzałem z rodziną wuja, gdzie główną rolę grała mała Lothiriel. Elphir chyba słusznie ostrzegał mnie przed awansem do roli ulubionej zabawki, bo kuzyneczka upierała się przy moim towarzystwie od rana do wieczora. Już następnego dnia rano, gdy ciotka zatrzymała mnie w bawialni, bym opowiedział jej wszystkie towarzyskie ploteczki z Minas Tirith, dziewczynka wmaszerowała do komnaty, ciągnąc za rękę opiekunkę i domagając się, by zaraz przyszedł „Famil” i „zlobil konika”. Potem były spacery z pieskiem i konikiem, budowanie domku dla lalki, zabawa w chowanego... jednym słowem wszystko to, co potrafi wymyśleć rozbawiona trzylatka. Czasem do zabawy włączał się Amrothos, pokrzykując i drażniąc siostrę, aż rzucała się na niego z zaciśniętymi piąstkami, a on przewracał się ze śmiechem pod jej atakiem.
Nie byłem jednak z tego niezadowolony – zabawa z Lothiriel przeszkadzała reszcie jej rodziny w zadawaniu pytań. Bo pytano mnie ciągle. Ciotka wciąż zastanawiała się, czy Boromir poznał już dziewczynę w wieku odpowiednim do wyjścia za mąż i domagała się ode mnie drobiazgowego raportu z wiosennej uczty, zwracając wyjątkową uwagę na obecne tam osoby i kobiece stroje. Erchirion i Amrothos zaś przekrzykiwali się wzajemnie z pytaniami o potyczki w Ithilien, też upierając się, bym opisywał je możliwie dokładnie. Chcieli wiedzieć na jaką odległość odpadnie ścięta orkowi głowa i tym podobne szczegóły. Niekiedy do tych „przesłuchań” włączał się wuj, ale jego interesowały rzeczy znacznie prostsze: nowoprzyjęci żołnierze, szkolenia, wieści z Rohanu...
Tylko Elphir nie zadawał zbyt wielu pytań. Ten czas, jaki udawało mi się wyrwać od ciotki Ileany i młodszych chłopców starałem się dzielić sprawiedliwie pomiędzy wizyty w kwaterze oddziału i fascynujące zbiory biblioteki. I tu zazwyczaj odnajdywał mnie kuzyn, siedzącego przy którymś z pulpitów lub na podłodze w jakimś zakątku między regałami, tam, gdzie moją uwagę pochłonęła lektura. Siadał wtedy koło mnie i od słówka do słówka wyciągał na rozmowę, zazwyczaj o książce, którą właśnie trzymałem w rękach. Znał je doskonale. Poza bibliotekarzami Wielkiej Biblioteki Cytadeli nie spotkałem jeszcze człowieka, który by z takim uczuciem mówił o księgach, a przecież Elphir był ledwie podrostkiem. Cechowało go też poczucie humoru, lekko drwiące i niefrasobliwe podejście do wszystkiego, co napotykał na swojej drodze, czy to były godziny spędzone na deszczu w siodle, czy kolejne pouczenia ciotki. Kiedy już ledwie wymknąłem się pani Ileanie i w bezpiecznym schronieniu biblioteki zastanawiałem się, czy nie postąpiłem niewłaściwie, przychodził i w żartach wykpiwał moją poważną minę. Twierdził, być może nie bezpodstawnie, że nazbyt poważnie traktuję swoje obowiązki młodszego syna Namiestnika i krewniaka księcia Dol Amroth i że mógłbym pozwolić sobie na jakiś żart przy stole, czy swobodniejszą postawę w rozmowie z ciotką. Odpowiadałem mu zazwyczaj, że nie chciałbym burzyć przekonania cioci Ileany o moim dobrym wychowaniu, choć rzeczywiście ciążyły mi te formalne rozmowy z rodziną. Ale ciocia tak bardzo starała się, choćby przy stole, przestrzegać tego tonu, że nie mogłem się temu przeciwstawić. Zwłaszcza, że widziałem też ciocię z potarganymi włosami, roześmianą i zarumienioną, biegającą dookoła stołu, gdy tego domagała się Lothiriel.
Elphir opowiedział mi także o Pethin. Była córką dalekiej kuzynki pani Ileany, sprowadzoną przez ciocię specjalnie po to, by pomogła jej przy dziecku. Sama Pethin mnie o nic nie pytała. Musiała przebywać w moim towarzystwie wraz z Lothiriel, ale odzywała się niemal wyłącznie do podopiecznej i dopiero na trzeci dzień od mojego przyjazdu zaczęła śmielej spoglądać, nie reagując już przestrachem i rumieńcami, kiedy Lothiriel zmuszała nas do wspólnego ustawiania lalek przy przewróconym krześle. Starała się też mówić możliwie mało, prawie przez cały czas skupiając swoją uwagę na zabawkach. Ale gdy raz w zabawie wychyliła się zbyt daleko za drewnianym konikiem i nasze ręce spotkały się przy zabawce, zaczerwieniła się i przestraszyła tak, że przez moment myślałem, iż zaraz ucieknie. Nie uciekła i tylko wymamrotała coś w rodzaju przeprosin, całkowicie niepotrzebnych w tej sytuacji. A jednak... a jednak Lothiriel szybko się wygadała, że to Pethin przypomniała jej o zabawie ze starszym kuzynem. Widziałem też, że gdy bawiąc się z kuzynką oddalam się od dziewczyny, ta natychmiast zaczyna wpatrywać się we mnie tak, że czułem się bardziej niż nieswojo. Rozumiałbym, gdyby na moim miejscu był Boromir, ale ja? Chwilami te ukradkowe spojrzenia Pethin peszyły mnie tak samo, jak ją moje próby nawiązania rozmowy.

Wreszcie słońce pojawiło się nie na krótką chwilę, lecz od świtu zapanowała piękna pogoda. Przynajmniej mnie wydawała się piękna, bo gdy tylko niebo się rozjaśniło, zastałem wuja na murach, gdzie zatroskany liczył pozostające w podzamkowym porcie łodzie. Widocznie wynik tych obliczeń wypadł po jego myśli, bo odwrócił się do mnie wyraźnie zadowolony.
- Zdecydowali się nie ryzykować – oświadczył zamiast powitania.
- Rybacy?
- Tak Faramirze.
- Ale co ryzykują? – popatrzyłem na nabierające błękitnego odcienia niebo. – Wreszcie będzie pogodny dzień. I morze też jest spokojniejsze.
- Nie tak bardzo spokojne, jak potrafi być – wuj oparł się o blanki. W świetle wstającego dnia widziałem, że jego oczy są podpuchnięte i zaczerwienione od braku snu i przybyło mu sporo drobnych zmarszczek. Sprawiał wrażenie starszego o kilka lat niż w dniu mojego przyjazdu. – Morze jest potęgą, chłopcze i to niezwykle kapryśną potęgą. Potrafi zwieść cię i zabić. Szybko i bezwzględnie. Ale też może wykarmić cię i przynieść ci ukojenie... – Uśmiechnął się lekko, z rozmarzeniem. – Nie wolno zapomnieć o szacunku wobec niego. I o ostrożności.
To, co wuj Imrahil mówił mi o byciu karmionym przez morze rozumiałem doskonale. W Dol Amroth nie było posiłku bez ryb, małży czy innych owoców morza. A Elphir i jego bracia mieli doskonałą zabawę, obserwując jak staram się zjeść swoją porcję nie krztusząc się przy tym jakąś zdradliwą ością. Szum morza działał też niezwykle kojąco. Od przyjazdu tutaj, może dzięki temu, że spałem w dawnym pokoju mamy, a może właśnie dzięki stale dobiegającemu zza okna odgłosowi uderzeń fal opuściły mnie koszmary. Ale to co wuj powiedział o kapryśnej potędze morza i niebezpieczeństwie z tym związanym było dla mnie nieco zagadkowe. No cóż, znałem do tej pory tylko potęgę Anduiny, jej zdradliwe płycizny przy zachodnim brzegu i wiry w nurcie wokół ruin Osgiliath, a morze było przecież nieskończenie większe. Jednak w poprzednie dni, mimo deszczu i wiatru, widziałem rybackie łodzie kołyszące się na falach. Dlaczego więc nie wypłynęli dzisiaj? Choćby blisko? Zadałem wujowi to pytanie.
- Idzie wielki sztorm – odpowiedział, jakby to wszystko wyjaśniało. Potem dostrzegł najwidoczniej moje nic nierozumiejące spojrzenie, bo wyjaśnił. – Przed taką burzą ryby uciekają na głębię. Łodzie musiałyby więc płynąć daleko od brzegu, zbyt daleko, by zdołały bezpiecznie wrócić, gdyby wiatr się zmienił. A sztorm może i przygnałby je z powrotem, ale tylko po to, by zmiażdżyć je o brzeg.
Spojrzałem w niebo. Było już błękitne, jasno błękitne z kilkoma delikatnymi jak ptasie pióra obłoczkami, które wstające słońce podbarwiało na różowo. Tylko daleko na wschodzie, nad wzgórzami porośniętymi niewielkimi laskami i winnicami kłębiła się jeszcze masa chmur. Słońce obramowywało ich brzegi złotym konturem, coraz szerzej i szerzej, różowy poblask stawał się coraz jaśniejszy, aż odległe obłoki na moment zamieniły się w fantazyjnie powycinane blachy barwy świeżo zastygłej miedzi i stopionego złota. W wąskim pasie między najniższą chmurą, a odległym zboczem wzgórza pojawiło się oślepiające światło i zaczął się dzień.
- Tak, tu wschód słońca wygląda zupełnie inaczej – usłyszałem gdzieś z boku głos wuja.
Obejrzałem się na niego. Uśmiechał się, nieco smutno, najwyraźniej doskonale wiedząc o czym w tej chwili myślałem.
- Kiedy pierwszy raz wróciłem z podróży do Minas Tirith – powiedział – zjawiałem się na murach co świt, nie mogąc nacieszyć się widokiem wstającego słońca. Ciężko jest żyć tak blisko Cienia... Ale nie mówmy już o tym. Sztorm niewątpliwie nadejdzie, ale mamy jeszcze przed sobą słoneczny dzień. Do tej pory nie miałeś sposobności zapoznać się bliżej z morzem. Chłopcy – wskazał ręką na dziedziniec, gdzie Elphir z braćmi siedzieli na stopniach wejścia – chcą cię zabrać na plażę na dole. Z pewnością masz na to ochotę.

Rzeczywiście nie mogłem odmówić takiej propozycji. Śniadanie więc tego dnia ograniczyło się do ciepłej bułki porwanej ze stojącego na kuchennym blacie kosza i kubka mleka wypitego pospiesznie na korytarzu, podczas gdy w bocznym wejściu Erchirion i Amrothos narzekali na moją opieszałość. Elphir uciszył ich jednak.
- Nie można przecież pogonić samego morza, a zejście będzie niedostępne, aż woda się nie cofnie.
Potem był tylko krótki spacer zadaszonym krużgankiem, malutka furtka ukryta we wnęce muru i już staliśmy na krawędzi urwiska pod zamkiem. Tu, przy głazach podpory, zaczynały się wąskie schodki wykute w klifie.
- Można tu zejść aż na sam dół – wyjaśnił Elphir – ale tylko przy odpływie.
Morze rzeczywiście cofało się. Tak szybko, że gdy zeszliśmy niżej po schodach widziałem strugi wody z szumem przelewające się pomiędzy skalnymi blokami. Fale sięgały jeszcze schodów, ale każda kolejna uciekała dalej i dalej, a kamienie w dole stawały się coraz wyższe. Elphir, do tej pory tak spokojny, przestąpił z nogi na nogę.
- Najbardziej nie lubię tego czekania – uśmiechnął się do mnie przez ramię i zaraz złapał za rękaw młodszego brata. – A ty gdzie się śpieszysz?
- Puść...
- Wiesz, co się od mamy nasłucham, jak sobie buty przemoczysz?
- Wiem... – Erchirion skrzywił się niemiłosiernie.
- Więc wyświadcz mi tę przyjemność, bracie, i przemocz je dopiero wtedy, gdy nie będę patrzył.
- Dooobrze... – mina chłopca świadczyła, że nastąpi to tak szybko, jak tylko będzie możliwe. Zszedł dwa stopnie niżej i przysiadł na skalnej półce.
Białe grzywacze oddalały się z hukiem coraz bardziej, a w nasza stronę coraz częściej podążały tylko płaskie, spienione języki wody. Usłyszałem teraz nowy dźwięk. Łagodny chrzęst drobnych kamieni obracanych falą. Zacieniona, kamienista plaża u stóp urwiska zaczęła się rozszerzać.
- Jeden... dwa... – zaczął odliczać Elphir.
- Cztery... pięć... – dołączyli się jego bracia. Zorientowałem się, że odliczają kolejne fale.
- Ta się nie liczy, za mała – przerwał.
- Liczy! – zaprotestował Amrothos.
- Jak mówię, że się nie liczy, to się nie liczy... siedem... osiem...
- Jedenaście... dwanaście! – krzyknęli i zbiegli w dół po krętych, koślawych stopniach.
- Dlaczego dwanaście? – zapytałem Elphira.
- Dwanaście dużych fal, które nie dotknęły tamtej skały – wskazał na płaski blok kawałek dalej. – Teraz można przejść suchą nogą stąd, aż do przystani. Właściwie, kuzynie... – przeskoczył zręcznie z jednego kamienia na drugi. – Właściwie to można było to zrobić już wcześniej, ale... to taka nasza umowa z chłopakami z wioski, żebyśmy mieli równe szanse – uśmiechnął się szerokim, nieco łobuzerskim uśmiechem.
- Na co? – odwzajemniłem uśmiech.
- Na dobry połów. Choć i tak dzisiaj nic z tego... – Przystanął i rozejrzał się dookoła. Sprawdzał gdzie pobiegli jego bracia lub czegoś wypatrywał. – Ale czasem można tu znaleźć coś naprawdę ciekawego...
Urwał i pomachał do wychodzących zza cypla sylwetek. Jeden z przybyszy krzyknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi i machnął ręką, wskazując wciąż cofające się fale. Elphir odwrócił się w moją stronę.
- Ciebie nie muszę pilnować, prawda? – spytał na poły z przekorą, na poły z nadzieją.
- Raczej nie...
- Dobra... Amrothos!!! Uważaj!!! – wrzasnął na młodszego brata i ruszył w jego stronę. Zostałem sam.
Przybyli chłopcy w większości wyglądali na rówieśników Erchiriona i Amrothosa, kilku było wyraźnie młodszych, kilku starszych. Ci witali się z Elphirem poszturchując i klepiąc po plecach. Szum morza zagłuszał ich słowa, ale widziałem, że co chwila któryś ogląda się w moją stronę. Najwyraźniej Elphir opowiadał im o kuzynie z Minas Tirith. Wszyscy nieśli w rękach dłuższe i krótsze kije, z jednej strony ostro zakończone, z drugiej mające przymocowaną obręcz z siatką. Każdy też miał worek z grubego płótna wepchnięty za pasek. Chciałem zapytać Elphira o kilka rzeczy, ale w tym czasie powitanie zmieniło się już w gwałtowną dyskusję, gdy chłopcy wymachując rękoma spierali się o coś zażarcie, wskazując to w jedną, to w drugą stronę wzdłuż linii fal. Oparłem się o blok skalny i zapatrzyłem na morze, czekając aż skończą.
Tutaj nie było już drobnych kamieni, podobnych do tych leżących u podnóża zamku. Gdzieniegdzie leżał jeszcze pojedynczy głaz, ale cały odsłaniający się brzeg przypominał mi bardziej skalną ścianę, tyle tylko, że leżącą, a nie piętrzącą się nad naszymi głowami. Widziałem rysy, mniejsze i większe szczeliny, głębokie pęknięcia i występy po których ściekała woda. A dalej z kipieli wynurzały się kolejne skalne wysepki, które zaraz potem okazywały się następnymi garbami oddzielonymi od siebie rynnami, w których woda płynęła raz w jedną, raz w drugą stronę.
Kiedy zacząłem wyróżniać w tym terenie mniejsze i większe zagłębienia, coś w rodzaju niewielkich sadzawek, dyskusja miedzy chłopcami skończyła się. Teraz odchodzili, pojedynczo i parami, by przeszukiwać teren odsłonięty przez morze. Widziałem jak schylają się co chwila, końcem kija rozgarniają kępy pozostałych na skałach wodorostów, jak sondują szczeliny i podważają mniejsze głazy.
Podszedłem do najbliższej sadzawki. Woda była krystalicznie czysta, chłodna, przypominała w swej przejrzystości tą w górskich strumieniach. Zerknąłem, czy któryś z chłopców nie patrzy w moją stronę i oblizałem mokre palce. Była słona, właściwie gorzkosłona. Ten lekki posmak, jaki wyczuwałem w powietrzu, tu był skoncentrowany, drażniący. Dno sadzawki wypełniały drobne kamyczki, między nimi połyskiwało coś kolorowego. Zawinąłem rękaw i spróbowałem tego dotknąć. Okazało się to zdumiewająco łatwe, sadzawka była płytka i już po chwili trzymałem w dłoni ułamek muszli. Drobne, barwne kamyczki, które wygarnąłem z dna okazały się także muszelkami o delikatnie nakrapianych zwojach.
Zacząłem przechodzić od sadzawki do sadzawki. Każda była maleńkim światem, naczyniem kryjącym niespotykane, zadziwiające skarby. Wyławiałem muszelki, całe i potrzaskane, ułomki jakiś nierozpoznawalnych przedmiotów, kawałki wodorostów... W jednej z nich wyciągnąłem muszlę, z której otworu wystawało coś przypominającego nogi. Gdy ostrożnie włożyłem ją z powrotem do wody, nogi wysunęły się, za nimi wynurzyły malutkie szczypce i stworzenie przypominające raka pomaszerowało raźnie pomiędzy kamykami na dnie...
Im dalej przechodziłem, tym sadzawki stawały się głębsze i większe. W kolejnej, zasilanej przez płynący skalną rynną strumyk, zobaczyłem rybę. Przewracała się z boku na bok, wyraźnie osłabiona. Amrothos, który właśnie podszedł zobaczyć czemu się przyglądam, aż zapiał z zachwytu. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ryba znalazła się w jego siatce.
- Hej! Braciszku!!! – odezwał się Elphir. – To ryba Faramira. On ją znalazł.
- Daj spokój... – zaprotestowałem widząc jak buzia chłopca gwałtownie się krzywi. – Przecież ja nawet nie mam siatki.
- Taka jest zasada, kuzynie – odpowiedział surowo. – Nie wolno podbierać tego, co kto inny znalazł.
- Dobrze, w takim razie ja daję tę rybę Amrothosowi. – Młodszy z kuzynów spojrzał na mnie z zachwytem. – Mogę to zrobić?
- Oczywiście – Elphir nie oparł się proszącemu spojrzeniu brata.
Amrothos porwał siatkę i popędził do reszty chłopców, przeskakując przez strumyki i kałuże.
- Będzie się tym chwalił przez cały dzień.
- Przecież inni chyba też znajdą ryby?
- Takie duże? Nie dzisiaj...
Elphir przeszedł do następnej sadzawki, przykucnął i kiwnął, bym do niego podszedł.
- Widzisz? – wskazał.
- Nie.
- Popatrz uważnie...
Rzeczywiście, po chwili wpatrywania się w wodę zauważyłem ruch w szczelinie, delikatne wachlowanie płetw. Elphir wsunął powoli koniec kija w wodę i szturchnął. Niewielka ryba przemknęła z jednej kryjówki do drugiej. Zdążyłem tylko zobaczyć żółtawe ciało, brunatne cętki i wypukłość na głowie. Kuzyn znów ją wypłoszył. Tym razem płynęła nieco wolniej, tak że mogłem się jej przyjrzeć.
- Skoczek skalny – wyjaśnił mój kuzyn. – Prawie w każdym dołku mieszka taki jeden. Ta duża, którą dałeś Amrothosowi, zaplątała się tu zupełnie przypadkowo. Zazwyczaj można takie ryby złowić tam – wskazał ręką na koniec skalnej łachy, gdzie kolejne fale strzelały do góry pióropuszami piany. Na wystających skałkach stało już tam kilku chłopców, widziałem jak zarzucają wędki próbując coś złowić.
- Myślisz, że coś złowią?
- Spróbować zawsze warto – uśmiechnął się Elphir. – Wiem, że dzisiaj to akurat mało prawdopodobne, kuzynie, ale zawsze warto spróbować.
Do krańca łachy nie było łatwo dojść. Rozpadliny pogłębiały się, trzeba było skakać z jednego głazu na drugi, ryzykując ześlizgnięcie się i, w najlepszym razie, przemoczenie butów. Balansując na jednym z takich kamieni spostrzegłem Erchiriona, jak brnie kilkanaście kroków ode mnie poprzez wodę sięgającą mu do połowy uda, unosząc wysoko w ręku buty i spodnie. Zauważył, że mu się przypatruję i zamachał do mnie zachęcająco. Amrothos został z tyłu, przy jednej z sadzawek, gdzie starał się coś wygrzebać ze szczeliny.
Wreszcie dotarłem do granicy fal. Tu spękane skały opadały gwałtownie w dół. W przejrzystej, falującej wodzie nie sposób było dostrzec jak jest głęboko i co się tam kryje. Ciemne i jasne plamy zieleni migotały, zacierały się ich kontury. Nie wiedziałem czy patrzę na ciemne głazy, czy na szczeliny, czy może na kępy roślin. W wodzie wirowały kawałki drewna, wodorosty, na powierzchni unosiły się strzępy piany. Z krawędzi ściany ściekały miniaturowe wodospady. W jednym miejscu wypatrzyłem rozpadlinę, sięgającą gdzieś głęboko w dół i znikającą pod płaskim głazem. Za każdym razem, gdy zalewała ją fala, słychać było jakby westchnienie, a na powierzchni pojawiały się dziesiątki bąbelków.
- Tylko nie zastanawiaj się, czy zdołasz tam wejść, kuzynie – usłyszałem za swoimi plecami. Elphir przykucnął na wystającej skale kilka kroków ode mnie i też spoglądał w wodę.
- Czemu?
- Erchirion przeczytał kiedyś o tajemnych przejściach i upierał się, że właśnie tutaj zaczyna się tunel prowadzący do lochów Dol Amroth. Na szczęście złapałem go, zanim wszedł zbyt głęboko...
- Ile miał wtedy lat? – zapytałem.
- Gdzieś dziesięć...
- Ja mam dziewiętnaście – zauważyłem spokojnie.
- Wiem – Elphir uśmiechnął się łobuzersko. – Ale jesteś pierwszy raz nad morzem.
- Dla twojej wiadomości – powiedziałem spokojnie, przyglądając się znikającemu i pojawiającemu się otworowi w skale – w ruinach Osgiliath jest sporo tajnych przejść. A jeszcze więcej jest w Minas Tirith.
- A ty je wszystkie zbadałeś?
- Nie... – pokręciłem głową. – Pierwszy taki tunel uświadomił mi, jak niebezpieczna bywa taka zabawa...
- Nie mów mi tylko, że potem nigdy już nie spróbowałeś do nich wchodzić!
- Tego nie powiedziałem – uśmiechnąłem się lekko do pewnych wspomnień. – Do pierwszego tunelu po prostu wpadłem – wyjaśniłem. – Trwało całą noc, nim mnie stamtąd wyciągnęli.
- Ile miałeś lat?
- Niecałe sześć.
Oczy kuzyna zaokrągliły się ze zdumienia.
- Jesteś lepszy niż moi bracia... – powiedział powoli.
- Weź pod uwagę, że ja też mam starszego brata – przypomniałem.
Elphir rozejrzał się odruchowo dookoła, sprawdzając co robią Erchirion i Amrothos.
- No tak... – pokiwał głową uśmiechając się domyślnie. – A ten następny?
- Znalazłem mapę w bibliotece z zaznaczonym wejściem i wyjściem. I przygotowaliśmy z Boromirem całą wyprawę, z lampami, linami i zapasem prowiantu na tydzień. A tutaj to nawet bym nie próbował wchodzić. Za łatwo ta grota znika pod wodą.
- Przy spokojnym morzu można tam całkiem głęboko i wygodnie wejść. Zresztą cala ta skała z tej strony przypomina królikarnię. Dziura obok dziury.
- Widzę to... A tak przy okazji – rzuciłem – czy rzeczywiście jest w Dol Amroth taki tunel?
- Oczywiście, że jest. I to nie jeden – Elphir uśmiechnął się z satysfakcją. – Ojciec mi je pokazał. I wejście z lochów, i wszystkie wyjścia. Niektóre są nawet pod powierzchnią wody. O, na przykład tamto. – Wskazał ręką ciemną plamę, ledwie dostrzegalną pod falami. – Trzeba mieć niezłe płuca, by się przez nie wydostać. A i to tylko podczas odpływu.
- Więc po co je zbudowano?
- Nie wiem. Część tych korytarzy podobno wydrążyli elfowie, zanim ludzie się tu osiedlili. Może wtedy woda była niżej albo elfowie lepiej od nas pływają... – Elphir obejrzał się przez ramię. – Wybacz, Faramirze – powiedział nagle i przeskoczył na sąsiedni kamień. Już kilka kroków dalej krzyczał na Amrothosa, że ma natychmiast odejść od krawędzi.
Wołanie kuzyna szybko zniknęło w szumie morza. Kawałek dalej fale strzelały przez szczelinę fontannami piany i kropel, woda mlaskała, trzaskała, pluskała... Zasłuchałem się w te odgłosy i zapatrzyłem w zmieniające pod powierzchnią kształty. Głos i widok morza, tak blisko, był taki kojący... To coś, co usypiało mnie tutaj co noc i sprawiało, że przestałem się obawiać snów, teraz przemówiło znowu. Tym razem nie była to kołysanka, ale tajemnica, jakiś głos, gdzieś na granicy zrozumienia, opowiadający coś, co powinienem znać. Zielonkawa woda wydawała się dywanem, zwierciadłem, lustrem... Bramą do innej krainy, gdzie wszystkie kolory blakną i zmieniają się, gdzie znane dawniej kształty nabierają nowego znaczenia. Te fale ukrywały pod sobą niezliczone sekrety, a mnie wydawało się w tej chwili, że jeśli ich dobrze posłucham, powiedzą mi co kryją i jak tam dotrzeć. Przechyliłem się lekko do przodu, wpatrując się w ruch i kształty tam poniżej, skupiając całą swą uwagę...
Plask! Zimna woda oblała mój policzek budząc z tego snu na jawie. Wstrząsnąłem się, zaciskając jednocześnie kurczowo palce na krawędzi skały, by nie stracić równowagi i nie znaleźć się w wodzie. Rozejrzałem się dookoła i cofnąłem wyżej na skałę, by na mojej twarzy nie wylądował kolejny zimny prysznic. Wiatr zmienił się nieco i fale urosły. Teraz pióropusze piany wznosiły się znacznie wyżej, co poniektóre fale wlewały się z powrotem na skałę. Od rozmowy z Elphirem minęło już trochę czasu i słońce stało nad naszymi głowami. Niebo było niemal idealnie błękitne, tylko horyzont rozmywał się w delikatnej białawej mgiełce.
Bez zdziwienia zauważyłem, że chłopcy na skałkach zbierali się już do odejścia. Trudno było wytrzymać w fontannach wody. Elphir, niebezpiecznie balansujący na głazie, zauważył, że się rozglądam i zamachał nagląco ręką wskazując zamek. Trzeba było wracać.

W środku nocy obudził mnie hałas. Przez kilka chwil siedziałem oszołomiony, niepewny gdzie się znajduję i co się dzieje dookoła, aż przez okiennice przedarł się rozbłysk światła i kolejny huk. Burza, o której mówiliśmy od świtu, podeszła w końcu bliżej.
Wstałem i uchyliłem ostrożnie okiennicy. W Białym Mieście burze były niesamowitym widowiskiem. Przy odrobinie szczęścia można było obserwować, siedząc wysoko na murach Cytadeli, jak nadciągają wzdłuż doliny Anduiny ogromne, spiętrzone wysoko masy chmur. Lśniące bielą i podbite granatowym mrokiem od dołu migotały błyskawicami i zasłonami deszczu pochłaniały krajobraz pod sobą. Błyskawice przypominały z tej odległości niezwykle powyginane lśniące gałązki, a grzmoty były wtedy odległym pomrukiem. Burza zbliżała się, błyski stawały się coraz wyraźniejsze, grzmot narastał do łoskotu, który wprawiał w drżenie Wieżę Ectheliona, bo to na jej szczyt zazwyczaj pędziliśmy z bratem, by obejrzeć widowisko z bliska. Aż z trudem powstrzymywaliśmy się od ucieczki, gdy pioruny zdawały się uderzać z suchym trzaskiem w sam szczyt wieży i zbocza Mindolluiny górujące nad miastem. Były też inne burze. Zimowe, które dawały się dostrzec tylko nocą, jako odległe migotanie na szczytach Gór Cienia, tam gdzie odległość tłumiła wszelkie hałasy, a wartownicy w obozach Strażników przeklinali je za lodowaty deszcz o niemiłym posmaku i lawiny błota spływające ze stoków gór.
A teraz mogłem zobaczyć burzę nad morzem. W pierwszej chwili wydawało mi się, że niczym się nie różniła od tych widzianych w domu. Pioruny trzaskały sucho, podłoga pod stopami i okiennice drżały od grzmotów. Niebo rozświetlały co chwila zygzaki błyskawic. Widziałem jedną, dwie, trzy... rozwidlające się, skręcające, rozwidlające się znowu, oślepiające zimnym, białobłękitnym blaskiem. Niektóre z nich rozbłyskiwały gdzieś wysoko i w ich świetle dostrzegałem przesuwające się masy chmur.
A potem popatrzyłem w dół. Pod zamkiem morze przypominało wrzący kocioł. Kolejne błyskawice oświetlały ogromne fale, pióropusze piany strzelające pod niebo tam, gdzie jeszcze rano chodziłem z Elphirem i resztą chłopców, gdzie w spokojnych sadzawkach łowiliśmy ryby i leżały barwne muszelki. Chwilami wydawało się, że woda odsłania pojedyncze głazy, przepychane i przesuwane przez fale.
Zamarłem zauroczony tym widokiem, nie czując najmniejszego lęku, lecz fascynację. Nagle zacząłem rozumieć, co miały na myśli wszystkie opowieści mówiące o gniewie Ossego. Morze w dole było żywą istotą, rozzłoszczoną, niechętną czemukolwiek, co chodziło na dwóch nogach, czy ośmieliło się zawędrować w jego włości. Żaden ptak nie mógł się nad nim unosić, żadna łódka przetrwać tego szaleństwa. Onieśmielało, kazało podziwiać w nagłej pokorze swoją potęgę... i dziękować Valarom, że było się w tej chwili na brzegu, daleko poza zasięgiem fal. Wszystkie moje sny i koszmary o morzu, o jego gniewie i sile poszły nagle w niepamięć. To co zobaczyłem, było po stokroć wspanialsze.
Nagle zapragnąłem ujrzeć to z bliska, poczuć na własnej skórze wiatr i deszcz. Wymknąłem się z pokoju, tylko w spodniach i koszuli i ruszyłem korytarzem w stronę bocznego wyjścia na mury. Boso, by nie zdradzić się stuknięciem butów i po omacku, by nie zdradził mnie płomień świecy. Kolejne błyskawice oświetlały mi drogę. Zasuwa w drzwiach odsunęła się bezszelestnie, leciutki skrzyp zawiasów bardziej poczułem pod dłonią niż usłyszałem wśród kolejnych grzmotów. Kilka kroków zadaszonym krużgankiem i już stałem przy zagłębionej w mur furtce, przez którą wychodziłem rano z kuzynami.
Otworzyłem ją i tu dopiero poczułem prawdziwą siłę burzy. Od uderzenia wiatru zaparło mi dech i zatoczyłem się do tyłu, opierając o zewnętrzny mur. Deszcz zacinał niemal poziomo, zalewając oczy, pod plecami czułem strużki wody. Ściekała po kamieniach, tryskała fontannami z wąskich przepustów w piętrzącej się nade mną ścianie. Następna błyskawica oświetliła schody na plażę zamienione w strumień. Zejście nimi było szaleństwem, rzeczą niemożliwą do wykonania.
Zszedłem jednak. Nie wiem, co mnie w tamtej chwili opętało. Noc, burza, morze szalejące tam na dole, które koniecznie chciałem zobaczyć z bliska? Nie wiem tego do tej pory. Po prostu zsunąłem się, na czworakach, wymacując piętami stopnie i wczepiając palce w pęknięcia skalnej ściany, ignorując wodę. Spełzałem tak od stopnia do stopnia, aż w kolejnym załomie schodów zatrzymał mnie inny niż dotychczas smak wody ściekającej na usta. Sól.
W blasku błyskawic zobaczyłem falę z niewiarygodną prędkością cofającą się w dół i atakującą od nowa. Uderzyła o skały i zmieniła się w fontannę piany, sięgającą ponad moją głowę, a w trzasku pioruna usłyszałem nowy dźwięk, huk uderzeń przyboju. Znieruchomiałem, a bryzgi oblały mnie raz i drugi, i znowu...
Na szczęście dla mnie deszcz był bardziej chłodny niż zimny. Nie wiem, jak długo siedziałem tam na stopniu. Spałem tam? Wciśnięty w skalny załom, pomimo huku i wody? Śniłem z otwartymi oczyma? Deszcz i fale jakby wymyły z mojej głowy wszelkie myśli, refleksje, poczucie czasu... Tak jak rano zdawało mi się, że słyszę czyjś głos, tak teraz wydawało mi się, że widzę coś więcej niż fale i odsłaniane dno, że ktoś tam jest, ktoś, kto przygląda się ludzkiej istocie uczepionej skalnej ściany. Wreszcie wydało mi się, że dostrzegam statek o wysokim dziobie, a w następnym rozbłysku był to kłąb piany, daleko wśród fal i dopiero ta wizja przywróciła mnie do rzeczywistości.
Burza zaczynała się oddalać. Uderzenia piorunów były coraz rzadsze, odleglejsze, wiatr i deszcz nieco osłabły. Nad grzmotami zaczął górować przybój. Obróciłem się ostrożnie i znów na czworakach wpełzłem na szczyt schodów. Stanąć nie mogłem. Nadal podmuchy wiatru groziły zrzuceniem z klifu, a woda zalewała stopnie. Dopiero przy furtce poczułem ukłucie niepokoju. Jeżeli w czasie, gdy byłem na zewnątrz przechodził koło niej któryś z żołnierzy, jeżeli zauważył odsunięte rygle... to w najlepszym razie mogłem się spodziewać nieprzyjemnej rozmowy z wujem, a w najgorszym – byłem uwięziony po tej stronie muru. Jakoś nie przyszło mi to do głowy, gdy wychodziłem na zewnątrz, tak samo jak to, że z łatwością mogłem spaść i zniknąć bez śladu.
Jednak furtka była otwarta i nie miałem kłopotów z powrotem w obręb murów, chociaż już widziałem oczyma duszy, jak doczekuję ranka skulony na deszczu i zmarznięty lub spotykam ukrytego w pobliżu otwartej bramy żołnierza, czekającego w zasadzce, by zobaczyć, któż to wykrada się nocą z zamku i gotowego podnieść alarm. Może przeoczono to dlatego, że furtka otwierała się na zewnątrz i z obu stron osłaniała ją wnęka w murze, a może dlatego, że omijało ją światło jedynej latarni kołyszącej się na podwórcu w podmuchach wiatru. A może pełniący tu wartę żołnierz przeczekiwał burzę gdzieś na murach, w dolnej sali którejś z baszt, choć trudno było mi wyobrazić sobie taką niedbałość. Jakakolwiek była tego przyczyna, nikogo nie było w pobliżu.
Za to szczęście opuściło mnie na końcu krużganka. Boczne wejście było zamknięte. Najwidoczniej ktoś wewnątrz nie spał tej nocy lub też któraś ze służebnych kobiet sprawdzała co noc, czy wszystkie drzwi są dobrze zamknięte. Tak czy inaczej, nie mogłem już wrócić niepostrzeżenie do swego pokoju. Nagle zacząłem sobie zdawać sprawę z konsekwencji tej nocnej wycieczki. Byłem boso, w cienkiej koszuli i spodniach, całkowicie przemoczony. Musiałem natychmiast znaleźć jakieś ciepłe miejsce, bo pomimo że nie stałem na deszczu lecz w osłoniętym przejściu, zaczynałem już dygotać i dzwonić zębami z zimna. Nocne hałasy pod drzwiami i domaganie się wpuszczenia nie wchodziły w grę, gdyż choć zdawałem sobie doskonale sprawę, iż będzie rzeczą niemal niemożliwą, by wuj się o niczym nie dowiedział, wolałem, by nie nastąpiło to w tej chwili.
Odwróciłem się wiec z westchnieniem od zamkniętego wejścia i ruszyłem wzdłuż muru, gdzie ściana zapewniała mi pewną osłonę przed wiatrem. Ominąłem główne wejście, potykając się w mroku o stopnie i wpadając na jedną z donic ciotki Ileany, bez przekonania sprawdziłem, czy nie są przypadkiem otwarte drzwi kuchenne, ominąłem furtkę do ogrodu, znów wpadłem na donicę z bukszpanem boleśnie obijając sobie palce u nóg i kolano i wreszcie dotarłem do celu swej nocnej tułaczki. Wrota stajni na szczęście nie były zamknięte i z westchnieniem ulgi zniknąłem w zacisznym schronieniu.
Było ciemno i cicho, przez szum deszczu, wiatru i morza ledwie słyszałem szelesty słomy i tupnięcia koni. Wymacałem prawą ręką belkę pierwszego boksu i ruszyłem, starając się stąpać jak najciszej. Wreszcie dotarłem na koniec stajni, tam gdzie w wolnym boksie złożono siano i zakopałem się w nie możliwie najgłębiej. Wilgoć z ubrania wsiąkła w siano, rozgrzałem się powoli i nawet nie spostrzegłem, kiedy zasnąłem głęboko.

- Skąd się tutaj wziąłeś?
- C-co? – wymamrotałem. Nie miałem zamiaru jeszcze wstawać, z pewnością pora nie była aż tak późna.
- Skąd jesteś? – głos powtórzył pytanie znacznie ostrzej. Ktoś potrząsnął moim ramieniem, najwidoczniej starając się mnie dobudzić.
- Z Minas Tirith... – wymamrotałem pierwszą rzecz, jak przyszła mi do głowy, odgarniając włosy i zeschłe trawki z twarzy. Otworzyłem jedno oko i spostrzegłem pochylającego się nade mną mężczyznę. Za jego ramieniem dostrzegłem okno stajni. Już świtało.
Usiadłem, przerażony. Już świtało! Zaspałem! Chciałem przecież tylko doczekać w cieple stajni chwili gdy zacznie się przejaśniać i sprawdzić czy ktoś nie otworzył drzwi na krużganek! A tak mało, że straciłem tę możliwość, ale w dodatku ktoś mnie spotkał. Ja zaś nie miałem pojęcia jak mu wytłumaczyć i swoją obecność w stajni i, powiedzmy szczerze, nieco opłakany wygląd. No i to, że powinienem unikać spotkania z księciem Imrahilem przynajmniej do śniadania.
Mężczyzna pokręcił głową.
- Z Minas Tirith? Jeden z tych wojaków? Coś ci powiem, chłopcze. Nie wyglądasz na jednego z nich.
- Jestem z Minas Tirith – powiedziałem już spokojnie. – Nazywam się Faramir.
- I sądzisz, że ja ci uwierzę? – pokiwał głową z pełną namysłu miną. Przyjrzał mi się uważnie. – Powiedz no mi chłopcze, który to twój koń? – spytał.
Wstałem i wychyliłem się z boksu.
- Ten gniady ze strzałką – pokazałem. Dwie przegrody dalej Elimar dosłyszał mój głos i wystawił łeb w nadziei, że poczęstuję go marchewką. Mężczyzna uśmiechnął się nieoczekiwanie.
- Wygląda na to, że rzeczywiście was zna – powiedział. – Wybaczcie staremu, paniczu, ale nieczęsto spotyka się książęcego krewniaka śpiącego w sianie.
- Wyszedłem nocą na mury – przyznałem się. – A teraz muszę wrócić do siebie niepostrzeżenie...
Stajenny uśmiechnął się szeroko.
- Drzwi od oficyny są już otwarte, paniczu – powiedział. – Powinien panicz przejść tamtędy bez kłopotów.
- Dziękuję – powiedziałem i ruszyłem do wyjścia możliwie szybkim krokiem, starając się nie zdradzić jak bardzo jestem zesztywniały po nocnej wycieczce.
Rzeczywiście niewielkie drzwi przy murze były uchylone, a korytarz za nimi wypełniał się ciepłem kuchni i zapachem pieczonego chleba. Gdzieś w głębi brzęczały naczynia, słychać było przyciszony gwar porannych rozmów. Wystarczyło tylko parę kroków, bym znalazł się przy schodach prowadzących na piętro. Kilka chwil później byłem już w swoim pokoju i szukałem grzebienia, by pozbyć się z włosów resztek siana, nim zjawię się na śniadaniu.

Nocny sztorm uszkodził poważnie falochrony osłaniające port poniżej zamku, rzucił na brzeg jeden z okrętów i kilka łodzi rybackich. W okolicy było kilka uszkodzonych dachów i powalonych drzew, które nie wytrzymały nocnej wichury. Na szczęście, choć pioruny uderzały tak często, nie było żadnego pożaru. Były to jednak ostatni szkody spowodowane złą pogodą. Wypogodziło się, pocieplało i wydawało się, że wreszcie lato przypomniało sobie o Dor-en-Ernil.
Te pogodne dni spędziłem w siodle. Już na drugi dzień po burzy, gdy tylko było jasne, jakie szkody powstały w najbliższej okolicy, wuj Imrahil zapowiedział wyjazd gdzieś dalej. I pojechaliśmy, z niewielką eskortą ludzi z Dol Amroth, sprawdzić jak przetrwały niepogodę okolice Edhellond po drugiej stronie zatoki.
Cirannon i jego ludzie pozostali w Dol Amroth. Wyjazd tu miał być dla nich okresem wypoczynku po służbie w Osgiliath, ale powódź nie pozwoliła na to i tak jak większość żołnierzy z zamku przepracowali niejeden dzień przy groblach i tamach. Teraz, gdy wreszcie wszystko szło ku dobremu, mogli naprawdę odpocząć, choć Cirannon twierdził, że odpoczynkiem jest sam pobyt w miejscu, gdzie nie widać na horyzoncie Gór Cienia. Po raz pierwszy jednak skorzystałem z autorytetu syna Namiestnika i przekonałem go, że dla oddziału korzystniejsze będzie spędzenie tych kilku dni w wygodach gościnnych koszar zamku niż tłuczenie się w siodłach od stanicy do stanicy i sypianie gdzieś po stajniach. Ja sam chciałem jechać do Edhellond, szczególnie po tym, jak Elphir mi powiedział, że nazwa tego nadbrzeżnego miasteczka pochodzi od istniejącej tam kiedyś osady elfów.

Stryszek stajni przy strażnicy był mroczny i duszny. Powietrze przesycone mieszaniną zapachów siana i koni doprowadziłoby mnie do bólu głowy gdybym przezornie nie ulokował swego posłania przy niewielkim okienku w szczytowej ścianie. Kwatery stacjonującego tu garnizonu były ciasne, jego dowódca odstąpił swoją komnatę księciu Imrahilowi, a większość oddziału spała w stodole i pustym magazynie. Tylko giermka wuja, Elphira i mnie spotkało to wyróżnienie, że mogliśmy spać na sianie na poddaszu stajni.
Niebo w okienku zszarzało, gdy obudziło mnie pociągnięcie za kostkę. Zgrzany i niewyspany ledwie rozróżniłem w półmroku twarz klęczącego obok Elphira.
- Wstawaj kuzynie – wyszeptał.
- Co się stało ?
- Nic... Nie masz ochoty na małą poranną przejażdżkę?
- A co na to ojciec?
- Nic. Wolno mi tutaj jeździć – O ile mogłem dostrzec, Elphir uśmiechał się szeroko. – No i cały ranek będzie zajęty raportami i inspekcją. Poza tym szybko wrócimy.
Kiedy prowadziłem osiodłanego Elimara do półotwartej bramy w palisadzie, Elphir już stał tam zajęty rozmową z wartownikiem.
- Zostawiłem mu kartkę dla ojca, by nie zastanawiał się, gdzie się podzialiśmy – wyjaśnił, gdy już odeszliśmy od stanicy. Podał mi ciepłą jeszcze bułkę z kawałkiem wędzonego mięsa. – Trzymaj. Niczego innego jeszcze w kuchni nie było.
Świat był białoróżowy. Słońce musiało już wyjść zza linii horyzontu, ale nie było go widać zza gęstej mgły, jaka nadeszła w nocy i teraz zakrywała wszystko gęstym oparem. Odeszliśmy ledwie kilkanaście kroków od stanicy, a już jej palisada i zabudowania zniknęły, jakby ich nigdy nie było. Piaszczysta ścieżka prowadziła nas ze nadmorskiego wzgórza na plażę. Przeprowadziliśmy konie koło słupów z rozwieszonymi sieciami i wyciągniętych na brzeg rybackich łodzi aż nad sam brzeg morza. Woda była gładka jak lustro, jak powierzchnia rzeki. Przy samym brzegu łamały się z delikatnym pluskiem malutkie falki. Było cicho... wszystkie dźwięki zdawały się znikać we mgle. Wydawało się, że jesteśmy sami na świecie...
Kiedy oddaliliśmy się już od stanicy i osady rybaków, Elphir ściągnął wodze Albatrosa.
- Twój koń ma wyraźnie ochotę pobiegać – zauważył. Jakby na potwierdzenie jego słów, Elimar zadrobił w miejscu i potrząsnął głową.
- Wypoczął przez te wszystkie dni deszczu w stajni – poklepałem go uspokajająco po szyi. – I chyba trochę się znudził.
- Czy ścigacie się w Minas Tirith?
- Ścigamy – uśmiechnąłem się widząc do czego zmierza kuzyn. – W ostatnim wyścigu Elimar i ja przegraliśmy tylko z jednym z posłańców. Był dosłownie o nos szybszy.
- Taki dobry?
- Pochodzi z Rohanu. Tam są najlepsze konie świata.
- Założysz się o to?
- Nie. Nie lubię się zakładać – wyjaśniłem widząc jak Elphir już otwiera usta by zaprotestować. – Ale jeśli chcesz się pościgać ...
- Zawsze się tutaj ścigamy – Elphir wskazał ręką na wilgotny piasek plaży. – Stąd, aż do trzeciego strumienia. Spróbujemy?
Skinąłem głową i ściągnąłem wodze Elimara.
- Na trzy, zgoda? Raz – odliczył kuzyn – dwa .... i trzy!
Wyrwaliśmy do przodu. Wilgotny piasek dudnił pod kopytami, wydmy porośnięte rzadkim laskiem tylko migały we mgle gdzieś z boku. Elimar gnał z entuzjazmem, rzeczywiście był już znudzony pobytem w zamkowej stajni, a wyjazd do Edhellond niewiele go utemperował. Albatros jednak niewiele mu ustępował szybkością, a Elphir był nieco ode mnie lżejszy. W tej mgle nie mogłem też zobaczyć gdzie jest ten trzeci strumień i dokąd właściwie się ścigamy. Zanim więc przemknęliśmy przez pierwsze płytkie rozlewisko wiedziałem, że jeśli w ogóle wygram ten wyścig, to nie będzie to łatwe zwycięstwo. Strumień rozbryznął się wokół nas deszczem kropel, gdzieś z boku ledwie zamajaczyły słupy z rozwieszonymi sieciami, wywrócona do góry dnem łódka, dach chaty... Elimar zwolnił trochę wpadając w wodę i Albatros natychmiast go wyprzedził, a kuzyn krzyknął triumfalnie. Roześmiałem się tylko w odpowiedzi. Właściwie bowiem... po co się ścigaliśmy? Jakie to miało znaczenie? Jak dla mnie – żadnego. Cieszyła mnie sama jazda.
Kawałek od strumienia brzeg stał się bardziej stromy. Sztorm pozostawił tutaj wał więdnących wodorostów, a pas mokrego piasku po którym jechaliśmy, dotychczas szeroki, wyraźnie się zwęził. Teraz już nie mogłem zrównać się z Elphirem. Minęliśmy drugie płytkie rozlewisko, zapewne ujście drugiego strumienia. Kilka chwil później mokry piasek rozszerzył się w płaski cypel. Elphir wykorzystał swoją przewagę i wjechał tam pierwszy.
I wtedy to się stało.
Zobaczyłem w pierwszej chwili, że Albatros się potyka. Ściągnąłem wodze i skręciłem w bok, na suchy piasek, by nie wpaść na niego i dać szansę by wierzchowiec odzyskał równowagę, ale Elphir już leciał w powietrzu, jak wyrzucony z katapulty, a koń przewrócił się z przerażonym kwikiem. Elimar potknął się także na piaskowym wale i ledwie zdołałem utrzymać się w siodle.
Elphir przetoczył się po piasku i usiadł, ale Albatros... Valarowie, Albatros! Biedny koń spróbował wstać i natychmiast zapadł się w piachu niemal po brzuch, jakby w tym miejscu twardy grunt stał się wodą. Przerażone zwierzę zaczęło się szamotać.
Zeskoczyłem z Elimara, ale ledwie zrobiłem krok do przodu, zatrzymał mnie krzyk.
- Nie!!!! – Elphir także zapadł się w piasku, nieco powyżej kolan. – Nie tędy!!! Złapie cię!!
Spojrzałem na swoje stopy. Mokry piasek zamknął się wokół kostek.
- Nie tędy!! – ledwie słyszałem kuzyna przez rżenie przerażonego konia. – Górą!
Skoczyłem na wał suchego piasku i zwiędłych wodorostów nad pułapką. Przebiegłem tamtędy i spróbowałem dosięgnąć dłoni chłopaka. Za daleko!! Był za daleko!!! Spróbował zrobić krok w moją stronę i natychmiast zapadł się nieco głębiej. Rozejrzałem się dookoła. Nic! Ani kawałka pnia wyrzuconego przez sztorm, ani gałęzi. Dalej na brzegu z pewnością rosły drzewa, ale zanim coś znajdę, będzie za późno. Piasek zdawał się wsysać Elphira. W pośpiechu zerwałem kaftan. Za mało!!
- Rzuć swoją tunikę!!
Pobladły Elphir ściągnął z siebie ubranie, zwinął w kulę i cisnął do mnie. Związałem rękawy.
- Łap!!!
Za mało!!! Znowu za mało!!! Brakowało jeszcze łokcia, może mniej... Wszedłem na zdradziecki piasek. Krok, drugi... Szeroko otwarte oczy kuzyna przypominały czarne dziury, był blady z przerażenia, ale spokojny. Tylko wargi mu dygotały.
- Łap!!!
Udało się!!! Dosięgnął...
- Powoli... – skręciłem w dłoniach materiał, by zwinął się w prymitywną linę – Spróbuj teraz...
Elphir pełzł po piasku. Przyciągałem go do siebie piędź po piędzi. W dłoniach czułem jak trzeszczy tkanina i błagałem w myśli wszystkie potęgi świata, by wytrzymała jeszcze chwilę. A na stopach czułem jak wilgotny piasek pełznie w górę butów, powoli i nieubłaganie więżąc mnie w pułapce. Przerażone rżenie konia świdrowało w uszach.
Piędź po piędzi, piędź po piędzi. Jeszcze tylko łokieć, jeszcze pół... Złapałem za go rękę, pociągnąłem krok w tył czując jak noga zapada mi się nagle w głąb... Przewróciłem się, ale na suchy bezpieczny piasek, a Elphir był razem ze mną. Uratowany.
Odpełzliśmy do góry. Chłopak niemal szlochał.
- Albatros...
Wierzchowiec nadal się szamotał, już znacznie słabiej, mokry od potu i wpół oszalały. Chwilami udawało mu się odrobinę podźwignąć zadem czy przodem, ale zaraz zapadał się nieco głębiej. I krzyczał. Krzyczał z przerażenia i rozpaczy. Był od nas ledwie o parę łokci, parę kroków zaledwie, jednak za daleko, bym mógł go dosięgnąć i pomóc mu w jakikolwiek sposób. Choćby skrócić nożem te męczarnie.
- Albatros... – powtórzył Elphir. – Chodź!!
Koń usłyszał chyba, bo szarpnął się w naszą stronę. Nie mogłem go tak zostawić. Zacząłem pełznąć na czworakach w jego stronę, w każdej chwili gotowy do cofnięcia się do tyłu. Dłonie i kolana zanurzały się płytko w piachu, ale jakoś utrzymywałem równowagę. Nie myślałem, starałem się nie myśleć o tym, że gdy pułapka zacznie mnie chwytać nie zdążę się już cofnąć.
Rzemienie wodzy zacięły mnie w policzek z taką siłą, że na moment oślepłem od łez. Zdążyłem jednak złapać plecionkę i unieruchomić głowę konia.
- Spokojnie... spokojnie... – Teraz istniały dla mnie tylko przerażone oczy Albatrosa. Umilkł. Widział mnie i zdawał się błagać o ratunek. Trzymałem go i co dalej? Nie byłem przecież w stanie wyciągnąć konia za wodze, nikt nie był w stanie.
- Może da radę... Poczekaj... – Elphir wpełzł za mną. Po chwili klęczeliśmy obok siebie, trzymając rzemienie. – Jeśli zdoła zwrócić się w tę stronę... tu piasek będzie twardszy...
Jakby rozumiejąc o czym mówimy Albatros szarpnął się znowu, niemal wyrywając nam wodze. Rzuciliśmy się do tyłu.
- Chodź!! – krzyknął Elphir. Wierzchowiec poderwał się posłusznie. I bezskutecznie.
- Chodź!!! – Jeszcze jedna próba, znów nieudana.
- CHOOODŹ!!! – głos kuzyna załamał się. Koń szarpnął się jeszcze raz, niemal wydobył przednie nogi, ale zaraz zapadł aż po pierś.
- Nie da rady ... – Elphir właściwie wyszeptał te słowa.
- Pójdę do niego ... – Nie mogłem zmusić się, by powiedzieć po co.
- Nie! – potrząsnął głową kuzyn i pociągnął wodze jeszcze raz. – Chodź!!!
I koń spróbował się poderwać. Z bolesnym stęknięciem zapadł się zadem niemal po ogon, ale... Ale wyrwał przednie nogi. I gdy tył osuwał mu się w piach, Albatros uderzył kopytami do przodu, o włos mijając Elphira i mnie. Oparł się na przednich nogach i natychmiast zapadły mu się w piasku, lecz płycej, ledwie ponad kolana. Teraz my cofnęliśmy się ciągnąc wodze. Jeszcze jeden wysiłek, jeden wysilony oddech... Albatros wyrwał zad, zaparł się na twardszym gruncie... Przewróciliśmy się w bok, ledwie unikając kopyt. Koń wyrwał się z pułapki. Sypnął nam w oczy suchym piaskiem ze szczytu wału i zniknął. Elphir pierwszy dopadł miejsca, gdzie mógł już bezpiecznie stanąć na nogi i pobiegł za nim. Gdy wstałem, zobaczyłem ich o kilkanaście kroków dalej – koń stał na drżących nogach, a Elphir przytulał do siebie jego głowę. Przez szum morza usłyszałem szloch. Odwróciłem się i poszedłem schwytać Elimara. Mój kuzyn potrzebował chwili samotności by się uspokoić.

Ja też potrzebowałem.

Zatrzymaliśmy się na postój ledwie kilkadziesiąt kroków dalej, przy brzegu trzeciego strumienia. Mgła nadal się nie podnosiła. Cały świat wydawał się być ograniczony do płytkiego rozlewiska strumienia, kilku wyrzuconych przez sztorm pni drzew, spokojnej, szarej tafli morza. Elphir rozsiodłał Albatrosa, sam umył twarz i otrzepał ubranie. Wytarliśmy konia starannie i okryliśmy naszymi tunikami, by zwierzę choć trochę odpoczęło. Teraz mój kuzyn siedział na zbielałym, odartym z kory pniu i w milczeniu przesypywał między palcami piasek i drobne kamyczki, gdy ja krążyłem powoli dookoła prowadząc wyczerpanego konia.
- Nie mów ojcu – poprosił w pewnej chwili.
- O czym?
- Że... – przesunął dłonią po policzku, jakby ocierał łzy.
- Dobrze – obiecałem. Mogło się to wydawać dziwne, ale doskonale pamiętałem, jak ja sam wstydziłem się w podobnej sytuacji.
- Pewnie myślisz, że ze mnie jest baba... – Elphir odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
- Nie.
- Naprawdę? – zerknął na mnie z ukosa.
- Naprawdę.
- Ale się popłakałem.
- To normalne – wyszukałem pod butem płaski kamyk i spróbowałem tak rzucić go na wodę, by się odbił. Nie wyszło mi. Przywiązany w pobliżu Elimar zastrzygł uszami na pluśnięcie. – To dlatego, że niemal zginąłeś.
- A ty... płakałeś kiedyś?
- Przy kimś? Rok temu po potyczce – odpowiedziałem. – Też mnie wtedy omal nie zabili.
Chłopak odetchnął głęboko i wyraźnie się wyprostował.
- To o tym nie lubisz mówić?
- Tak.
- Jeszcze trochę poczekamy. Musi odpocząć – zgarnął znów garść piasku i zaczął wybierać kamyki. Nie miał zamiaru więcej mnie wypytywać o potyczkę i byłem z tego zadowolony. Wolałem nie wracać do wspomnień z tamtego dnia.
- Co to właściwie było? – zapytałem.
- Ruchome piaski. Chodź – podniósł się z pnia.
Wróciliśmy nad brzeg. Przez ten czas, gdy byliśmy nad strumieniem morze cofnęło się jeszcze dalej i łacha piasku znacznie rozszerzyła. Nadal widoczne było miejsce, gdzie Albatros wyrwał się z pułapki i część śladów wskazujących skąd wydostał się Elphir. Dalej nie było żadnego znaku. Jakby piasek spłynął jak woda.
Elphir podrzucił w dłoni znaleziony na brzegu nieco większy kamień. Przyjrzał się uważnie łasze i cisnął go niedaleko miejsca gdzie utkwił. Kamień spadł na piach i... zniknął.
- Jakbym upadł łokieć bliżej wody – mruknął ponuro – jakbym wjechał na to nieco wcześniej...
Kopnął ze złością piasek.
- Ktoś zaniedbał swoje obowiązki – stwierdził. Odwrócił się, przejął ode mnie wodze konia i poprowadził go w stronę lasku.
Nie poszedłem za nim. Obszedłem dookoła cały niebezpieczny obszar, uważając, co dzieje się pod moimi nogami. Od strony brzegu mogłem spokojnie wejść już kilka kroków nim piasek zaczynał ustępować pod butami, ale przy wodzie zrobiłem tylko jeden krok i odskoczyłem jak oparzony. But błyskawicznie zapadł mi się powyżej kostki.
- Faramirze!! – krzyknął Elphir. – Oszalałeś??
- Co się stało?
- Przy wodzie jest najbardziej niebezpiecznie.
Mój kuzyn wrócił taszcząc w ręku pęk zielonych gałęzi. Zaczął je wbijać w wał, w odstępach mniej więcej kroku, zaznaczając gdzie zaczynała się pułapka.
- To... – wbił gałąź i pochylił w stronę morza – rozszerza się nad wodą. Na linii fal piasek jest niemal tak stały jak woda. – Wbił kolejną gałąź. – Jak woda się cofa przy odpływie, piach nieco gęstnieje, ale zawsze jest niebezpieczny. Tam gdzie stałeś mogłeś zniknąć jak ten kamień. – Skończył wbijać gałęzie i otrzepał dłonie. – No, już nikt w to nie wpadnie. Przynajmniej do zmierzchu.
- A właściwie... – zapytałem ostrożnie – właściwie dlaczego my w to wpadliśmy ?
- Bo ktoś zaniedbał swoje obowiązki – powiedział ponurym tonem. Spojrzał na mnie i wyjaśnił. – Tego tutaj nie było. Wiem, myślisz sobie, że przez nieostrożność wjechałem prosto w pułapkę, ale tego tutaj nie było. Takie miejsca pojawiają się w tej okolicy, ale dotychczas były znacznie dalej. Zawsze po sztormie wyruszał ktoś z wioski czy stanicy, by przejść odcinek brzegu i zaznaczyć takie pułapki – mówił. – Tu akurat brzeg był uważany za bezpieczny. Nie mam pojęcia jak to tu powstało. No i dlaczego...
- Ktoś zaniedbał?
- Właśnie – przytaknął ponuro i westchnął. – Będę musiał powiedzieć o tym ojcu. Teraz jest już zaznaczone i póki fale tego nie zmyją, każdy będzie wiedział, że to miejsce trzeba omijać. Ale większa fala w nocy może zmyć gałęzie...
- A jak oznaczają tamte miejsca?
- Żerdziami i kawałkami płótna, żeby było widać z daleka – Elphir ruszył w stronę lasku.
Albatros nadal był zbyt zmęczony, by na nim jechać, więc powrót do stanicy zapowiadał się na dość długą wędrówkę. Pozwoliłem jeszcze Elimarowi napić się wody i ruszyliśmy w drogę.
Elphir szedł w milczeniu, najwyraźniej miał jeszcze coś do przemyślenia. Zielone gałęzie na brzegu dawno zniknęły już we mgle za nami, gdy znów się odezwał.
- Ojciec mnie okrzyczy – stwierdził posępnym tonem.
- Dlaczego ?
- Mogłem się zorientować, że powstały tu ruchome piaski. Takie miejsca są bardzo charakterystyczne... Ktoś może i zaniedbał sprawdzenia brzegu – powiedział – ale ja też powinienem być ostrożniejszy. Gdybym się tak nie śpieszył...
- Gdybyś mnie nie ostrzegł, wszedłbym na piasek od strony morza albo przy Albatrosie i pewnie też bym utonął – zauważyłem. – No i to ty wiedziałeś gdzie piach zgęstnieje i koń zdoła się wydostać. Ja bym nie dał sobie rady. W najlepszym razie wracałbyś stąd na piechotę. W najgorszym...
Elphirem wstrząsnął dreszcz. Jakby mimowolnie zacisnął palce na wodzach Albatrosa i obejrzał się przez ramię, upewniając, że koń idzie zaraz za nim albo że już nie widać tamtej śmiertelnej pułapki.

Południowe słońce zaczynało wreszcie rozpraszać mgłę, gdy dotarliśmy do stanicy i już z daleka widzieliśmy wokół niej pospieszną krzątaninę. Między szafirowymi strojami żołnierzy bez większego trudu można było dostrzec płowe kaftany rybaków. Elphir westchnął na ten widok i wyprostował się, zmuszając się do bardziej swobodnego kroku. Ktoś zauważył, że nadchodzimy i rozległo się kilka okrzyków, a z głównego namiotu przy stanicy wyłoniła się wysoka sylwetka wuja Imrahila. Czekał cierpliwie aż weszliśmy do obozowiska i jednym gestem zatrzymał giermka już biegnącego, by odebrać od nas wodze koni.
- Oczekuję wyjaśnień – stwierdził tylko, patrząc wymownie na Elphira. Stwierdziłem, że przy całej swej wyrozumiałości i humorze wuj Imrahil potrafi mieć niemal tak samo lodowate spojrzenie jak ojciec. Niemal, bo widziałem, że maskuje tym chłodem nie tyle złość, co ulgę z powrotu syna i swój niepokój o niego.
- Wybraliśmy się z Faramirem pojeździć wzdłuż wybrzeża... – zaczął opowiadać Elphir. Mówił spokojnie, bez drżenia głosu, ale widziałem jak bieleją mu palce zaciśnięte na wodzach Albatrosa, gdy opowiadał, jak wyciągaliśmy konia z pułapki.
- Co potem zrobiliście? – wuj przerwał opowieść.

- Rozstępowałem Albatrosa, by nie dostał ochwatu, zaznaczyłem gałęziami niebezpieczny obszar i wróciliśmy tutaj. Albatros jest zbyt wyczerpany, by jechać na nim, czy nawet szybciej iść, dlatego powrót zajął nam tyle czasu – odpowiedział szybko Elphir.
- Dobrze... – wuj odetchnął głęboko. – Lordzie Faramirze – powiedział formalnie – dziękuję za pomoc okazaną mojemu synowi. – Podkreślił podziękowanie lekkim ukłonem. – Elphirze, twój koń jest zmęczony. Oczekuję cię w sali głównej stanicy, gdy już zadbasz o wierzchowca. Tam dokończymy rozmowę.
- Tak ojcze – Elphir tylko skłonił się w odpowiedzi.
- Panie... – zacząłem.
- Tak?
- Czy mogę się udać do stajni razem z Elphirem? – podniosłem znacząco wodze Elimara.
- Nie. Stajenny zajmie się waszym koniem. – Obok mnie zjawił się szczupły chłopak w płowym kaftanie. Sądząc z tego, jak patrzył na Elimara, znał się na koniach. – Wy, lordzie Faramirze, pójdziecie ze mną. Rodhir! – Giermek wuja już stał obok kuzyna. – Znajdź i sprowadź do głównej sali stanicy Seretara.
Wuj obrócił się i ruszył szybkim krokiem w stronę palisady. Zostawiłem z pewną niechęcią Elimara pod opieką chłopaka w kaftanie i także ruszyłem w tamta stronę. Gdy weszliśmy do budynku, wuj zwolnił.
- Co przemilczał? – rzucił krótko.
- Słucham?
- Co mój syn przemilczał w swoim raporcie? – odwrócił się do mnie.

- To, że gdyby nie jego przytomność umysłu, wpadłbym w tą pułapkę przy próbie ratunku – odpowiedziałem. Wuj potrząsnął głową.
- A co ty przemilczasz, Faramirze ? – spoglądał mi prosto w oczy.
- To, co obiecałem mu przemilczeć – powiedziałem spokojnie.
Uśmiechnął się nieoczekiwanie i klepnął mnie w ramię.
- Nie sądzę, żeby było to coś uwłaczającego – stwierdził. – Powiedz mi tylko jedno: byliście w niebezpieczeństwie. Jak mój syn się zachował?
- Bardzo dobrze. Gdyby nie jego opanowanie, być może nie wrócilibyśmy wcale.
Wuj odwrócił się nagle, jakby chcąc ukryć wyraz swojej twarzy i ruszył korytarzem. Odezwał się dopiero w głównej sali.
- Wolałbym nie mówić twemu ojcu, że nie żyjesz, Faramirze... – powiedział cicho. – Wiesz, ile mieliście szczęścia?
- Domyślam się – odpowiedziałem równie cichym głosem.
Wuj znów popatrzył mi w oczy, wzrokiem pełnym troski i nieoczekiwanego smutku. Chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie stuknęły obcasy giermka.
- Panie... – Wuj zwrócił się w jego stronę.
- Seretar... – powiedział.
- Tak, panie?
- Jesteś podobno dowódcą tej stanicy – Ze swojego miejsca koło okna widziałem palce lewej ręki wuja, wybijające szybki rytm na głowicy miecza.
- Tak, panie.
- Co należy do twoich obowiązków?
- Panie...
- Odpowiedz!
- Utrzymywać stanicę w gotowości, dbać o powierzoną mi załogę, obserwować morze i wybrzeże, przesyłać wieści do garnizonu w Edhellond i zamku w Dol Amroth przez konnych posłańców, łodzie i sygnały świetlne, pomagać w osadzie w razie zniszczeń spowodowanych sztormami, wysyłać patrole...
- Dość. – Było to tylko jedno słowo, ale wypowiedziane w taki sposób, że Seretar umilkł. – Jak wysyłasz posłańców do Edhellond??
- Drogą wzdłuż wybrzeża...
- Ile dni temu był ostatni sztorm?
- Pięć... Nie rozumiem, panie...
- Mój syn... – wuj zawiesił głos na moment, a ja zauważyłem, że jego palce znieruchomiały. – Mój syn wybrał się na przejażdżkę po plaży. Szlakiem, którym normalnie jeżdżą patrole ze stanic. Którym ścigają się posłańcy i młodzi żołnierze. Gdzie normalnie trenuje się konie .. Mój syn pojechał tam razem z synem Namiestnika Gondoru. – Widziałem, że Seretar rzucił mi szybkie spojrzenie i lekko przybladł. – Pojechali na zwyczajną poranną przejażdżkę, by konie się wybiegały... – Wuj urwał znów na moment, by podkreślić efekt swoich słów. – I omal z tej przejażdżki nie wrócili.
Nie podniósł głosu ani na chwilę. Nie musiał. Seretar był bielszy niż jego koszula.
- Jak myślicie, dlaczego tak się stało? – zapytał go wuj pozornie łagodnym głosem
- Nie wiem. Co mogło im zagrażać?
- Faramirze... – gestem ręki wuj nakazał mi podejść bliżej.
Opowiedziałem więc wszystko co się wydarzyło tego ranka, a pobladła twarz żołnierza nabierała w trakcie tej opowieści zielonkawej barwy.
- Nigdy nie było tu piasków... – powiedział wreszcie, nieco bezradnie.
- Nigdy wcześniej, chciałeś powiedzieć – zauważył spokojnie wuj. – Ale to nie znaczy, że nie mogły się teraz pojawić. I patrole między stanicami powinny były je oznakować.
- Tak panie...
- Gdyby ktoś wysłał patrole...
- Tak panie... Ja...
- Powinienem cię odesłać do Edhellond...
- Tak panie...
- Nie zrobię tego. – Wuj westchnął głęboko i wyprostował się, jakby zrzucając z barków niewidzialny ciężar. – Patrole mają być wznowione.
- Tak jest, panie – Seretar stuknął obcasami, na jego twarzy odmalowała się źle skrywana ulga.
- Odejdź.
Wychodzący Seretar minął się w progu z Elphirem. Kuzyn odszedł kilka kroków od drzwi i zatrzymał się, wyprostowany na baczność, a ja zacisnąłem dłonie w pięści. Ile to razy ja tak stałem przed ojcem, wyprostowany, tłumiący w sobie lęk i poczucie winy? Nagle zapragnąłem być możliwie daleko stąd, nie upokarzać Elphira tym, że będę świadkiem bury, jakiej wysłucha.
Wuj jednak nie powiedział niczego. Niczego o braku ostrożności, nierozsądku, młodzieńczej brawurze, lekceważeniu obowiązków... niczego, co ja bym w takiej sytuacji usłyszał od ojca. On tylko podszedł i objął syna, a ja odwróciłem wzrok. By nie widzieć łez Elphira i by ukryć swoje, które jakoś tak zdradliwie zakręciły mi się pod powiekami.
Dopiero po dłuższej chwili ciszę przerwały słowa wuja.
- Jutro rano wracamy. Jak koń?
- Odpoczywa. Raczej nie odniósł żadnej poważniejszej szkody, jest tylko wyczerpany.
- To dobrze.
Wuj westchnął głęboko i otarł wierzchem dłoni oczy. Widziałem jak Elphir zamrugał zdziwiony na ten widok.
- Ja powiem twojej matce, co się wydarzyło.
- Dziękuję... tato... ja...
- Nic nie mów. – Wuj klepnął syna w ramię i obrócił go w stronę drzwi. Mi także polecił gestem wyjść. – Idźcie do kantyny, pewnie obaj umieracie z głodu.
- Tak jest.
Ruszyliśmy do wyjścia. Gdy mijaliśmy próg, zatrzymał nas głos księcia.
- Elphir...
- Tak tato?
- Jestem z ciebie dumny.

Na niebie pasma obłoczków zaczynały się barwić na różowo i złoto, nad lasem w dolinie unosiła się lekka mgiełka. W chłodnym, szarym świetle świtu podwórzec zamku Dol Amroth rozbrzmiewał głosami ludzi i stukotem końskich kopyt.
Wyjeżdżaliśmy tak wcześnie, by przed południowym upałem przejechać jak najdalej. Większość oddziału czekała już w siodłach przy bramie, kilku jeszcze dociągało popręgi czy poprawiało juki. Miałem jednak przykrą świadomość, że robią to tylko dlatego, że czekają na mnie. A ja... ja nie chciałem wyjeżdżać z Dol Amroth. Nie miałem jednak wyboru. List od ojca, jaki zastaliśmy po powrocie z Edhellond był jednoznaczny: miałem możliwie najszybciej znaleźć się z powrotem w Białym Mieście.
Wuj Imrahil uścisnął mi rękę, po żołniersku, ramię w ramię, potem roześmiał się nieco wymuszenie i uściskał.
- Mam nadzieję, że dojedziesz bez kłopotów, chłopcze. Napisałem co nieco twojemu ojcu, żebyś nie był zaskoczony.
Ciotka Ileana, wyprostowana i sztywna, podała policzek do formalnego pocałunku.
- Obyś dotarł bezpiecznie do domu – powiedziała i niemal natychmiast podniosła rąbek chusteczki do oczu. Wiedziałem w tej chwili, że jej łzy były szczere i tylko obecność żołnierzy powstrzymywała ją od bardziej swobodnego zachowania.
Z kuzynami uścisnęliśmy sobie ręce, krótko i szybko.
- Pozabijaj tam tych wszystkich orków – życzył mi Amrothos.
- Napisz, jak upolujesz trolla. Albo jak Boromirowi się to uda – uśmiechnął się Erchirion.
- Przyjedź jeszcze kiedyś ... I dbaj o Elimara – Elphir ruchem brody wskazał mi wierzchowca – to naprawdę dobry koń.
- Będę dbał.
Pethin trzymała na rękach nieco zaspaną Lothiriel. Kuzynka jednak zażądała, by ją postawić na ziemi.
- Do widzenia, młoda damo – powiedziałem przyklękając.
- Plezent – dziewczynka wręczyła mi białoróżową, płaską muszlę. – Dla ciebie.
- Dziękuję – uśmiechnąłem się. – Bardzo ładna.
- Pefin znalazla – Zobaczyłem, że twarz Pethin zalewa rumieniec. Lothiriel objęła mnie za szyję i pocałowała w policzek.
- Do widźenia Famil – powiedziała.
- Do widzenia – wstając pogłaskałem czarne loczki.
Skłoniłem się przed zarumienioną dziewczyną.
- Do widzenia, pani Pethin. I dziękuję.
- Do widze.... – Pethin urwała, obróciła się z szumem spódnicy i uciekła z płaczem.
W niezręcznej ciszy ciotka Ileana przygryzła nerwowo wargę i podniosła Lothiriel. Wuj postąpił krok do przodu.
- Jedź, Faramirze – powiedział. – Nasze panie już to sobie wyjaśnią.
Końskie kopyta zastukały na bruku, dźwięk odbił się echem w sklepieniu bramy, za murami przywitał nas lekki wiatr. Jechałem ostatni w kolumnie, tuż za bramą obejrzałem się przez ramię: ciotka i Lothiriel z zapałem machały chusteczkami, obok nich wuj uniósł rękę w geście pożegnania.

* * *

Minas Tirith – rok 3012 T.E.
Siedziałem teraz przy stole trzymając w ręku ofiarowaną mi przez Lothiriel muszlę, obracając ją w palcach, jakbym w jej fałdach mógł dostrzec tamte wydarzenia. Elphir wyjaśnił mi w jednym ze swych pierwszych listów jej znaczenie: dla dziewcząt z okolic Dol Amroth takie muszle były tradycyjnym podarunkiem dla ukochanego, kiedy wyruszał na morze, mającym zapewnić mu przychylność małżonki Ossego. Sama Pethin jednak, jak napisał mi kiedyś Elphir, wyszła za jednego z doradców wuja.
Przez te wszystkie minione lata Elphir przyjeżdżał parę razy z wujem do Minas Tirith i każde takie odwiedziny były dla nas okazją do spędzenia czasu nad księgami w bibliotece. Pisał też do mnie dość często, długie, pełne rozbawienia historie i to od niego miałem najświeższe wiadomości o rodzinie. Ostatnio opisywał mi w dość żartobliwych słowach codzienność dowódcy, tak doskonale mi już znaną i zarazem odmienną. Wuj przydzielił mu niewielki oddział kwaterujący w stanicy niedaleko Edhellond i tamtej plaży, gdzie omal obaj nie zginęliśmy. Zaopatrzenie, patrole, ćwiczenia, spory miedzy żołnierzami... Edhellond nie różniło się pod tym względem od Ithilien. Tyle tylko, że sporadyczne i zazwyczaj fałszywe alarmy o pirackich okrętach były znacznie mniej groźne niż grasujące po Ithilien bandy orków. Dwa lata temu wśród poległych w potyczce z jedną z takich band znalazł się Cirannon.
Erchirion też już służył w oddziale jazdy i już nie raz i nie dwa brał udział w wyścigach na plaży. Na szczęście nigdy nie przytrafił się mu podobny wypadek co nam. Według Elphira, wuj Imrahil zdecydował też, że wszyscy jego synowie, nie tylko najstarszy, mają znać tajne przejścia w zamku, więc skończyły się próby samodzielnego odkrycia wejść i nurkowanie po szczelinach.
Amrothos szkolił się już na giermka, ale nadal wyprawiał się z chłopcami z wioski na skalistą plażę pod zamkiem, by łapać tam ryby i szukać przyniesionych przez morze skarbów, robił to jednak głównie po to, żeby pilnować młodszej siostry. Lothiriel bowiem doprowadzała swoją matkę do rozpaczy ciągłym wymykaniem się z zamku na samodzielne wyprawy, przystające bardziej, jak twierdziła ciotka, chłopcowi z wioski niż córce księcia Dol Amroth.
Gdy w ostatnie Yestarë zobaczyłem znów kuzynkę, była już młodą damą, wystrojoną w sztywną od haftów suknię i sunącą za matką drobnymi kroczkami. Jednak najbardziej ozdobne i wymyślne stroje nie mogły zakryć ani potężnego guza na czole, jakiego nabiła sobie podczas podróży, ani świeżej blizny na policzku, ani tego, że wbrew ciągłym upomnieniom matki, patrzyła wszystkim prosto w oczy. Ciotka Ileana wzdychała tylko w cichej desperacji, gdy Lothiriel ze słodkim uśmiechem wypytywała Boromira i mnie o sposoby szkolenia koni do walki jakie poznaliśmy w Rohanie. Jak się zresztą przekonaliśmy o świcie następnego dnia, nasza kuzynka doskonale już jeździła konno. Jej bracia potwierdzili zresztą zgodnie, że ów guz, podobnie jak blizna były tylko skutkiem pecha i zbyt nisko wiszących gałęzi.
Sama ciotka Ileana usiłowała nas nadal wyswatać. Towarzyszyła wujowi przy każdej wizycie, a wśród jej dwórek przybywały dalsze i bliższe krewniaczki, z którymi usiłowała zapoznać Boromira i mnie. Boromir zazwyczaj wymawiał się wtedy żołnierskimi obowiązkami i koniecznością inspekcji w garnizonie w Osgiliath, a ja dodawałem do tego niepokojące wieści z Ithilien. Ciotka orientowała się doskonale, że są to jedynie wymówki, mające na celu uchronienie nas od zawierania bliższych znajomości i towarzyskich obowiązków, ale udawała, że bierze nasze wykręty za dobrą monetę...

Wtedy po powrocie z Dol Amroth wrzuciłem muszlę do jednego z kufrów i przeleżała tam ten cały czas, chociaż nieraz i nie dwa trzymałem ją w ręku przy okazji poszukiwań różnych rzeczy. Dziś wieczorem jednak położyłem ją na stole i rozrobiłem w jej wnętrzu tusz. Ciemne smugi nakreślone na pergaminie zamieniły się w skaliste wybrzeże Dol Amroth, wznoszącą się wysoko nad nim wieżę zamku, i fale rozbijające się o jego podnóże...




Tici
Wrocław, 19.10.2004 –14.01.2005
Utwór pochodzi ze strony http://fanfiki.tolkien.com.pl/viewstory.php?sid=57